Posts Tagged ‘garage rock’

wracam do domu i włanczam muzykę [1/2019] (ni., swervedriver, mono, leśniewski / nowacki, hank wood and the hammerheads, marriage + cancer, próchno, sun ra)

29/01/2019


Charlie słucha Mono

Postanowiłem pisać co miesiąc po parę słów na temat płyt, których udało mi się uważnie wysłuchać. Pewnie chęci nie starczy mi już na luty, ale zobaczymy. Może to mi pomoże lepiej się odnaleźć w bajzlu, jaki powoduje milion wydawanych albumów miesięcznie.

Oczywiście wciąż zapraszam do podsyłania swoich wydawnictw – wtedy jest szansa na zrobienie o nich osobnego postu. Warunek: nośnik (może być nawet kaseta) i/lub pliki, które można pobrać na dysk.

Pozdrowienia dla tych, którzy wiedzą, skąd wzięła się nazwa cyklu.

ni. – noble impulse. + normal insanity. [tenzenmen; 2019]

Materiał wyszedł gdzie indziej w ubiegłym roku, ale jeden z moich ulubionych labeli – Tenzenmen – wydał go również teraz, więc czemu by o nim nie napisać.

Dziwaczna nazwa zespołu, pojebany tytuł płyty – to musi być Japonia. Na „nOBLE iMPULSE. + nORMAL iNSANITY.” ni. najdłuższy numer trwa 35 sekund. To hardcore, ale bez Simple Jacków z bandanami i groźnymi minami.

Leci konkret wpierdol ze szczekającymi wokalami i nagle mamy niemal funkowy fragment, że aż ma się ochotę włączyć Big Boys.

Garstka Polaków.

Czule pomyślę o .ni podczas kolejnego nudnego koncertu HC/punk.

(o)(o)(o)

swervedriverfuture ruins [dangerbird records; 2019]

Klasycy shoegaze’u – chociażby Ride – czasem udowadniają, że swoje kariery powinni zakończyć w latach 90., czasem – jak Slowdive – że nie muszą być przykrym archaizmem.

Jeżeli chodzi o najnowsze wydawnictwo Swervedriver (na pitchforkowej liście 50 najlepszych shoegaze’owych płyt znalazły się dwa dzieła kapeli z Oksfordu: „Raise” na 15. miejscu, „Mezcal Head” na 10.), słuchałem go bez bólu, chwilami z przyjemnością, ale nie sądzę, bym do niego wracał.

Z drugiej strony, gdy słyszę chociażby „Everybody’s Going Somewhere & No-One’s Going Anywhere” (bardziej w klimacie Morphine niż shoegaze’u) albo brzdąkanie przesterowanej gitary w tytułowym kawałku, nie żałuję tych kilku odsłuchów.

Pewnie na żadnej liście „Future Ruins” się nie znajdzie, ale jest to niezła płyta. I może dzięki niej w dwójnasób słychać świeżość debiutu, „Raise”.

(o)(o)(o)

mononowhere now here [temporary residence limited; 2019]

„God Bless”, „Nowhere, Now Here”, „Meet Us Where the Night Ends” … Jak widać po tytułach, Mono nie zmieniło poetyki. Wciąż raczej nie jest to zespół, który można by postawić obok Cosmic Psychos albo Starych Singers.

Nowa płyta Japończyków przynosi patetyczny post-rock, od którego – gdy go odpowiednio podkręcić – mogą popękać ściany. Nie brakuje na „Nowhere Now Here” również spokojniejszych, chwilami niemal ambientowych fragmentów. Wygląda na to, że autorzy „One Step More and You Die” wykonali swoje zadanie w 120 procentach. Mnie najbardziej podszedł chyba wspomniany „Meet Us…” z tym fajnym „gruchaniem”, dzięki czemu ten kawałek się wyróżnia. No i jest noise w finale.

Złośliwy powie, że „Nowhere Now Here” to imponująca ścieżka dźwiękowa pod spienione fale, zachmurzone niebo i burzę oraz kapiący deszczyk, gdy wchodzi pianinko. Ale ma to swój klimat. Chętnie poszedłbym na dobrze nagłośniony, siedzący koncert.

A to, że słuchając tego trwającego około dwóch tygodni materiału, mam wrażenie, że obcuję z czymś anachronicznym (podobny casus to Mogwai, choć Szkoci – z lepszym lub gorszym skutkiem – kombinują) oraz fragmentami nudnym niczym rock progresywny (zresztą Mono czasem jest tagowane jako progressive rock) – to już materiał na zupełnie inną historię.

Możesz włączyć tę płytę Mono, ale równie dobrze jakąś inną. W ogóle to mam wrażenie, że Mono ratuje to, że nagrywają się u Albiniego. „Lepszy” producent mógłby z ich materiału zrobić coś, co mogłoby zabrzmieć potężniej, ale jednocześnie ma się wrażenie, że rozwaliłoby to jedynie ściany z kartongipsu.

(Tak, wiem, że rock progresywny nie zawsze jest nudny).

(o)(o)(o)

leśniewski / nowacki – ślęża [2019]

Prawie jak Morawski / Waglewski / Nowicki / Hołdys he, he.

link

(o)(o)(o)

hank wood and the hammerheadsheads [2019]

Singiel nieocenionego Hanka Wooda i jego The Hammerheads. Po więcej niż udanej zeszłorocznej płycie panowie nie zwalniają tempa. Dwa szlagi w pysk jak się patrzy. Punk nie umarł, przynajmniej w Nowym Jorku. Zapętliłem jak zły.

(o)(o)(o)

marriage + cancerbro [self sabotage records; 2019]

Zupełnie nie ruszyła mnie zeszłoroczna płyta tych noiserockowców. Na dodatek najpierw ucieszyłem się, że to split zespołu Marriage z zespołem Cancer, a potem dowiedziałem się, że Marriage zakończył działalność.

Tegoroczny singiel to miła niespodzianka. Dwa bardzo dobre numery, którymi portlandczycy nie odkrywają Ameryki, ale daleko im też do epigoństwa. Nie jest to kolejny zespół, który nieudolnie próbuje grać jak Shellac, The Jesus Lizard czy nie daj Boże Unsane. Czekam na LP.

(o)(o)(o)

próchno – z kosą przez las [2019]

„Singiel zapowiada płytę długogrającą «Próchno», która ukaże się 22 marca 2019 roku. Płytę CD wydaje Gusstaff Records, a winyl Don’t Sit On My Vinyl”.

Pierwszy numer to lo-fi kraut (kurde, myślałem, że wymyśliłem coś oryginalnego, ale widzę, że sami się tak otagowali) z szatańskim wokalem, drugi to „brudny” ambient, który pewnie mógłby służyć jako otwieracz albo zamykacz albumu.

Przed państwem supergrupa (ktoś chyba na poważnie użył tego określenia, jakby to był Velvet Revolver) Próchno. Czekamy na więcej.

(o)(o)(o)

sun racrystal spears [modern harmonic; 2018]

Materiał nagrany w 1973 r. i ponoć zbyt kakofoniczny, żeby chciała go wypuścić Impulse!, która wydawała już Sun Ra. Coś tam się zmieniło w labelu należącym do ABC i płyta, która miała gotowy numer katalogowy, nie ukazała się na rynku. Trzeba było czekać na to oficjalne wydanie ponad 40 lat.

Szczerze mówiąc, nie widzę na tej płycie niczego – jak na tę chyba najbardziej kolorową postać w historii jazzu – wielce nieprzystępnego.

Free jazz w granicach rozsądku, z bardzo ciekawym wykorzystaniem minimooga. Jedyne, czego bym nie zalecał, to słuchanie „Crystal Spears” na słuchawkach. Minimoog leci jedynie w prawym kanale i troszkę to może męczyć.

Kolejne ze wznowień arcybogatego dorobku Hermana Poole’a Blounta. W ubiegłym roku Modern Harmonic wydało to na CD i LP, w styczniu „Crystal Spears” pojawił się na Bandcampie. Wcześniej był chyba tylko bootleg włoskiego Sinner Lady Gloria (2014 r.).

fertile hump – kiss kiss or bang bang / guiding lights – not much war / zwidy – szum

16/12/2018

Krzysiek Kwiatkowski wrzucił niedawno na swoje Trzy Szóstki tekst o pisaniu – uproszczę – recenzji. Ze swojej strony dodam, że chętnie marudziłbym o każdej płycie – od najlepszej do najgorszej – i to dużo, i może nawet z sensem, ale po pierwsze – czasem po pracy nie chce mi się nawet piwa odkapslować, po drugie – robienie czegoś regularnie i profesjonalnie za darmo, to raczej średnia atrakcja.

Zwłaszcza że artyści wrażliwi. Raz napisałem coś w sumie miłego o jakiejś posthardcore’owej średniawce i członek zespołu się nafuczył, bo chyba mu się wydawało, że spłodził nową „In on the Killtaker” albo „Lurid Traversal of Route 7”, a ja nie byłem wystarczająco entuzjastyczny.

Napisałem dziś na fejsie, że wrzucę na blog tekst analizujący kondycję polskiego rocka. W związku z tym, że okrasiłem to żenującym memem z Lady Pank, wydawało mi się, że widać, że to żart.

Tak czy siak, nie martwi mnie kondycja polskiego rocka (czy po prostu muzyki, której słucham), gdyż nasza alternatywa nie jest w niczym gorsza od zagranicznej. W miarę możliwości staram się wspierać na swym biedablogu ludzi z szeroko rozumianego undergroundu – czasem z własnej inicjatywy, czasem na czyjąś prośbę. Jeśli mam czas, chęć i nie uważam, że jakieś wydawnictwo promuje rzeczy autentycznie szkodliwe i gwałcące gusta, a przyklepywane przez znajomych na zasadzie wyśpiewanej przez Lecha Janerkę: „Lubią nas a my lubimy znowu innych / Lubią nas drabina głupich sięga nieba / Lubią nas i więcej nic już nie potrzeba nam / Bo lubią nas”.

***

Poniżej krótko o trzech świetnych polskich płytach. Ideałem krótkiego pisania był Tomek Ryłko. Raz napisał w paru pierwszych zdaniach, że jakieś meble przywieźli do sklepu, a w ostatnim, że słuchał też nowego Wire, ale płyta rozczarowuje.

***

Fertile Hump, „Kiss Kiss or Bang Bang” (wyd. własne; 2018]

bandcamp

8merch

facebook

Dawno, dawno temu, gdy zaczynałem swą przygodę czytelnika pism muzycznych, mokrym snem niektórych dziennikarzy był polski zespół grający jak amerykański i przy okazji równie dobry jak amerykański. Próbowano uskuteczniać te próby. Najpierw powstał Lessdress, potem Incrowd. Obie grupy muzyczne pomińmy milczeniem. Był jeszcze Houk, ale mnie on – może przez Darka Malejonka, który zawsze wyglądał trochę jak zjarany przypałowiec, który dosiada się w knajpie i męczy bułę – chyba zawsze wydawał się bardziej słowiański niż amerykański. Gdyby Fertile Hump przenieśli się w czasie do przełomu lat 80. i 90., wspomnieni dziennikarze oszaleliby z radości.

„Polski rock” nie kojarzy mi się najlepiej: z – jak śpiewali Starzy Singers – Dżejmsem Bo albo tym błaznem niepokonanym, który krytykował Neila Younga, bo ten się niby trzęsie. Trzeba więcej takich zespołów, jak Fertile Hump, grających rocka, który nie kojarzy się z wąsami (chyba że Zappy).

Wolę tę kapelę Tomka Szkieli nawet od wcześniejszej – The Stubs, a Magda Kramer awansowała na szczyt moich ulubionych wokalistek z naszego pięknego kraju.

Na Śląsku, gdzie mieszkam, zrobiono wiele (a nawet więcej), by zohydzić bluesa, którego pełno na „Kiss Kiss or Bang Bang”. Jednak Fertile Hump stoi na antypodach gustów tutejszych Heńków, którzy rozbiją ci o głowę kufel z Tyskim za brak szacunku do „Ryśka”.

Jak się komuś nie spodoba chociażby taki „Wise Man”, to niech sobie włączy Radio Złote Przeboje.

***

Guiding Lights, „Not Much War” (Instant Classic; 2018)

bandcamp

facebook

Gdybym umiał grać, chyba chciałbym to robić jak Guiding Lights (mieszkam na Śląsku, więc i tak nie miałbym z kim). Nie licząc sonicznych otwieracza i zamykacza, zespół dokonuje wielkiej sztuki: gra jakby jeden numer (nie licząc fragmentu, gdy się chyba zapomniał i zaczął mieszać jakimś cięższym motywem), ale nie nudzi. Jest coś fascynująco namolnego w tym 30-minutowym materiale, w którym – upraszczając – punk został ożeniony z indie rockiem (słyszę chwilami swych ukochanych The Feelies).

To, co się rzuca w uszy, to jak „Not Much War” brzmi – zajebiście. Ale to akurat nie dziwi, bo odpowiada za ten fakt gitarzysto-wokalisto-keybordzista Guiding Lights Łukasz Ciszak. Nawet wokale – wciąż rzadkość na polskich płytach – słychać jak trzeba, czyli nie 50 razy głośniej niż instrumenty.

Przebojowa płyta bez przebojów. Tak to widzę.

***

Zwidy, „Szum” (Trzy Szóstki; 2018)

bandcamp

facebook


fot. Agata Hudomięt

Zespół chyba najbliższy mi muzycznie (i jedyny, gdzie mam ochotę się przyczepić do wokali). No i ze zdecydowanie najlepszą nazwą. Nie musiałem wziąć tygodnia wolnego, żeby się jej nauczyć.

Zwidy najlepsze są, gdy swym połamanym „alternatywnym rockiem” wchodzą na tereny, na których króluje Polvo. Słuchając „Szumu”, zastanawiałem się nad odnośnikiem do tej muzyki, bowiem coś mi cały czas chodziło po głowie, i w końcu zatrybiłem: idzie o autorów „Today’s Active Lifestyle”. Słychać też na tym materiale – jak niemal wszędzie – Sonic Youth (vide „Dość”).

Plusem są niewątpliwie teksty – o czymś, ale nie takie, co walą kijem po łbie, pozbawione też pretensjonalności i poetyckiego zadęcia. „(…) odpocznij, by pracować wydajniej / jesteś potrzebny, a wyglądasz fatalnie / / Pierwszy wyjazd od siedmiu lat / w to samo miejsce, co zawsze / to wszystko, na co jest go stać / to wszystko, o czym może pomarzyć / / I znowu o świcie musi wstać / i znowu w tłoku gdzieś przepadnie / za parawanem schowa fakt, że ciągle wygląda fatalnie (…)” – no, niemal jak Kwasek w PRL.

Wracając do wokali – przy pierwszych dwóch odsłuchach „Szumu” strasznie mi przeszkadzały, za trzecim i czwartym stwierdziłem, że czasem mają swój nieco gówniarski urok i pasują do danego numeru (np. „Ostatnie pięć lat”), a czasem mniej (np. „Dzień dobry”).

Wracając do muzyki – jak wchodzi chociażby taki „Zwycięzca (Przegrany)”, wiele więcej mi do szczęścia nie trzeba.

***

„I tylko czasem kiedy zsikam się / Wątpię czy lubią mnie”.

good night chicken – you like the taste, don’t you [music is the weapon; 2018]

06/03/2018

bandcamp

facebook

musicistheweapon.pl

Good Night Chicken może nie uwodzą nazwą, ale warto poświęcić im uwagę. Duet z Bydgoszczy określa swą muzykę jako „dark surf” (albo ktoś za nich to zrobił) – ciekawie i dość adekwatnie.

Z surf rockiem zawsze miałem ten problem, że mnie nudził. Parę numerów – ok, ale w większej dawce – niekoniecznie.

GNC na szczęście szwenda się też po innych obszarach muzyki. Surf jest punktem wyjścia, ale panowie skręcają płynnie w stronę psychodelii czy garażowego rocka. Co jeszcze można usłyszeć w muzyce bydgoszczan? Chociażby nieodżałowane Women, które przywodzi na myśl bardzo dobry „How to Maintain a Diet in Ostróda”.

Music is The Weapon – wydawnictwo, któremu kibicuję nie od wczoraj – udanie weszło w rok 2018. Good Night Chicken co prawda nie zabija, lecz chwilami niemal porywa. No i „You Like The Taste, Don’t You” jest świetnie nagrana. Zdarza mi się narzekać na polskie płyty: a to, że wokal jest wysunięty jakieś sto metrów przed instrumenty, a to, że gitary brzmią zbyt miękko… Tu jest wszystko jak Pan Bóg przykazał: brudno (płyta brzmi niemal jak demo), ale nie jest to ten przypadek, gdy brud ma ukryć indolencję artystyczną. Jest to garaż, ale nie śmierdzący, w którym zaległy się szczury wielkości wzmacniaczy.

Inna sprawa, że ta programowo – jak sądzę – nieefektowna produkcja sprawia, że na płycie trzeba się skupić, bo inaczej przeleci niezauważona.

Chętnie bym zobaczył, jak GNC sprzedają swoją twórczość na żywo.

Pora wziąć się za drugą płytę wydaną przez MITW w tym toku – Kate Caulfield.

gołębie – dachy [2016]

30/08/2016

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

1

To, co grają Gołębie, przypomina mi trochę The Men z okresu, gdy nie brzmieli już radykalnie, ale wciąż nadawali się do słuchania.

Brzmienie gitar (bas i bębny też OK) i pewna, rzekłbym, przebojowość „Dachów” cieszą mnie niezmiernie, zwłaszcza że ten rok – w przeciwieństwie do 2015 – nie stoi pod znakiem udanych polskich płyt gitarowych.

Miał być na zakończenie jeszcze jakiś suchar dotyczący nazwy, ale zamknę jakże rozbudowaną całość stwierdzeniem, że jest bardzo dobrze i czekam na jeszcze. Wtedy też postaram się nieco więcej o Gołębiach napisać.

watery love – debut 45 [2009], two thrills [2011], die with dignity [2012], sick people [2014] / vincent littlehat

03/05/2016

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komenarzach / links in comments

watery love

richie records

negative guest list records

siltbreeze

in the red records

10fuckingstars.wordpress.com

Jak robiłem składankę podsumowującą 2014 rok (https://10fuckingstars.wordpress.com/2014/12/29/fuck-the-king/ – działa link do uloz.to), znalazł się na niej zespół Watery Love, który nagrał w tamtym czasie jedną z lepszych płyt – „Decorative Feeding”. Mam z tym albumem taki problem, że jeden numer podoba mi się dużo bardziej od innych – „Pumb the Bimbo” – i zazwyczaj go sobie zapętlam.

Ostatnio odsłuchiwałem single tej kapeli z – zdaje się – Filadelfii. Świetne numery, Mógłby ktoś u nas – znaczy się, w Polsce – tak fajnie zagrać w tym roku. A może oni jednak zamulają, a „Pump the Bimbo” to ich jedyny naprawdę dobry numer?

Spakowane chyba wszystkie single oprócz splitu z Kurt Vile & th’ Lovetones.

Właśnie wyszedł materiał „Nine Songs with Meg Drumming” (archiwalia z lat 2007-2009). Słuchajcie Trójki, Mam taką wizję, że puszczą w niej Watery Love. Będzie to oznaczać, że zespół się skończył, choć nigdy o Trójce nie słyszał.

PS Właśnie się zorientowałem, że single, które wrzuciłem, to zawartość „Nine Songs with Meg Drumming”. niech zyje moja niekumacja.

***

Vincent Littlehat

1

2

3

4

5

6

boss hog – cold hands [1990]

15/04/2016

10fuckingstars.wordpress.com

coldhands2

cold hands 3

linki w komentarzach / links in comments

amrep

boss_hog

Przypomniał mi się zin „Korek”, bowiem na jednej z okładek pojawiła się Cristina Martinez z Boss Hog. Było to to samo zdjęcie, które zdobiło okładkę płyty „Cold Hands”. Widywał człowiek brzydsze kobiety w swoim życiu.

„Korek” był ok: bez typowo scenowego, politycznie poprawnego kija w dupie.

korek5_93_1
independentzambrow.blogspot.com

Boss Hog to jeden z zespołów Jona Spencera. Nie wiem, może i mój ulubiony, choć pod koniec brzmiał chwilami niemal popowo (pojawiły się nawet taneczne remiksy).

Zespół reaktywował się w 2008 roku. Niestety, koncertówka „Live At WFMU On The Cherry Blossom Clinic 12/20/2008” nie zachwyca.

Tak czy siak, zajebista kapela. No i okładki najlepsze. Wrzucam „Cold Hands” – najlepszy materiał. No i kawałki z niego, to pierwsze numery zespołu Martinez, jakie usłyszałem.

1

2

4

5

6

thee mighty caesars – thee caesars of trash [1986] / bettie page

17/11/2015

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

williamhamper.com

discogs

300x300

Jeżeli ktoś ma wrażenie, że słucha ostatnio za dużo „przeintelektualizowanej” muzyki, niech włączy Thee Mighty Caesars – to tak pięknie surowa muzyka, że aż trudno uwierzyć, że stoi za tym poeta, malarz, fotograf etc. Trudno też uwierzyć, że powstała w latach 80., nie 60.

Billy Childish, bo o nim mowa, wydał mnóstwo płyt – w tym roku też przynajmniej jedną: „Archaeopteryx vs Coelacanth” jako
Wild Billy Childish and The Spartan Dreggs. Wystarczy wejść na jego stronę, żeby zobaczyć, że chłop prowadzi raczej ożywioną działalność.

Doskonałe.

***

Nie mam czasu, żeby szukać zdjęć Stevena Johna Hampera aka Williama Hampera aka Billy’ego Childisha w necie, więc od czapy wrzucam Bettie Page.

1

2

3

4

5

6

Wspaniale zagrała Bettie w filmie „The Notorious Bettie Page” Gretchen Mol.

7

fuck the king!

29/12/2014

103520-sheen-gallery-0006-img-0040-2-full-480w

(o)(o)
(o)(o)
(o)(o)

Znów na koniec roku przygotowałem składankę: po jednym (w przypadku Watery Love – dwa) kawałku z 15 ulubionych płyt (najlepsze na końcu). Znów było czego słuchać. Możecie sobie sprawdzić. Noise rock, punk, indie pop, funk, retarded rock – dla każdego coś miłego.

Kilka płyt rozczarowało, najbardziej „Two” Owls. Nie kupuję (dosłownie i w przenośni) też wzbogaconych reedycji moich ulubionych albumów: self-titled American Football i „Spiderland” Slint. Wiem, że gdy oba zespoły grały w latach 90., to zostały olane, a teraz sprzedają komplety biletów na swoje koncerty i że im się to należy, ale nie zmieni to mojego zdania: te „deluxe editions” są przekombinowane, by nie rzec: chujowe. Modę na to rozpoczął chyba Sonic Youth.

Najbardziej szkoda mi jednak kapitalnego bloga „The Elementary Revolt”. Jego raczej nikt nie zastąpi. Oprócz różnych crustów i screamów, można tam było znaleźć od groma noise rocka, a także taką perełkę, jak chociażby francuska Dalida. Ogólnie rzecz biorąc, blogi zdychają, coraz mniej do czytania i ściągania, ale warto niektóre odwiedzać. Na przykład ten.

Piosenka roku: The Growlers, „Good Advice” (najfajniejszy moment: jak koleś gra na wężu).

Życzę wszystkim udanego 2015 roku; zwłaszcza tym, którym chce się tu coś od czasu

Trzymajcie się.

cheater slicks – refried dreams [1999] / antoine d’agata

21/06/2014

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

tumblr

in the red recordings

discogs

10fuckingstars.wordpress.com

wydawało mi się, że to znany zespół, ale chyba jednak nie. jak cię ktoś spyta, czym się różni garażowy rock od normalnego, puść mu cheater slicks. piękne.

teraz te nowe zespoły, razem z tym całym protomartyrem (choć to fajna grupa), mogą cheater slicks possać pałkę.

***

antoine d’agata. te piękne francuskie imiona i nazwiska.

1

2

3

5

6

7

graveyard drug party – paint your teeth [fyh!records, 2013]

15/11/2013

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

fb

fyh!records

1

Tyle tych młodzieżowych zespołów wydaje płyty i je podsyła, że człowiek nie ma czasu wrzucać normalnych postów.

Graveyard Drug Party już kiedyś dałem na bloga, z okazji wydawnictwa „2012”. Nie ma już wokalistki, zastąpił ją wokalista. Z estetycznego punktu widzenia jest to duży błąd. Z drugiej strony, „Paint Your Teeth” to lepszy materiał niż wcześniejszy.

Prymitywny, czyszczący uszy rozpierdol. Brawo.

Płyta – od 0 zł w górę – do ściągnięcia z Bandcampa.


%d blogerów lubi to: