Posts Tagged ‘noise rock’

double boar – wrong / friction circus [1994] // eylül aslan

02/02/2018

linki w komentarzach / links in comments

bovine records

discogs

Zajebisty singiel efemerycznego zespołu, w którego skład wchodził m.in. Tim Mescher z Tar (drugi numer przez chwilę brzmi bardzo tarowsko).

Chyba nigdy nie nagrali niczego poza tym singlem, wydanym przez Bovine Records. To był zresztą naprawdę świetny label.

Rewelacyjna płytka, którą można tanio kupić.

***

Eylül Aslan

Mógłbym wrzucić jakiegoś tureckiego muzyka albo turecki zespół, ale znam tylko tego geja, który nagrał coś z homofobami z Wu-Tang Clan. Natomiast ta turecka fotografka jest rewelacyjna. Piękne kolory, doskonałe pomysły. Tylko jej strona jakaś dziwna.

wstręt – trzy dni [2017]

27/01/2018

bandcamp

facebook

„Być może za dużo w niej [muzyce] kuca, jak na twoje gusta” – zabawnie zaasekurował się Bartek ze Wstrętu. Bez obaw, nie czuć przesadnie tego kuca.

Cztery udane numery, dobra EP-ka. I nawet jeśli pojawia się myśl „gdzieś to słyszałem”, to zupełnie nie przeszkadza.

Słychać na „Trzech dniach” posthardcore, noise rock, może trochę tego „kuca”. No i dużo pasji. Cztery numery, które mogą się podobać (choć mnie chwilami nieco drażni zbyt rockowa druga gitara), a i dają nadzieję na przyszłość. Klikam „Following” na Bandcampie i czekam na to, co będzie dalej.

Tak w ogóle, to jest we Wstręcie coś bardzo polskiego – pewien klimat z lat 90., gdy zdarzało się, że niektóre kapele (świadomie czy nie) żeniły noise rock z nową falą. No i słyszę tu chwilami zapomniany Kotilof, co jest dla mnie niezwykle miłym skojarzeniem.

giddy motors – make it pop [2002] / brigitte bardot

16/12/2017

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

facebook

horse arm records

Kapela – założona w Peckham (chciałbym pojechać tam na wakacje, u mnie ciągle nudą wieje), dzielnicy południowego Londynu – w której udzielali się panowie znani też z Bodychoke, Cranes czy Poino. Nie ma więc lipy.

Wyżej wzmiankowana pozycja fonograficzna została doceniona nawet przez Pitchfork, który wrzucił ją do kategorii „Best New Music”. Tak sobie przeglądam net i widzę, że zauważono londyńską kapelę również na pewnej polskiej stronie, jednakowoż reckę pisał jakiś patafian, więc nie będę tego linkował.

Dobry materiał. Co ciekawe, zespół się chyba nie reaktywował. Zupełnie jak Bodychoke. W sumie szkoda.

Nie mogę znaleźć nagrań live zespołu.

***

Brigitte Bardot pewnie nie jest najpiękniejszą kobietą w historii kina, ale trudno znaleźć bardziej seksowną. Tak uważam, jednocześnie oglądając serial, w którym męskie serca łamie Gillian Aderson. O tempora, o mores!

Pani Bardot nie zwykła owijać w bawełnę. Daj Panie Boże zdrowie, żeby nasze agora-punki były takie punkowe, jak BB. ;)

harry pussy – harry pussy [1993] / nan goldin

11/11/2017

linki w komentarzach / links in comments

siltbreeze records

„Defunct American noise rock band from Miami, Florida”. Bardzo podoba mi się biografia tego zespołu na Discogsie. Niemal tak bardzo, jak alternatywny tytuł tej płyty: „In an Emergency You Can Shit on a Puerto Rican Whore”.

Trafiłem jakiś czas temu na ciekawe zestawienie w Guardianie: „50 underground albums you’ve never heard of” (kto nie słyszał, ten nie słyszał; znam takiego, co chętnie opowie, że na połowie tych płyt zagrał). Pojawił się tam m.in. album Harry Pussy (albo Harry’ego Pussy’ego).

Boże, ta gitara… A, szkoda szczempić. Piękny materiał.

Nie chce mi się pisać żadnej notki biograficznej. Lepiej poczytać wspomnianego Guardiana. Polecam również wpisanie nazwy zespołu w googlowskie zdjęcia.

***

Nan Goldin. Jeżeli chodzi o panie robiące zdjęcia, bardziej lubię chyba tylko Sally Mann. Kiedyś wrzuciłem fotki Goldin na blog i jakiś ćwok zaczął marudzić, że przeginam. Ze starego postu tylko jedno zdjęcie zostało. Tym razem bez tamtego, kontrowersyjnego (nie znalazłem go). Ale pozdrawiam, księże proboszczu.

szatan to szmata, kurwa garbata / wściekłe psy i piwo 0,33

10/10/2017

Choć raczej nie lubię na nie chodzić, byłem na dwóch koncertach.

Najpierw Zgniłość w Krakowie (Piękny Pies, 30.09). Fajny jazz, klawiszowiec Wandzilak obdarzony poczuciem humoru, Świetlicki wciąż w formie literackiej, na dodatek śmiejący się z ludzi, z których sam się (w domu) śmieję („Fryzjerski jazz, możdżerski jazz, mazolewski jazz”).

Ogólnie wygląda to tak, że Pan Poeta ponawija, potem zespół dalej gra, a on w tym czasie siedzi na scenie, pali fajkę i pije. Tak trzeba żyć.

Aha, Zgniłość gra bardzo dobry jazz, ale najlepiej wypada w reggae.

W Pięknym Psie udało mi się urwać klamkę w kiblu. Może to zainspiruje dowodzących knajpą do remontu sracza. Współczuję dziewczynom, które muszą tam iść za potrzebą.

Unsane we Wrocławiu (D.K. Luksus, 7.10). Nowojorskie trio to jeden z tych zespołów, które jakoś nigdy mnie nie ruszały (niby dobry, ale lepsze dla mnie są okładki płyt niż muzyka na nich zawarta), jednak sobotni gig po prostu urwał mi łeb. Niemal dosłownie. Ale po kolei.

Najpierw zagrał August Landmesser, którego trochę głupio mi oceniać, gdyż wokalista, Kuba, to jeden z dwóch lewusów, z którymi rozmawiam. Miłe zaskoczenie, bo za punkowym przekazem ostatnio idzie zazwyczaj chujowa muzyka. Brzmiało to jednak dobrze: najlepszy był ostatni numer i fragment, w którym August zabrzmiał jak Schizma (ta współczesna, nie stara). A może mi się zdawało, że tak zabrzmiał, bo choć byłem niemal trzeźwy, to jednak zajebiście przeziębiony.

Świetnie wypadł The Dog, w którym wokalnie udziela się Igor, autor chyba ostatniego nadającego się do czytania polskiego blogu poświęconego m.in. muzyce – „Człowiek kontra napalm” (mam nadzieję, że czegoś nie popierdoliłem). Płyty wrocławian nie utkwiły mi w pamięci, ale koncert przekonał mnie, by do nich wrócić.

Unsane – jak wspomniałem – nigdy nie należał do moich ulubionych zespołów, ale to się zmieniło: w sobotnim występie tych starych dziadów było tyle wkurwu, że do dziś dzwoni mi w uszach. Gdy przed bisem wyszedłem na fajkę, czułem się równie na miejscu w otaczającej rzeczywistości, jak Dougie Jones. Wpierdol straszny. Minus to na pewno fakt, że wokal Chrisa Spencera było słabo słychać, a Dave’a Currana – wcale.

Ogólnie rzecz biorąc, ten wyjazd do Wrocławia był ze wszech miar udany. Tak trzeba żyć.

I na tym kończę ten niewątpliwie potrzebny post. Jeśli ktoś będzie miał okazję zobaczyć którąś z powyższych kapel, niech się wybierze (choć ponoć Zgniłość kończy działalność).

PS Zdjęcia z koncertu w D.K. Luksus wrzucił na Facebook Piotr Kudełka. Nie pytałem o pozwolenie na ich udostępnienie, gdyż mam ban na tym wspaniałym serwisie społecznościowym. I w sumie nie uznaję praw autorskich. xD

PS2 Wielkie dzięki dla Kuby Kunysza.

PS3 Jest jeszcze „Polskie muzeum cyfrowe” (kiedyś „Dziękuję moim MC”).

scratch acid – scratch acid [1984] / dave naz

23/09/2017

linki w komentarzach / links in comments

touch and go

Reaktywował się ponownie jeden z najwspanialszych zespołów w historii rocka, The Jesus Lizard. Przeczytałem opinię, że minusem powrotu tych świrów jest mniejsza uwaga, jaką słuchacze poświęcą nowym kapelom. Co ciekawe, swymi wątpliwościami podzielił się gość, który oprócz fajnych rzeczy wydaje takie kasztany, że zamiast nich wolałbym przez cały dzień słuchać jedenastej „piosenki” z rozszerzonego wydania „Liar”.

Ale wracajmy do bohaterów tego postu, czyli pre-noiserockowego Scratch Acid, po śmierci którego The Jesus Lizard powstał. W międzyczasie był jeszcze Rapeman. Nieźle.

Miałem Scratch Acid wrzucić dawno temu, ale jakoś nie wyszło. Miał to być zresztą materiał koncertowy, ale wcięło mi go, niech więc będzie self-titled debut, jedna z ulubionych płyt Kurta Cobaina. Zamykający wyżej wzmiankowaną pozycję fonograficzną utwór „Lay Screaming” został – wedłgu Davida Yowa – „inspired by Marquis de Sade, reading his shit”.

Wszystkie studyjne nagrania Scratch Acid ukazały się na kompilacji Touch and Go „The Greatest Gift”. W sumie mógłbym wrzucić ją, ale wolę jednak słuchać każdej płyty z osobna, a wszystkich wrzucać mi się nie chce.

Scratch Acid reaktywował się dwukrotnie (2006, 2011), podobnie jak The Jesus Lizard odciągając młodzież od poznawania nowych płyt!

***

Dave Naz

six finger satellite – pigeon is the most popular bird [1993] / amanda charchian

15/09/2017

linki w komentarzach / links in comments

sub pop

W cyklu „nie znam” świetny, nieoczywisty zespół z Providence. „Świetny”, gdyż grał świetną muzykę, „nieoczywisty” – gdyż zaskakiwał (wystarczy po „Pigeonie” włączyć chociażby EP-kę z 1994 roku, „Machinise Cuisine”). Drugim wydanym w Sub Popie materiałem był „Severe Exposure”. Ja pierdolę, jakie tam są gitary.

Kapela, myślę, trochę niedoceniona, choć w pewnych kręgach – wprost przeciwnie.

Płyta „A Good Year for Hardness” (2009), reaktywowanego 6FS, jest ok, ale gdyby nie powstała, nic by się chyba nie stało.

***

Amanda Charchian. Fajne te foty, czasem zalatują Guy Bourdinem.

enregistré par steve albini – the ephemera’s worship [2004] / zoom out

13/08/2017

linki w komentarzach / links in comments

stevealbini.free.fr

Zespół o zajebistej nazwie, pochodzący ze Strasburga. Trzy składanki i jedna EP-ka, wydana własnym sumptem. Prawie tak samo jak płyta, podoba mi się wciąż działająca strona zespołu (nic, że niezbyt bogata w treść). To były czasy. Facebook i Bandcamp, niestety, nie mają takiego klimatu, jak stare dobre strony.

Muzyka to post-rock ożeniony z jazzem, noise rockiem, post-hardcore’em, math rockiem i emo. W „Le Progrès” słychać Abilene.

Nie jest to codziennością w przypadku tego typu zespołów – tekst zaangażowany. Chłopakom nie podoba się kapitalizm.

Niezły materiał. Francuzi, gdy idą w takie klimaty, zazwyczaj nie zawodzą.

***

Zoom Out

betanjehu – 666 [2017]

27/07/2017

bandcamp

Kibicuję zespołom, które robią za underground undergroundu. Tak jak kibicowałem Betanjehu, który niestety zakończył działalność.

Zespół z Lublina poruszał się w różnych muzycznych rejonach: noise rock, free jazz, post-rock, psychodelia… Zawsze awangardowo, ale nigdy (przynajmniej nie kojarzę takich nagrań) nie było to eksperymentalne pierdzenie dla samego pierdzenia.

„666” to soundtrack do komiksu trębacza. Udane męczenie buły. I pamiętajcie: unikajcie grania z Afrojaxem.

tumor circus – tumor circus [1991] / gordon denman

26/07/2017

linki w komentarzach / links in comments

alternative tentacles

„Supergrupa” złożona z członków takich kapel jak: King Snake Roost, Steel Pole Bath Tub, Grong Grong, Bush Pig czy też jednego z moich ulubionych dzisiejszych zespołów, The Hand. Na wokalu niejaki Eric Boucher. Nie znam.

Uwielbiałem ten materiał, gdy byłem młodzieniaszkiem. Dziś lubię i szanuję, choć mam wrażenie, że tej bardzo dobrej, lekko zwieszonej „chaotyczno-konsekwentnej” muzycznej robocie czasem nieco przeszkadza nachalny wokal.

Tak czy siak – super: muzyka, teksty (w „Take Me Back or I’ll Drown Our Dog (Headlines)” ponoć pojawiają się autentyczne nagłówki, w tym: „Policja zabiła człowieka, by zapobiec jego samobójstwu”), okładka, nazwa kapeli.

Wśród różnych wydań „Tumor Circus”, które można prześledzić na Discogsie, jest też nasz buraczany pirat z MG Records. Miałem.

***

Gordon Denman


%d blogerów lubi to: