sławomir kulpowicz – non stop 12/195, grudzień 1988

Kończę czytać Wszyscy kochają nasze miasto Marka Yarma. Co prawda alternatywna interpunkcja, zastosowana tradycyjnie przez Wydawnictwo Kagra, może wykończyć psychicznie, ale jednak świetnie się czyta tę historię mówioną o Seattle. Wniosek jest oczywisty i niewesoły: muzycy rockowi to ćpuny, alkoholicy i kretyni. „I muzyczki” – ktoś doda. Trudno nie dodać, skoro jedną z bohaterek książki jest Courtney Love.

A jak z jazzmanami? Ci też lubią kirzyć, ale może w ich głowach aż tak mocno nie hula wiatr, jak w łbach rockmanów. Pomyślałem o tym, trafiając w „Non Stopie” na zwierzenia Sławomira Kulpowicza, które spisał Wojciech Soporek. Sami poczytajcie:

NS-Kulpowicz-0001

NS-Kulpowicz-0002

W sumie niczego nie wiedziałem na temat tego obdarzonego nieco demoniczną urodą artysty. Ten tekst to świetna sprawa.

Przy okazji wrzucam dywagacje na temat niedoszłej reaktywacji The Smiths z tego samego NS. Wygląda na to, że było stosunkowo blisko tego rozpalającego wyobraźnię (Anglików) wydarzenia. A tak w ogóle, w życiu bym nie pomyślał, że zespół Morrisseya i Johnny’ego Marra istniał jedynie pięć lat.

NS-The-Smiths-0001

Okładka tego numeru „Non Stopu” jest taka sobie, natomiast przedostatnia strona prezentuje się bardzo ładnie:

los loveros – non stop 8/89

LINK

Wrzuciłem ten skan na Facebooka, ale – jak wiadomo – ten w końcu padnie, a mój blog jest wieczny. Fajny ten artykuł Marcina Rosińskiego. Ciekawe, czy to on.

the cure (oraz p… d….) – non stop 8/89

– Jedziemy na Incantation do Krakowa? – zapytałem żonę.

– A kiedy grają?

– 20 października.

– Coś mi się kojarzy, że mamy już coś zaplanowane.

No i faktycznie. The Cure, które zobaczę po 14 latach, zagra wtedy, gdy swój wykurw zaprezentują deathmetalowcy z Johnstown.

***

19 lutego 2008 roku Robert Smith i jego koledzy pięknie się zaprezentowali w katowickim Spodku. Pamiętam, że grali długo (wykończony Smith zakończył występ hitem Just Like Heaven, a potem wymownym gestem oznajmił, że jest już „martwy”) i zabrzmieli niespodziewanie ciężko, a ja sprawdzałem SMS-y od koleżanki informującej mnie o tym, co się dzieje w meczu Ligi Mistrzów Roma – Real Madryt. Aha, mimo deklaracji lidera, że wstydzi się najstarszych kawałków (tych z Three Imaginary Boys), stanowiły one pokaźną cześć gigu.

Niedawno siedziałem w Gliwicach na Nicku Cave’ie & the Bad Seeds, żałując, że nie kupiłem biletu na płytę. Teraz żałuję, że to, co pokaże The Cure również zobaczę z wysokości jakiejś trybuny Areny Kraków. Próbowałem wymienić bilet na droższy, żeby być bliżej zespołu, ale nie ma szans – musisz kupić drugi, bo starego wymienić się nie da. Zwrócić też (by kupić inny), bowiem impreza ma się odbyć zgodnie z planem, więc nie ma ku temu podstaw.

***

1989 r., czas Disintegration i najlepszy okres „Non Stopu”. Smith chyba już wtedy zrzędził, że kończy działalność „Kjurów”. Jak widać, nic z tego; nie wydał też – jeśli mnie nic nie ominęło – solowej płyty, o planach na którą możemy przeczytać w tekście Andrzeja Turczynowicza (czy to on?). Jego wypowiedzi są zresztą ciekawe, np. ta o U2 i Simple Minds.

Myśląc o tym, że ostatnią płytę, którą lubię, Cure wydało w 1992 r. (to Wish, ostatnio wznowiona, więc pewnie zespół zagra parę kawałków z niej), zastanawiam się, jaki będzie krakowski gig.

Pewnie rewelacyjny. A ja, lekko wkurzony na siebie, będę się cieszył z tego, co grają, zastanawiał się, co poleci za chwilę, i myślał niezbyt odkrywczo, że czas strasznie zapierdala.

PS W weekend spodobało mi się wreszcie Bloodflowers.

link

link

(o)(o)

Pozostańmy przy tym samym numerze „Non Stopu” dla recenzji autorstwa Jaha Rusala, dzięki której możemy się dowiedzieć, co autor sądzi o płycie „Nasz ziemski Eden” zespołu Papa Dance, gwiazdy ostatniego Off Festivalu. Czy może raczej P… D…. Muszę przyznać, że do dziś bawi mnie to, że Krzysztof Wacławiak nazwę znanej wszem i wobec innej kaszaniarskiej grupy zapisywał jako K…i.

link

„Uważam, że są w kulturze sprawy ewidentnie szkodliwe”. Święte słowa.

list – non stop 10/1989

Ten sam „Non Stop”, co w przypadku wywiadu z Trybuną Brudu, więc nie daję na główne skanu okładki, lecz zdjęcie z przedostatniej strony (na ostatniej jest U2), zwłaszcza że pingwiny komponują się z listem Szczurka.

Piękny list. Albo chłop miał talent, albo podrasował to jego krótkie opowiadanie ktoś z redakcji. Choć w „Non Stopie” – przynajmniej tym, który ja znam – nie było takiego zwyczaju.

Podoba mi się też krótki tekst Leszka Kundy (czasem szkoda, że nie ma jak sprawdzić, co dziś robi ktoś, kto dawno temu napisał coś, co zapadło w pamięć), dobrze podsumowujący całe to flower power. Pojawiła się w nim literówka: powinno być „Chayefsky’ego”, nie „Chayfsky’ego”. „Sieć” warto przeczytać. Świetny jest również film Sidneya Lumeta, będący adaptacją powieści.

Klikając dwa razy w obrazek, można go powiększyć. Można też wejść tu.

Ciekawe, co dziś robi, pewnie 60-letni, Szczurek.

wywiad z trybuną brudu – non stop 10/1989

Zastanawiałem się, czy w ogóle wychodzą jeszcze jakieś pisma muzyczne, ale Tomasz Budzyński, który wrzucił na Facebooku zdjęcie z „Teraz Rocka” (poproszono go o podanie pięciu ulubionych płyt), oraz Irek Swoboda, który pochwalił się wywiadem z jego Columbus Duo w „Metal Hammerze”, rozwiali moje wątpliwości.

Tak czy siak, nie czytam magazynów, które wychodzą obecnie; lubię jednak wracać do starych, np. do „Non Stopu”. Ten miesięcznik wychodził od 1972 do 1990 roku. Najbardziej cenię go z okresu, gdy pisali w nim tacy autorzy, jak Jan Skaradziński, Filip Łobodziński czy Krzysztof Wacławiak. Co ciekawe, świetne pióro miał też redaktor naczelny w latach 1988-1989, Zbigniew Hołdys, choć już wtedy dało się u niego znaleźć lekko egzaltowane kawałki.

W numerze 10/1989 (fajny motyw z ceną pisma widoczną na okładce) można przeczytać arcyciekawy wywiad z Jackiem Wiśniewskim, wokalistą Trybuny Brudu, który przeprowadził Tomasz Ryłko, więc postanowiłem go tu wrzucić:

Najlepiej kliknąć W TEN LINK

Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiły na mnie teksty zespołu. Wyobrażałem sobie, że kapela, która śpiewa takie rzeczy, musi grać może nie jak Dead Kennedys, ale chociaż jak Dezerter czy przynajmniej Moskwa. W końcu, gdy dorwałem kasetę Trybuny (pierwsze wydawnictwo w historii QQRYQ Productions), nie mogłem uwierzyć w przeciętniactwo tego grania.

„Demokracja wyłazi mi bokiem / propaganda wyżera mózg / faceci broniący pokoju / szczują gołębiami tłum” – ale teksty wciąż robią wrażenie.

%d blogerów lubi to: