Archive for the ‘tańczenie o architekturze’ Category

hanako – hanako [luty 2017] / liście [sierpień 2017]

21/09/2017

bandcamp

facebook

„Los świata w twoich rękach, tylko przegub ci wymięka” – te słowa Lecha Janerki przypominają się mi, gdy trafiam na emo, w którym synonimem słowa „emocjonalność” jest „płaczliwość”. Hanako, dzięki Bogu, to nie dotyczy.

Sam zespół taguje swe nagrania m.in. jako „screamo”, ale „screamo” to nie jest, gdyż tego gatunku muzycznego po prostu nie toleruje mój organizm, a self-titled i „Liści” słucham bez bólu.

Oba krótkie materiały, rewelacyjnie nagrane przez Łukasza Ciszaka (HUN, Sorry Sluts, Test Prints, solo [tu chociażby split z Arturem Rumińskim]), dobrze kopią. Kawałki są brudne, programowo brzmią nieładnie, ale nie mamy w przypadku Hanako do czynienia z garażowym napierdalaniem, które ma ukryć fakt, że zespół nie ma pomysłu na kompozycje, więc swą indolencję przykrywa brudem i nonszalancją.

(Teraz powinienem przysucharzyć, że najlepszy numer to „Uprzejmość”).

I jeśli miałbym się do czegoś doczepić, to do tego, że na „Liściach” za bardzo wysunięto wokal Bibi. Lepiej brzmi, gdy jest nieco schowany – jak na „jedynce”.

Tak czy siak, jest wpierdol. Czekam na płytę.

p*i*g (jakub monika lampart) – the impulse church [2017]

31/08/2017

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

fb1

fb2

P*I*G nie miałem do tej pory okazji usłyszeć, anonsowałem jedynie wspólny koncert z YC-CY i Ugorami.

„The Impulse Church” to niełatwy w odbiorze, ale więcej niż udany mariaż neofolku, industrialu trochę à la Throbbing Gristle, dźwięków, które tagujemy jako „experimental”, bo nie bardzo wiemy, co o nich pisać, „zimnej” lo-fi elektroniki, wykręconego post-rocka i Bóg wie czego jeszcze. Taki „Photoautotrophic Micropropagation Of Sperm Molecules In Sensual Impulse Of Creating” brzmi fragmentami jak improwizacja umierającego noiserockowca, któremu zachciało się grać jazz do industrialnego podkładu, ale nie umie albo nie ma sił.

Pod koniec lekka zamułka, ale tak czy siak „The Impulse Church” to bardzo dobra płyta.

Na Bandcampie są też inne nagrania, firmowane jako P*I*G.

sftw/hubbub – sftw/hubbub [2017]

22/08/2017

sftw/hubbub

centrum badania możliwości

Na gruzach Betanjehu powstał SFTW/HUBBUB (z miejsca minus za nazwę, której w życiu nie zapamiętam). Tak jak w przypadku starego zespołu odnośnikiem był (free)jazz, tak też jest w przypadku nowego, ale SFTW/HUBBUB nie przypomina Betanjehu.

Te trzy numery to ironiczny post-yass (niech stracę, wymyślając te tagi). Na dodatek dwa numery – „Jebać etos” i „Chujowy rap” – okraszone są żeńskim wokalem. Niby jaja, ale bez żenującego śmieszkowania.

No i jak człowiek przestanie się jarać tym, że dziewczyna z fajnym głosem używa słów, których nie ma w słowniku ludzi kulturalnych, to może usłyszeć, że jeżeli chodzi o stronę muzyczną tej EP-ki, to jest wery gud, a (może) będzie jeszcze bardziej.

Czekam na kolejny materiał.

where is jerry – bang! bang! [2017]

11/08/2017

whereisjerry.pl

(pod tym adresem znajdziesz rownież odnośniki do Facebooka czy Bandcampa)

Najnowsza płyta gdańskiego zespołu zdaje się chcieć przypominać czasy, gdy piwo i dziewczyny lepiej smakowały, a po przyjściu do domu można było włączyć telewizję i się nie porzygać. Czyli, jak dla mnie, zamierzenie idealne.

Problem w tym, że są na „Bang! Bang!” fragmenty zarówno dobre – kiedy np. gitara brzmi świetnie (za tę, co się pojawia w 30 sekundzie ostatniego – najlepszego – numeru, dałbym się pokroić) – jak i nijakie. Słucham właśnie piosenki „Stereoscope”, która jest dobrym tego przykładem (choć w niej akurat więcej dobrego).

Podobnie jest z wokalem, który – chyba lepszy niż na wcześniejszych wydawnictwach – czasem brzmi do rzeczy, a czasem irytuje.

No więc ta mieszanka grunge’u (?) i tzw. alternatywnego rocka wzbudza we mnie ambiwalentne odczucia, ale chętnie posłucham kolejnego materiału Where is Jerry. O ile Vreen po takiej (pseudo)recenzji mi go przyśle.

PS Okładka, jak zawsze, zajebista.

krzycz – trauma / live in leeds [instant classic; 2017]

24/06/2017

bandcamp

facebook

historia zespolu krzycz

Długo zbierałem się do tego, żeby napisać o reedycji (poszerzonej o krążek „Live in Leeds”) tej klasycznej płyty. Przypomniało mi się jednak zakończenie artykułu jednego z moich ulubionych dziennikarzy, więc mam problem z głowy.

„Tu nie ma miejsca na elaboraty. Tu się dopierdala”.

nac/hut report – grey zone collapse nostalgia [2017]

18/06/2017

bandcamp

facebook

Popsuta elektronika, zamulające wokale, także obecność gitar, które wywołały we mnie skojarzenie, jakby jakiś przećpany DJ remiksował numery z indiepopowej składanki „C86”. Tak brzmi mniej więcej krakowski duet Nac/Hut Report. Oryginalnie niczym jego nazwa.

W wywiadzie dla „Dziennika Polskiego” dowiadujemy się od Brigitte Roussel bądź Li/ese/Li, że Nac/Hut Report lubi zniekształcać to, co ładne. Faktycznie tak jest: para miesza rzeczy popowe z noise’owymi. Wśród ulubionych zespołów wymienia: Royal Trux, Einstürzende Neubauten, Black Dice i Birthday Party. Sam, słuchając „Grey Zone Collapse Nostalgia”, pomyślałem o zespole Bjorna i Erica Copelandów oraz Aarona Warrena.

Dobrze by było, gdyby nowy materiał krakowskiego duetu okroić do ośmiu, góra dziesięciu numerów (raczej usunąć kilka ze środka, nie końca płyty). No ale nie sądzę, by Nac/Hut Report powstał po to, by spełniać zachcianki i się podobać.

yc-cy – yc-cy [x-mist records; 2016]

28/05/2017

bandcamp

facebook

x-mist records

Agresywny wokal, gitara, bas, bębny i klawisz. Noise punk, hardcore, noise rock, post-punk. Konkretny wpierdol zaserwowany przez zespół ze szwajcarskiej Szafuzy.

Jeśli miałbym szukać jednego punktu odniesienia, byłby to wybitny nowojorski skład White Suns, choć YC-CY tworzy kawałki bardziej przystępne.

Mnie najbardziej podoba się chyba numer „Hyäne”. Szkoda, że trwa zaledwie 3:11. Świetna jest jednak całość. Ostatnio rzadko nowe noiserockowe rzeczy wzbudzają we mnie emocje. To demo kopie od początku do końca.

Materiał wydał zasłużony X-Mist Records.

Oprócz demówki z bandcampa można pobrać także nowy utwór, „Kepler-186f”. Forma jest. To numer z albumu „Todestanz”, który ukaże się w czerwcu (rownież X-Mist).

***

2 lipca YC-CY, wraz z Ugorami, zagrają we wrocławskim Carpe Diem.

popsysze – kopalino [nasiono records; 2017]

21/05/2017

bandcamp

facebook

nasiono

Kiedyś, gdy dostęp do płyt był najpierw niemal żaden, a później taki sobie, lubiłem czytać recenzje. Dziś trudno mi jakąkolwiek zmęczyć. Ludzie piszą coraz gorzej (żadnego Łobodzińskiego czy nawet Księżyka nie widać), a niemal każdy album można albo kupić, albo odsłuchać, więc nie ma już fascynacji połączonej z zazdrością („ja pierdolę, ale bym tego posłuchał”).

Na dodatek człowiek się napoci, stara się wspierać rzępolenie kapel znanych pięciu osobom na krzyż, a potem wydawca czy zespół nawet nie podlinkuje recenzji. Do tego dochodzą fochy gości, którym wydaje się, że nagrali nową „In on the Kill Taker”, gdy ty stwierdzasz, że ich arcydzieło jest co najwyżej niezłe. Boże…

Popsysze z miejsca chciałem skreślić, gdy usłyszałem wokal. Później przestał mi przeszkadzać, choć trzeba przyznać, że jest dość – powiedzmy – kontrowersyjny; Jarosław Marciszewski ma głos miły dla ucha, ale dziwnie kładzie akcent (Adam Miauczyński, leżąc na plaży, miałby swoje do powiedzenia na ten temat). No i głos jest za bardzo wysunięty, ale to grzech trzech czwartych polskich płyt. Inna sprawa, że w najlepszym (i najdłuższym) numerze, „Latarni”, Marciszewski sprawdza się świetnie. Gdy śpiewa: „od północy wieje wiatr”, robi się naprawdę przyjemnie. To zresztą najlepszy fragment na płycie: psychodeliczne gitarowe spiętrzenie przechodzi w rozmarzone zakończenie.

To właśnie lubię: płyty, które przy pierwszym kontakcie odrzucają mnie na kilometr, a potem trzymają przy sobie niemal od początku do końca przy każdym odsłuchu („niemal”, bo zdarzają się słabsze momenty).

Popsysze bezpretensjonalnie żeni delikatną psychodelię z, niech stracę, indie rockiem. Zdarzają się tu też inne patenty, jak chociażby postpunkowe rytmy w „Lini numer osiem” i „Pobrzeżach”. Płyta chwialmi kojarzy się mi też ze starymi filmami. Nad całością rozprzestrzenia się, niech stracę ponownie, polskość zespołu. Tak, można być stąd, niewątpliwie inspirować zespołami z Zachodu i nie udawać, że jest się z Londynu czy Nowego Jorku.

„Nadmorska psychodelia” – tak można by nazwać to, co gra Popsysze na „Kopalino”. Gdy leci ostatni – najdłuższy i najlepszy jednocześnie – numer, „Latarnia”, ma się ochotę pierdolnąć wszystkim i pojechać nad morze.

so slow – 3t [unquiet records; 2017]

12/05/2017

unquiet records.pl

bandcamp unquiet rec.

facebook unquiet rec.

bandcamp so slow

facebook so slow

soundlcoud


fot. Janek Fronczak

Z zespołem So Slow byłem dotąd słabo zaznajomiony. Ich dwóch płyt nigdy nie wysłuchałem dokładnie, a na koncert offfestiwalowy po prostu się spóźniłem. Na dodatek musiałem szukać w tłumie znajomego lewusa i nie widziałem praktycznie ani kawałka.

Do „3T” podszedłem nieufnie. Gdy widzę, jak gitarowe ansamble używają słów typu „tryboluminescencja”, to obawiam się, że będę miał do czynienia z czymś nadętym. Taki grzech nadmiernej poważki przydarzył się chociażby Starej Rzece czy którejś z kolei Alamedzie.

So Slow zresztą – poniekąd muzycznie, poniekąd „duchowo” – sytuuje się w rejonach zamieszkiwanych przez zespoły Kuby Ziołka.

Zawartość „3T” to czad ożeniony z ambientem, dalekimi echami etno, beatem techno, jazzem i co tam jeszcze usłyszysz. Jeśli miałbym porównać warszawski zespół z innym, to na myśl przychodzi mi świetny, a u nas raczej mało znany włoski Dead Elephant.

So Slow – czy to trzymając się gitarowej roboty, czy idąc w tereny odległe od rocka – przekonuje od początku do końca na swojej trzeciej płycie.

buzz rodeo – combine [antena krzyku; 2017]

30/04/2017

bandcamp

facebook

antena krzyku

Kiedyś perspektywa włączenia nowej płyty noiserockowego zespołu wzbudzała we mnie dreszczyk emocji. Dziś a priori mogę założyć, że będę miał do czynienia z czymś nudnym, przeciętnym, najwyżej dobrym.

Zdarzają się wyjątki, ale ogólne rzecz biorąc – bieda. Klony Unsane; kapele, które chcą być fajne niczym Pissed Jeans (zespół, który nb. nie jest fajny od paru lat); kawałki będące nieświadomą wariacją na temat „Wingwalker” Shellaca…

Buzz Rodeo też nie jest wolne od trzeciego grzechu, wystarczy posłuchać „Tripwire!”. Nie zmienia to faktu, że „Combine” to dobra, równa, shellacowata płyta.

Nowy materiał Niemców nie wywoła pożaru, ale udanie nawiązuje – bez revivalowskiego pozerstwa – do noise rocka lat 90., czyli mojego ulubionego grania. Tamta energia jest nie do odtworzenia, ale „Combine” pokazuje, że warto słuchać nie tyko starych płyt.

***

Once, putting on a new noise rock record was a thrill. Today I can safely assume that I’ll be listening to something boring, mediocre, maybe okay, tops.

There are, of course, exceptions, but yeah, no – it’s a miserable picture. Unsane clones; bands that wanna be just as cool as Pissed Jeans (a band which itself hasn’t been cool since at least a few years back); tracks that sound like unintended (?) covers of Shellac’s „Wingwalker”…

Buzz Rodeo also commits the third sin, just listen to „Tripwire!”. It doesn’t change the fact that „Combine” is a good, consistent Shellac-like album.

The Germans’ new material won’t start a fire, but it’s a smart throwback to my kind of playing, namely ’90s noise rock – but without the whole revival posturing. That energy can’t be copied, but „Combine” is a good argument for listening to more than just old records.

(tłum. Podkręcony Ziutek)


%d blogerów lubi to: