Posts Tagged ‘dischord records’

wracam do domu i włanczam muzykę [2/2019] (tk echo, the telescopes, buzzcocks, homeless cadaver, dynasonic)

16/03/2019

Zapał do recenzowania nowych rzeczy zgasł. Na dodatek niechcący usunąłem post i teraz muszę go odtwarzać.

Nie było w tym roku na razie płyty, która by mnie wywaliła z kapci, ale to cisza przed burzą. W sumie nie taka znowu cisza, bo wyszły już naprawdę dobre rzeczy, a sprawdzając w tej chwili kolejne nowości, stwierdzam, że to pewnie znów będzie miażdżący rok.

Tradycyjnie płyty – oprócz polskich – do ściągnięcia. Pliki, tradycyjnie, nie są przechowywane na blogu.

[1/2019]

***

tk echotk echo [dischord records; 2019]

Zespół, w którym gra m.in. Chris Richards z bardzo lubianego przeze mnie Q and Not U. Co tworzy TK Echo? Upopiony post-hardcore albo upopiony math-rock? Złośliwy powie, że trzeci numer, „You Lost Your Watermark”, brzmi jak Foreigner. Wpływ na to ma klawisz, dość zaskakujący, że tak to ujmę.

Podczas pierwszego odsłuchu miałem bardzo negatywne odczucia. Teraz nabrałem chyba ochoty na więcej (ta self-titled to tylko trzy kawałki), choć nie do końca wierzę w to, że TK Echo dałoby radę utrzymać moją uwagę na dużej płycie. Oby zespół poszedł drogą wyznaczoną przez drugi numer, „Era”.

(o)(o)(o)

the telescopesexploding head syndrome [tapete records; 2019]

Pisałem ostatnio o innej legendzie shoogaze’u i jej nowej płycie – o Swervedriver i „Future Ruins”. Fajne, ale raczej do zapomnienia.

The Telescopes poruszają się w innej estetyce – to raczej narkoodlot Spacemen 3 niż alternatywny rock. Stąd łatwiej trafić w rejony nudnego impro, ale też trudniej ugrząźć w rockowej mieliźnie.

Przez tę angielską kapelę przewinęło się niemal tyle osób, ile przez łóżko Lou Reeda, ale na straży wciąż stoi Stephen Lawrie. No i wciąż pokazuje, że muzyka jest tą dziedziną życia, w której wiek nie stanowi żadnej wymówki. Bardzo przyjemny lot.

(o)(o)(o)

buzzcocksanother music in a different kitchen [domino records; 1978, 2019]

„Dalej kocham Clash, ciągle lubię Ramones” śpiewał słynny GWpunk, ale najbardziej i w ogóle to jednak Buzzcocks – dośpiewuję ja. Domino wypuściło zremasterowaną reedycję pierwszego LP zespołu z Manchesteru i jest to, kurde, arcydzieło.

„Fast Cars”, „Sixteen”, „Fiction Romance”… Mógłbym cały dzień pisać o tej płycie. Co ja gadam – o całej płycie. O samym „Sixteen” mógłbym się produkować cały dzień. Ale ględzić na temat tych kawałków nie ma sensu. Równie dobrze można by pisać o tym, że „Obywatel Kane” został dobrze nakręcony, a Rembrandt równo kładł farbę.

An’ I hate modern music
Disco boogie pop
They go on an’ on an’ on an’ on an’ on
How I wish they would stop

(o)(o)(o)

homeless cadaver – fat skeleton [iron lung records; 2019]

Staram się jak mogę, ale do tej pory nie udało mi się trafić na słaby materiał wydany przez Iron Lung. Dwa numery z – tym razem idealnie wykorzystanym – klawiszem. Buja jak inny punkowy singiel, który niedawno opisywałem – „HEADS” Hanka Wooda and The Hammerheads. Czekam na dużą płytę.

Niestety nie znalazłem żadnego info na temat Homeless Cadaver.

(o)(o)(o)

dynasonic – #1 [dym records / don’t sit on my vinyl; 2019]

Post-rock, dub i co tam jeszcze, wszystko spójne i transowe. „#1” kojarzy mi się trochę z „Elite Feline” Lotto, co jest najlepszym możliwym skojarzeniem, jeżeli chodzi o polską muzykę ostatnich lat.

Materiał wyszedł na winylu (Don’t Sit On My Vinyl; wyprzedany), kasecie i mp3 (Dym Records). Mam nadzieję, że będzie tego więcej. Zajebista rzecz, zwłaszcza strona B.

O Dynasonic dowiedziałem się z Trójki, której prawie nie słucham, no i dzięki temu kupiłem limitowany winyl. Warto było.

circus lupus – solid brass [1993] / bob sala

17/03/2017

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

dischord

O Circus Lupus dowiedziałem się chyba z zina „Corek”. Spodobała mi się nazwa i z miejsca chciałem posłuchać tego zespołu. Miałem wtedy – mieszkając na wygwizdowie, nie mając żądnych znajomości – na to takie szanse, jak teraz Kazimiera Szczuka na zostanie modelką Hajmana.

Gdy po latach włączyłem Circus Lupus, wpierw byłem lekko rozczarowany, żeby po chwili stwierdzić, że te nerwowy mix post-punka i post-hardcore’a wspaniale kopie.

Pierwsza płyta, „Super Genius”, może i lepsza (?), ale gdy parę lat temu postanowiłem wrzucić Circus Lupus, były to czasy, gdy tego typu blogi miały jeszcze sens, a „jedynka” tej kapeli była o wiele łatwiejsza do znalezienia niż „dwójka”. Niech więc będzie.

Zespół pochodził z Madison w Wisconsin, ale jest w nim coś w chuj brytolskiego. Mnie się kojarzy troszkę z The Fall.

***

Bob Sala. Ależ bym został takim Salą, Ferrarim czy Hajmanem.

el guapo – the phenomenon of renewal [1998] / hannes caspar

19/07/2015

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

discogs

dischord

10fuckingstars.wordpress.com

El Guapo z czasów, gdy jeszcze interesowały chłopaków gitary. Późniejsze płyty też są fajne, ale dla mnie, jako że poznałem zespół właśnie dzięki „The Phenomenon of Renewal”, są również rozczarowaniem. Od „Super/system” to w sumie taki niebanalny „dance punk” (który jest bękartem post-punka), na bazie którego powstał, nomen omen, zespół Supersystem. Zresztą jeden z członków El Guapo skończył w !!!. Co ciekawe, w międzyczasie wyszła płyta live „The Geography of Dissolution”, którą trudno uznać za przystępną dla zwykłego śmiertelnika.

Na „Phenomenal” mamy połączenie math rocka z post-punkiem (gitara!). Świetna płyta. „Najlepsza, jaką wydaliśmy” – powiedział gość z Resin Records.

***

Hannes Caspar

Pisze do mnie koleżanka, że przysyła mi zdjęcia świetnego fotografa. Dałbym sobie uciąć, że Hannes Caspar gościł już na 10fs, ale jednak nie. Facet robi kapitalne zdjęcia. Wśród miliona gości fotografujących nagie panie jest być może w tej chwili najlepszy.

1

2

3

4

5

6

abilene – abilene [2000] / wygaszone zakłady pracy

24/01/2015

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

slowdime na stronie dischord

1

W ciągu tych wszystkich lat słyszałem pewnie z milion zespołów. Co ciekawe, Abilene poznałem dopiero ze dwa lata temu dzięki dobremu koledze, który prowadzi świetny blog. Z kolegą, choć mieszka w Anglii, a ja bywam chory, gdy muszę odbyć 25-minutową drogę do Katowic, zdążyliśmy się już porządnie najebać i zobaczyć m.in. koncert Slint. To tyle w kwestii złego wpływu internetu na kontakty międzyludzkie.

Drugi album, „Two Guns, Twin Arrows”, jest lepszy, na co wpływ ma trąbka, która nadała muzyce Amerykanów głębi (gra na niej Fred Erskine z June of 44 i Hoover). Na pierwszą też jednak trudno narzekać.

Nic, tylko się reaktywować (koniecznie z trąbką). Ci ładni posthardkorowcy wolno się starzeją i mniej łysieją niż zwykli śmiertelnicy.

***

wygaszone zakłady pracy (dobra nazwa dla zespołu)

Dziś bez „gołych bab”, bo ciekawą rzecz znalazłem na fejsbuku.

Cała ta nasza transformacja to niezły przekręt. Z jednej strony, nie wprowadzono wolnego rynku, z drugiej – te zgliszcza stąd, że „rynek zweryfikował sens istnienia takich zakładów”. Zapewne wiele przykładów to demagogia i należałoby się przyjrzeć każdemu z osobna, ale myślę, że to efekciarskie zestawienie zdjęć wiele mówi o naszym kraju. A alternatywa jednak bardziej zainteresowana tym, że jakiś bazyl zjadł w sejmie sałatkę.

6

5

4

3

2

1

reptile house – i stumble as the crow flies [1985] / justina u

29/03/2014

R-3266533-1323063280

linki w komentarzach / links in comments

dischord records

10fuckingstars.wordpress.com

W zeszłym roku byłem na koncercie Daniela Higgsa z The Skull Defekts. Genialna sprawa. Jeżeli ktoś umie podróżować w czasie – polecam się wybrać. W Mysłowicach mieszka koleś, który widzi więcej, wie więcej, tak to jest mniej więcej, więc prawdopodobnie posiada tę umiejętność. Zapytałem go kiedyś w knajpie, czy potrafi siłą woli wpływać na pogodę. Powiedział, że tak. Innym razem stwierdził, że ludzie, którzy nie słuchają TOK FM, nie istnieją dla niego. Szamanizm i reżimowe radio – to połączenie wkrótce wywróci świat do góry nogami.

Higgs (tu jako Daniel V. Strasser) najbardziej znany jest z Lungfish, Reptile House to jego wcześniejszy zespół. Być może nie tak dobry, jak Lungfish, ale zapewne lepszy niż solowe występy artysty z bandżo.

***

Justina U. Ponoć Proust jest miłością jej życia. Wierzymy!

1

2

3

4

5

6


%d blogerów lubi to: