Archive for the ‘tańczenie o architekturze’ Category

leśniewski / nowacki – ślęża [2019]

12/01/2019

bandcamp

facebook

Duet Leśniewski/Nowacki miałem przyjemność zobaczyć w ubiegłym roku we Wrocławiu. Poruszająca recenzja występu, zamieszczona przeze mnie na Facebooku, miała ogromny wpływ na karierę duetu. Pisałem w niej, że panowie dokonali trudnej sztuki: utrzymali uwagę słuchacza, taplając się w estetyce gitarowego noise’u.

Na „Ślęży” mamy patent, który stosuje chociażby noiserockowo-protopunkowy (wiem, że w 2019 r. to „protopunkowy” może brzmieć bezsensownie) zespół No Balls: jedna z gitar gra „normalnie”, druga generuje rzężenie, za które równie dobrze mogłaby odpowiadać jakaś elektroniczna aparatura.

Jeśli miałbym szukać porównania, które ma ukazać nie tylko zastosowane środki, ale też muzyczny klimat, to chwilami ten 13-minutowy kawałek przypomina Sutcliffe Jügend z płyty „Shame”.

Uwaga słuchacza, który czeka na więcej, utrzymana.

Obaj panowie grają także w zespole Obiekty, który również miałem okazję zobaczyć na żywo. Rewelacyjnie wypadli przez Alamedą 4 w krakowskim Warsztacie.

fertile hump – kiss kiss or bang bang / guiding lights – not much war / zwidy – szum

16/12/2018

Krzysiek Kwiatkowski wrzucił niedawno na swoje Trzy Szóstki tekst o pisaniu – uproszczę – recenzji. Ze swojej strony dodam, że chętnie marudziłbym o każdej płycie – od najlepszej do najgorszej – i to dużo, i może nawet z sensem, ale po pierwsze – czasem po pracy nie chce mi się nawet piwa odkapslować, po drugie – robienie czegoś regularnie i profesjonalnie za darmo, to raczej średnia atrakcja.

Zwłaszcza że artyści wrażliwi. Raz napisałem coś w sumie miłego o jakiejś posthardcore’owej średniawce i członek zespołu się nafuczył, bo chyba mu się wydawało, że spłodził nową „In on the Killtaker” albo „Lurid Traversal of Route 7”, a ja nie byłem wystarczająco entuzjastyczny.

Napisałem dziś na fejsie, że wrzucę na blog tekst analizujący kondycję polskiego rocka. W związku z tym, że okrasiłem to żenującym memem z Lady Pank, wydawało mi się, że widać, że to żart.

Tak czy siak, nie martwi mnie kondycja polskiego rocka (czy po prostu muzyki, której słucham), gdyż nasza alternatywa nie jest w niczym gorsza od zagranicznej. W miarę możliwości staram się wspierać na swym biedablogu ludzi z szeroko rozumianego undergroundu – czasem z własnej inicjatywy, czasem na czyjąś prośbę. Jeśli mam czas, chęć i nie uważam, że jakieś wydawnictwo promuje rzeczy autentycznie szkodliwe i gwałcące gusta, a przyklepywane przez znajomych na zasadzie wyśpiewanej przez Lecha Janerkę: „Lubią nas a my lubimy znowu innych / Lubią nas drabina głupich sięga nieba / Lubią nas i więcej nic już nie potrzeba nam / Bo lubią nas”.

***

Poniżej krótko o trzech świetnych polskich płytach. Ideałem krótkiego pisania był Tomek Ryłko. Raz napisał w paru pierwszych zdaniach, że jakieś meble przywieźli do sklepu, a w ostatnim, że słuchał też nowego Wire, ale płyta rozczarowuje.

***

Fertile Hump, „Kiss Kiss or Bang Bang” (wyd. własne; 2018]

bandcamp

8merch

facebook

Dawno, dawno temu, gdy zaczynałem swą przygodę czytelnika pism muzycznych, mokrym snem niektórych dziennikarzy był polski zespół grający jak amerykański i przy okazji równie dobry jak amerykański. Próbowano uskuteczniać te próby. Najpierw powstał Lessdress, potem Incrowd. Obie grupy muzyczne pomińmy milczeniem. Był jeszcze Houk, ale mnie on – może przez Darka Malejonka, który zawsze wyglądał trochę jak zjarany przypałowiec, który dosiada się w knajpie i męczy bułę – chyba zawsze wydawał się bardziej słowiański niż amerykański. Gdyby Fertile Hump przenieśli się w czasie do przełomu lat 80. i 90., wspomnieni dziennikarze oszaleliby z radości.

„Polski rock” nie kojarzy mi się najlepiej: z – jak śpiewali Starzy Singers – Dżejmsem Bo albo tym błaznem niepokonanym, który krytykował Neila Younga, bo ten się niby trzęsie. Trzeba więcej takich zespołów, jak Fertile Hump, grających rocka, który nie kojarzy się z wąsami (chyba że Zappy).

Wolę tę kapelę Tomka Szkieli nawet od wcześniejszej – The Stubs, a Magda Kramer awansowała na szczyt moich ulubionych wokalistek z naszego pięknego kraju.

Na Śląsku, gdzie mieszkam, zrobiono wiele (a nawet więcej), by zohydzić bluesa, którego pełno na „Kiss Kiss or Bang Bang”. Jednak Fertile Hump stoi na antypodach gustów tutejszych Heńków, którzy rozbiją ci o głowę kufel z Tyskim za brak szacunku do „Ryśka”.

Jak się komuś nie spodoba chociażby taki „Wise Man”, to niech sobie włączy Radio Złote Przeboje.

***

Guiding Lights, „Not Much War” (Instant Classic; 2018)

bandcamp

facebook

Gdybym umiał grać, chyba chciałbym to robić jak Guiding Lights (mieszkam na Śląsku, więc i tak nie miałbym z kim). Nie licząc sonicznych otwieracza i zamykacza, zespół dokonuje wielkiej sztuki: gra jakby jeden numer (nie licząc fragmentu, gdy się chyba zapomniał i zaczął mieszać jakimś cięższym motywem), ale nie nudzi. Jest coś fascynująco namolnego w tym 30-minutowym materiale, w którym – upraszczając – punk został ożeniony z indie rockiem (słyszę chwilami swych ukochanych The Feelies).

To, co się rzuca w uszy, to jak „Not Much War” brzmi – zajebiście. Ale to akurat nie dziwi, bo odpowiada za ten fakt gitarzysto-wokalisto-keybordzista Guiding Lights Łukasz Ciszak. Nawet wokale – wciąż rzadkość na polskich płytach – słychać jak trzeba, czyli nie 50 razy głośniej niż instrumenty.

Przebojowa płyta bez przebojów. Tak to widzę.

***

Zwidy, „Szum” (Trzy Szóstki; 2018)

bandcamp

facebook


fot. Agata Hudomięt

Zespół chyba najbliższy mi muzycznie (i jedyny, gdzie mam ochotę się przyczepić do wokali). No i ze zdecydowanie najlepszą nazwą. Nie musiałem wziąć tygodnia wolnego, żeby się jej nauczyć.

Zwidy najlepsze są, gdy swym połamanym „alternatywnym rockiem” wchodzą na tereny, na których króluje Polvo. Słuchając „Szumu”, zastanawiałem się nad odnośnikiem do tej muzyki, bowiem coś mi cały czas chodziło po głowie, i w końcu zatrybiłem: idzie o autorów „Today’s Active Lifestyle”. Słychać też na tym materiale – jak niemal wszędzie – Sonic Youth (vide „Dość”).

Plusem są niewątpliwie teksty – o czymś, ale nie takie, co walą kijem po łbie, pozbawione też pretensjonalności i poetyckiego zadęcia. „(…) odpocznij, by pracować wydajniej / jesteś potrzebny, a wyglądasz fatalnie / / Pierwszy wyjazd od siedmiu lat / w to samo miejsce, co zawsze / to wszystko, na co jest go stać / to wszystko, o czym może pomarzyć / / I znowu o świcie musi wstać / i znowu w tłoku gdzieś przepadnie / za parawanem schowa fakt, że ciągle wygląda fatalnie (…)” – no, niemal jak Kwasek w PRL.

Wracając do wokali – przy pierwszych dwóch odsłuchach „Szumu” strasznie mi przeszkadzały, za trzecim i czwartym stwierdziłem, że czasem mają swój nieco gówniarski urok i pasują do danego numeru (np. „Ostatnie pięć lat”), a czasem mniej (np. „Dzień dobry”).

Wracając do muzyki – jak wchodzi chociażby taki „Zwycięzca (Przegrany)”, wiele więcej mi do szczęścia nie trzeba.

***

„I tylko czasem kiedy zsikam się / Wątpię czy lubią mnie”.

fischerle – ptylotics [spring break tapes; 2018]

03/10/2018

Processed with VSCOcam with c3 preset

springbreaktapes.com

bandcamp

facebook

soundcloud


fot. Michał Wolski

Nazwa „Fischerle” pojawiła się wcześniej na blogu przy okazji bardzo udanej składanki. „Ptylotics” to jedno z trzech tegorocznych wydawnictw amerykańskiego, kasetowego (jak zresztą nazwa wskazuje) labelu Spring Break Tapes.

Pierwszy odsłuch posłużył mi jako ścieżka dźwiękowa do jazdy tramwajem. Po lewej dziewczyna ze słuchawkami (ciekawe, czego słuchała), przypominająca styczniową modelkę z kalendarza Hajmana; po prawej młody gość z aparatem słuchowym (więc nikt krzywo nie spojrzy na to, że nie ustąpił miejsca starszej pani); na lewo po skosie widok grubej kobiety, próbującej zdążyć na rzeczony tramwaj. Eklektyzm postaci, które łączy ten sam środek komunikacji (puszysta niewiasta zdążyła). Również kawałki na słuchanym materiale Fischerle są eklektyczne, choć pasują do siebie. Zostały zapakowane w bardzo ładnie wyglądającą kasetę o nazwie „Ptylotics”.

Jak możemy przeczytać na Bandcampie i stronie wydawcy, opisywany materiał żeni estetykę dub-techno z hip-hopem (w „Morning Gate” słyszymy klasyczne skrecze, za które odpowiada DJ Stosunkowodobry; miażdżąca ksywa).

Określanie tej muzyki jako mariażu dub-techno z hip-hopem (czyli czegoś, co może kojarzyć się raczej przystępnie) ma sens, choć to uproszczenie. I gdy fragmentami robi się nawet podejrzanie przyjemnie, Fischerle potrafi poczęstować słuchacza dźwiękami niemal niepokojącymi czy też niemal irytującymi. Zawsze intrygującymi.

„Ptylotics” dudni w uszach jak trzeba.

thculture – individual [canal666; 2018]

19/09/2018

thculture

canal666

Nowy materiał THCulture – mniej „etno”, niż ostatnio, więcej punka. Dobrze to czy źle? Tego nie wiem. Wiem, że na scenie HC/punk kapela Yogiego (wcześniej Smar SW) pozostaje zjawiskiem osobnym.

Na „Individual” wciąż pojawia się wiele brzmień i instrumentów zazwyczaj nieobecnych w tego typu graniu, więc – jak sądzę – nazywanie tego, co robi THCulture „etno-core’em” wciąż ma jakiś tam sens (o ile ma sens szufladkowanie muzyki). Panowie wpuszczają do HC-punkowej estetyki dużo powietrza, co słychać chociażby w otwarciu płyty (początek i inne fragmenty „Kultury”), oryginalnie zaczyna się też „Wolność”, w innych numerach jest podobnie… Można by w sumie wymienić po kolei każdy utwór w tym kontekście. Może tych „niepunkowych” momentów na nowej płycie jest mniej niż dotychczas, ale wcale nie mało. Całość brzmi bardzo dobrze: gitary chodzą jak trzeba, bas i bębny też, wokal został chyba najlepiej nagrany, jeśli chodzi o wszystkie płyty THCulture.

No właśnie, „Wolność”. Pisząc o poprzedniej płycie, zarzuciłem pół żartem THCulture brak hitu. Tu tę rolę spełnia na pewno wspomniana „Wolność”, którą kilka razy sobie zapętliłem.

Jeżeli chodzi o teksty, konsekwentnie THCulture śpiewa o wolności jednostki zderzającej się z państwową kontrolą i przemocą. Nic się w tej materii nie zmienia i pewnie nie zmieni, zwłaszcza że rozwój nauki prowadzić zdaje się również do totalnej kontroli („jest pomysł, że populacje / mogą być uwarunkowane / że ludzie to psy Pawłowa / biomaszyny zaprogramowane / sprzedają to jako / postęp społeczny / to absurdalne / i niebezpieczne”), o czym bardzo ciekawie w swych książkach pisze chociażby Yuval Noah Harari. Czy warto więc o tym śpiewać? Jeżeli nie wprowadza się w tematykę tekstów doraźnej, polskiej polityki, a porusza problemy, o których mowa, w sposób uniwersalny – według mnie tak.

I może teksty THCulture straciły trochę na oryginalności. Mają przecież swą specyfikę, z którą na „Individual” mamy do czynienia rzadziej niż do tej pory. Są – jakby to nie zabrzmiało – prostsze.

„Individual” to płyta, do której będę wracał, choć od HC/punka z wiekiem oddalam się chyba coraz bardziej. Dobrze to świadczy o THCulture. Zresztą, jak mógłbym nie lubić zespołu, który sampluje fragment „Jedynego i jego własności” Maksa Stirnera. A że Johann Kaspar Schmidt wolność uważał za puste pojęcie („Po cóż uganiać się za wolnością, mrzonką waszą?”), to już temat na inną opowieść.

I polecam kapelę Yogiego jako live video act. Muzyka w połączeniu z wizualizacjami kopie doskonale.

avecaesar – long story short vol​.​I [2018]

12/05/2018

bandcamp

facebook


AveCaesar i groupie w środku

Ani słowa o grunge’u… Ani słowa o grunge’u… Ani słowa o grunge’u…

Co ja poradzę, że AveCaesar jednoznacznie kojarzy się mi z tym gatunkiem muzycznym (wiadomo, samo istnienie takowego gatunku muzycznego to kwestia dyskusyjna), choć przecież „Long Story Short vol.I”, mimo że to jedynie cztery piosenki, płynnie przemieszcza się po paru innych stylach. Nakierowuje mnie tak, a nie inaczej również ten cobainowski odrobinę, bardzo dobry zresztą wokal… Mnie się AveCaesar podoba, a mam wrażenie, że się z tego tłumaczę.

(Właśnie słyszę z boku, że może przy pierwszym odsłuchu to brzmi grunge’owo, ale przy drugim już nie, więc mam się trochę wysilić).

„Long Story Short vol.I” to cztery udane, rewelacyjnie brzmiące numery. Nazwijcie je jak chcecie. (W pierwszym mamy cytat ze „Stalkera” Tarkowskiego, tego od słów: „Umarł Mao Zedong. Błahostka, ale przyjemna”).

Więcej napiszę, jak wydadzą nowy LP. Obiecuję nie użyć słowa „grunge”.

paide & fischerle presents doubts 2 [pawlacz perski; 2018]

28/04/2018

bandcamp

facebook

„«Doubts» to kompilacja, której naczelną zasadą jest poszukiwanie nowych rozwiązań dla wybranego gatunku muzycznego. W tym celu zapraszani są artyści i producenci muzyczni niezwiązani ze sceną i «analizowanym» w kompilacji gatunkiem. W pierwszej części Doubts głównym wątkiem było dub techno. Druga odsłona «Doubts» to próba reinterpretacji Chicagowskiego Footworka oraz tempa 160 BPM”.

O „Chicagowskim Footworku” oraz „tempie 160 BPM” miałem mniej więcej takie pojęcie, jak Szpakowski o piłce nożnej: gdy ma dobry dzień, Kovačicia nazywa Kovačeviciem, gdy gorszy – Messiego Maradoną. Postanowiłem jednak i tym razem, w przerwie między kolejnymi odsłuchami „Jericho Sirens” Hot Snakes, zmierzyć się z nowym materiałem wydanym przez Pawlacz Perski. Od razu też nabrałem ochoty na wspomnianą „jedynkę” – z interpretacjami dub techno.

Ze składankami często jest taki problem, że są zbyt eklektyczne i/lub nierówne. Na „Doubts 2” eklektyzm jest akceptowalny, a „nierówność” polega na tym, że kawałki dobre sąsiadują ze świetnymi. Całość pozostawia też uczucie niedosytu, gdyż numery chociażby Freeze, Mechu i Zemlera są po prostu zbyt krótkie.

Nie jest to jednak przypadkowo sklecona płyta, gdyż – jak sądzę – celowo na koniec wybrano Micromelancolié, z kawałkiem zahaczającym o kosmische Musik. Gdyby wsadzić ten utwór w inne miejsce, mógłby jedynie zburzyć strukturę „Paide & Fischerle presents Doubts 2”.

Mnie najbardziej przypadło do gustu to, co zrobili Maciej Maciągowski, Freeze, Hubert Zemler i Mech. Jak się to ma do „Chicagowskiego Footworku” i „tempa 160 BPM”, niech napiszą znawcy.

welur – cały ten senny stuff [crunchy human children records; 2018]

11/04/2018

bandcamp

welur fb

crunchy human children fb

(Welur – nie jest to dobra nazwa. Choć lepsza niż Kaszmir).

Z radością stwierdzam, że coraz więcej młodych kapel z Polski świetnie brzmi. Welur gra – upraszczając – noise pop plus Sonic Youth, nim zaczął nudzić, plus Women. Jeżeli chodzi o taką muzykę, to bez dobrej realizacji studyjnej, nie ma szans na dobrą płytę. „Cały ten senny stuff” brzmi jak powinien, czyli – cytując klasyka – „odkurw gitar ma tu znaczenie stosunkowo zasadnicze”. Jest wokal, są bębny, bas też – ale głównie gitary (choć w piątym numerze bas wychodzi na przód; nieważne). Bardzo zgrzytliwe, wręcz nieprzyjemne dla ucha.

Czy to noise pop, czy soniczne odloty, czy womenowe dekonstruowanie tzw. alternatywnego rocka, zespół z Pabianic wypada w najgorszym wypadku bardzo dobrze, w najlepszym (dwa ostatnie numery) – doskonale.

Wiem, że z nowymi kapelami jest tak, że za tydzień mogą się rozpaść, za pół roku może je obrzydzić Piotr Stelmach, a za rok mogą nagrać materiał położony przez lepsze studio. W każdym razie kibicuję Welurowi. Obym niedługo mógł o nim napisać znów coś dobrego.

A o tym, że nie jest to zespół, jakich wiele, świadczy głównie końcówka ostatniego numeru. Tam towarzystwo idzie w naprawdę dziwne i niezwykłe dla polskiej alternatywy rejony.

Stary dziad jest pod wrażeniem.

katie caulfield – mutual dreaming [music is the weapon; 2018]

21/03/2018

bandcamp

facebook

instagram

mitw

Zaczyna się zaskakująco. „Mutual Dreaming I” to udane nawiązanie do amerykańskiego post-rocka z lat 90.: Storm & Stress oraz innych kapel, które dekonstruowały rockową formę za pomocą tradycyjnego zestawu instrumentów.

Katie Caulfield nie idzie jednak w tę stronę. Muzyka staje się bardziej poukładana, porządkowana również przez wokal. Z początkowego, kontrolowanego chaosu wyłania się tzw. alternatywny rock (dość koszmarne określenie, w sumie mówiące niewiele, pod które można wszystko podpiąć, ale wydaje się mi, że adekwatne i chyba każdy wie, o co mi chodzi), przywodzący na myśl chociażby – nie jest to szczególnie oryginalne skojarzenie – Sonic Youth czy Rein Sanction. Da się też usłyszeć naszą Kristen. Tak, płyta jest mocno osadzona w latach 90., co słychać chociażby w lekko nirvanowym zamykaczu „Mutual Dreaming III (Katie’s Death”).

Jest w tym materiale coś, co cechowało inne tegoroczne wydawnictwo Music is the Weapon, również opisywane niedawno przeze mnie Good Night Chicken: pewna niekonkretność, brak spójności, który sprawia, że jednym razem można się „Mutual Dreaming” niemal zachwycić, a drugim – zdziwić, że muzyka przestała grać i nie pamięta się żadnego dźwięku.

Być może jednak ten fakt pozwolił mi docenić nową płytę Katie Caulfield, dając jej kilka szans, nie potraktować jej jako jednej z wielu.

Gitarowe spiętrzenie w „Wedding”, „Baloon” brzmiący jak Bailterspace w najlepszych momentach, niby nudnawa „Wzajemność”, w której nagle, około szóstej minuty pojawia się świetna gitara, a sam utwór przy końcu zupełnie się zmienia… Jest czego słuchać.

„Mutual Dreaming” (zdecydowany krok do przodu w porównaniu z udaną przecież „Sow-thistles” z 2015) świetnie brzmi, co nie jest oczywiste w przypadku polskich kapel. Gitary są bardzo dobrze nagrane (basowi i bębnom też niczego nie brakuje), a wokal nie jest tu najważniejszym instrumentem.

W kwietniu będę mógł sprawdzić to, jak Katie Caulfield sprzedaje na żywo swój pomysł na granie. Co prawda jej katowicki koncert koliduje z JazzArt Festival, ale na szczęście nie w tym dniu, gdy grają Zu czy Fire! Orchestra.

good night chicken – you like the taste, don’t you [music is the weapon; 2018]

06/03/2018

bandcamp

facebook

musicistheweapon.pl

Good Night Chicken może nie uwodzą nazwą, ale warto poświęcić im uwagę. Duet z Bydgoszczy określa swą muzykę jako „dark surf” (albo ktoś za nich to zrobił) – ciekawie i dość adekwatnie.

Z surf rockiem zawsze miałem ten problem, że mnie nudził. Parę numerów – ok, ale w większej dawce – niekoniecznie.

GNC na szczęście szwenda się też po innych obszarach muzyki. Surf jest punktem wyjścia, ale panowie skręcają płynnie w stronę psychodelii czy garażowego rocka. Co jeszcze można usłyszeć w muzyce bydgoszczan? Chociażby nieodżałowane Women, które przywodzi na myśl bardzo dobry „How to Maintain a Diet in Ostróda”.

Music is The Weapon – wydawnictwo, któremu kibicuję nie od wczoraj – udanie weszło w rok 2018. Good Night Chicken co prawda nie zabija, lecz chwilami niemal porywa. No i „You Like The Taste, Don’t You” jest świetnie nagrana. Zdarza mi się narzekać na polskie płyty: a to, że wokal jest wysunięty jakieś sto metrów przed instrumenty, a to, że gitary brzmią zbyt miękko… Tu jest wszystko jak Pan Bóg przykazał: brudno (płyta brzmi niemal jak demo), ale nie jest to ten przypadek, gdy brud ma ukryć indolencję artystyczną. Jest to garaż, ale nie śmierdzący, w którym zaległy się szczury wielkości wzmacniaczy.

Inna sprawa, że ta programowo – jak sądzę – nieefektowna produkcja sprawia, że na płycie trzeba się skupić, bo inaczej przeleci niezauważona.

Chętnie bym zobaczył, jak GNC sprzedają swoją twórczość na żywo.

Pora wziąć się za drugą płytę wydaną przez MITW w tym toku – Kate Caulfield.

mech – sub-clouds [pawlacz perski; 2018]

14/02/2018

bandcamp

pawlaczperski.org

facebook

twitter

soundcloud

youtube

„«Sub-Clouds» Mateusza Wysockiego i Michała Wolskiego to zapis wizyty w dźwiękowym laboratorium. Spotkanie doświadczonych muzyków zawsze ma w sobie wymiar eksperymentalny, jednak w przypadku duetu Mech laboratoryjna metafora doskonale pasuje również do opisu struktury muzycznej. Mamy tu sterylny, maszynowy puls stanowiący precyzyjną matematyczną siatkę służącą pomiarowi nieśpiesznie przepływających pod nią fraktalnych, syntezatorowych chmur”.

Cóż począć, gdy press-kit właściwie idealnie opisuje zawartość materiału muzycznego? Ta zimna, wręcz lekko niepokojąca muzyka przypomina mi nieco (banalne skojarzenie) genialny Pan Sonic. Ale mnie w sumie każdego tego typu dźwięki kojarzą się z fińską grupą.

Czytając o „dźwiękowym laboratorium”, przypomniałem sobie nauczycielkę chemii ze szkoły podstawowej: krókie, czarne włosy na nogach przebijały się – niczym szorstkie, dźwiękowe plamy (o ile plama może być szorstka) w wielu momentach „Sub-Clouds” – przez jej pończochy, budząc konsternację we mnie i w reszcie chłopaków czekających na przerwę.

Nie wiem, czy „Sub-Clouds” to – jak gdzieś przeczytałem – materiał jeszcze lepszy niż zamykające ubiegły rok, wspaniałe „Melatony” Melatonów (mnie jednak troszkę bliżej do tego, co zrobił Hubert Zemler). W każdym razie przy spisie płyt 2018 obok nazwy Mech stawiam wykrzyknik i czekam na więcej od Pawlacza Perskiego.


%d blogerów lubi to: