płyty 2021 (2). dezerter, sleaford mods, echoplain, frack!

Tylko cztery płyty, choć zaczęło wychodzić ich od groma. Znów człowiek gubi się w obfitości nowych materiałów do posłuchania, nie wie, nad którymi się skupić, albo brakuje mu czasu.

Poniższe notki były pisane jeszcze w momencie, gdy miałem do czynienia z typowo noworocznym oczekiwaniem, aż coś rzeczywiście ciekawego zacznie się dziać. No i po chwili zaczęło. Ale o tym może następnym razem.

(o)(o)

Dezerter – Kłamstwo to nowa prawda [2021; Mystic Production / Pasażer]

Jeszcze na ostatnim LP Dezertera „Większy zjada mniejszego” (2014) zdarzały się sensowne momenty. Co prawda trudno znieść protekcjonalny ton tekstu „Hodowla głupków” (choć w sumie, czy to słowo tu pasuje? Protekcjonalność cechuje m.in. „pobłażliwa przychylność”, my mamy do czynienia z mędrcem wyśmiewającym tytułowych głupków). Potem, po dość długiej przerwie, przyszła kiepska epka „Nienawiść 100%” (2019). Teraz pojawił się nowy, doraźny materiał „Kłamstwo to nowa prawda”. Nie wiem, dlaczego „nowa”, skoro świat polityki zawsze był mniej lub bardziej skurwiały.

W Polsce źle się dzieje i Dezerter postanowił zareagować. Najbardziej obrzydliwy rząd po tzw. komunie, Trybunał Konstytucyjny zaklepujący nieludzkie prawo antyaborcyjne, państwem z rozmokłego kartonu trzęsie jeden pierdziel z Żoliborza, a na schedę po nim czyhają katoliccy fundamentaliści… Wygląda to fatalnie.

Tak więc cel słuszny. Tylko płyta słaba.

Proste (często prostackie) kompozycje, proste (często prostackie) teksty. Nawet jeśli na „Kłamstwie” zdarzają się ciekawe fragmenty, zostają zduszone przez ograniczone możliwości wokalne Roberta Matery (choć akurat na tej płycie realizator dobrze ustawił jego wokal). Chwilami te nagrania niemal wywołują zażenowanie – gdy wchodzi refren w tytułowym kawałku, mam wrażenie, że o tym „wejściu” wiedziałem, zanim PiS doszedł do władzy. A „apokaliptyczny” „Idziemy po was” nie wystraszyłby nawet Suskiego.

Gdyby te nagrania miały otworzyć komukolwiek oczy na to, co się dzieje w Kraju Kwitnącej Czereśni, mógłbym dać im nawet ocenę 10/10. Przeglądam jednak internet. Przekonani, że jest chujowo, są wciąż przekonani, że jest chujowo. Debile oskarżają Dezertera o „lewackość”. A protekcjonalny ton Grabowskiego nie pomaga.

Aż dziw, że to ten sam człowiek, który pisał takie teksty jak „Chrystus na defiladzie”, „Apokalipsa według św. Mnie” czy „W zakamarkach”. Zresztą nawet jak walił między oczy, to podziwiało się celność ciosu, nie narzekało, że wali cepem. Liryki z najnowszej płyty wyglądają jak pisane na kolanie. No ale w końcu „Kłamstwo” to rzecz doraźna.

Najlepsza w nowym wydawnictwie Dezertera jest okładka.

(o)(o)

Sleaford Mods – Spare Ribs [2021; Rough Trade]

Jak niemal każdy wokół, też jarałem się Sleaford Mods. Ten szczur z lapkiem i browcem w ręce plus nawijający typ, wyglądający jak biseksualny kibic West Hamu – niezłe kino. Trzeba przyznać, że mieli goście z Nottingham pomysł na zespół, jakiego nie miał nikt.

Tylko że jakoś tak trudno było mi zmęczyć w całości jakąkolwiek płytę duetu.

Podobnie jest ze „Spare Ribs”. Coś tu niby jest inaczej, gościnnie pojawia się m.in. Billy Nomates, ale jak muzyka leci, to w sumie myślę o tym, że mogłaby się już skończyć.

Słuchałem niedawno „Tehno Terroru” Maxa i Kelnera i trochę mi się to skojarzyło ze Sleaford Mods. Kelner, podobnie jak Jason Williams, nie miał głosu, ale to, co stworzył z Brylewskim, jest o niebo ciekawsze.

(o)(o)

Echoplain – Polaroid Malibu [2021; Atypeek Music + Zéro égal petit intérieur + Araki Records + Pied De Biche]

Słychać Shellaca, Unwound, Dopplera, Thurstona Moore’a, Truly i pewnie inne mniejsze lub większe gwiazdy gitarowej alternatywy (również, niestety dość tandetny, post-hardcore); czasem wręcz można odnieść wrażenie, że Echoplain kogoś dosłownie cytuje.

I nawet te niby cytaty mi nie przeszkadzają. Problem w tym, że „Polaroid Malibu” jest jak większość nowych płyt noiserockowych: niby OK, ale jednak masz poczucie, że lepiej włączyć coś innego. Ten materiał wydaje się być poza tym wyzbyty energii – jakby ktoś chciał poprawnie odrobić zadanie domowe.

(o)(o)

Frack! – Accelerant [2021; Forbidden Place Records]

Na Bandcampie Forbidden Place widzimy kilka tagów opisujących muzykę Frack!, lecz żadnym z nich nie jest „hardcore” – określenie będące chyba najbliższe temu, co gra ten zespoł. Poza tym zamykający
całość cover bodaj najsłynniejszego kawałka Black Flag „Rise Above” nakierowuje w dość oczywisty sposób.

Można przy okazji zapytać o sens nagrywania kawałka innego wykonawcy, skoro jest sto razy lepszy od tego, co sam spłodziłeś.

The Jesus Lizard attempts to resurrect Lemmy by having Henry Rollins finally beat the living hell out of Greg Ginn while NoMeansNo drinks beer and cheers – czytamy na wspomnianym Bandcampie. Jest to, delikatnie mówiąc, zbyt przychylna opinia.

Niezła płyta, do której pewnie nigdy nie wrócę. Za mało tu zwracających uwagę momentów, za dużo średniawki. Choć jest w tym klimat starych kapel, których słuchało się z kaset, więc kto wie. Może po paru piwach.

płyty 2021 (1). koza, dew, warstone, the klf, celestial swarm

Z nudów, siedząc w robocie, wrzucam po jednym, dwóch zdaniach na temat nowych płyt. Na razie nie słyszałem niczego, co wywaliłoby mnie z butów, ale całkiem przyzwoite rzeczy się zdarzyły, zwłaszcza DEW mi podeszło.

Początek roku to chyba nigdy nie jest ten czas, gdy kapitalne albumy wychodzą hurtowo, ale – jak znam życie – zaraz ludziska dopierdolą potężną dawką rewelacyjnych płyt.

(o)(o)

KOZACalcification of the Human Ghost [2021]

Na newalbumreleases.net ktoś wrzucił płytę zespołu KOZA (co to w ogóle za pokraczna nazwa dla metaluchów?) i dołączył do niej klip polskiego rapera xD.

Stoner/doom/sludge metal razy osiem. Brzmienie takie, że myślałem, iż ściągnąłem uszkodzone pliki mp3. Ale jednak nie: taki sound niechcący wyszedł albo miał wyjść. Mnie się podoba. W jednej z recenzji „Calcification of the Human Ghost” został on określony jako muddy. Ładnie i trafnie.

Dobra rzecz, do której w tym roku jeszcze wrócę.

(o)(o)

DEWRau. [2021; Pogorecords / Mörtel Sounds]

Oldskulowy, surowy, prosty (są tacy, co uznaliby, że prostacki) post-punk z ekspresyjnym wokalem oraz beatami zamiast perkusji, nagrany na żywo. Muzyka DEW ma w sobie również posmak noise rocka i industrialu i jest lepsza niż granie wielu nachalnie promowanych „nowych zespołów”.

Może i kandydat do zestawienia najlepszych płyt 2021. Ma „Rau.” w sobie coś pociągająco desperackiego, bez popadania w egzaltację.

(o)(o)

WarstoneWhose Roots Know Whence They Sprang [2021; Damien Records + MA Glory]

Battle grind, czyli grind plus odgłosy bitewne. Plus jeden akustyczny numer. Brzmi to niepoważnie, ale jednak Warstone wyróżnia się z tej całej grindowej sieczki.

Nie sądzę, żebym długo pamiętał o „Whose Roots”, ale kasetę chętnie bym przytulił.

(o)(o)

The KLF ‎– Solid State Logik 1 [2021; KLF Communications]

Muszę przyznać, że historia z martwą owcą, którą członkowie tego duetu wielu aliasów chcieli rzucić w tłum, średnio mi się podoba, choć doceniam symbolikę. Tak czy siak, jest to jedno z najoryginalniejszych zjawisk w historii popkultury, które chyba bez wielkiej przesady można postawić obok The Residents. Warto poczytać, czym był i jest duet tworzony przez Billa Drummonda oraz Jimmy’ego Cauty’ego.

THE KLF tworzyło utwory czasem niemal obrzydliwie taneczne, czasem awangardowe, czasem jest to miszmasz. Ta składanka z singlami (w zestawie wspaniałe klasyki „What Time Is Love?” i „3AM Eternal”) jest na to dobrym przykładem, bowiem nim całość kończy się wspólnym numerem z Extreme Noise Terror, możemy usłyszeć „Justified & Ancient” z wokalistką country Tammy Wynette na pokładzie.

The KLF zakończyli działalność, żeby pokazać środkowy palec przemysłowi muzycznemu. Dziś ich składanki można posłuchać m.in. na dymającym muzyków Spotify. I mam wrażenie, że ten krótki materiał – choć bardzo fajny – to nie jest idealny wstęp do poznania twórczości Brytyjczyków. Lepiej zacząć od „normalnych” płyt.

(o)(o)

Celestial SwarmGateways to the Necroverse [2021]

Udeathowiony black czy ublackowiony death – wszystko jedno. Ważne, że stereo jest – chyba sam szatan maczał w tym paluchy. Co ciekawe, wygląda na to, że płyta została nagrana w trzech różnych krajach (Australia, Francja, USA), więc cała czwórka sierściuchów, którzy za nią stoją, nie spotkała się w studiu. Na dodatek nie ma tu żywej perkusji. W związku z tym, że w Nowym Lepszym Świecie nie uświadczysz koncertów, nie padnie często powtarzane pytanie: „ciekawe, jak by to zabrzmiało na żywo?”.

Ciężki, brutalny materiał, trzymający poziom od początku do końca, wliczając niemal ośmiominutowy „The Harvesters”.

krig i hudik ‎– iii [2019] / jean-françois jonvelle

linki w komentarzach / links in comments

discogs

skrammel records

Słuchałem jakiś czas temu winylowego wznowienia płyty „legendy polskiego HC”. Abstrahując od poziomu tej kapeli (kwestia gustu), po uszach uderzyło od razu to, że materiał nie został w ogóle zremasterowany. Ot, staroć z kasety czy CD wydany na winylu, bo sentymentalny punk kupi wszystko w tym formacie i poprosi o więcej. To pewnie ci sami, którzy za starych czasów pytani, jak było na Ewie Braun, mówili, że nie poszli, bo to jakieś dziwne granie.

A można przecież inaczej: robić selekcję. Piję zarówno do wydawców, jak i kupujących, ale też muzyków (OK, wiem, że „punkowy muzyk” może brzmieć śmiesznie), którzy mogliby się zastanowić, czy każdy pierd, który wydali z siebie 20-30 lat temu, wart jest winylu. A nawet jeśli jest, to czy warto wydawać coś, co brzmi jak kaseta sprzed dwóch-trzech dekad.

Jako przeciwwagę dla nich można przedstawić album zespołu Krig i Hudik (czyli „Wojna w Hudiku”. To tytuł kawałka starego zespołu Missbrukarna z urokliwej miejscowości Hudiksvall – tej samej, z której pochodzą bohaterowie tego postu, na płycie z 2009 r. coverujący zresztą ten numer).

Panowie z Brainbombs, No Balls, Orchestra of Constant Distress, Totalitär i in. nagrywają na nowo numery starych, szwedzkich kapel (i bodaj dwa własne) w taki sposób, że brzmią oldskulowo, ale nie jak gówno.

No właśnie, część tych utworów została na nowo zarejestrowana właśnie dlatego, że 100 lat temu brzmiała kiepsko. Z drugiej strony, jak pomyślę, że nasi punkowcy mieliby nagrać stare rzeczy na nowo…

Żeby nie było – wychodzą u nas również sensowne wznowienia. Bardzo podobała mi się chociażby „Twoja twarz” ID (Refuse, 2019); po latach armijne brzmienie krakowskiego zespołu (płytę zrealizował Robert Brylewski w Złotej Skale) nie przeszkadza, lecz jest atutem. A z pozapunkowych rzeczy, wiadomo, nic nie dorówna wznowieniom dwóch płyt Thing: „Rudder” i „Killwater”. No, chyba że Dump.

Tymczasem zapraszam do słuchania starych, szwedzkich brudasów.

(o)(o)(o)

Jean-François Jonvelle

„dziękujemy rodzicom za to, że nie ulegli pokusie aborcji” – podsumowanie 2020, cz. I

Powoli żegnamy ten pojebany rok. Oto jego szalenie potrzebne podsumowanie.

***

Zacznijmy od najlepszej okładki. W zeszłym roku była to „High Anxiety” Oozing Wound (to również moja ulubiona płyta 2019; szkoda, że Thrill Jockey tak kiepsko wydał winyl), w tym zdecydowanie wyróżnia się obrazek ze „Still Laughing” GAG (swoją drogą, bardzo dobra rzecz). OFF Festival 2018, „Tylko kiedy się śmieję”.

***

Zanim wymienię swoje ulubione (niekoniecznie najlepsze) płyty 2020, słówko o rozczarowaniach. Na pewno nie wrócę do dziwadła, które wydali wspomniani Oozing Wound. Daniel Blumberg po fantastycznej „Minus” przynudził na „On&On”. June of 44 wydali nowe wersje starych kawałków (w tym dwa potrzebne jak relaxy na Wyspach Kanaryjskich remixy) – jakieś to mięciutkie, zwłaszcza wokal; przykra niespodzianka. Wacław Zimpel oczywiście super, ale wciąż czekam na coś, co podejdzie mi tak bardzo, jak „Lines” czy LAM. Coriky mnie nie rozczarowało, bo nie licząc Ataxii, nie podchodzą mi rzeczy, które nagrywają byli członkowie Fugazi. À propos Ataxii, John Frusciante znów nagrał średnio fascynującą, elektroniczną płytę. Nie dał też wiele radości Thurston Moore, ocierający się o autoplagiat na „By the Fire” – gdy leci „Hashish”, czekam, aż dryblas z Florydy zacznie śpiewać „Sunday comes alone again…”. OK, koniec.

Pewnym – bo niewiele się spodziewam – rozczarowaniem jest postępujący upadek dziennikarstwa muzycznego. Do jego głównego atrybutu, nudy, doszedł kolejny: polityczna poprawność. Oto dziennikarz „Polityki” kończy recenzję płyty Siksy puentą: „Jeśli wam się podoba, to właśnie o to chodziło. Jeśli wam się nie podoba – tym bardziej”. Tak więc, czytelniku miły, jeśli nie cieszy cię wyżej wzmiankowana pozycja fonograficzna, to nie dlatego, że jest pretensjonalnym, asłuchalnym gniotem – po prostu masz, chłopie (damy, jakżeby inaczej, a priori lubią Siksę), problem ze sobą, z kobietami, może chciałbyś wstąpić do Straży Narodowej. Wspaniała dialektyka. Niech już ten dziennikarz zostanie lepiej przy wygłaszaniu laudacji dla Dawida Podsiadły.

Nie ma już – poza wyjątkami – gdzie poczytać o muzyce. Tak jak nie ma gdzie poczytać o piłce nożnej.

À propos czytania, oto trzy najlepsze książki o muzyce, jakie zmęczyłem w tym roku:

Pisałem o drugiej i trzeciej.

Aha, była jeszcze „Please Kill Me”, ale ona wyszła u nas wcześniej, w 2018.

***

OK, oto ulubione płyty:

(o)

lottohours after [endless happiness; 2020]

Najlepsza płyta najlepszego obecnie zespołu.

recenzja

(o)(o)

titanic sea moonexit no. 2020 [fonoradar records; 2020]

Bałem się rozczarowania, jednak okazało się, że panowie nagrali fantastyczny materiał. Koncert TSM we Wrocławiu był ostatnim, jaki zobaczyłem w 2020, i jednocześnie najlepszym. Gdyby nie było kowidu i zaliczyłbym więcej występów artystycznych, pewnie i tak sztuki tria Dudziński – Sulik – Szymański nikt by nie przebił.

Tu miał się pojawić wtręt na temat niedoszłego wydawcy TSM, ale nie lubię kopać, więc omijam temat.

(o)(o)(o)

próchnoniż [gusstaff records; don’t sit on my vinyl; 2020]

Zespół, mam wrażenie, niedoceniany. Wierzę, że kiedyś to się zmieni.

recenzja

(o)(o)(o)(o)

świetliki – wake me up before you fuck me [karrot komando; 2020]

Pod tym niespodziewanym tytułem kryje się kontynuacja ponuractwa „Sromoty”, w tym trzy mocne, depresyjne szlagiery („Monochron”, „Welocyped”, „Śmiertelne piosenki”). Gdyby jeszcze ta płyta została lepiej nagrana… Wydanie z pretensjonalną pocztówką zamiast tekstów.

Ale za to piosenka roku:

I fragment wywiadu roku:

(o)(o)(o)(o)(o)

brainbombscold case [skrammel records; 2020]

Seryjny morderca jest zmęczony, wręcz cierpiący („In sunshine or rain / I don’t go out / I’m in pain”), ale wciąż wwierca się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

geldbeyond the floor [iron lung records, static shock records; 2020]

Choć zdarzają się wyjątki (pierwszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to Torpur), polski punk muzycznie wciąż stanowi pojarocińską, dezerterową traumę, tekstowo zaś uskutecznia moralizatorstwo, które za serce może chwycić co najwyżej albo jednostkę co prawda dorosłą, lecz niezbyt żwawą intelektualnie, albo małego Jasia odmrażającego uszy na złość mamie.

Czy punk musi być drętwy? Czy Szymek musi się zgadzać z Krzychem, sprawdzając po drodze, co myśli Darek i inne GWpunki? Niekoniecznie, o czym świadczy pierwsza z brzegu płyta Iron Lung Records. Chociażby tegoroczny materiał australijskiego GELD. Wpierdol. Aha, to nie jest „album pierwszy z brzegu”, to doskonała płyta.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

moron’s moronslooking for danger [slovenly records; 2020]

Gdy pierwszy raz włączyłem mp3 z tym materiałem, pomyślałem, że tylko omyłkowo zapisałem go w folderze do ewentualnych recenzji z polską muzyką. Moron’s Morons są zupełnie pozbawieni tutejszych smętnych przyległości, ale nie są podróbą: są autentyczni i pojebani. Garażowy punk najwyższej próby.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

sprainas lost through collision [flenser records; 2020]

Wehikuł czasu z LA. Trudno uwierzyć, że ten materiał nie jest znaleziskiem z lat 90. Jeden z nielicznych zespołów czerpiących garściami z tamtej dekady, który nie odstaje od najwybitniejszych przedstawicieli amerykańskiego, alternatywnego grania tamtych czasów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

the microphonesmicrophones in 2020 [p.w. elverum & sun, ltd., 7 e.p.; 2020]

Po kilkunastu latach Phil Elvrum nagrał znów coś pod szyldem The Microphones. Słyszałem, że nudzi i zamienił się w Kozelka. Po pierwsze – nie nudzi, po drugie – daleko mu do pretensjonalności byłego lidera Red House Painters.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dynasonic#2 [instant classic; 2020] / bootleg [czarny kot rec., dym recordings; 2020]

Ci to co chwilę goszczą u mnie na blogu albo na fejsie, więc wrzucę tylko linki do recenzji obu tegorocznych wydawnictw „klasyków dubwave’u”: „#2” i „Bootleg”.

***

2020 to również czas wielu wznowień. Mnie bardzo ucieszył winyl mojego ulubionego francuskiego zespołu Doppler, „Si nihil aliud”, wydany przez Bigoût Records. Trzeba było czekać na to 16 lat.

cdn.

giant henry – big baby [1991; 2013] / václav jírů

linki w komentarzach / links in comments

numero group

unwound

Strach ostatnio wejść na Facebook, bowiem co chwilę pojawia się news o śmierci jakiegoś artysty czy artystki. I tak, w ostatnich dniach można było się dowiedzieć, że odeszła nasza największa wokalistka Ewa Demarczyk, potem informacja, że zmarł Piotr Szczepanik, bez którego również trudno wyobrazić sobie polską piosenkę.

Pamiętam, jak pan Piotr w telewizyjnym programie „Muzyka łączy pokolenia” zinterpretował po swojemu „Szuwary” Pedalsów (Maleńczuk zaśpiewał „Nigdy więcej”). „Szu-szu-szu-szuwary” – czuł się jak u siebie.

Swoją drogą, wydaje się to niesamowite, że ów program prowadziło dwóch gości ewidentnie zajebanych jak meserszmity. Masz swój program w TVP, gadasz z Ewą Bem czy Haliną Frąckowiak – i jesteś pod wpływem heleny. Śmieszne i straszne.

Wracając do śmierci artystów, smutna wiadomość przyszła również ze Stanów. W wieku 47 lat zmarł Vern Rumsey, basista jednego z najlepszych zespołów lat 90., Unwound. Przyczyna śmierci nie została podana.

Unwound już kiedyś wrzucałem, więc tym razem niech będzie Giant Henry – zespół, z którego powstali twórcy „Leaves Turn Inside You” (po drodze był jeszcze band Cygnus X-1, który chyba nie zostawił żadnych nagrań). Z Rumseyem grali w Giant Henry również Justin Trosper i Brandt Sandeno. Tego ostatniego zastąpiła w Unwound Sara Lund.

„Big Baby” to konkretny wpierdol, w którym wcześni Unwound spotykają Nirvanę z „Bleach”. Czuć w tym energię, za którą dzisiejsze kapele tęsknią jak Arkadiusz Onyszko za rozumem. Jakość nagrań (końcówka to amerykańska piwnica A.D. 1991) mogłaby wywołać niesmak u Marcina Kydryńskiego, ale jebać to (i jego).

Wspaniały zapis amerykańskiego undergroundu początku lat 90.

A wrzucam to po obejrzeniu niewesołego filmu z Kurtem Cobainem w roli głównej.

***

Václav Jírů (1910-1980). Nie ma chyba fajnej strony na temat tego czeskiego fotografa. Warto poszukać jego zdjęć.

super thief – stuck [2017] / mert alas & marcus piggott

linki w komentarzach / links in comments

superthiefmusic.wordpress.com

super thief – bandcamp

super thief – facebook

reptilianrecords.com

Pod tą mało wyjściową nazwą kryje się jeden z nielicznych nowych zespołów noiserockowych, który nie działa mi na nerwy. Z jednej strony chłopaki z Austin nie silą się na oryginalność, z drugiej – nie są żenującą podróbą Unsane czy The Jesus Lizard. Wokalista, choć energiczny, też nie robi z siebie pajaca, Davida Yowa dla ubogich.

Wydana w 2018 roku kompilacja „REP-132” na szczęście nie oznaczała śmierci zespołu, gdyż Super Thief znalazł się na tegorocznej składance Reptilian Records „Hot Rock Action 2020”. To dające się lubić wydawnictwo wypuściło też „Stuck” przed rokiem na winylu. Wcześniej chłopaki wydali swój debiut na kasecie.

Polecam również sekcję plakatów koncertowych na ich WordPressie. To zresztą bardzo dobra strona, szkoda, że nie uaktualniana. No ale komu by się w czasach Fejsa chciało to robić.

(o)(o)

Mert Alas & Marcus Piggott. Czasem – jak to przy „artystycznej fotografii modowej” – może męczyć zamierzona pretensjonalność tych zdjęć, ale trzeba przyznać, że fotka nr 6 ma coś w sobie. :)

the proletariat – indifference [1986] / fan ho

linki w komentarzach / links in comments

proletariatband.com

facebook

wywiad

– Did you have a clear blueprint of what you wanted The Proletariat from the start?

– We wanted to sound like The Clash.

Jedna z tych kapel, której członkowie potrafili podać konkretne inspiracje, tworząc nową jakość. „Indifference” to wspaniała, oryginalna płyta. No, może jeden numer brzmi, jakby PIL znalazł dobrego wokalistę. xD

Fantastyczny zespół z lat 80. (nie mylić z polskim, jarocińsko-owsiakowym szajsem), który rok temu powrócił z nową, udaną płytą. Choć nie jest to już to, co kiedyś.

The Proletariat grał punk, ale łączył go z post-punkiem czy noise rockiem, wchodząc na poziom nieosiągalny dla większości kapel tego nurtu. Motoryka takich numerów, jak „Indifference”, „Recollections” czy „The Guns are Winning”, sprawia, że trudno usiedzieć w miejscu. Pierwsza płyta, „Soma Holiday”, jest słabsza, lecz warto ją poznać.

W sferze ideowej, że tak to ujmę, The Proletariat nie zaskakuje.

Więcej do poczytania na bardzo dobrej – to dziś rzadkość – stronie zespołu.

***

Postanowiłem wrzucić Fan Ho z uwagi na przepiękne, subtelne zdjęcie nr 1. Trzeba będzie nadrobić jakimś Arakim w kolejnym wpisie.

torpur – gobland [dreamland syndicate; 2019]

torpur

facebook

dreamland syndicate records

dreamlandsyndicate.bigcartel.com

Cztery i pół kawałka skrzecząco-warczącego raw punka – bez polskiego, „styropianowego” klimatu – ożenionego z noise’em (pojawiającym się w „Civil War”) i „sonicznym”, ponadsześciominutowym utworem tytułowym, zamykającym EP-kę. Trzeba „Gobland” poświęcić te 19 minut, potem kolejnych parę razy zrobić to samo.

Tyle gadania wystarczy. Jak pisał klasyk: „Tu nie ma miejsca na elaboraty. Tu się dopierdala”.

Płyta do pobrania z Bandcampa. Warto kupić kasetę wydaną przez Dreamland Syndicate.

alice donut – mule [1990] / joseph szabo

linki w komentarzach / links in comments

alternative tentacles

facebook

Nie wiem, która płyta Alicji Pączek jest najlepsza. W każdym razie wrzucam tę, z którą nowojorczycy mi się kojarzą – „Mule”. Pewnie dlatego, że usłyszałem ją jako pierwszą, poza tym kocham ten album. A tak w ogóle to kojarzą mi się najbardziej z nie swoim numerem, bo z „My Boyfriend’s Back” The Angels, z trochę zmienionym tekstem. Nie ma tego kawałka na LP, więc raczej nigdy go nie kupię.

Alice Donut to także jeden z najlepszych wokali w historii (punk)rocka, czyli Tomas Antona. „Nie mam pojęcia, co robię. Nigdy nie brałem lekcji muzyki ani śpiewu, więc mój styl śpiewania opiera się na ogromnej ignorancji upstrzonej okłamywaniem samego siebie”. Fajne. A tu cały wywiad.

***

„Green Mind” Dinosaur Jr. opakowana jest w jedną z najładniejszych okładek w historii rocka. W sumie nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, kto jest jej autorem. Przypadkowo dowiedziałem się, że za zdjęciem dziewczyny (czy też dziewczynki) z fajką stoi Joseph Szabo. Prawdziwy magik, jeśli chodzi o czarno-białą fotografię.

the replacements – let it be [1984] / ralph crane

linki w komentarzach / links in comments

thereplacementsofficial.com

The Replacements – zespół u nas praktycznie nieznany. Lata radiowej edukacji zrobiły swoje. Zamiast „Unsatisfied”, „Kayleigh” Marillion. Zamiast Paula Westerberga, Derek William Dick. Poza tym – zamiast Lou Reeda, Gordon Sumner, zamiast Nico, Basia Trzetrzelewska. Itd, itd. Wyliczankę można ciągnąć za Władywostok.

O naszej recepcji (a raczej jej braku) twórczości autorów „Let It Be” swego czasu bardzo ładnie napisał Igor z The Dog. Wybaczam potraktowanie trochę po macoszemu jednego z moich ulubionych filmów, „Adventureland”. Swoją drogą, na soundtracku do filmu Grega Mottoli jest jeszcze jeden kawałek chwytający za serce i jaja – „Don’t Want To Know If You Are Lonely” Hüsker Dü.

(o)(o)

Ralph Crane. Kiedyś to się robiło zdjęcia, nie to, co teraz. Bardot, Bacall, pies, koty… Wspaniałe fotki.