Posts Tagged ‘emo’

wracam do domu i włanczam muzykę [3/2019] (gruzja, health, zyanose, american football)

03/05/2019

Znalazłem jeszcze jakieś pisane w marcu notki nt. czterech płyt. No to wrzucę.

Uploady, nie licząc polskich wykonawców, do łatwego znalezienia.

(o)(o)(o)

gruzja – i iść dalej [godz ov war productions; 2019]

Okazało się, że przyszłość tajemniczej Gruzji, która do pewnego momentu zasłynęła głównie suchym jak randka księgowego kontem na Facebooku, zależała od tego, jak na seksistowskie wideo do utworu „Opuść mnie” zareaguje Przemek Gulda, poważny dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Czy poda ważne osobistości naszej sceny muzycznej, stojące za Gruzją, do sądu, czy weźmie tę emanację artystyczną w ironiczny nawias. Wziął, a próbował dojechać PRO8L3M.

Zostawmy na boku politykę, zajmijmy się muzyką. Przecież to ona jest najważniejsza, choć nie ona zabiera nam dwie trzecie wypłaty.

„I iść dalej” to surowy black metal. Przyjemna płyta. Brudna, ale nie brzmi jak wysryw nagrany w garażu wujka Andrzeja. Choć może dać do myślenia fakt, że najlepszym fragmentem tego materiału jest cytat z Maanamu. No chyba, że armijny „Jego głos”. Trzeba byłego Budzego wziąć na wokal.

Swoją drogą, ciekawe, jak ten materiał odbierają metale. Ostatnio miałem kontakt z nimi w 1995 roku. Zaczepili mnie na przystanku autobusowym, jeden wziął do ręki zakupioną na czad-giełdzie „Mać Pariadka” i śmiał się, że czytam ruski magazyn. Żryjcie Gruzję.

Oprócz fajnej – nie licząc „Ilu nas było?” – płyty Gruzji Godz ov War wypuścili również na rynek piękną koszulkę zespołu. Nie obrażę się, jeśli mi ją ktoś sprezentuje.

(o)(o)(o)

healthvol.4 :: slaves of fear [loma vista; 2019]

Gdy na scenę wskoczył lekko egzaltowany gość o takich gabarytach, że zmieściłby się w T-shircie niedożywionego dziesięciolatka, nawet nie zdążyłem się ironicznie uśmiechnąć. Tak szybko zaczął napierdalać zespół HEALTH na tym lepszym, bo mysłowickim Off Festivalu. Miało to miejsce aż 10 lat temu.

Podobała mi się jedna albo dwie z wczesnych płyt HEALTH, potem zupełnie zapomniałem o tym zespole. Chłopaki z Echo Park wpadli chyba do szufladki z napisem: „na płytach to nie to samo, co na koncercie”, i tyle.

„Vol.4 :: Slaves of Fear” to pierwszy materiał HEALTH od czasu ścieżki dźwiękowej do „Maxa Payne’a 3”, jaki miałem przyjemność przyswoić.

Z noise rockiem, choć tak jest często tagowane, HEALTH nie ma wiele wspólnego. Muzyka zawarta na „Vol.4…” to w cięższych momentach właściwie industrial, w lżejszych – rock industrialny czy electro. Irytować może maniera wokalisty, choć ma zasadniczy wpływ na pewną oryginalność zespołu.

Dlaczego ta płyta mi się podoba, zwłaszcza numer „Strange Days” (aż szkoda, że nie trwa jeszcze z minutkę)? Nie mam pojęcia. Słodka czekolada umiejętnie doprawiona solą.

(o)(o)(o)

zyanosechaos bender 1.1 [zyanose; 2018, 2019 / distort reality; 2019 / d-takt & råpunk records; 2019]

12 maja jadę na drugi dzień Into The Abyss, głównie po to, by zobaczyć Godflesh. Ale w sumie nie wiem, czy nie cieszę się bardziej z możliwości pójścia na koncert ZyanosE, który odbędzie się dzień później, też we Wrocławiu.

Japońscy punkowcy mają na pewno ciekawą biografię. Niestety ich strona jest jedynie zakrzaczkowana, więc trudno coś o nich więcej powiedzieć. Po skorzystaniu z tłumacza google pojawiło się coś takiego:

„Sklep Levis Morioka jest bardzo piękny.
Cały salon ma bardzo spokojną atmosferę.
Czuję się spokojny wyrafinowany, nie będąc zbyt fantazyjny
To był salon”.

W każdym razie wrócili do grania po jakiejś tam przerwie i zaatakowali w ubiegłym roku bardzo udanym materiałem „Chaos Bender”. Teraz, tzn. w 2019, ukazał się on – bez kawałków live – na winylu. Czy jakoś tak.

Japońskie zespoły często nie są normalne, nie jest też normalny ZyanosE. Niby jest to HC, jakich wiele, ale brzmienie „Chaos Bender” jest wręcz obrzydliwe. W sumie to noise’owy rzyg.

Co ciekawe, przez chwilę może się wydawać, że w ostatnim, i chyba najlepszym, numerze sympatyczni Azjaci cytują nasz Kobong.

(o)(o)(o)

american footballamerican football [polyvinyl records; 2019]

Przed reaktywacją American Football byłem fanem tego zespołu, teraz jestem fanem tylko pierwszej płyty. Do dziś lubię włączyć „jedynkę”, kojarzącą mi się ze starymi czasami, końcem wakacji, lekkimi, ale niegłupimi filmami itp.

Obecnie American Football z zespołu, który smutnawo plumkał coś pomiędzy emo a indie rockiem, i co nawet chwilami miało też swój urok na pierwszym po reaktywacji LP z 2016 roku, zamienił się w emerycki band grający coś, co brzmi jak jakiś rock oazowy.

Naprawdę trudna jest do strawienia ta płyta. Jakby spotkać wakacyjną miłość sprzed lat, wyglądającą obecnie jak Ksenomorf.

Trzy gwiazdki na pięć możliwych, przyznane przez punknews.org, są nieuzasadnioną uprzejmością.

(o)(o)(o)

martim monitz – alba

bastard disco – china shipping

grzegorz bojanek – pure

columbus duo – schein

próchno – próchno

club alpino – cxvi

przepych – regresarabas

(o)(o)(o)

Czekam na kolejne płyty do recenzji. Bardzo lubię to wyczuwalne rozczarowanie artysty faktem, że nie uznałem jego nagrań za nowe „From The Lion’s Mouth” albo „The Velvet Underground & Nico”.

bastard disco – china shipping [antena krzyku; 2019]

21/04/2019

bandcamp

facebook

antena krzyku

„Syndrom pierwszego odsłuchu” polega na tym, że jak za pierwszym razem spodoba mi się jakaś płyta, to zazwyczaj potem do niej, po miesiącach czy latach, nie wracam. Niektórzy mają tak, że ulubione albumy wchodzą im od razu i trzymają, ja – nawet jeśli pomyślę o swoich faworytach – na początku zawsze zastanawiałem się, o co tyle krzyku; choćby szło o „Closer” czy „At Action Park”. „China Shipping” polubiłem od razu. Może wpływ na to miał doskonały numer „Future Crimes”, który znałem wcześniej.

***

Jakoś mi tak przeleciała przez głowę pierwsza płyta Bastard Disco (pewnie nie miała się na czym zatrzymać) „Warsaw Wasted Youth”. Może nie miałem czasu jej posłuchać? Może nazwę zespołu i tytuł płyty uznałem za efekciarskie? No, nie wiem. Nie wstydzę się przyznać, że jestem człowiekiem pełnym uprzedzeń.

***

Gdybym miał szukać jakiegoś odnośnika dla „China Shipping”, tochyba byłby to nasz Plum, gdy nagrywał rzeczy niemające wiele wspólnego z noise rockiem, może Something Like Elvis, no i nieśmiertelne At The Drive-in, gdy np. mamy gadany wokal w „Time Traveller”. Nowy materiał warszawiaków nie niesie jednak ze sobą problemu polegającego na zadawaniu sobie podczas odsłuchu pytania „gdzie ja to już słyszałem?”.

Wszystko na nowym dziele warszawiaków bardzo dobrze brzmi, kawałki są wręcz przebojowe (zwłaszcza wspomniany, singlowy „Future Crimes”). Mamy tu świetnie brzmiący post hardcore (jakoś chyba trzeba jednak muzykę klasyfikować), nawet emo jest (mam kolegę, któremu wszystko się kojarzy z emo i mnie przez niego czasem też), amerykański sznyt (piszę to bez ironii) i miłe uczucie, że Bastard Disco to kolejny polski zespół, który może zagrać gdziekolwiek i z kimkolwiek. Kolejna kapela, która sprawia, że jak człowiek recenzuje płytę stąd, nie myśli udupiająco: „dobre jak na Polskę”. Niby dziś to oczywistość, ale dobrze pamiętam czasy, gdy było u nas zupełnie inaczej.

***

No więc – nawiązując do wstępu – „China Shipping” podeszła mi za pierwszym razem. Czy będę do niej wracał, czas pokaże. W tej chwili słucham nowego materiału Bastard Disco po raz piąty czy szósty z przyjemnością.

Do sprawdzenia na żywo. Oby w niedalekiej przyszłości.

***

Oficjalna data premiery płyty to 3 maja. Można już ją kupować na koncertach, pisząc do zespołu lub w Antenie Krzyku.

pitchfork – eucalyptus [1990] / larsen sotelo

03/11/2018

linki w komentarzach / links in comments

swami records

discogs

Można by żałować, że Pitchfork nagrał tak mało rzeczy, gdyby nie to, że potem Rick Froberg i John Reis założyli Drive Like Jehu, jeden z najlepszych zespołów lat 90. Ale na „Eucalyptus” (wrzucone wydanie zawiera też siódemkę z 1989 roku, „Saturn Outhouse”) też wszystko się zgadza.

***

Larsen Sotelo

the spouds – now or whenever [trzy szóstki; 2018]

28/10/2018

the spouds – bandcamp

the spouds – facebook

trzy szóstki – bandcamp

trzy szóstki – facebook


fot. Filip Holka

The Spouds kojarzą mi się głównie z otwierającą ich przedostatnią płytę „Fear is the New Self-Awareness” piosenką „Ignite of the Vapors”, bo to jeden z moich ulubionych kawałków ostatnich paru lat.

„Now or Whenever” nie jest pozbawiona drapieżności i niepokoju, ale na swój użytek nazywam ją „relaksującym emo” (za co The Spouds przepraszam). Słucham takiego „Lone Animal” i właśnie to mi przychodzi do głowy – że ten materiał mnie po pierwsze relaksuje. Po pierwsze emo, ale słyszę też w tym materiale echa Nirvany (i Rein Sanction, który ostatnio słyszę w każdym zespole, który ma choć trochę „rozjechane” gitary), ale za to akurat chyba nie trzeba przepraszać.

Choć brak tu przeboju na miarę „Ignite of the Vapors”, do „Now or Whenever” będę częściej wracał niż do „Fear is the New Self-Awareness”. Może nowy album wydaje mi się bardziej równy niż poprzednik, lepszy po prostu. Inna sprawa, że The Spouds nie udało się utrzymać napięcia przez całą płytę. Okroiłbym ją o jeden, może dwa numery, ale na pewno nie o „zamykacz” „Sick of Being Sorry”.

Materiał świetnie brzmi, więc trzeba się ukłonić Wieloślad Studio. Nie popełniono nawet głównego grzechu polskich płyt rockowych – chujowo nagranych, wysuniętych kilometr przed instrumenty wokali (choć ja bym je i tak nieco ściszył), na które zespół ma zresztą ciekawe (vide chociażby „Paper Food”) pomysły.

Teraz tylko usłyszeć, jak The Spouds radzą sobie na żywo. W tym celu mógłbym się udać nawet dalej niż do lokalnego domu kultury.

still life – from angry heads with skyward eyes [1993] / phillip kaminiak

19/05/2018

linki w komentarzach / links in comments

ebullition records

discogs

to nie jest kraj dla starych ludzi

Mój dobry kolega śmiał się z mojego krzywego kutasa w niedzielę poprowadzi audycję radiową.

„DJ Niespotykanie Spokojny człowiek powróci. Dokładnie 20 maja od 10:00 będę w Studenckim Radiu Żak Politechniki Łódzkiej prowadził audycję w ramach specjalnego 59-godzinnego programu. Roboczy tytuł tego odcinka to «Emo hardcore rules big time!». Będzie to sentymentalny powrót do końcówki lat 90-tych i początku nowego wieku gdy hałasowały takie formacje jak m.in. On The Might of Princess, Julia, Car vs Driver, Engine Down i załączony band (oraz wiele innych)”.

Zapraszam. Ciekawe, czy DJ puści Still Life. Jak nie, ma wpierdol.

***

Phillip Kaminiak

policy of 3 – dead dog summer [1993] / valentina avallone

24/03/2018

linki w komentarzach / links in comments

discogs

loudfastphilly

myspace

Nie należę do tych smutnych pośladów, którzy każdą nową płytę przyjmują ze zblazowaną miną „kiedyś było lepiej”. Są jednak pewne konwencje muzyczne, w których naprawdę trudno zagrać coś tak dobrego, jak w np. latach 90. Słuchałem ostatnio dużo Policy of 3 i myślałem o tym, że ci dzisiejsi posthardkorowcy z ładnymi fryzurami i tatuażami mogą ssać huja mają mniej więcej takie szanse na nagranie czegoś, co spowoduje, że zapomnimy stare czasy, jak Mariusz Rumak na zastąpienie Juppa Heynckesa w Bayernie Monachium.

Policy of 3 wydali jeden LP, dwie siódemki oraz kompilację bodaj wszystkich nagrań. Więcej o zespole – na podlinkowanej wyżej stronie loudfastphilly.com, na której można znaleźć empetrójkę z wywiadem z zespołem.

A muzyka? Emo i post-hardcore. Drive Like Jehu spotyka Hoover.

***

Valentina Avallone

hanako – hanako [luty 2017] / liście [sierpień 2017]

21/09/2017

bandcamp

facebook

„Los świata w twoich rękach, tylko przegub ci wymięka” – te słowa Lecha Janerki przypominają się mi, gdy trafiam na emo, w którym synonimem słowa „emocjonalność” jest „płaczliwość”. Hanako, dzięki Bogu, to nie dotyczy.

Sam zespół taguje swe nagrania m.in. jako „screamo”, ale „screamo” to nie jest, gdyż tego gatunku muzycznego po prostu nie toleruje mój organizm, a self-titled i „Liści” słucham bez bólu.

Oba krótkie materiały, rewelacyjnie nagrane przez Łukasza Ciszaka (HUN, Sorry Sluts, Test Prints, solo [tu chociażby split z Arturem Rumińskim]), dobrze kopią. Kawałki są brudne, programowo brzmią nieładnie, ale nie mamy w przypadku Hanako do czynienia z garażowym napierdalaniem, które ma ukryć fakt, że zespół nie ma pomysłu na kompozycje, więc swą indolencję przykrywa brudem i nonszalancją.

(Teraz powinienem przysucharzyć, że najlepszy numer to „Uprzejmość”).

I jeśli miałbym się do czegoś doczepić, to do tego, że na „Liściach” za bardzo wysunięto wokal Bibi. Lepiej brzmi, gdy jest nieco schowany – jak na „jedynce”.

Tak czy siak, jest wpierdol. Czekam na płytę.

ogłoszenie parafialne: kiss me kojak szuka miejsc na koncerty

02/02/2016

10fuckingstars.wordpress.com
fot. Paweł Starzec

bandcamp

czechcore.cz

Zespół Kiss Me Kojak, który kiedyś gościł na 10fs, nagrywa nową EP-kę i szuka miejsc na „promocyjne” koncerty we wrześniu i październiku.

Osobiście mam takie zdolności organizacyjne, że nie organizuję nawet własnych urodzin, ale jeśli ktoś sam ma zamiar zrobić koncert albo zna kogoś, kto mógłby Kiss Me Kojak zaprosić – niech da znać.

Najlepiej pisząc do Hukota z zespołu: pavel.lukacovic@gmail.com

„najlepszy dzień raczej masz już za sobą”

31/12/2015

10fuckingstars.wordpress.com

(o)(o)
(o)(o)
(o)(o)

W linkach składanka: po jednym kawałku z moich ulubionych płyt minionego roku. Nie najlepszych, a ulubionych (im kawałek dalej na liście, tym płyta bardziej mi się podobała). Dziś wychodzi tak wiele albumów, że robienie nadętych zestawień typu „Płyta roku” mija się z celem. Sam Oren Ambarchi wydaje kilka rzeczy rocznie, podobnie Matthew Shipp. Jakim cudem miałbym to wszystko ogarnąć?

Rok zacząłem od płyty Martim Monitz. Służyła mi jako soundtrack do jazdy na terapię poznawczo-behawioralną. Polecam. Płytę, nie terapię, bo ta przypomniała mi, czemu jeden z moich profesorów na filozofii gardził psychologią.

***

To było 12 miesięcy, w czasie których wyszło kilka dobrych polskich płyt. Na przykład Ukryte Zalety Systemu. Choć trochę się rozczarowałem, bo sądziłem, że to jakieś dzieciaki, a na koncercie widziałem, że jeden z członków zespołu jest bardziej siwy niż ja. Zaskoczył też Brooks Was Here, podobała mi się Melisa. Fantastyczną płytę nagrała Alchimia – załoga z Polakiem na pokładzie: Robertem Iwanikiem.

Co do zagranicy, nie trafiłem na naprawdę wielką płytę. Nie ukazał się żaden album noiserockowy, który rzuciłby mnie na kolana. Najbardziej w tej materii spodobał mi się materiał Super Luxury. My Disco i Cherubs (oba zespoły wysoko w zestawieniu) nie brzmią jednak jak noise rock.

No i Liturgy dało po głowie. Dziwny zespół.

***

Najlepsza piosenka: „Birds of Flims” Sun Kil Moon. To numer na miarę „Like a Rolling Stone”. Coś pięknego.

***

Nie obyło się też bez rozczarowań. Ostatni Protomartyr jest nudniejszy niż esej Michnika.

***

Na koncertach wielu nie byłem, choć np. [peru] widziałem trzy razy. Polecam wszystkim, bo to mili ludzie, a i instrumenty nie bardzo im przeszkadzają w graniu.

Największe wrażenie zrobił na mnie Sunn O))) na Off Festivalu. Inna sprawa, że ja na tych Offach niespecjalnie jestem trzeźwy.

***

Tu napisałem co nieco o polityce i naszej alternatywie, ale wykasowałem. Zamiast tego, ładna dziewczyna z fajnego filmu:

daisy

***

Przeczytałem też parę książek. Największe wrażenie zrobiły na mnie: „Limonow” Emmanuela Carrère’a, „Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego i „Sześć tysięcy gotówką” Jamesa Ellroya. Ten ostatni to ma łeb, ja pierdolę.

***

Odkryłem również sens życia: jest nim oglądanie „Seinfelda”. Niestety, ma on tylko dziewięć sezonów, a do dwóch ostatnich nie było napisów. Ale za to do „Deadwood” były wszystkie.

al

No i to, co zrobił Jon Voight w „Rayu Donovanie”… Kłaniam się w pas.

***

Filmy tez oglądałem. Najlepszy był „Mad Max: Na drodze gniewu”. W kinie czułem się niemal jak z Tatą za komuny na „Gwiezdnych wojnach” (tez dobre te nowe) albo „Indianie Jonesie”.

***

Dziękuję wszystkim, którzy pisali komentarze tu – na blogu, i na fejsie. Także wszystkim, którzy podsyłali swoje płyty: zwłaszcza Marcelowi, który chyba cztery we mnie wmusił. :) No i Piotrowi z Martim Monitz, który zachował się zaskakująco, ale zdecydowanie na plus.

Jeśli jakiejś nie wrzuciłem / nie zrecenzowałem – sorry. W pojedynkę prowadzę blog, a muszę jeszcze pracować, a weekendy mam zajęte piłką nożną.

***

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

brooks was here – III [2015]

06/12/2015

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

facebook

Krótko, bowiem biorę się powoli za podsumowanie roku, a chciałbym jeszcze zdążyć napisać choć parę słów o przyjemniaczkach z Lutownicy, THCulture i The Spire.

10fuckingstars.wordpress.com

***

Nowy Brooks Was Here zaskakuje. Odrobinę rozkrzyczane emo dla wrażliwych mężczyzn (jak ja i mój kolega z Londynu) zamieniło się we wkurwione, niemal wyrzygane coś, co aż nie wypada emo nazwać. Do tego mamy drugą nowość: polskie teksty.

Dobre zresztą.

Kanały dzisiaj piękne, mogę być tu przez cały dzień
Przepaski, panny wyklęte, słucham płyt de press
Tacy sami, tacy sami
Strzelanie dzisiaj jest piękne, od rana ktoś bawi się
Maleo otwiera kopertę do jutra ma za co jeść

Być może ktoś, kto widział BWH na żywo, nie jest zaskoczony. Ja nie miałem tej przyjemności. Gdy ktoś mieszka na Śląsku, nie doznaje raczej wiele przyjemności.

Można powiedzieć, że „III” to materiał kontrowersyjny, bo brzmi tak, jakbyśmy mieli do czynienia z innym zespołem niż dotychczas.

Zabrzmi to jak nieszczególny komplement, ale przy „III” wcześniejsze materiały – „Brooks Was Here” i „High Violence” – wydają się być słabsze niż były przed poznaniem nowego. To trochę jakby powiedzieć dziewczynie: „masz oryginalną urodę”, zamiast: „jesteś piękna”, ale trudno.

Ciekawe: „trójka” brzmi jednocześnie bardziej gówniarsko, ale i dojrzalej niż poprzednie płyty BWH.

Zmiany widać chociażby po długości kawałków: tylko dwa przekraczają dwie minuty.

Jak pisał klasyk, gdy w Polsce było jeszcze dziennikarstwo muzyczne: „Tu nie ma miejsca na elaboraty. Tu się dopierdala”.


%d blogerów lubi to: