dmnsz – nocturnal animals [antenna non grata; 2020]

dmnsz

antenna non grata

Jak recenzować elektronikę, kiedy wszystko kojarzy ci się z Pan Sonic? I niekoniecznie musi chodzić o ogromny wpływ panów Vainio i Väisänena na ten rodzaj muzyki, lecz o to, że tak naprawdę mało jesteś obyty w tej materii.

Czy w przypadku tzw. experimentalu nie występuje taki sam problem, jak w przypadku, dajmy na to, współczesnej rzeźby czy malarstwa? To znaczy: nieważne – co, ważne – kto. Przykładowo, jeśli coś dobrego nagra 19-letni Marek z Katowic, ludzie to oleją, a jeśli coś na podobnym poziomie wypuści wspomniany Väisänen, będą cmokać z zachwytu.

Czy te podejrzenia nie wynikają wyłącznie z mojego nieosłuchania i czy nie dotyczą też każdej innej, bardziej przystępnej muzyki?

Wreszcie – czy ten wstęp nie bierze się z chęci ucieczki od pisania o tej płycie, bo przecież dużo łatwiej wklepać parę zdań na temat czegoś, co ma bas, gitary, wokal, zwrotkę i refren? Bo wiem, że muzyka elektroniczna (nawet wspomniany Pan Sonic) nigdy nie porwie mnie tak, jak chociażby „Atomizer” Big Black, który właśnie leci?

***

„Sygnały dźwiękowe emitowane przez energię elektryczną, sprzężenia zwrotne, szumy z kaset czy buczenie spalonego głośnika. Przepływają przez kable i zapętlają się we wzory.
DMNSZ to poszukiwanie w tych wzorach zapomnianego języka”
– czytamy na Bandcampie Antenny Non Grata, wydawcy nowego materiału DMNSZ (czytaj: demonszy).

Zaczyna się od przykrótkiego i przez to robiącego wrażenie nie do końca potrzebnego noisowe’ego wstępu. Drugi numer to na początku znów noise, ale zaraz pojawiają się brudne i „przyduszone”, „trybalne” bębny (czy też elektronika, która całkiem udanie je podrabia), wyrzucone znów na dalszy plan przez noise’owe zakończenie.

Trzeci utwór, „Krucze”, to niemal dub techno, zagrane na zepsutych maszynach, przyprawione pansonicowym (nie mogłem się powstrzymać) brudem. Czwarty, „Murmur”, niesie na myśl ponurą scenę przemarszu jakiegoś wirtualnego, zmęczonego wojska przez martwe miasto.

Można by opisywać każdy z tych numerów po kolei. Zakładasz słuchawki na uszy (tylko uważaj, żeby „Ości” nie rozsadziły ci bębenków), zamykasz oczy i wyobraźnia sama zaczyna działać. Nocne zwierzęta z dobrze zrobionego horroru wychodzą ze swoich kryjówek, szukając pożywienia na spalonej ziemi i w zniszczonych fabrykach.

***

Warto nadmienić, że CD został bardzo ładnie wydany. A na dowód, że dokładnie wysłuchuję (i to kilka razy, czego już nie udowodnię) recenzowanych płyt od początku do końca, informuję, iż tych, którzy dotrwają do dziesiątego „Tlisi”, czeka jeszcze długa niespodzianka.

Dla mojego ucha „Nocturnal Animals” jest najprzyjemniejsza, gdy pojawia się rytm. DMNSZ trafił na listę artystów, których nowe nagrania zawsze będę miał na uwadze.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

„kto wierzy w szatana, musi być pojebany, nie?” – podsumowanie 2020, cz. II

Pierwsza dycha podsumowania 2020 roku bardzo ładnie się ułożyła, więc nie chciało mi się pisać drugiej części, ale zapomniałem wspomnieć o dwóch wydawnictwach, którym kibicuję, tak że wypada to nadrobić.

FONORADAR RECORDS

Dawno temu dwóch początkujących biznesmenów wydało dwie kasety świetnego niemieckiego zespołu Couch – „Etwas Benutzen” (słuchałem wczoraj – gra jak ta lala) i „Fantasy”. Wydajesz kasety, ale pod szyldem „Vinyl” – można i tak. Na ten nośnik zapotrzebowanie się skończyło i nic poza Couch już się nie ukazało w Vinylu.

W dziwnym, pandemicznym roku panowie wrócili jako Fonoradar Records i, mówiąc krótko, rozjebali – tym razem na winylach i CD. Titanic Sea Moon, wznowienie „Killwater” Thing, nowy June of 44, kapitalny Luggage, Columbus Duo i Guiding Lights… W 2021, który pewnie będzie jeszcze gorszy niż kończący się rok, też pojawią się ciekawe rzeczy.

Zapomniałem wspomnieć nie o dwóch wydawnictwach, lecz trzech, bowiem mamy jeszcze

PAWLACZ PERSKI i PATALAX

Eksperymentalna muzyka na… kasetach, dużo dub techno, którego jestem może nie fanem, ale na pewno sympatykiem.

Jest Pawlacz Perski, ale jest też Patalax, który powstał również chyba po to, by opowiadać krótkie, psychodeliczno-surrealistyczne bajki. A może sublabel Patalax zawładnął Pawlaczem? Ten wydał w tym roku tylko dwa materiały (Jachna/Ziołek/Buhl i Wojtek Traczyk), ten od bajek – cztery . W tym bodaj najciekawszy: „Mulet” Monte Omok. Ale może tylko dlatego najciekawszy, że dopiero czeka u mnie na odsłuch kaseta „Bezruch” Mechu.

Przejdźmy do drugiej dziesiątki mych ulubionych płyt:

(o)

facsvoid moments [trouble in mind records; 2020]

Post-punk i noise rock obok często rozbuchanego napierdalania mają też nurt minimalistyczny. Warto w tym miejscu wymienić australijskie My Disco (świetni byli na „Severe” [2015], na „Environment” [2019] od minimalizmu przeszli do pretensjonalności) oraz Luggage (kapitalna „Shift” [2019] i nie gorsza „Three” [2017], wydana u nas przez wspomniany Fonoradar). FACS grają w tej samej lidze i mniej więcej w tę samą grę, choć mam wrażenie, że na „Void Moments” nieco odeszli od swej surowości. Pytanie, czy słusznie. Tak czy siak, płyta świetna.

(o)(o)

the budos bandlong in the tooth [daptone records; 2020]

Pod tym fajnym tytułem kryje się najlepszy istniejący soundtrack do najlepszego nieistniejącego amerykańskiego sensacyjnego filmu z lat 70.

(o)(o)(o)

pay for painpain [dark medicine; 2020]

Można grać w 2020 tzw. indie rock i nie być miałkim. Ta płyta to – może to krzywdząca opinia – tak naprawdę dwa numery: otwierający całość „Fallen Angel” i zamykający – „Until I Walk Through the Flames”. Paradoksalnie, gdyby Pay for Pain wydali singiel, uznałbym, że to za mało, żeby ich wrzucić do tego zestawienia.

(o)(o)(o)(o)

incantationsect of vile divinities [relapse records; 2020]

Nigdy nie pokocham death metalu z powodu komicznego imidżu oraz debilnego przekazu, ale ta płyta to po prostu 12 doskonałych, ponurych numerów legendarnej kapeli, które fantastycznie wwiercają się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)

oily boyscro memory grin [cool death records, static shock records; 2020]

Brudny jak dupsko szatana punk czy tam hardcore Australijczyków po części związanych z doskonałą postpunkową kapelą Low Life. Dlaczego można grać tak dobrze punka? Chyba nie dlatego, że się nie jest z Polski. A może?

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

odrazarzeczom [godz ov war; 2020]

Chwilami płyta może irytować tym zaśpiewami à la górale, którzy wyszli z siłowni ze śpiewem na ustach, albo gitarami, jakby gościnnym występem raczył nas Grzegorz Skawiński. Ale tak czy siak, Odraza to obecnie bodaj najlepszy metal w tym kraju, z na dodatek niegłupimi tekstami (Furia przegrywa kretyńskimi lirykami Nihila). Inna sprawa, że jak popatrzysz na plecy koszulek Odrazy, widzisz, że jest to jednak, niestety, fucktycznie metal.

A jak bywa tak se na „Rzeczom”, to trzeba się wsłuchać wyłącznie w grę perkusisty – dobry typ. Nie wiem, czy lepsza ta płyta, czy surowa „Esperalem tkane”. Na pewno obejrzałbym krakowski zespół na żywo.

Bardzo ładna okładka. Plus ksywa Stawrogin (oczytani metale odczuwają dumę).

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

młody dzbanżycie na parkingu (edycja żałosna) [2020]

Najpierw miałem tu wrzucić Oranssi Pazuzu, ale jak ostatnio słuchałem tegorocznej płyty Finów – „Mestarin Kynsi”, to w sumie miałem lekkie kino. Ten śmieszny wokal plus to muzyczne zadęcie – co za pierdolety. Więc niech będzie zamiast nich Młody Dzban – za porównania i wsamplowanie bohaterów „Chłopaków z baraków”.

A w ogóle to przecież Smarki wrócił:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

columbus duo and guiding lightscolumbus duo avec guding lights [fonoradar records; 2020]

Głównie z powodu dwóch znakomitych numerów Columbus Duo.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jarsджрc III [pogo records; 2020]

Klasyczny, można powiedzieć, noise rock, ale to po prostu Jars, nie kolejna podróbka Unsane. Żeby tak u nas grano jak w Moskwie… I pomyśleć, że ludzie zachwycają się nową płytą METZ.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

neil young & crazy horsereturn to greendale [reprise records; 2020]

Koncert z 2003 r., prezentujący materiał z płyty „Greendale” wydanej w tym samym roku. Trochę od czapy wydawnictwo w tym zestawieniu, bo archiwalne, ale był to wspaniały występ, zwłaszcza „Be the Rain” chwyta za serce.

Young nagrywa w domu, wydaje archiwalne nagrania (w tym roku ukazało się 10-płytowe „Neil Young Archives Volume II: 1972–1976”, zawierające m.in. materiał z sesji z „Zumy”) – 75-letni Kanadyjczyk zawstydza młodych.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

tarlive i inne

2019 był rokiem koncertówek Sonic Youth. W końcu znudziły mi się te bootlegi, a czarę goryczy przelały kiepskie „Rarities 2”. W tym roku z miłą chęcią odsłuchiwałem za to nagrań live jednej z moich ulubionych kapel lat 90., Tar.

Ach – uwaga, piszę jak Krzysztof Varga – pójść na koncert, i stresować się, czy aby na pewno zagrają „Dark Mark” i „Viaduct Removal”.

Oprócz koncertów (sami twierdzą, że w najwyższej formie byli, gdy grali z The Jesus Lizard), ukazała się płyta z nagraniami z prób „Abogados!” oraz materiał zespołu Luckyj, w których grało bodaj dwóch typów z Tar.

Szanuję za to, że zamiast wydawać te rzeczy na winylach, po prostu wrzucają je za dolara lub za darmo na Bandcamp.

***

Nie rozumiem ludzi, którzy ględzą o tym, że kiedyś było lepiej, że teraz nie ma dobrych płyt itp. Kiedyś było lepiej, kondonie, bo ważyłeś o 20 kilo mniej, a twój kac trwał dwie godziny, nie dwa dni. I tyle. Przecież obecnie świetnych polskich płyt wychodzi tyle w ciągu roku, ile kiedyś przez dekadę. Za granicą też dają radę.

Śmieszą mnie podsumowania z 50 albo setką pozycji, ale sam mógłbym dołożyć do tych swoich dwudziestu płyt wiele innych. Oto parę dodatkowych:

Jest tego od groma.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

3 x pointless geometry: bartek kujawski – psychomachia / qba janicki & obsequies – autolysis / aleksandra słyż – human glory

Planowałem wrzucenie postu z trzema nowymi wydawnictwami (miało to być info o tym, że te kasety wychodzą, nie recenzje) Pointless Geometry przed datą ich premiery, tj. 22 czerwca, lecz po raz kolejny zostałem pokonany przez potężną siłę od urodzenia kierującą moim życiem – czyli lenistwo.

Jeśli ktoś od czasu do czasu wpada na mój blog lub fejsa, wie, że awangardowa elektronika niekoniecznie jest czymś, co wrzucam na co dzień. Nie jest jednak też tak, że nie sięgam po coś innego niż Shellac i The Jesus Lizard. Jeżeli chodzi o muzykę „inną”, Pointless Geometry jest – obok Pawlacza Perskiego i jego sublabela Patalax oraz Szarej Renety – wydawnictwem, które znam najlepiej.

No to popatrzmy, co nam „independent label that specialises in tape releases of experimental electronic, electroacoustic and dance-esque music as well as audiovisual projects on VHS tapes” (wrzucam angielski opis, gdyż nie mam – choć intuicyjnie je rozumiem – pojęcia, jak w miarę zgrabnie przetłumaczyć na nasze słowo „dance-esque”) przygotował.

Po kliknięciu w imię i nazwisko/nazwę artysty przenosimy się na jego stronę, po kliknięciu w tytuł płyty – do Bandcampa.

Aha, wszystkie kasety (zwłaszcza „Autolysis”) mają piękne okładki.

Kupujcie, bo zaraz pewnie zabraknie.

Pointless Geometry prowadzą Justyna Banaszczyk (FOQL) i Darek Pietraszewski (VJ Copy Corpo).

(o)(o)

bartek kujawskipsychomachia

Bartek Kujawski (nagrywa również jako znany tu i ówdzie 8rolek) „łączy akustyczne i elektroniczne brzmienia w postmodernistyczną dźwiękową rzeźbę. To podróż w głąb własnej psychiki, pełna gwałtownych zwrotów akcji, wybuchów hałasu i ogłuszającej ciszy, a także momentów ogromnej wrażliwości” (cytaty z press-kitu lub Bandcampa). Bardzo podszedł mi angielski opis „Psychomachii”: „This is experimental music with club aesthetics at the core, filtered by Bartek’s bizarre mind”.

Nie ma lekko, o czym świadczą tytuły utworów: „Tripping over internal chaos”, „Emotional isolation”, „Self-made implosion”… Najtrudniejsza w odbiorze spośród trzech nowości Pointless Geometry.

(o)(o)

qba janicki & obsequiesautolysis

Qba Janicki to perkusista związany z bydgoskim Mózgiem. Człowiek, zdaje się, wybitnie zapracowany, dający radę w różnych konfiguracjach (ostatnio słuchałem Malediwów, które tworzy z Markiem Pospieszalskim) i gatunkach muzycznych. Scenę dzielił m.in. z Peterem Brötzmannem, Fredem Frithem i Jerzym Mazzollem, więc będzie miał o czym opowiadać wnukom. Obsequies pochodzi z Belgii, udało mi się znaleźć krótki, ciekawy wywiad z artystą. Panowie spotkali się podczas Air Warsaw (jest to projekt artystyczno-edukacyjny wrocławskiej fundacji Avant-Art).

„Autolysis” to „(…) wyraziste połączenie cyfrowej rzeźby dźwiękowej z przetworzoną perkusją. Budulcem tego masywnie brzmiącego albumu były improwizowane sesje, dopracowane przy pomocy zaawansowanych technologii aranżacji i produkcji. Artyści starają się stworzyć uniwersum zmiennokształtnych struktur, które rozwijają się w nieprzewidywalny sposób, nawarstwiając się i eksplodując z każdym oddechem”. Uff… O, to jest ładne: „Elektroakustyczny dźwiękowy organizm, który zjada sam siebie w celu autoregeneracji” – tak opisali obaj swą polsko-belgijską kolaborację.

Brzmi to co najmniej niepokojąco, ale… „Autolysis” przynosi najbardziej przystępne z opisywanych tu dźwięków, one są chwilami wręcz ładne. Być może jednak, jeśli takie słowa płyną z klawiatury takiego ignoranta jak ja, trudno uznać to za komplement. Tak czy siak, dzieła Qby Janickiego i Obsequies (Obesquiesa?) sprawiło mi najwięcej przyjemności spośród nowych rzeczy Pointless Geometry. Wciągający materiał, trafia do folderu z najciekawszymi płytami tego roku.

(o)(o)

aleksandra słyżhuman glory

Kończymy te krótkie notki informacją o więcej niż udanym debiucie Aleksandry Słyż – kompozytorce, inżynierce dźwięku oraz sound artist (czy jest polska, dobrze brzmiąca nazwa tej profesji?), oddając po raz kolejny głos wydawcy: „Na «Human Glory» słychać wyraźny podział na dwa modus operandi. Część BG to choreografia przełożona na język dźwięku za pomocą sensorów ruchu, a część MG składa się z majestatycznych, nasyconych syntezatorowych dronów”.

Bliżej mi do części MG. Muzyka na niej zawarta mogłaby zabrzmieć w kościele. Nie wiem, jakiej religii. Dziwnej, ale raczej przyjaznej ludziom.

foql & fischerle – personal wastelands [paralaxe editions; 2020] / lfs – tambur [patalax; 2020] / monte omok – mulet [patalax; 2020]

To nie recenzje (obecna kondycja intelektualna nie pozwala mi na ich napisanie), lecz krótkie wzmianki o trzech tegorocznych, niezwykle udanych materiałach: pierwszy wyszedł w barcelońskim Paralaxe Editions, dwie kolejne – w Patalaxie, sublabelu Pawlacza Perskiego, stałego gościa 10fs; wszystkie na kasetach. No i pięknie.

paralaxe-editions.com

paralaxe editions – bandcamp

paralaxe editions – facebook

pawlaczperski.org

pawlacz perski – bandcamp

pawlacz perski – facebook

patalax – bandcamp

patalax – facebook

gosia słomska

mateusz wysocki

foql

(o)(o)

foql & fischerle – personal wastelands [paralaxe editions; 2020]

Współpraca Justyny Banaszczyk (FOQL) i Mateusza Wysockiego (Fischerle). Album powstał w warszawskim studiu FOQL. Artyści, improwizując na dwóch identycznych automatach perkusyjnych, nagle „odkryli niezwykle silną wspólną płaszczyznę”, czego efektem jest „Personal Wastelands”. Polecany materiał zabiera nas na „mgliste «pustkowie» ponurej atmosfery, przywoływanej przez hipnotyzujący dub i skorodowane rytmy”.

Czy ten Wysocki nagra kiedyś coś słabego? Osobiście najchętniej słuchałem tych kawałków, gdy duet porusza się po pustkowiu czegoś, co można by nazwać dub techno.

(o)(o)

lfs – tambur [patalax; 2020]

„Dawno temu, kiedy do naszej krainy docierało słabe światło, byłem małym, wystraszonym stworzeniem. Poruszałem się po omacku z rękami wyciągniętymi przed siebie albo pełzałem tuż przy ziemi, wdychając jej mdły zapach. Pewnego razu znalazłem drzewo. Na jego pniu wymacałem narośl, w którą wpiłem się bez zastanowienia. Zmęczenie wędrówką ustąpiło kiedy poczułem lepki płyn w ustach. Następnego dnia obudziłem się w ciele pokrytym gęstą, zwierzęcą sierścią. Od tamtego czasu przemawiam głosem umiejscowiony w brzuchu”.

Bajka jako wprowadzenie do odhumanizowanej muzyki? Czemu nie. To nie pierwszy raz, gdy artyści siedzący w elektronice, za jej pomocą snują tego typu opowieści, nawet jeśli słuchacz ich dźwięki kojarzy raczej z odgłosem fabryk bądź postapokaliptyczną pustką.

Mnie cztery utwory z epki Ifs (Krzysztof Freeze Ostrowski, Mateusz Wysocki, Gosia Słomska) jednak oprowadzają po opuszczonej fabryce. A może jednak – leci „Zapach” – w końcu kierują do jakiegoś spalonego lasu?

„Tambur” to najciekawszy materiał z trzech, które się tu pojawiły. Chyba że…

(o)(o)

monte omok – mulet [patalax; 2020]

I znów bajka; idziemy przez las. Horror ambient i dub techno duetu Mateusz Wysocki – Gosia Słomska; muzyka, jakiej świat nie widzi. Włączyłem sobie „Mulet” w ramach relaksu po śniadaniu, ale myślę, że najlepiej sprawdzi się wieczorem. Uważajcie na basy, nie ma co wkurwiać sąsiadów w tym trudnym czasie.

(o)(o)

Dobrze, że powstał Patalax, bo choć muzycznie nie odbiega od tego, co wydaje Pawlacz Perski, to widać, że mamy tu do czynienia z konceptem, za którym stoi – jak w przypadku Pawlacza – doskonała muzyka, ale też nieco odrębna, zwarta opowieść.

michał olczak – zgubiłem się [glamour.label; 2020]

michał olczak – facebook

glamour – bandcamp

glamour – facebook

Na Bandcampie jest więcej linków. Nie będę wszystkich tu wrzucał, warto w każdy kliknąć.

„No, nie dziwne, że się zgubił” – mógłby ktoś sucho napisać – „skoro co pięć minut gra co innego”.

(o)(o)

To pierwszy materiał z Glamour, za który się wziąłem. Warto było.

(o)(o)

Na Bandcampie wszystko na temat „Zgubiłem się” zostało ładnie podane w punktach. Tak ładnie, że w sumie pisanie o tym materiale jest niemal nietaktem, więc będę się streszczał.

(o)(o)

Tej takiej raczej bardziej pojebanej muzyki lubię przed napisaniem recenzji przynajmniej raz posłuchać jadąc tramwajem. Tym razem, z wiadomych względów, musiałem sobie tę przyjemność darować.

(o)(o)

O tym, że Michał Olczak lubi poskakać z gatunku na gatunek, świadczy już pierwszy utwór, „Pociąg do Białegostoku”. Najpierw połączenie czegoś w rodzaju muzyki sakralnej z gotyckim porno (albo moja wyobraźnia poszła w dziwnym kierunku), potem kończy się to jazzem.

Albo wsłuchajcie się w kapitalne „Pruszkowskie lumpeksy” – dzieje się tu więcej niż podczas ostatniego meczu Liverpool – Atlético. Nie są to jednak jaja, pretensjonalne „zabawy ze słuchaczem”. Całość jest spójna.

„Zgubiłem się” to w sumie coś, co nazwałbym – upraszczając – surową, brudną elektroniką zmieszaną z (free)jazzowymi wstawkami.

(o)(o)

Wciągająca, dużymi fragmentami kapitalna płyta. Mój faworyt to przedostatni na płycie kawałek „Za dużo”. Nie zmieniłbym w nim nawet sekundy.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jachna/ziołek/buhl – animated music [pawlacz perski; 2020]

bandcamp

facebook

pawlaczperski.org

Pierwsze tegoroczne wydawnictwo Pawlacza Perskiego przynosi muzykę gwiazdorskiego tria: Wojciech Jachna (trąbka, kornet, fx; m.in. Contemporary Noise Sextet i Inncercity Ensemble), Jakuba Ziołka (gitara akustyczna, syntezator, fx; Innercity Ensemble, różne Alamedy, Stara Rzeka…) oraz Jacka Buhla (perkusja, perkusjonalia; m.in. Alameda 5 i Trytony). „Animated music” – naprowadzi na to bystrego czytelnika – może być interpretowana jako ścieżka dźwiękowa do kreskówek. I tak jest w istocie: w info wydawcy czytamy o polskich filmach animowanych z lat 60 i 70.

„Charakterystyczne dla wielu z takich soundtracków było m.in. zderzanie avant-jazzowego feelingu z nieco sterylną elektroniką w duchu SEPR (zakładam, że chodzi o Studio Eksperymentalne Polskiego Radia – dop. 10fs). Na Animated music akustyczne instrumenty wykorzystywane są w sposób tradycyjny, ale muzycy nie stronią też od sonorystycznych poszukiwań i elektronicznych preparacji. Pole słyszenia rozszerzają syntezatorowe dźwięki”.

Nic dodać, nic ująć. Jak zwykle Pawlacz Perski zapodaje takie press-info, że właściwie można zrobić kopiuj-wklej i pójść na piwo.

Jachna, Ziołek i Buhl to muzycy tej klasy, że pewnie trudno byłoby im nagrać coś kiepskiego. Znają się, pewnie lubią i niejednokrotnie pracowali razem. Mogą co najwyżej rozczarować, lekko znudzić, ale wiochy żadnej nie odstawią.

„Animated music”, nagrana w 2016 r. przez Janusza Czadę w bydgoskim Studiu Mózg, stwarza wrażenie czegoś w rodzaju brudnopisu, spotkania trójki świetnych muzyków, którzy postanowili przy okazji coś zarejestrować, ale nie jest jedynie ciekawostką, płytą, przy okazji której bardziej zwraca się uwagę na nazwiska muzyków niż samą muzykę. Co prawda daleko temu materiałowi do najlepszych wydawnictw Pawlacza, lecz warto go poznać.

(o)(o)

Surowa elektronika i akustyczne brzmienia, „kontrolowane” przez trąbkę Jachny – tak można by w uproszczeniu opisać zawartość tej kasety.

Mnie najbardziej przypadły do gustu psychodelizujący „To Boy and the World” oraz „Yoruba”, której patronem będą raczej nie polskie postacie z filmów animowanych, lecz Żwirek i Muchomorek. Doskonale wyszły im te jagodowe powidła.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

burnt friedman & jaki liebezeit ‎– secret rhythms 4 [2011] / mert alas & marcus piggott

linki w komentarzach / links in comments

nonplace.de

burnt friedman.com

Jakiś czas temu ktoś, bodajże na Noise Rock Now, zadał pytanie o najlepszego perkusistę? Jedna z odpowiedzi brzmiała: „Brian Chippendale z Lightning Bolt”, ale zaraz poszła kontra: „Nie ma szans. Jaki Liebezeit”.

Często jest tak, że jak się rozpada jakiś wybitny zespół, to potem jego członkowie zamulają. Robią inne rzeczy, zupełnie nie dorastające do tego, co wydawali wcześniej, aż dochodzą do momentu reaktywacji, często niezbyt udanej. Z geniuszami z Can było inaczej, również z Liebezeitem. Uwielbiam to, co nagrywał z Berndem Friedmannem. Seria „Secret Rhythms” jest fantastyczna.

Liebezeita widziałem raz na żywo – w 2004 r. grał z Friedmannem i Nu Dub Players. Nie był to wybitny koncert (coś tam nie stykało, jakby niektóre numery nie zostały dopracowane), ale ogólnie – gitara, było świetnie. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na Liebezeita, przepuszczając jakichś zjebów, którzy zamawiali żarcie i zwisało im, co się dzieje na scenie. Słuchasz Jakiego Liebezeita, a tu jakiś pacan robi slalom z bograczem. Wspaniała publika.

Hans Liebezeit zmarł 22 stycznia 2017 r. Miał 78 lat.

***

Mert Alas & Marcus Piggott. Pewnie nic by się nie stało, gdyby fotografia (około)modowa skończyła się na Guy Bourdinie, ale niektóre ze zdjęć tego duetu ogląda się z przyjemnością.

club alpino – cxvi [ōtomo; 2019]

club alpino

ōtomo

soundcloud

Człowiek stojący za Club Alpino odgraża się, że jeśli ten materiał nie spotka się z odpowiednim odzewem, zacznie grać metal. Myślę, że jeśli nie nagrałby co najmniej „For Victory” albo „Enemy of the Sun”, to lepiej, żeby został przy elektronice.

Ten materiał nosi numer 116 w katalogu Ōtomo, sublabela OBSCUUR Records. Elektronika kojarzy się z anonimowością, z artystami, którzy swoje płyty wydają pod różnymi nickami. Może o to chodzi w takim numerowaniu wydawnictw – jest ich 121 – przez Holendrów. Faktycznie, jest tego trochę. Tylko w tym roku Ōtomo wrzuciło na Bandcamp dziewięć materiałów.

Jeżeli pisanie o muzyce, jest jak tańczenie o architekturze, to pisanie o muzyce elektronicznej jest jak… No właśnie, trzeba by ożywić Franka Zappę, może rzuciłby jakimś bon motem.

„CXVI” to oldskulowe, czasem „gryzące” brzmienia, czasem w sumie dość – jak na elektronikę – ciepłe (to pewnie kwestia lekko szumiącego nagrania), z konkretnym beatem.

Za trzeci numer, „It’s a Trap”, brzmiący trochę jak B-side Falarek Band z Johnem Balance’em na wokalu – piąteczka ode mnie.

fischerle – ptylotics [spring break tapes; 2018]

Processed with VSCOcam with c3 preset

springbreaktapes.com

bandcamp

facebook

soundcloud


fot. Michał Wolski

Nazwa „Fischerle” pojawiła się wcześniej na blogu przy okazji bardzo udanej składanki. „Ptylotics” to jedno z trzech tegorocznych wydawnictw amerykańskiego, kasetowego (jak zresztą nazwa wskazuje) labelu Spring Break Tapes.

Pierwszy odsłuch posłużył mi jako ścieżka dźwiękowa do jazdy tramwajem. Po lewej dziewczyna ze słuchawkami (ciekawe, czego słuchała), przypominająca styczniową modelkę z kalendarza Hajmana; po prawej młody gość z aparatem słuchowym (więc nikt krzywo nie spojrzy na to, że nie ustąpił miejsca starszej pani); na lewo po skosie widok grubej kobiety, próbującej zdążyć na rzeczony tramwaj. Eklektyzm postaci, które łączy ten sam środek komunikacji (puszysta niewiasta zdążyła). Również kawałki na słuchanym materiale Fischerle są eklektyczne, choć pasują do siebie. Zostały zapakowane w bardzo ładnie wyglądającą kasetę o nazwie „Ptylotics”.

Jak możemy przeczytać na Bandcampie i stronie wydawcy, opisywany materiał żeni estetykę dub-techno z hip-hopem (w „Morning Gate” słyszymy klasyczne skrecze, za które odpowiada DJ Stosunkowodobry; miażdżąca ksywa).

Określanie tej muzyki jako mariażu dub-techno z hip-hopem (czyli czegoś, co może kojarzyć się raczej przystępnie) ma sens, choć to uproszczenie. I gdy fragmentami robi się nawet podejrzanie przyjemnie, Fischerle potrafi poczęstować słuchacza dźwiękami niemal niepokojącymi czy też niemal irytującymi. Zawsze intrygującymi.

„Ptylotics” dudni w uszach jak trzeba.

columbus duo – à temps [dead sailor muzic; 2017]

bandcamp

dead sailor muzic

Lata lecą, coraz rzadziej premiera nowej każe mi stawać na baczność. Jednakże nowy materiał mojego może i ulubionego polskiego składu, Columbus Duo, to coś, na co czekam z lekko gówniarską podjarką.

Przy okazji poprzedniego studyjnego materiału braci Irka i Tomka Swobodów pisałem o tym, że choć to świetna rzecz, to być może Columbus Duo powoli dochodzi do ściany; że następną płyta może zacząć nużyć.

Gdy miałem okazję chwilę z Irkiem pogadać, ten stwierdził – mniej więcej – że duet poniekąd wróci do korzeni. A korzenie to przecież minimalistyczne, noiserockowe trio Thing (braterski duet plus Tomasz Piotrowski).

Jeśli są echa noise rocka na „À temps” (ukazała się na CD i kasecie, winylu chyba nie będzie), to ledwo słyszalne – wtedy, gdy elektronika najbardziej rzęzi albo w bębnach na „MGD”. Dość wyraźnie za to słychać nawiązanie do krautrocka czy kosmische Musik (terminy te bywają używane zamiennie, choć myślę, że nie tylko ja wyczuwam różnicę między jednym a drugim).

Duet jednak nie leci w kosmos, a trzyma się ziemi. Muzyka Columbus Duo pozostała minimalistyczna, surowa, ale pociągająca, nie brzydka. Kojarzy się z trudną podróżą statkiem kosmicznym lub wędrówką po pustyni.

To najlepsza polska płyta tego roku. Może tylko, mówiąc półżartem, brakuje jakiegoś „przeboju”, ładnego numeru – jak „Motherfucker” z płyty „Storm” czy „B36” z „Expositions”.

W twórczości Columbus Duo czuć inspirację innymi artystami (ja słyszę chwilami Orena Ambarchiego, co Irka Swobodę pewnie przesadnie nie zmartwi) i szacunek do nich. To jednak autorska propozycja, mająca swe niepowtarzalne oblicze. Choć „À temps” to nie jest łatwa muzyka, to jednak biegunowo odległa od pretensjonalnej pseudoawangardy.