automaty – nowa synagoga [nasiono records; 2023]

bandcamp

facebook

nasiono

fot. Grzegorz Nowaliński

„Piękno tkwi w prostocie”. To mądre zdanie zostało sprowadzone do sloganu, którym można zareklamować np. samochód. Tak czy siak, pasuje do grafik, których autorem jest Piotr Czerski. Jedną z nich widzimy właśnie na okładce nowej synagogi, inne mogliśmy zobaczyć chociażby na orce (ta podoba mi się najbardziej) i zgrzytach morza.

Zerknąłem w zestaw moich ulubionych płyt 2022 r. i zauważyłem, że większość z nich zawiera muzykę instrumentalną. Kiedyś nie do pomyślenia. Teraz niemal się wzdrygnąłem, usłyszawszy, że na nowej synagodze ktoś zaczął gadać.

Jednak dobrze wychodzi to gadanie w Nieweselu (które usłyszałem jako pierwsze, bo zapowiadało płytę) – trochę jakby Grzegorz Kaźmierczak z Variété przestał udawać, że umie śpiewać.

Poza tym to dobry tekst, choć z ogranym motywem. Przy okazji – mam wrażenie, że słowa „hajs” używają już tylko ludzie zaawansowani wiekowo. Ale to jeszcze nic: pewien czterdziestoparoletni męczący felietonista wciąż używa słowa „szmal”, które już chyba zawsze będzie mi się kojarzyć z Markiem Piekarczykiem („Tyle kłamstwa wokół nas / Żeby zdobyć cholerny szmal”).

Będąc przy Nieweselu (zresztą co chwilę – jakby to była recenzja nie całej płyty, lecz jednego kawałka, ale jak im wyszedł to numer, to daj Panie Boże zdrowie; jest kapitalny) – trochę trudno zresztą było mi wejść w ten album z uwagi na to, że ten kawałek okazał się zaskakująco łatwo wpadać w ucho, być hitem na tle pozostałych. Ale reszta też w końcu wpadła.

***

W Automatach możemy trafić na te same osoby, które grają w rewelacyjnym morzu: wspomnianego Czerskiego, Jarosława Lipszyca i Karola Schwarza. Muzykę z nowej synagogi można nazwać – podobnie jak tę, którą słyszymy na orce i zgrzytach – psychodeliczną. Tu mamy jednak psychodelię (nagraną na żyw) w innej, łagodniejszej wersji. Jeżeli orka chwilami zahacza o noise, to nowa synagoga czasem ociera się o ambient. Taka właśnie jest różnica, upraszczając, między morzem a Automatami. Pewnie też brak perkusisty, Jacka Jewuły, ma zasadniczy wpływ na ciężar muzyki. Tu, zamiast żywych bębnów, mamy bity Schwarza.

Czasem ma się wrażenie, że na nowej synagodze musi w końcu nastąpić pierdolnięcie, musi zacząć rzęzić i zrobić się głośniej. Ale tak się nie dzieje i – co ciekawe – to niespełnienie oczekiwań jest całkiem przyjemne.

***

Co jeszcze? Niewesele (o, znowu) słyszę jako utwór rozpoczynający jakiś bardzo dobry, polski film lub serial (będący dziełem np. Jana Holoubka, który ma na koncie Rojsta).

***

Gdy leci ta płyta, mam ochotę się spakować i pojechać pochodzić po jakimś pięknym mieście, poszwendać się między starymi murami (a przy Gdzie jest Jeden? wypocząć na jakimś zadupiu). To wyznanie pojawia się tu zamiast banalnego „to świetny album”.

***

Styczeń to chyba nie jest dobry czas na wydanie płyty. Ciekawa byłaby statystyka dająca odpowiedź na pytanie, ile z nich jest pomijanych w rocznych podsumowaniach tylko dlatego, że ukazały się za wcześnie. No, ale muzyka to nie wyścigi. Mnie się wydaje, że pod koniec roku o nowej synagodze będę pamiętał.

***

Na koniec minus. Gdzie jest Jeden? przypomina o największej bolączce polskiego rocka: głos męski potrafi trochę przeszkadzać w odbiorze muzyki. A kto wie, czy właśnie czwarty utwór na pierwszej płycie Automatów muzycznie nie jest najlepszy z wszystkich.

narrenwind – mona turbo lisa [wheelwright productions; 2022]

bandcamp

facebook

wheelwright productions

pagan records

Na zewnątrz jesień. Wyświadcz swojej depresji przysługę i pozwól jej pożreć żałosne resztki swojej duszy wsłuchując się w ścieżkę dźwiękową do upadku ludzkości – zachęcali w press packu. Już zima, ludzkość wciąż upada, a my wyświadczamy sobie – z lekkim opóźnieniem – przysługę.

(o)

Tak mnie odrzuciło za pierwszym razem od Mony Turbo Lisy, że nie wiem, jakim cudem wysłuchałem jej do końca. Połączenie wokalu z muzyką wydało mi się tak absurdalne, że Narrenwind nie poleciał od razu do kosza z niewiadomych mi przyczyn. Wiadomo jednak, jak bywa z pierwszymi wrażeniami.

Gdy już stwierdziłem, że ten metal-niemetal ma coś w sobie, coś innego zaczęło mnie męczyć – mianowicie znów wokal. Tym razem jednak z innego powodu. Po prostu kojarzył mi się z innym wokalem, a niemożność wyplucia tego, co miałem na końcu języka, była wybitnie męcząca.

W końcu się udało: to skojarzenie to Stefan Nic, płyta No i Polska (swoją drogą, równie wesoła jak Mona Turbo Lisa). Teraz to może nawet bardziej muzyczne skojarzenie.

Do tego doszedł jeszcze przyszedł na myśl Maanam (przy otwierającym epkę utworze tytułowym) i Gruzja, której drugiego materiału, Jeszcze nie mamy na was pomysłu, udało mi się wysłuchać w całości (bo zasnąłem bodaj przy drugim kawałku).

Podsumowujmy więc pierwsze wrażenia: zapomniany projekt Aloszy Jędryczki i Jury Zajchowskiego z zespołu Czarnobyl Zdrój (nb. Jędryczka to jeden z najlepszych tekściarzy, jakich wydała na świat no i Polska); klasycy polskiego rocka (ale z początkowego okresu, spokojnie) oraz najbardziej znany przedstawiciel meme metalu.

Zazwyczaj gdy w końcu dokładnie pozna się jakąś płytę, pierwsze skojarzenia okazują się nie mieć wiele wspólnego z rzeczywistością. Ale są najfajniejsze.

Dość trudno jest mi określić muzykę Narrenwind – zdominowaną przez wokal (walczący o dominację z basem), co zazwyczaj przeszkadza mi na polskich płytach, ale na tej akurat nie. Dość trudno, ale może hasło avant-garde post-black metal, które widzimy na Discogsie, jest OK (inne to blackened progressive rock z Echo Experiment). A jeśli nie, to przynajmniej dobrze wygląda. Ja bym dorzucił new wave. A nawet cold wave (vide początek Nie wstanie dzień, każący pomyśleć o Pornography The Cure).

Mona Turbo Lisa to jednocześnie wyważone i nerwowe granie do melodeklamacji Klimørha, do jego klimatycznych tekstów ze zwracającymi uwagę wersami (Czy kłamiesz? / Czasem wystarczy, że uśmiechniesz się w milczeniu; deszcz który spadnie / da życie kwiatom / kwiatom które / szarańcza zapyla; czekasz na wiatr / który piachem / przykryje kości).

Największe wrażenie zrobił na mnie utwór zamykający epkę, wspomniany Nie wstanie dzień, będący antycoverem jednej z polskich piosenek wszech czasów – Nim wstanie dzień (kompozycja Krzysztofa Komedy, tekst Agnieszki Osieckiej), genialnie zaśpiewanej przez Edmunda Fettinga, piosenki specjalnie dla niego napisanej. Piosenki, która nie chce się ode mnie odczepić.

Przy okazji obejrzałem film Jerzego Hoffmana Prawo i pięść, w którym Nim wstanie dzień została wykorzystana. Powojenny western (!) z Ziem Odzyskanych, z Gustawem Holoubkiem w roli głównej, broni się po latach.

(o)

Od niezbyt może niezbyt adekwatnych skojarzeń do klasyki polskiego kina. Mona Turbo Lisa rzuca człowieka po różnych rejonach, intrygując, prowokując i dając satysfakcję. Trzeba poznać inne płyty Narrenwind.

boro/sull. – the flat parts of the day [2022]

bandcamp

!!!ZESPÓŁ SZUKA WYDAWCY NOŚNIKA FIZYCZNEGO!!!

A miało być Borowski / Sulik. Poważnie niczym w jazzie.

Bartosz „Boro” Borowski (min. rewelacyjne Lonker See [obecnie w zawieszeniu] i Why Bother?) oraz Piotr Sulik (kiedyś m.in. prawdziwa niczym ból zęba Guernica Y Luno i „najlepszy zespół w Europie” – Ewa Braun, dziś chociażby niezwykła formacja Titanic Sea Moon) – możemy więc mówić o „supergrupie” (albo raczej „superduecie”). Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że supergrupy często bywają atrakcją na miarę mysłowickiego dworca PKP albo zejścia po ziemniaki do piwnicy. Jak jest tym razem?

Spotkałem się z opinią (konkurs z nagrodą: zgadnij, czyja to opinia, a podaruję ci kota, który wysikał się na mój winyl Ritual de lo habitual Jane’s Addiction), że „w chuj takich płyt, a to jedna z tysięcy”. No i że za jakiś czas nie będzie się o niej pamiętać. Z drugą opinią mogę się zgodzić. W końcu kto dziś pamięta chociażby o wspólnej płycie Omara Rodrígueza-Lópeza i Johna Frusciante, absolutnie wspaniałej rzeczy w poniekąd podobnym klimacie, co nagrania Borowskiego i Sulika. Muzyki tyle wokół, że można oszaleć.

Jeśli to coś warte, z pierwszą opinią się nie zgodzę. „W chuj takich płyt” słyszałem i w „tej jednej z tysięcy” dostrzegam coś, czego większość nie ma (bo po prostu nie ma; a może, lecz nie poświęciłem należytej uwagi, bo akurat miałem ochotę na Immolation albo Red Hot Chili Peppers, nie na ambienty – nieważne). Coś, co przykuwa uwagę i uruchamia wyobraźnię.

Niestety artyści nie przysłali w celach promocyjnych żadnego współnego zdjęcia, więc wrzucam kibiców Senegalu z trwających MŚ. „Lwy Terangi” niestety poległy w starciu z „Lwami Albionu”

The Flat Parts of the Day… Podoba mi się klimat całości – jakby z postapokaliptycznego (space) westernu. Już psychodeliczny, „pustynny” „otwieracz”, 1:00 a.m. (mocno z czymś się kojarzący, lecz nie wiem z czym) wprowadza w ów klimat – klimat soundtracku do nieistniejącego filmu.

Te psychodeliczno-postrockowe (też ambientowe i bodaj raz prawie noise’owe) dźwięki zostały wygenerowane przez Borowskiego i Sulika przy użyciu czterech wzmacniaczy, dwóch gitar, loopów, efektów gitarowych wszelkiej maści, slide’u i być może nawet śrubokrętu. Ten nie w stu procentach potwierdzony śrubokręt brzmi groźnie, ale całość jest zaskakująco przystępna. To płyta, dzięki której raczej odpłyniesz (czy może, nawiązując do nienakręconego westernu, zgubisz się w kosmosie albo zjesz kaktus na prerii), niż sięgniesz po środek przeciwbólowy.

Jeśli coś mi tu nie pasuje, to czasem (rzadko, bo rzadko, lecz się pojawia) nieco banalna, kojarząca się z post-rockiem à la Mono, gitara (na marginesie, na żywo Japończycy miażdżą). No i „zamykacz”, 7:00 a.m., mógłby być ciekawszy, jednak to, że nagle się urywa, daje ciekawy efekt końcowy.

Wychodzi na to, że jest szansa, iż przynajmniej jedna osoba o The Flat Parts of the Day będzie nawet po dwóch latach pamiętać.

Acha. I tak sobie myślę, że skoro czasem dźwięki z tej płyty z czymś mi się mocno kojarzą, ale nie wiem z czym, to pewnie chodzi najzwyczajniej w świecie o to, co wcześniej, na innych płytach, zagrali Bartosz Borowski i Piotr Sulik.

I jeszcze jedno, mało istotne. Czasem wydaje mi się, że wymyślanie tytułów utworów instrumentalnych jest pozbawione sensu, ale potem przypominam sobie, że przecież mamy takie kawałki bez wokali jak Chłopek z Lego napił się prądu czy I Love You, I’m Going to Blow Up Your School, i stwierdzam, że sens jednak jest. Duet Boro/Sull. poszedł na łatwiznę, ale łatwiznę pomysłową (oksymoron?) – że tak to ujmę.

emiter – five tracks from a single source [antenna non grata; 2022]

emiter

antenna non grata

fot. Dewi Anna

WSPOMINKI, BY UCIEC OD PISANIA O MUZYCE

Myślałem ostatnio o tym, że po raz pierwszy z twórczością Marcina Dymitera spotkałem się w… radiowej Trójce. W pierwszej połowie lat 90. leciała w niej wybitna audycja Macieja Chmiela, „Ręka boksera” (odgrażałem się kiedyś, że zripuję te wspaniałości z kaset do mp3, ale taśmy jednak zaginęły podczas przeprowadzek), i w jednej z nich MC Chmiel puścił jakieś utwory Ewy Braun; na pewno „Kamienny krzyż” (wstęp trochę jak „To tylko tango” Maanamu), puentując go stwierdzeniem, że ta piosenka dokonuje ostatecznego podziału na „my i oni”. Pamiętam, że zabrzmiało to bardzo poważnie jak na tego dość frywolnego radiowca.

Pozostając w temacie poczucia humoru, poważka Ewy Braun męczyła jej perkusistę, Dariusza Dudzińskiego, stąd dowcipny, jednoosobowy zespół Przyzwoitość. Może też nieco cierpiał Dymiter, bo jako emiter nagrał prawdziwy hit, jakim jest (albo powinno być) bez wątpienia „1500 wiadomości” z „#2: Static”, będący odbiciem słynnych wersów z „Randki z mutantem” Pawła Konnaka: „[kot Antek] rozszerzy zasięg telefonów era gsm / mówi szymon ja kocham erę gsm / bo pierwsze pięć sekund rozmowy jest za darmo / i można powiedzieć dupa dupa dupa”.

Tak więc Dymiter towarzyszy mi od 30 lat. Były przecież oprócz Ewci wspaniałe Mordy, niski szum, Trys Saulės, Zemiter (duet z Hubertem Zemlerem), Sonda, współpraca z Arszynem, solowe płyty jako emiter czy pod własnym nazwiskiem… No, trochę tego jest.

NOBEL DLA DYMITERA!

51-letni słupszczanin zdaje się być osobą dość pracowitą. W tym roku – oprócz „Five tracks” – wydał „Where old buildings once stood come new ones” w Pawlaczu Perskim i ELECTRONICS FOR DOGS (w duecie z Dominiką Korzeniecką).

Facet wydał multum płyt, nagrywa innych wykonawców, prowadzi warsztaty, jest kuratorem festiwali, pisze książki (np. „Notatki z terenu”), jest po prostu żywą legendą undergroundu, choć nie dba o poklask (polecam w tym miejscu bardzo dobrą stronę emitera, żeby poczytać o jego działalności). Myślę, że gdy prezydentem zostanie jakiś Trzaskowski, Dymiter dostanie Złoty Krzyż Zasługi – niczym nasze stare punki od Komorowskiego.

***

Muszę się przyznać, że kompletnie nie potrafię załapać field recordingu (choć i w tej materii coś tam pomarudziłem), którego nasz bohater jest bodaj najbardziej znanym propagatorem w Polsce i stanowi on pokaźną część jego twórczości, więc nieco od tego, co były gitarzysta i wokalista Ewy Braun robił w ostatnich latach, się oddaliłem.

Natomiast gdy dostałem nowe płyty od Antenny Non Grata: „Five tracks from a single source” właśnie, „Breath” ZTB, „zeroes on the loose” gr​ü​m, pomyślałem, że warto wpierw sprawdzić, co słychać u Dymitera. Wręcz postanowiłem sobie, że jaka by nie było jego nowe dzieło, napiszę o nim.

CYTAT Z BANDCAMPA, BY UCIEC OD PISANIA O MUZYCE

„Jakiś czas temu przygotowałem ścieżkę dźwiękową do prac Magdaleny Franczak. W Miejscu Projektów Zachęty w Warszawie, odbyła się wystawa dwóch artystek – Yael Frank i Magdaleny Franczak pt. «Lód topnieje, Pani Frankczak». Po kilku latach, przeglądając dźwiękowe archiwa, znalazłem utwór z wystawy, a także osobne tracki, z których powstał. Zacząłem słuchać ich jak osobnych utworów. Okazało się, że to dobry początek do dalszej dźwiękowej podróży. Pomyślałem, żeby nawiązać do pojedynczych tracków i na ich podstawie nagrać nową muzykę. Tak powstał ten album”.

W KOŃCU TRZEBA SIĘ Z NIĄ ZMIERZYĆ

No dobra. „Five tracks from a single source” to obok „Archival Recordings for Paolo Monti” Coagulant wydawnictwo Antenna Non Grata, które w ostatnim czasie zrobiło na mnie największe wrażenie. Okazało się znów, że tworzenie muzyki na podstawie starych tracków może przynieść nadspodziewanie dobry efekt. Innym przykładem tego typu działania, o którym z przyjemnością tu pisałem, było zeszłoroczne „Sune Soundtracks” Pawła Nałyśnika.

Płyt z tzw. experimentalem wychodzi pewnie kilkaset dziennie, często po niecałej minucie takowe dzieła wyłączam i nigdy do nich nie wracam. W tym przypadku jest inaczej i nie sądzę, by była to magia nazwiska, bowiem – jak wspominałem – część z tego, co nagrał Marcin Dymiter, nie trafiało do mnie.

***

Trudno napisać coś sensownego o zawartości nowego CD emitera, bo ileż raz można powtarzać to samo przy okazji kolejnego materiału z ambientem, noise’em czy dub techno. Tak czy siak, „Five tracks from a single source” przewspaniale szumi, buczy i trzeszczy oraz trochę też wyje, a nawet (w „4.”), skrzeczy. Mój ulubiony kawałek to chyba „2.” – z tą „przypaloną” elektroniką – który przywołuje na myśl wczesne nagrania kompana pana Marcina z Mapy, Paula Wirkusa.

Kończy się kolejny rok, za chwilę znów zabawa w wybieranie ulubionych płyt. Znajdzie się chyba miejsce dla „Pięciu utworów z jednego źródła”.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

columbus duo – suprematist [fonoradar records; 2022]

columbus duo

fonoradar

Zdjęcie z koncertu w Łowickim Ośrodku Kultury

Bracia Swoboda do leniwych chyba nie należą. Dość regularnie, od lat, wydają płyty, a teraz w pewien sposób zatoczyli koło, bowiem „Suprematist” z wszystkich nagrań Columbus Duo (Ireneusz Swoboda – perkusja, Tomasz Swoboda – głos i gitara) najbardziej przypomina (przypomina o tyle, o i ile – jest po prostu najbardziej rockowa z dyskografii duetu) Thing (w nim Irek grał na basie, Tomek robił to, co teraz, a za bębnami siedział Tomasz Piotrowski) – wybitny zespół noiserockowy, który nagrał dwie, wznowione niedawno – przez Extinction i Fonoradar – płyty: „Rudder” (1997 r.) oraz „Killwater” (2000).

Przypomnienie o Thing przy okazji nowego materiału Columbus Duo to banał (jak pisanie o Ewie Braun w kontekście Titanic Sea Moon), ale chyba trzeba było to zrobić.

***

Zastanawiałem się, przy okazji której płyty Columbus Duo pisałem, że panowie w swych eksperymentalnych poszukiwaniach dochodzą powoli do ściany. Okazało się, że przy „Expositions” z 2014 r. (aż się wzdrygnąłem, zdając sobie sprawę, że tak szybko minęło tych osiem lat). Przez ten czas muzyka duetu stawała się coraz mniej nieprzystępna, ewoluując do noise rocka ożenionego z post-rockiem. Warto przypomnieć, że takie granie pojawiło się już na splicie z Guiding Lights.

***

Mamy więc na „Suprematist” noise rock ożeniony z post-rockiem – zdecydowanie powyżej średniej. Z francuskim wokalem, który dodaje tym utworom… No, czego dodaje? Raczej nie egzotyki, bo to jednak francuski, nie pendżabski. Może słowo „oryginalności” będzie OK.

Gdy słucham niezwykle przyjemnego dla ucha głosu Tomka Swobody, zapodającego francuskie teksty (czemu nie można ich przeczytać?!), żałuję, że będąc wielkim fanem francuskiego kina, nigdy nie nauczyłem się języka kraju Malle’a i Truffaut. A miałem nauczycielkę w ogólniaku francuską niczym Catherine Deneuve (choć pozbawioną jej urody). Cóż, lenistwo wzięło górę.

Tak, ten francuski to duży plus Columbus Duo. Tak jak angielski wokal Tomka w Thing mógłby być głosem seryjnego mordercy, tak „Francuz” z „Suprematist” chyba ma ochotę sprzątnąć Macrona. Albo jeszcze lepiej: Marie Le Pen.

Można by nawet spróbować sprzedać duet tworzony przez braci Swobodów jako jeden z najlepszych, jeżeli nie najlepszy, zespół gitarowej alternatywy znad Sekwany.

Tak, słucham takiego „Allez” i stwierdzam, że wiele więcej mi nie trzeba.

***

Teraz minusy.

1. Kawałki na CD lecą w niewłaściwej kolejności, dzięki czemu poczułem się jak za starych dobrych czasów, gdy Takt, MG czy inni piraci piosenki na kasetach układali nie w zgodzie z oryginalną kolejnością, lecz tak, by się zmieścić na stronach taśmy. W przypadku „Suprematist” trzeba zaprogramować odpowiednią kolejność piosenek w odtwarzaczu albo… słuchać jak leci.

2. Dziwnie, jak na mój gust, brzmią w niektórych kawałkach bębny (słychać to zwłaszcza w ostatnim, „Interiors”). Na pewno odrobinę bym je przyciszył. Właściwie chyba tylko w „Rite” brzmią idealnie. Swoją drogą, rytmy wygrywane przez Irka Swobodę bywają niezwykle ciekawe, czego bodaj najlepszym przykładem jest fantastyczny „Minimal”.

***

Nie wiem, która wersja Columbus Duo jest lepsza: eksperymentalna czy rockowa. Obecna na pewno jest bliższa memu sercu.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

PS Dobrze prezentuje się koszulka z okładką płyty. Polecam mimo specyficznego koloru.

PPS Trzeba też jasno dodać, że Columbus Duo to świetny zespoł koncertowy. Jeden z tych, dzięki którym zweryfikowalem opinię, że nie ufam kapelom bez basu.

morze – orka [2022]

morze.audio

„zespół, ale też rodzaj energii, jak morze”

morze zwróciło moją uwagę przy okazji pierwszej płyty, noszącej tytuł „zgrzyty”, genialną w swej prostocie nazwą zespołu, minimalistyczną okładką oraz – co najważniejsze, wiadomo – muzyką (wtedy podobała mi się zwłaszcza gra perkusisty, Jacka Jewuły), bowiem ta – po pierwsze – była więcej niż słuchalna, po drugie – psychodelia wciąż nie należy do najczęściej uprawianych przez rodaków gatunków, choć nie jest to już ziemia tak jałowa, jak kiedyś.

Zacznijmy od opakowania: drugi album zespołu, „orka”, ma najlepszą – obok „two songs” xPINKxTINGx – tegoroczną okładkę (jej twórcą jest Piotr Czerski). Widać, że ludzie stojący za morzem (czy raczej w morzu – nazwa zespołu oraz tytuł płyty wręcz prowokują do – paradoksalnie – suchych metafor) mają pomysł na swój projekt – również, jeżeli chodzi o stronę graficzną. Nawet taki szczegół, jak pisownia nazwy zespołu i tytułów płyt, układa się w intrygującą całość.

No dobra, ale jak śpiewał klasyk: „Nie ukrywajmy, liczy się muzyka”. Pytanie: czemu skoro „orkę” dostałem w połowie czerwca, dopiero teraz o niej piszę? Ano temu, że choć słuchanie tych sześciu numerów sprawiało mi przyjemność, to po tym, jak wybrzmiewał ostatni – „alasvegas (revisited), w mojej głowie nie zostawało nic (to pewnie wina głowy).

Teraz też uświadomiłem sobie, że „orka” trwa 44 minuty, i trochę mnie to zdziwiło. Ten materiał tak szybko przelatywał przez uszy, nie nudząc ani przez chwilę, że miałem wrażenie, iż trwa góra pół godziny.

„Szybko przelatuje przez uszy”, „niczego z niej nie pamiętam” – nie brzmi to zachęcająco. Sam się zastanawiam, jak to jest, że ta muzyka (instrumentalna, co w przypadku polskich kapel może być błogosławieństwem), którą możesz nazwać rockiem psychodelicznym, heavy psychem czy free rockiem (bardzo mi się podoba to określenie), nie zostawała w moim łbie. Pozwalając sobie na osobistą rozkminę (w końcu to blog), uważam, że to starość plus za dużo bodźców muzycznych. Płyt do odsłuchania mam tyle, że nie wyrabiam nie tylko czasowo, ale i poznawczo – że tak to ujmę.

Patrzę na to jednak pozytywnie, bowiem za każdym razem, gdy włączałem „orkę”, miałem wrażenie, że po raz pierwszy słucham nowej, świetnej płyty.

Ale w końcu zatrybiło: teraz, gdyby ktoś mnie zaczepił, umiałbym mu opowiedzieć, co gra morze na „orce”. Mimo to wciąż słyszę na niej coś nowego. Jak w tej chwili, gdy poprawiam literówki, dopisuję co nieco i zachwycam się tytułowym utworem.

Nie przeceniam wpływu miejsca, w którym żyje artysta, na muzykę, jaką tworzy. Gdyby taka zależność była oczywista, na Górnym Śląsku mielibyśmy od groma zespołów grających miażdżący industrial, a tu nawet punka nikt nie umie zagrać. Lubię jednak, słuchając nowej płyty Piotra Czerskiego, Jacka Jewuły i Pawła Wojciechowskiego (gościnnie pojawili się Tomek Gadecki i Karol Schwarz), myśleć, że taka muzyka mogła powstać tylko nad morzem.

I tylko szkoda, że „orka” – podobnie jak „zgrzyty” – dostępna jest wyłącznie w plikach.

PS Ponoć jednak płytę można kupić – proszę zerknąć w komentarz.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

PPS Udało mi się nie porównać morza do innych zespołów, ale jednak ten nawyk jest silniejsze ode mnie: „shah met” to White Hills w najwyższej formie.

melatony – droga do rem [pawlacz perski; 2022]

pawlacz perski

hubert zemler

motyw

Zdjęcie pochodzi z facebooka Huberta Zemlera

Niedawno miałem problemy z zasypianiem, postanowiłem więc kłaść się z ambientem na uszach. William Basinski, Noveller, Stars of the Lid, Tim Hecker i inni pomagali zasnąć. Bodaj jedyna płyta, która nie wykonała powierzonego jej zadania, to „Ambient 1: Music For Airports” Briana Eno, według Pitchforka ambientowy album wszech czasów. Na drugi dzień, przy pierwszej możliwej okazji, gdy mogłem w spokoju posłuchać muzyki, wracałem do tego, co pomagało mi zasnąć, albo i – w jednym przypadku – nie pomagało.

Po co ten wtręt osobisty? Już tłumaczę cytatem z bandcampowego opisu płyty Melatonów „Droga do REM”: „Tytuł projektu i albumu Huberta Zemlera sugerują, że autorowi nie będzie za bardzo przeszkadzało jeśli uderzycie przy nim w kimę. Musi się z tym liczyć tworząc muzykę oniryczną i hipnotyzującą. Jeśli jednak wam się to przydarzy nie zapomnijcie wrócić do Melatonów na drugi dzień, by przekonać się, że dziwne zwroty akcji wcale się wam nie przyśniły”.

Przy okazji pierwszego materiału Melatonów czytaliśmy o „Niewątpliwie relaksującym potencjale pierwszej części płyty, wypełnionej monotonnymi, krautrockowymi motywami (…)”, co mnie skierowało ku refleksji: jakże łatwo uznajemy kraut jako synonim awangardy. Czytamy „kraut”, myślimy „Can”, „Faust”, „Neu!” A jak się trafi na jakąś składankę zespołów krautrockowych, to podczas jej słuchania ma się ochotę założyć sandały i zapuścić wąsy, bo gros tych kapel to niemiecki rock regresywny. Ale to tak na marginesie.

„Melatony” były bardziej spójne i bardziej poważne niż „Droga do REM”. Czemu bardziej spójne – za chwilę. A dlaczego bardziej poważne? Może dlatego, że na nowej płycie Huberta Zemlera za gwiazdę większą niż inni goście, czyli Todd Barton, Antonina Nowacka i Emiter, robi dzięcioł, który „dostaje lekkiego szału”. Może zabawny bandcampowy opis zawartości też sprawia, że z automatu myślę o nowym materiale Melatonów jako o będącym mniej na serio.

Ponoć nazwa tego projektu oraz tytuł płyty wskazują na to, że Zemlerowi nie będzie przeszkadzać, gdy uderzysz podczas słuchania w kimę. Tylko jak przy tym dzięciole to zrobić? Równie dobrze można by zasnąć przy zwierzaku z „The Muppet Show”.

Jakoś dziwnie mi się słuchało „Drogi do REM”, nie do końca umiałem się skupić na tej muzyce. Zaczynający całość „Hamakiem”, choć trwa prawie sześć minut, wydaje mi się góra dwuminutowy; potem ten dzięcioł; w „Via Saterna” kobiecy wokal; „Corriendo Galarreta” to niemal dub techno, ładnie złagodzone gitarą (lekkie skojarzenie z Rozwodem), przechodzące w ambient czy raczej w coś, jakby Spiritualized robili wstęp do swej odmiany gospel (poniosło mnie); na koniec tytułowy numer, wykorzystujący oklepany motyw jadącego pociągu. No, ale jak Artysta bierze na warsztat oklepany motyw, i tak wychodzi coś nieprzeciętnego. Zresztą głos Antoniny Nowackiej sprawia, że robi się pięknie i poważnie, i chyba nawet boję spytać, wolę nie wiedzieć, dokąd jedzie ten pociąg.

No i co? Kiedyś, przy takim miszmaszu, pisało się „postmodernizm” – i cześć. Dziś tego słowa nie używają chyba nawet ci, co je wymyślili (abstrahując od tego, czy wciąż żyją).

Nie wiem, czy podoba mi się nowy materiał Melatonów jako całość, czy tylko polubiłem każdy utwór z osobna. W grę wchodzi raczej ta druga możliwość. Wracał będę raczej do „jedynki”.

***

W czerwcu Pawlacz Perski sięgnął do kabury i od razu oddał trzy strzały. Oprócz Melatonów można więc cieszyć się tym, co nagrali Emiter:

i Antek Cholewiński (tytuł jego płyty, „Kotek”, zabawnie został nazwany „clickbaitowym”):

Okładki wszystkich trzech nowych kaset to dzieło podlinkowanego wyżej motywu, co powoduje, że można patrzeć na czerwcowe wydawnictwa Pawlacza jak na całość czy tam trylogię. Podejrzewam, że miło je mieć, choćby po to, by sięgnąć po nie po latach. Tak jak dziś fajnie jest znaleźć na półce muzykę wydaną na kasetach np. przez Obuha.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

przepych – i inne zabawne rzeczy [fonoradar records; 2022]

przepych

fonoradar records

素晴らしさ- tak w języku japońskim zapisujemy (przynajmniej według tłumacza Google) słowo „przepych” (chyba że nazwa zespołu nie oznacza – według definicji PWN-u – „rzucającego się w oczy bogactwa” lub „wielkiej ilości, różnorodności czegoś”, lecz pochodzi od czasownika „przepychać”).

Piszę o tym, gdyż wrocławskie trio przypomina mi – gdy akurat nie słychać polskiego wokalu – szalone zespoły japońskiej awangardy rockowej: słuchasz jednego utworu, trwającego cztery minuty, a masz wrażenie, że właśnie zaliczyłeś z pięć płyt różnych kapel. Masz wrażenie, że owi Japończycy zaraz wyskoczą z głośników i zaczną, dziwnie poprzebierani, odbywać dziwny performance w twoim pokoju. Dadzą krótki koncert za friko i znikną. Otwierająca „i inne zabawne rzeczy” „Kuchnia fusion” jest jakby streszczeniem płyty.

Pobawię się jeszcze w skojarzenia, bo lubię. Słuchając „i innych zabawnych rzeczy”, pomyślałem, że Przepych mógłby nieco przypominać Deerhoof, gdyby ekipa z San Francisco, zamiast flirtować z popem, zbliżyła się do punka. Co jeszcze? Może szaleńcy z Cardiacs, gdy atakowali słuchacza cięższymi fragmentami. I najprzyjemniejsze skojarzenie: świetny i zapomniany zespół Ameba – gdy łączą się wokal Ewy Głowackiej i jej gra na klawiszach. Jak kogoś interesuje, z czym kojarzy mi się zamykający całość utwór tytułowy – niech pisze na priv.

Mogę się tak bawić jeszcze jakiś czas, ale tak czy siak – Przepych to… Przepych. Tego post- czy artpunkowego tria nie pomylisz z żadnym innym. Niezależnie, czy słuchasz debiutu „Regresarabas”, czy „i innych zabawnych rzeczy”.

Przepych bywa męczący i irytujący. Męczący i irytujący maniakalnie powtarzanymi motywami, męczący i irytujący wokalem – obu „męczarni” najlepszym przykładem jest bodaj „Dron Dron Dron” (świetna jest tu zwłaszcza gitara). Oczywiście słowa „męczący” i „irytujący” robią tu za komplement. Alternatywa ma wkurzać, nie pozwalać usiedzieć, a nie szlajać się po Męskich Graniach.

Przepych bywa też wręcz kojąco przyjemny dla ucha. Jak w „In Europe”, i to mimo świetnych, „nerwowych” bębnów, które teoretycznie powinny zrobić z tego numeru rozpierduchę. No i może trochę pod koniec robią.

To, co się dzieje na „i innych zabawnych rzeczach”, może wprawić w kompleksy niejeden zespół. Myślę, że to nie fair ze strony Ewy Głowackiej (wokal, klawisze, sampler), Jakuba Majchrzaka (wokal, bas, gitara, sampler) i Łukasza Platy (wokal, perkusja, drum pad) [w trzech utworach pojawia się gościnnie Szymon Szwarc] – mieć tyle pomysłów i nie podzielić się nimi z mniej zdolnymi przedstawicielami polskiej alternatywy. Aż mi się przypomniał Ciaran McLaughlin z That Petrol Emotion mówiący: „Gdyby ktoś inteligentny, na przykład Prince, zechciał nam podpowiedzieć, co robić, posłuchalibyśmy. Nikt jednak nie kwapi się, by nam pomóc, nasze utwory kleimy więc z tych lichych, wątłych pomysłów, jakie wpadają nam czasem do głów”. Kurczę, pomyśleć, że kiedyś byłem na tyle wredny, by wymienić parę kapel, które powinny się zgłosić do Przepychu po parę wskazówek.

Ale pisząc całkiem serio – szkoda, że próbując mniej lub bardziej udolnie oddać to, czym jest Przepych, robię tu niejako za kronikarza rodzimego undergroundu.

„i inne zabawne rzeczy” to ostatnia płyta tria. Czasy trudne, więc wychodzi tylko na CD. Na winylu niedługo wyłącznie Adele i Depeche Mode.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o) 1/2

rozwód – gold [fonoradar records; 2022]

rozwód

fonoradar

Wydawca stwierdził, że „Gold” Rozwodu to „płyta roku”. Jednak odkąd niemal 30 lat temu Zic Zac próbował sprzedać zespół Wniebowzięci jako polską Nirvanę, nie ufam wydawcom.

Artyści raczej nie lubią, gdy się ich z kimś porównuje. Jakiś czas temu muzyk z zespołu czerpiącego wiadrami z klasyki nurtu post-punk poważnie się obruszył, gdy ktoś (nie ja) nazwał jego zespół „postpunkowym”. Dobrze chociaż, że recenzent nie wspomniał, iż wokalista sepleni niczym śp. Grzegorz Ciechowski.

Co ja poradzę, gdy zazwyczaj wszystko mi się z czymś kojarzy. Rozwód też, ale o tym za chwilę.

Wchodzimy na bandcamp zespolu i widzimy, że muzyka z „Gold” została otagowana w następujący sposób:

Nie wiem, skąd ten postpunk; ja bym tu dorzucił raczej doomjazz (chwilami, bo chwilami, ale pojawia się taki klimat na „Gold”). Oczywiście takie tagi mogą mówić wszystko i nic, ale myślę, że – poza postpunkiem – dobrze opisują drugą płytę Rozwodu. Płytę, o której… nie bardzo wiem, co pisać.

Chyba jeszcze tak nie miałem, żeby nie umieć sklecić pięciu zdań na temat albumu tak bogatego brzmieniowo, odwołującego się do kilku stylistyk, pełnego fantastycznych pomysłów, przywołującego na myśl cenionych wykonawców i – last but not least – najzwyczajniej świetnego, dużymi fragmentami porywającego. Dawno też nie miałem do czynienia z płytą, która przy jednym odsłuchu wydawała mi się niesamowicie fascynująca, a przy kolejnym przelatywała przeze mnie, nie zostawiając śladu. W końcu jednak za każdym razem te 38 minut i 27 sekund z „Gold” zaczęły sprawiać mi przyjemność.

Nową płytę Rozwodu idealnie się przyswaja na słuchawkach. Wtedy łatwiej (przynajmniej mnie) usłyszeć owe fantastyczne pomysły Damiana Kowalskiego, Czarka Rosińskiego i Szymona Szwarca. Jak choćby pojawiające się nagle to lekko nerwowe brzdąkanie na gitarze w kojarzącym się z Lotto (z tymi skojarzeniami chodziło właśnie o to genialne trio, o którym Rozwód przypomina mi w swych najlepszych momentach) – i może trochę Pan Sonic (mnie się ostatnio wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z cięższą elektroniką, kojarzy z tymi Finami) – kapitalnym „Hantel V2”. Niby trochę od czapy, a jest idealnie. Albo kontrolowany chaos utworu „Diesel”, w którym trio zdaje się wcielać w rolę młodszych kolegów Mouse on Mars, jednocześnie trochę oddając im hołd, trochę ich przedrzeźniając. Gdy leci tytułowy „Gold”, myślę o kasetach wydawanych przez Pawlacz Perski. Albo arcydzielne „E” – wpierw postrockowo-doomjazzowe, w pewnej chwilami zamieniające się w ponury dub techno/industrial.

Koniec pisania. Tego trzeba posłuchać, i tyle. W życiu bym nie pomyślał, że słowo „rozwód” może się dobrze kojarzyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)1/2

mnoda – dziękuję, źle [koty records; 2022]

mnoda

koty records

Krotka płyta – krótka recenzja. Nie oznacza to, że gdy ktoś mi podeśle trzypłytowy box, napiszę esej.

***

Co tydzień wychodzi chyba z milion płyt z post-punkiem. Zdarzają się bardzo dobre, zdarzają przynajmniej słuchalne, bywają też słabe – wiadomo. Czasem pojawia się zespół tagowany jako „post-punk” i może jeszcze „art punk”, nad którym cmokają krytycy i słuchacze. Potem się okazuje, że to niby fajne, tyle że np. Pere Ubu grali coś podobnego, no i dużo lepiej oraz bardziej radykalnie, w latach 70.

Osobiście męczy mnie też nurt post-punka z fajnym, gadającym gościem na wokalu, który chyba wypłynął na fali sukcesu Fontaines D.C.

***

Mnoda (też gra post-punka – z elementami noise rocka – stąd wstęp) nie zostanie uznana za awangardę przez kogokolwiek, bowiem jej muzyka – podobnie jak ta recenzowanych niedawno Bad Light District – z miejsca wydaje się mocno osadzona w innej epoce.

Trochę jarocińska (proszę sobie wyobrazić, że to w tym przypadku komplement), jeśli wiesz o czym mówię. Dzięki wokalowi jakby ze starego domu kultury (może to akurat nie jest wielki komplement, ale też nie zarzut). Wyróżnia się dzięki umiejętnemu wykorzystaniu trąbki.

Warto zwrócić uwagę na teksty. Te całkiem proste: jak „W niedzielę”, opisujący nudę – jak ładnie tłumaczy nam to Wikipedia – „dnia między sobotą a poniedziałkiem” i „Czego chcesz jeszcze?” (na pewno nie żubra), jak i te bardziej poetyckie: „A co u Ciebie?” i „Podróż na księżyc”.

Zresztą „A co u Ciebie?”, bliski zimnej fali, długi, bo ponaddziewięciominutowy utwór, to chyba najlepsza część płyty. Może tylko chciałbym tu bardziej dynamicznego, hookowskiego (od Petera Hooka) basu. Za to końcowa psychodela może się podobać, a skojarzenie z „I nikomu nie wolno się z tego śmiać” (sorry, ale żona usłyszała) Kobranocki nie przeszkadza.

***

Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to do tego, że „Dziękuję, źle” (świetny tytuł) czasem jest za mało… surowa (w „W niedzielę” gitarę w pewnym momencie wziąłem za podrasowaną elektronikę; gdzie indziej pojawia się na krótko „kaczka”, której mogłoby nie być). Ale to już czepialstwo. No ok, jeszcze jeden kamyczek: początek „Podróży na księżyc” jest nieco banalny. Od pewnego momentu robi się z niej jednak świetny numer.

Tak czy siak, bardzo dobra płyta. Od czasu hitu o GG Allinie Mnoda nie dała mi tak dużej przyjemności.

No i okładka bardzo ładna. Trzeba by wydać winyl (choć kaseta przecież prezentuje się jak najbardziej wyjściowo) albo przynajmniej wydrukować plakat.

A do gościa, który ma pracę w Resorcie Zbędnych Snów, odezwę się, jak znów mi się przyśni, że siedzę na matmie w ogólniaku ze świadomością, że nie zdałem do następnej klasy.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

%d blogerów lubi to: