kkz – se01 [jvdasz iskariota rec.; 2021] / łukasz poleszak – korzenie [nagrania somnambuliczne; 2021] / chore ia – reanimacja [antenna non grata; 2021]

Wszystkie płyty tu przedstawione zasługują na osobny post. O to, że wrzuciłem je do jednego, można winić chodzenie do pracy, sześć kotów, które zawracają dupę, mecze piłkarskie, seriale itd. oraz coraz większe poczucie, że pisanie o muzyce jest dość głupie. Albo po prostu stare, dobre lenistwo.

Notki na temat KKZ i Łukasza Poleszaka pisane były na żywo, podczas słuchania muzyki. Inaczej z Chorym Ia, o którym pisało mi się najtrudniej, i za cholerę nie wiedziałem, co to miałoby być.

***

Kowalski/Kowalski/Zadrużyński – SE01 [Jvdasz Iskariota Rec.; 2021]

Pierwsze wydawnictwo z serii „S3RI4L NVMB3RS”, „która za zadanie ma prezentację i promocję efemerycznych nagrań muzyki improwizowanej i eksperymentalnej dokonanych przez zaproszonych muzyków sceny niezależnej. Podstawą projektu są sesje nagraniowe z udziałem zaproszonych muzyków, instrumentalistów reprezentujących różne środowiska muzyczne, którzy grając ze sobą po raz pierwszy, nawiązują swobodny i konceptualny muzyczny dialog”. Kuratela producencka: Szymon Szwarc.

Brzmi poważnie. I jest poważnie, gdyż tych sześć kawałków wbrew – być może uzasadnionym – obawom, to nie jest improwizacja będąca synonimem nudnawego pitolenia, sztuki dla sztuki, lecz rzecz robiąca wrażenie przemyślanej i nawiązującej do dokonań najciekawszych formacji rodzimej alternatywy: Rozwodu (Damian Kowalski zresztą gra w nim), Dynasonic czy Lotto.

Na mnie największe wrażenie robi bodaj numer „E04”, w którym KKZ osiągają poziom nagrań śp. Jakiego Liebezeita i Burnta Friedmanna z serii „Secret Rhythms”. Zresztą mam wrażenie, że nad robotą perkusyjną na „SE01” unosi się duch genialnego perkusisty Can.

Kapitalny jest również ten fragment zamykającego płytę „E06”, gdy KKZ wchodzą na naprawdę wysoki poziom intensywności. Innym utworom też niczego nie brakuje.

Świetny materiał. Panowie Kowalski, Kowalski i Zadrużyński – ukłony!

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Łukasz PoleszakKorzenie [Nagrania Somnambuliczne; 2021]

Prace nad „Korzeniami” trwały sześć lat – były podróżą od Śląska przez Barcelonę po Zanzibar. Czy wypadałoby w ogóle skrytykować coś, na co artysta poświęcił aż tyle czasu ze swego cennego życia? Oczywiście, że wypadałoby. Na szczęście płytę wydaną przez Nagrania Somnambuliczne można – choć nie bezkrytycznie – polecić.

Słuchając jej, myślę o miejscach, które zapewne są fascynujące, i wiem, że raczej nigdy ich nie odwiedzę. To często niepokojące dźwięki, o czym przekonujemy się już przy „Białych klifach”, drugim utworze na „Korzeniach”. Ale niepokój ten (wyobraźmy sobie, że znajdujemy się gdzieś… nie wiem… dajmy na to przed wielkim, rozłożystym drzewem, z dala od miasta) nie dotyczy uczucia, że może nam się coś stać, lecz tego, że piękno roztaczające się wokół może zniknąć.

Gdy leci chociażby „Księżyc” (nb. utwór najbardziej wpadający w ucho), mam wrażenie, że Poleszak faktycznie nagrał płytę o czymś, czego zaraz nie będzie.

Nie podzielałem opinii Jarka Szczęsnego z Nowamuzyka.pl, że dobrym posunięciem było dodanie wokali do „Korzeni”, bowiem te nie są mocnym punktem płyty. Wolałem zresztą, żeby w miejscach przywoływanych muzyką Poleszaka nie było ludzi.

Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem doszedłem do wniosku, że niektóre utwory bez głosu pewnie wiele by straciły (np. „Wilcze tropy” i „Serce lasu”). Podsumowując: czasem wokal przeszkadza, czasem pomaga.

„Pozyskiwałem je (dźwięki – 10fs) w bardzo różny sposób. Na przykład bardzo lubiłem chodzić na całodniowe wycieczki w góry, albo do lasu, gdzie wchodziłem najgłębiej jak się dało, tak, żeby żaden człowiek nie przechodził w pobliżu, i zostawiałem w możliwie najdzikszym miejscu rejestrator. Oddalałem się i po kilku godzinach wracałem po sprzęt. Dopiero w domu sprawdzałem, co się złapało. Czasami siedziałem obok i słuchałem natury, co stało się moją formą medytacji”opowiada Poleszak Aleksandrze Wojcińskiej. Do stworzenia nagrań użył m.in. nagrań terenowych, syntezatora analogowego, mis tybetańskich oraz dzwonków zaphir.

A mnie ciekawi, czy pojawiły się głosy zarzucające Poleszakowi, że przerobił egzotykę na zbyt przystępne dźwięki, na ambient i elektronikę dla mniej wymagającego słuchacza. Przysłuchując się niektórym fragmentom tej ciekawej płyty (za którą stoi nawet ciekawsza od niej historia), wcale bym się nie zdziwił. Inna sprawa, że sam Poleszak „rozbraja” takie zarzuty w wyżej wspomnianym wywiadzie, który gorąco polecam.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Chore IaReanimacja [Antenna Non Grata / Wanatka; 2021]

Robiąc porządki w kasetach, natrafiłem na prawdziwą perełkę: materiał „Neologizmowa” Chorego IA, wydany w 1995 r. przez OBUH Records (na zdjęciu głównym). Ładnie, trochę baśniowo to wygląda, pasując do hasła „Muzyka jakiej świat nie widzi”, będącego tytułem płyty sztandarowego zespołu OBUH-a, Za Siódmą Górą.

Spotkałem się ostatnio z opinią, że polski underground przeżywa kryzys, również wydawniczy. Najwyraźniej nie dotknął on Antenny Non Grata, bo w tym roku ta ma na koncie bodaj 13 wydawnictw (wliczając składanki). Sam pisałem o trzech: Szpetach, Sambarze i dosłownie przez chwilą o Trio_io.

Chore IA to solowy projekt Jacka Wanata, „filozofa, basisty, miłośnika awangardy rockowej”, od lat generującego dziwne dźwięki, wydawane przez wspomniany OBUH czy Requiem Records. Trzeba przyznać, że chłop prowadzi dość ożywioną działalność, gdyż oprócz „Reanimacji”(jest też na jego Bandcampie, ale z inną okładką niż antennowa) nagrał w tym roku bodaj trzy płyty.

W przypadku Poleszaka jego opowieść wpływa korzystnie na odbiór „Korzeni”. Frywolna gadka Wanata („Raczej trudno ją [„Reanimację” – 10fs] nucić i z pewnością nie można przy niej rytmicznie poklaskać. No i ten niemodny temat: umieranie. A jednak – jeśli się jej słucha – to wpada do ucha. Bo do tego właśnie służy muzyka: do słuchania – nie do latania.”) – niekoniecznie. Nie chodzi mi o to, żeby autor nagrał film, na którym przez godzinę smutno patrzy w czarną ścianę, ale rola kpiarza, którą przybrał, średnio mi tu pasuje. A stwierdzenie, że nie da się do „Reanimacji” rytmicznie poklaskać, jest już w ogóle niepotrzebne. Jak wiemy, Polacy nie umieją rytmicznie klaskać do niczego, o czym przekonuje się każdy muzyczny gwiazdor z zagranicy, który próbuje ich (czyli nas) do tego namówić na koncertach, na których gra z playbacku. Tak przynajmniej zawsze twierdzili dziennikarze muzyczni. Czyżby tylko zagraniczny odbiorca twórczości Chorego IA może nie klaskać z sensem przy jego nagraniach?

Miałem – co może widać – problem, żeby napisać cokolwiek o „Reanimacji” („20 utworów w pięciu aktach – jedna opowieść”), będącej na CD jednym kawałkiem, trwającym niecałe 70 minut. Znalazłem jednak prosty sposób na ten problem: ściągnąłem ją sobie ze wspomnianego Bandcampa Wanata i proszę – od razu lepiej, gdy wiem, kiedy dany utwór się zaczyna, a kiedy kończy.

Zarówno „Neologizmowa”, jak i późniejsza o 26 lat „Reanimacja” mają w sobie pewien amatorski klimat; jakby Wanat nie chciał zabrzmieć do końca poważnie. Mam wrażenie, że choć śmierć z „Reanimacji” to zazwyczaj ta Bergmanowska, od szachów, to często artysta zwraca się do słuchacza: „patrzcie, robię coś na poważnie, o umieraniu, ale żeby nie wystraszyć was wszystkich do końca (i siebie samego?), zaprosiłem też Pana Śmierć z Monty Pythona” (tego, od „bo wy, Angole, jesteście tacy, kurwa, pompatyczni”)..

Miałem ostatnio do czynienia ze śmiercią – nie ma do niej dobrego soundtracku. Horror ambient, który zafundowało Chore IA, trochę mnie przeraża, ale też doceniam elementy – choć to może zbyt mocne slowo – frywolne (w muzyce, nie w opisie zawartości płyty; choć kto wie, czy gdyby nie ów opis, usłyszałbym pewną dezynwolturę w dźwiękach). Dobrze się przy „Reanimacji” zasypia, choć biorąc pod uwagę dźwięki pojawiające się przykładowo w „Phobii” – było to może tylko moje zmęczenie.

Warto – głównie dzięki „Agonii” – spróbować się zmierzyć z tym, co proponuje Wanat. Pytanie, czy będzie się chciało do tego wracać.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

trio_io – new animals [2021; antenna non grata]

trio_io

antenna non grata

Niby „New Animals”, a bohaterami płyty są zwierzęta dobrze znane z telewizji, może nawet z kontaktów osobistych: oposy, wieloryby, lamy, mrówki, dzięcioły, słonie oraz pszczoły. Nie można ufać awangardzistom.

***

Trio_io widziałem w marcu ub.r. w Katowicach. Koncert odbył się przy okazji katowickiego JazzArtu (by być dokładnym: w ramach Before Katowice JazzArt Festival 2020), więc frekwencja była konkretna. Chwilę później ogłoszono pandemię, więc przepadł mi chociażby występ Hioba Dylana i Vermona Kids w Drzwiach Zwanych Koniem. O Full of Hell i Eye Flys we Wrocławiu nie wspominając.

Nie żebym wierzył w negatywną moc sprawczą Zofii Ilnickiej (flet), Łukasza Marciniaka (gitara elektryczna) i Jakuba Wosika (skrzypce), ale gdy cała trójka ponownie, w listopadzie br., zawitała do Katowic, znów wiązało się to ze straszeniem obywatela obostrzeniami, lockdownem itp.

Tym razem (17 listopada) Trio_io zagrało w Bazarze „niezależnej mody, sztuki i muzyki” (niedawno wystąpił tam chociażby typ z Zs). Frekwencja mniejsza niż przed ponad rokiem (bo to przecież żaden JazzArt, tylko zwykły koncert), ale i tak według mnie niezła, jak na Katowice (czemu nie zrobiłem żadnego zdjęcia?).

***

Porównywanie czegoś, co miało miejsce kilkanaście miesięcy wstecz, z tym, co odbyło się przed chwilą, nie ma wielkiego sensu, bo pamięć nas oszukuje, ale mam wrażenie, że Ilnicka, Marciniak i Wosik na bazarowym koncercie lepiej współbrzmieli niż półtora roku temu.

Kapitalnie patrzyło się na to, jak cała trójka „znęca się” nad swoimi instrumentami – jak Marciniak robi swoje czary-mary na gitarze, a Ilnicka i Wosik używają fletu i skrzypiec nie tylko w klasyczny sposób, ale też szarpią struny albo używają ich jako instrumentów perkusyjnych (na płycie słychać to najlepiej chyba w „Woodpeckers”). To nieklasyczne podejście do fletu, skrzypiec i gitary nie ma nic wspólnego z popisywaniem się. Przeciwnie – Trio_io gra minimalistycznie. Podobnie jak recenzowani niedawno El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra zdaje się wyznawać zasadę, że lepiej jeden dźwięk za mało niż jeden za dużo.

A ja z pierwszym odsłuchem „New Animals” czekałem właśnie do momentu, gdy obejrzę Trio_io na żywo, choć w takich przypadkach zawsze jest ryzyko, że powie się: „Eee… To nie to samo, co live”.

***

 „Nasza muzyka jest wypadkową trzech umysłów, trzech różnych języków muzycznych, trzech różnych źródeł pochodzenia. Nasze spotkanie przyniosło otwarte formy, czerpiące z tradycji muzyki kompozytorów współczesnych, eksperymentów z preparacją instrumentów oraz elementów free jazzu i muzyki ludowej. Nasza muzyka może być określana po prostu jako nowa muzyka” – pisze o sobie – zwięźle i z sensem – Trio_io.

Jak zwykle, słuchając czegoś, co z rockiem zdaje się nie mieć niczego wspólnego (nawet mimo obecności gitary elektrycznej), najbardziej lubię te momenty, gdy to awangardowe coś granie rockowe przypomina. W przypadku Trio_io można chociażby pomyśleć o radykalnych postrockowcach ze Storm & Stress (chaos w „Whales”). Pojawiają się na „New Animals” też echa niemal industrialu (gitara w „Llamas”) czy psychodelii.

Trio nie gra muzyki łatwej (podobnie jak na koncercie, na płycie dalekie jest od konwencjonalnego traktowania instrumentów), przy goleniu raczej tego nie zanucisz (w każdym razie raczej bym nie próbował), choć też nie jest to drapanie styropianem po szybie. Każdy, kto ma umysł otwarty na niecodzienne dźwięki, powinien poznać „New Animals”. No i poprzedni materiał, „Waves”.

Przeszkadza mi może tylko jedno: niemal przy każdym odsłuchu mam wrażenie, że tak jak każdy z utworów podoba mi się osobno („Llamas”, „Woodpeckers” czy „Bees” to rzeczy – jak mówią mądrzy ludzie – arcydzielne), tak nie do końca – mimo że za płytą stoi jasna koncepcja przedstawienia zwierząt za pomocą dźwięków – potrafię odebrać ją jako całość. Może w ten sposób: poprzez muzykę Ilnickiej, Marciniaka oraz Wosika, przejawia się różnorodność świata przyrody? W końcu co ma wspólnego mrówka ze słoniem. OK, koniec z tanim filozofowaniem.


Kot (cat) – zwierzę pominięte na „New Animals”

Jeden z najciekawszych polskich zespołów nagrał świetną płytę (gustownie wydaną na CD przez Antennę Non Grata). I tą mało efektowną konstatacją kończymy.

PS Choć półtora roku temu widziałem na koncercie Trio_io więcej osób niż teraz, mam wrażenie, że wreszcie Ilnicka, Marciniak i Wosik zostali jako tako zauważeni. A może to tylko moja, facebookowa bańka.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

el pricto & degenerative spontaneous orchestra – spontaneous live series 008 [spontaneous music tribune; 2021]

bandcamp

trybuna muzyki spontanicznej

dragon social club

„Czego może chcieć od poważki taki kmiot jak ja?” – że strawestuję tekst Jacka Cygana, wspaniale zaśpiewany przez Ryszarda Rynkowskiego.

Mój jedyny kontakt z muzyką poważną to niedawny Konkurs Chopinowski, nadawany w radiowej Dwójce i włączany podczas jazdy samochodem przez moją cudowną żonę (osobiście liczyłem na Kodyma w Trójce). I obejrzane ponownie arcydzieło Miloša Formana, „Amadeusz”.

***

Paweł Doskocz i Diego Caicedo (gitary elektryczne), Ostap Mańko (skrzypce), Witold Oleszak (fortepian), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Vasco Trilla (perkusja), Paweł Sokołowski (saksofon sopraninowy) oraz Jasper Stadhouders (mandolina w „Karol Szymanowski – String quartet No. 2 – II. Vivace scherzando [degenerated into a mandolin concerto]”) – jak widać, za powstaniem „Spontaneous Live Series 008: El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra” stało kilka osób, których talenty ogarniał tytułowy El Pricto – „dyrygent i spontaniczny degenerator” (czy to słowo ma jakieś sensowne polskie tłumaczenie?).

Doskocz wykupił abonament na 10 fucking stars, Mańko i Oleszak też już się tu pojawili, dla reszty to debiut.

***

Co ciekawe, choć skład wygląda bogato, muzyka jest raczej minimalistyczna. Artyści grają tak, jakby trzymali się zasady, że lepiej zagrać trzy nuty za mało niż o jedną za dużo. Zdarzają się jednak rozbuchane momenty.

***

Gdyby każdego oceniać z osobna, wyróżnią się zwłaszcza Mańko – np. we wspomnianym „Karol Szymanowski – String quartet No. 2 – I. Moderato dolce e tranquilo (very degenerated)” i „Fryderyk Chopin – Largo in Eb for piano (grotesquely degenerated)”; jest chyba najjaśniejszą postacią na płycie. 

***

A gdybym miał wskazać ulubiony jej fragment, to bliski memu sercu jest zwłaszcza ten od 3:45 do 4:01 w drugim utworze.

***

Na marginesie, świetne są te – ironiczne, jak mi się wydaje –  dopiski do tytułów w nawiasach: „very degenerated”, „grotesquely degenerated”…

***

Najlepszy utwór to bodaj „Mieczysław Karłowicz – Romans from serenata for strings, Op. 3 (degenerated)”. I w nim chyba najlepiej słychać to, jak świetnie koncert został nagrany. Posłuchałoby się go z winylu, choć i CD to dobry nośnik.

Całość została zarejestrowana przez Bartka Olszewskiego podczas „Degenerative 4th Spontaneous Music Festival” (10.10.2020, poznański Dragon Social Club).

***

Są na „Spontaneous Live Series 008: El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra” takie pierdolnięcia, że na trzeciego gitarzystę El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra mogliby wziąć Steve’a Albiniego z okresu „At Action Park”.

***

Kolejne odsłuchy tego materiału dają poczucie, że recenzowanie go pozbawione jest sensu, bowiem co rusz wzbudza on nieco inne odczucia; co innego się podoba.

Tak więc może nie Mańko, a  Müller. Może nie „Mieczysław Karłowicz”, lecz „Fryderyk Chopin”. Za każdym razem co innego albo też wszystko naraz.

Nieprzewidywalność wrażeń w muzyce improwizowanej – to ma sens.

***

Poprzednie wydawnictwo ze „Spontaneous Live Series”, oznaczone numerem numerem 007 „El Pricto Electric Guitar Quintet (version 2020)”, to materiał być może na inną opowieść.

***

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

a czasem nawet

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

staszek fungus – bloudit [pawlacz perski; 2021]

staszek fungus – bandcamp

staszek fungus – facebook

pawlacz perski – bandcamp

pawlacz perski – facebook

„Psychoakustyczne halucynacje” – sprawdzamy, czy warto im ulec.

***

Mam wrażenie, że Pawlacz Perski, kładąc nacisk na psychodeliczny charakter „Bloudit”, podkreśla odrębność materiału Staszka Fungusa od tego, co ten szacowny kasetowy label wydał wcześniej.

Mnie jednak owe utwory, które „(…) umieszczają nas wewnątrz miejsc będących dźwiękowymi halucynacjami opatrzonymi ścieżką dźwiękową” (Lech Nienartowicz), nie wydają się czymś bardzo odmiennym od wielu innych wydawnictw Pawlacza; zwłaszcza skojarzenie z „wodną psychodelią” Wojtka Kurka, którą mogliśmy podziwiać na „Buoyancy”, jest żywe.

***

Na chwilę z innej beczki. Do łba przyszła mi też poboczna refleksja, mająca się nijak do tego, co nagrał Staszek Fungus. Słuchając trzeciego utworu – „216 metrów, za oknem”, pomyślałem o tych wszystkich przeciętnych lub kiepskich zespołach rockowych, które nudę swej muzyki próbują przykryć psychodelizującymi zagrywkami. Problem ten występuje zapewne wszędzie, ale patriotycznie wymienię tu nasz Myslovitz. Z perspektywy czasu zabawnym wydaje się fakt, że jego lider Artur Rojek pozował na jedynego eksperymentatora w mysłowickiej grupie. Zabawnym, gdy skonfrontuje się dawne ambicje z nędzą jego obecnych, solowych dokonań. „Psychodeliczne ozdobniki jako narzędzie mające ukryć nudę muzyki rockowej i popowej” – temat, nad którym chyba warto się kiedyś bardziej pochylić.

Ale to tak na marginesie. Zostawmy szmirę, wróćmy do sztuki.

***

„Systematycznie odkształcane klimatyczne syntezatorowe pasaże” (znów Lenartowicz), wkomponowane głosy z otaczającego nas świata, niepokojący ambient i puls miasta. Staszek Fungus (trzeba wspomnieć, że za tym pseudonimem kryje się Michał Lejczak) zabiera nas w miejsca, które niewątpliwie warto zwiedzić, choć będąc tam, od czasu do czasu wypada zerknąć przez ramię, czy nie czai się za nami coś podejrzanego. Jest w tej muzyce dużo mroku.

***

„Bloudit” pozostawia lekki niedosyt, zrobiło na mnie nieco mniejsze wrażenie niż „Buoyancy” Kurka czy zwłaszcza kapitalne (i, jak znam życie, niedocenione i niezauważone) „Endless Fluctuations” Ostrowskiego, ale ta muzyka to i tak kolejny dowód na to, że Pawlacz Perski jest wydawcą z wybitnym gustem.

Inna sprawa, że przy tego typu graniu każde kolejne przesłuchanie tylko pomaga w jego odbiorze, więc niewykluczone za jakiś czas tego, co nagrał Lejczak vel Fungus, będę słuchał z równie dużą przyjemnością, jak materiałów Kurka czy Ostrowskiego.

***

Warto również zwrócić uwagę na świetną grafikę Lidii Wnuk, zdobiącą okładkę „Bloudit”. Tym, jak Pawlacz wydaje kasety, też można się pozachwycać.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dawno temu – automatic reply [jvdasz iskariota; 2021]

iskariota.bandcamp.com

iskariota.com

dawnotemu.bandcamp.com

facebook

fot. Karolina Borkowska

Firma, w której w każdy poniedziałek, wtorek, środę, czwartek oraz piątek marnuję po kilka godzin życia, postanowiła swego czasu się unowocześnić. Zainstalowano nam więc w komputerach – cytuję za Wikipedią – „aplikację internetową stworzoną w 2009 roku przez polskiego programistę Kamila Rudnickiego do monitorowania komputerowej aktywności jej użytkowników”. A do mejli, pisanych polszczyzną gorszą nawet od tej wikipediowskiej, dodano nowoczesne koszmarki językowe, w tym mój ulubiony – słowo „dedykowany”.

***

Jak się nie ma nic nowego do powiedzenia, zawsze można się powtórzyć. Powtórzę więc, że bardzo lubię, gdy artyści obudowują swoją twórczość jakąś historią, zwłaszcza gdy zajmują się muzyką instrumentalną (by być dokładnym: na „Automatic Reply” pojawiają się wokale). Pozwala ona na przyjemną zabawę: skonfrontowanie historii, które pojawiają się w mojej głowie podczas odsłuchu, z tym, co widzi artysta albo wydawca (pozdrawiam Pawlacza Perskiego i Patalax).

***

Na pomysłowym i bardzo ładnym zdjęciu, które możecie zobaczyć nieco wyżej, widnieje Ago Calipso, która jako Dawno Temu nagrała „Automatic Reply”. Muzykę wydaną na CD i kasecie przez Jvdasza Iskariotę można określić po prostu jako ambient, ale sama artystka czy też wydawca nazywa(ją) ją również soundtrack for dreams czy avant-bedrooming. Fajnie i oryginalnie.

***

Przejdźmy jednak do historii stojącej za „Automatic Reply”, co przy okazji wytłumaczy mój wstęp:

„prace nad tym albumem rozpoczęłam dwa lata temu (dokładnie w październiku 2019), jednocześnie rozpoczynając nową pracę. jest to o tyle kluczowe, że miejsce pracy zainspirowało mnie w sposób, który w efekcie przerósł moje oczekiwania. praca w dużej korporacji jest trudna, z wielu względów: począwszy od struktury, obowiązków, idąc przez narzędzia, harmonogramy, rutyny, mijając nowych ludzi, języki, a skończywszy na sumieniu, tożsamości i wątpliwościach. co warte dodania, dzielę to doświadczenie z wieloma osobami w moim wieku (tak zwanymi millenialsami) – wiele z tych osób to również artystki i artyści. i nie mówię przez to, że jest to dobre lub złe – stwierdzam tylko fakt. doprowadziło mnie to do wielogodzinnych rozmyślań o kondycji współczesnego człowieka, a które to rozmyślania postanowiłam zawrzeć w muzyce.

dlaczego automatic reply? każdy, kto pracował, lub pracuje w dużej korporacji prawdopodobnie przekonał się o tym, jak bardzo istotnym jest pozostawienie automatycznej zwrotki na swojej skrzynce mailowej podczas dłuższej nieobecności. fenomen ten, bycia częścią systemu w sposób cyborgiczny, odbił się znacząco na moich zmysłach. informowanie kogoś o tym, że cię nie ma, jest dla mnie równie symboliczne: co dziś znaczy nie bycie? do jakiego stopnia nasze życia są zautomatyzowane? gdzie jest granica? czy w ogóle jest?”.

Wrzucam, zachowując oryginalną pisownię, fragment tzw. zestawu prasowego (używając sformułowania press kit, stanąłbym po stronie tych od „dedykowanego” i „destynacji”), dodany do „Automatic Reply”, bo jest ciekawy. A od siebie dodam, nawiązując do końcówki pierwszego akapitu: jest to złe.

***

Dobry, nawet bardzo, jest natomiast ten materiał. Co ciekawe, choć bazuje na abstrakcji, jaką jest ambient, przemawia – dzięki historii opowiedzianej przez Ago – w sposób bezpośredni niczym… nie wiem… kaseta „Ciekawość cierpienia” punkowego zespołu Niech Będzie?, której słuchałem w środowy wieczór.

***

A muzyka broni się niezależnie od opowieści o korpo. I można byłoby do niej dopisać inną historię. Albo po prostu słuchać jej i nie myśleć o niczym.

***

Biorąc pod uwagę kontekst „Automatic Reply”, to nawet zabawne: napisałem tę recenzję w pracy.

sune soundtracks [głowa konia nagrania; 2021]

bandcamp

facebook

To taka nisza, że od północy do rana ustalałem, co tu jest nazwą zespołu, a co tytułem płyty. Oczywiście z przerwą na sen. Aż tak bardzo nie poświęcam się dla undergroundu.

***

Wyszło, że „Sune” to nazwa Artysty, a „Soundtracks” – płyty. A może jednak jest inaczej? „(…) Sune Soundtracks to w ogóle tytuł płyty. Nawet bez nazwy” – informuje Artysta. Proste.

***

Pierwsza sekunda „Sune Soundtracks” i ciekawe, czy – mam nadzieję, że liczni – słuchacze zaczynają, podobnie jak ja, nucić :

Does death come alone or with eager reinforcements?

***

Na Bandcampie Sune Soundtracks  czytamy (autorem tekstu twórca płyty, Paweł Nałyśnik): – „(…) nagrywając pomysły wyłuskałem z nich te zupełnie nieprzystające, niewygodne, monotonne, dziwne, minimalistyczne i hałaśliwe. (…) Postanowiłem nazwać te dźwięki rytuałami bo po pierwsze mają wprowadzać w trans, przyjemny paraliż ciała, a po drugie chciałbym, żeby te rytuały były powtarzane raz na jakiś czas, żeby używać ich cyklicznie”.

Nałyśnik (gitara, bas, organy, efekty) pisze również, że do wyłuskanych dźwięków chciał coś jeszcze dograć, ale w końcu doszedł do wniosku, że dobrze jest jak jest.

***

No i fajnie, że niczego nie dogrywał. Ta płyta – mimo że minimalistyczna, surowa – nie robi wrażenie brudnopisu, czegoś, co wyszło tylko dlatego, że Nałyśnik musi koniecznie pochwalić się wszystkim, co stworzył. Mnie ten minimalizm bardzo odpowiada.

***

Astralny, coilowski trip w „Ritual First” (płyta jest zresztą przesiąknięta coilowskim klimatem); industrial w bodaj najlepszym „Ritual Second”; „Ritual Third” kojarzący się z nagraniami Pawlacza Perskiego…

Każdy z „rytuałów” żyje na „Sune Soundtracks” osobnym życiem, stanowiąc element sensownej całości. Zdecydowanie coś dla siebie znajdą tu chociażby miłośnicy ambientu, tyle że nie takiego, który usypia na bite 16 godzin.

***

„Sune Soundtracks” – no, nie jest to produkt, który mógłby zostać ozdobą następnego „Męskiego Grania”, „OFF Country Clubu” czy „Dni Mysłowic”. Podobnie zresztą jak inna tegoroczna Głowy Konia Records – „ZZZU”.

***

Paweł Nałyśnik życzy „przyjemnego paraliżu”, a ja się do życzeń dołączam.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

„Sune Soundtracks” na razie są dostępne tylko w plikach, ale powinny się ukazać również na jakimś fizycznym nośniku. Sprawdzajcie na fejsie Głowy Konia.

mazzboxx – mazzboxx [audio cave; 2021]

mazzboxx

audio cave

mazzoll

igor boxx

Gdy wielkie osobowości sceny muzycznej nagrywają wspólnie płytę, pisze się często, że nie trzeba ich przedstawiać. Po czym się je oczywiście przedstawia.

Nazwa projektu, MazzBoxx, bez trudu może naprowadzić nas na to, kto się za nią kryje. To Jerzy Mazolewski, znany wszem i wobec jako Mazzoll, wspaniały klarnecista, jedna z najważniejszych postaci sceny yassowej (czy było coś takiego, jak scena yassowa, to temat na inną okazję) oraz Igor Pudło vel Igor Boxx, kojarzony głównie ze Skalpelem, który swego czasu chwalili dosłownie wszyscy, bowiem debiut z 2004 r. zasługiwał wyłącznie na pochwały. A mnie, na marginesie, wchodzi dużo lepiej dziś niż 17 lat temu. Włączyłem zresztą po raz pierwszy również zeszłoroczny materiał, „Highlight”, i muszę przyznać, że słuchanie go to wybitnie przyjemne doznanie. Żeby o Mazolewskim nie było tak pobieżnie, dodam, że to bardzo istotna postać w mojej – nazwijmy to drętwo – edukacji muzycznej.

Obaj panowie nagrywali już razem, ale chyba pierwszy raz wspólnie podpisali jakieś dzieło.

Rozpisywanie się na temat płyty tak znanych artystów chyba mija się z celem. Wystarczy chyba poinformować, że „Mazzbox” to logiczna wypadkowa ich solowych twórczości i dodać, że płyta jest albo genialna, albo bardzo dobra, albo rozczarowująca – i tyle.

W tym przypadku mamy do czynienia z rzeczą świetną, choć nie trzymającą od początku do końca w napięciu. Ktoś może też zacząć marudzić, że na „MazzBoxxie” jest za mało szaleństwa – i chętnie przyznam mu rację – ale ja słucham tylu dziwnych rzeczy, że przyjemne dźwięki, które wygenerowali Mazzoll i Pudło, pasują mi niemal w sam raz; trzeba też włączać rzeczy, które wprowadzają pewną równowagę.

Nie ma jednak co przesadzać: nie trafiliśmy do krainy łagodności czy muzycznej konfekcji. Są tu fragmenty, dzięki którym rozumiemy, dlaczego są tacy, co tagują tę muzykę jako „avant-garde jazz”.

„MazzBoxx” to bardzo udany przykład tego, że za czymś, co jest wspaniale zagrane i – przepraszam za ten wyjątkowo karczemny wulgaryzm – profesjonalnie wyprodukowane, może stać Sztuka.

To płyta, podczas słuchania której czuję na zmianę dwie rzeczy: uznanie dla dobrej roboty i zachwyt. Często – jak w przypadku chociażby utworu „Open to Openness” – jednocześnie.

Na „MazzBoxxie” jakby więcej słychać Igora Pudło, co jest o tyle ciekawe, że – jak mówił Mazolewski – podstawa materiału to fragmenty jego koncertów z 2008 roku. Z drugiej strony, Boxx dokonał – do czego się przyznaje – radykalnej obróbki nagrań kolegi improwizatora.

***

I tylko przedostatni „Train to Bratislav” psuje nieco efekt. Zaczyna się niemal industrialnie (podobny klimat ma poprzedzający go „In Motion There Is Grace!”), lecz po chwili dostajemy po łbie jakimś banalnym, przaśnym nu-jazzikiem. I na dodatek ów pociąg jedzie aż sześć minut i 15 sekund. Szkoda.

Również niepotrzebnym elementem jest banalna gitara w „What Will Happen to Me, My Love”.

***

Tak czy siak, będę wracał do tych zgodnych z oczekiwaniami, ale niekoniecznie oczywistych, przy każdym odsłuchu wzbudzających nieco inne odczucia nagrań. Teraz, na przykład (piątek, 3.09, 23:44), wydaje mi się, że są to dość ponure dźwięki (na pewno pierwsze trzy kawałki). Może więc za każdym razem, gdy leci „MazzBoxx”, powinno się pisać kolejną recenzję.

Jest tu też trochę autentycznego piękna, które najlepiej ukazuje chyba klarnet w „The One Who Comes”. To muzyka napisana przez kogoś, kogo duchowość prawdopodobnie poszła lub kierowała się, gdy powstawały te dźwięki, w dobrą stronę.

***

Trzeba też nadmienić, że „MazzBoxx” to nie tylko Mazolewski i Pudło. To również Joanna Duda (fortepian), Piotr Rachoń (fortepian), Ju Ghan (kontrabas), Piotr Podgórski (perkusja), Filip Danielak (perkusja), Tomasz Antonowicz (instrumenty perkusyjne) i chyba jeszcze parę innych osób.

(o)(o) (o)(o) (o)(o) (o)(o) (o)(o)

taba – sen o czarnej drodze [enjoy life; 2021]

enjoy life

taba

Czasem w pracy potrzebuję czegoś od Kierownika, więc przerywam mu na chwilę opierdalanie się w jego kanciapie. Zawsze ma tam włączony telewizor, w którym zazwyczaj leci jakaś telewizja muzyczna. Do moich ulubionych wideoklipów należą te, w których goście wycinają na gitarach, choć w kawałku, który leci, ni chuja nie usłyszysz gitary. Ostatnio również nie mogłem się oderwać od wideo, na którym Shakira wykonywała quasi-seksowne ruchy, przybierając maksymalnie niewygodne pozy na… desce surfingowej. Poziom skretynienia w tym przypadku mógł zaskoczyć nawet kogoś, kto widział już wszystko.

Piszę o tym, gdyż w poniedziałek, 24 sierpnia, miałem już kłaść się spać, ale w związku z tym, że wcześniej zasnąłem na meczu West Ham – Leicester (był bardzo ciekawy [wyróżnił się zwłaszcza Michail Antonio] – kimnąłem z powodu całodniowego zmęczenia), dałem sobie jeszcze pół godzinki, by obejrzeć klipy nagrane do płyty Taby „Sen o Czarnej Drodze” (to żadna nowość – kaseta trafiła do mnie jako bonus do materiału, o którym słówko niżej).

Jadwiga Taba to ½ Nac/Hut Report, dziwacznego duetu, który kilka razy pojawił się na 10 fucking stars – ostatnio przy okazji świetnej, tegorocznej płyty „DOM 1919”.

Muzyka JT na „Śnie” – dziwaczny indie pop (?), jak gdyby w zwolnionym tempie – przypomina – co nie stanowi zaskoczenia – Nac/Hut Report. Jest to jednak rzecz nieco mniej zgrzytliwa, ale może nawet bardziej niepokojąca, i jednocześnie w pewnym sensie dziecięca. Panuje tu klimat, jakby Muminki zabłądziły i znalazły się w lesie w Twin Peaks.

Muzyka sama w sobie jest intrygująca, ale tak naprawdę zyskuje w połączeniu z klipami (każdy utwór ma swoje wideo). Co więcej, gdy obejrzysz obrazy, które powstały na potrzeby „Snu o czarnej Drodze”, lepiej się słucha później tego materiału już bez włączania YouTube’a.

Niepokojące, psychodelizujące wizje, które można poznać, wchodząc na kanał Polish Hauntology Stories. Dobry przykład na to, że dziś nie trzeba kasy. Wystarczy wyobraźnia. Przynajmniej, jak idzie o sztukę.

Szusować po lesie na desce surfingowej – oto pomysł na nowe wideo.

***

„Sen o Czarnej Drodze” bardzo ładnie wydało na kasecie enjoy life.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

nac/hut report – dom 1919 [crunchy human children records; 2021]

nac/hut report

crunchy human children records

Taking Drugs to Make Music to Take Drugs To

Zabierałem się do płyty „DOM 1919” jak pies do jeża. Bardzo lubię Nac/Hut Report, ten dziwaczny duet z Krakowa, i obawiałem się, że jeśli nie zmienił czegoś w swoim graniu, przyjdzie mi napisać, że równie dobrze zamiast nowych nagrań, można posłuchać wcześniejszych. 

Okazało się, że zmianę osiągnięto w prosty sposób: nieco łagodząc brzmienie.

Na użytek poprzednich recenzji określiłem granie Nac/Hut Report jako „dream noise”. No więc na „DOM 1919” jest trochę więcej „dreamu” i trochę mniej „noise’u”. Tyle że jest to noise specyficzny – jak gdyby połamany czy okaleczony. A dream w sumie (vide chociażby „Odblask północy”) raczej niespokojny.

Oczywiście nie ma mowy o jakiejkolwiek chęci przypodobania się czy koniunkturalizmie twórców. To, co robią tajemniczy J.T. i L.M., ma mniej więcej takie szanse na to, by trafić do mas, jak recenzowane tu w tym roku Szpety albo Sambar. À propos Szpetów – to właśnie z nimi Nac/Hut Report przegrywa w moim prywatnym rankingu walkę o miano najdziwniejszego polskiego zespołu.

„DOM 1919” – jak to brzmi? Jakby ktoś połączył dream pop/shoegaze (we wspaniałym „Już błyska się” słychać My Bloody Valentine) z noise’em i wrzucił w to dźwięki jakiejś spreparowanej pozytywki i Bóg wie czego. Niezwykle oryginalnym pomysłem było wykorzystanie nagrań zarejestrowanych przez fonografy cylindrowe – nagrań z lat 1901-1919, autorstwa zazwyczaj anonimowych muzyków. Dodajmy do tego ten kojący, eteryczny wokal (posłuchajcie choćby niesamowitych „Ech fal”) i mamy coś, co na papierze wygląda jak jakiś przegięty miszmasz, a w rzeczywistości jest uporządkowanym chaosem, który ma ogromne szanse chwycić za serce każdego, kogo mózgownica potrafi wyjść poza schemat zwrotka-refren tudzież paździerz Męskiego Grania.

Nac/Huc Report nagrał bodaj najłatwiejszą w odbiorze płytę i jednocześnie najlepszą. Jak widać, złagodzenie brzmienia nie musi oznaczać spadku formy muzycznej i skapcanienia.

Zgrzyty i słodycz w niemal idealnej symbiozie.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

czechoslovakia – a’more [koty records; 2021]

koty records

czechoslovakia

ffm.to

SONY DSC

Nim światło dzienne ujrzało „A’More”, Czechoslovakia mogła pochwalić się trzema albumami.

Do debiutu „Made In” nie wracam przy okazji tej recenzji, gdyż minęło od jego ukazania się dziewięć lat, i chyba nie sensu przywoływać go w kontekście nowej płyty.

Na drugiej płycie, „Malimy” (2017), zespół udanie ożenił tzw. alternatywny rock z post-rockiem i psychodelią. Złośliwy krytyk mógłby wrzucić przy tej okazji kamyczek do ogródka, wytykając fakt, że wokal chwilami nieco kojarzył się z Krajową Sceną Młodzieżową.

Trzeci materiał, „HVST” (2019), przyniósł brudniejsze brzmienie, zbliżające zespół odrobinę do shoegaze’u i bardzo do (anty)estetyki lo-fi. Plusem był tu niewątpliwie fakt, że wokal został ciekawiej nagrany. Ktoś może powiedzieć, że nawet „zbyt ciekawie”.

Na „A’More” zespół poszedł na zdrowy kompromis: głos nie jest zanadto wyeksponowany, ale nie brzmi też, jakby właściciel głosu przebywał w innej galaktyce. Inna sprawa, że przez realizację wokalu i ten nasz piękny, lecz szeleszczący język, można chwilami odnieść wrażenie, że wokalista – gdy przykładowo wyśpiewuje słowo „wszystko” – lekko sepleni.

Zarówno „Malimy”, jak i „HVST” pozbawione były hitów (choć pewnie „Inżynier” miał taki potencjał, a może „Meduza” w sumie spełniała ten warunek?), co przy tego typu graniu stanowi niejako mus, żeby zespół wrył się w pamięć. Tak jak The Breeders mieli swoje „Cannonball” czy Belly „Feed the Tree”, tak każdy inny zespół grający muzykę, która powinna lecieć w radiu, ma niejako obowiązek nagrać coś, co zaczynasz bezwiednie nucić. Na trzeciej płycie Czechoslovakia sprostała temu zadaniu, na co dowodem jest singiel „Jazda”. Dodajmy do tego świetne wideo i powinien być alternatywny hit.

Zresztą zespół w fajny sposób zadbał o promocję swojej płyty, kręcąc trzy klipy, materiały zapowiadające wydanie albumu, tworząc kolorowy imidż, generalnie – bawiąc się najważniejszą z nieważnych rzeczy – muzyką (no chyba że to miano należy się piłce nożnej).

Wracając do kwestii tego, co powinno lecieć w radiu, dodajmy też, że większość ludzi nie słyszy w piosenkach basu, a jak już się interesuje alternatywnym graniem, to twierdzi np. że arcydzieło The Wedding Present, „Seamonster”, to co prawda świetna płyta, tyle że dobrze byłoby ją porządnie nagrać. Tak więc biorąc pod uwagę brudne brzmienie Czechoslovakii, jednak bym się z tymi szansami na hit radiowy nie rozpędzał.

Potencjał na bycie przebojem ma też utwór „Leżę”. Miałem wobec niego mieszane uczucia, gdyż znajdował się on niebezpiecznie blisko czegoś, co mogłoby się spodobać Pawłowi Kostrzewie czy Piotrowi Stelmachowi (podobne odczucia budzi przedostatni kawałek, „Wyj”), którzy ładnych parę albo raczej paręnaście lat temu na falach radiowej Trójki propagowali rodzimą twórczość alternatywną przyprawiającą zazwyczaj o chęć zmiany stacji. Po którymś przesłuchaniu „Leżę” panowie propagujący u nas takie koszmarki, jak Negatyw czy eM oraz inne produkty muzycznopodobne, zasługujący raczej na gruz niż karmelki, wyparowali z mego łba.

Teraz uwaga, ostro będzie: „Leżę” brzmi mi też trochę tak, jakby Róże Europy poszły w estetykę lo-fi. I niekoniecznie należy traktować to, co napisałem jako krytykę.

***

Nie mogłem się przekonać do tej płyty. Jednak w piękne piątkowe popołudnie usiadłem wygodnie, otworzyłem piwo, czekając na mecz Hiszpania – Szwajcaria, włączyłem „A’More” i… w końcu zaskoczyło. Nawet jeśli zapamiętam głównie otwierające całość dwa przeboje (?) i instrumentalny zamykacz (bo to świetny numer i w bliskiej mi estetycznie, że tak to ujmę), warto było poświęcić najnowszemu dziełu Czechoslovakii czas. Nie wszystkie piosenki mi podeszły. No ale nawet na „Seamonsters” nie ma wyłącznie doskonałych kawałków.

A może w pamięci zostanie mi więcej? Po paru przesłuchaniach spod produkcji, która mogłaby nie przypaść do gustu audiofilom od „Division Bell” wyłaniają się wyjątkowo przyjemne rzeczy, których by nie było, gdyby nie brudne brzmienie. Ot, paradoks.

Jest coś pociągająco niedzisiejszego w tej płycie. Przy okazji następnej cofnijcie się, panowie, w czasie i zaproście Anię Zalewską z Big Day do zaśpiewania w jednej z piosenek.

Aha, również teksty dają radę („nie mam żadnych tatuaży / więc wzbudzam sensację na plaży”, „wyjdź i wyj / to najgorsze jest uczucie / być samemu, ale z kimś”). Na tle ogólnego rockowego pustosłowia wypadają co najmniej dobrze.

***

„A’More” ukazało się na CD. Odpowiedzialne za ten stan rzeczy są Koty Records.

(o)(o)

(o)(o)

(o)(o)(o)

(o)(o)(o)

%d blogerów lubi to: