morze – orka [2022]

morze.audio

„zespół, ale też rodzaj energii, jak morze”

morze zwróciło moją uwagę przy okazji pierwszej płyty, noszącej tytuł „zgrzyty”, genialną w swej prostocie nazwą zespołu, minimalistyczną okładką oraz – co najważniejsze, wiadomo – muzyką (wtedy podobała mi się zwłaszcza gra perkusisty, Jacka Jewuły), bowiem ta – po pierwsze – była więcej niż słuchalna, po drugie – psychodelia wciąż nie należy do najczęściej uprawianych przez rodaków gatunków, choć nie jest to już ziemia tak jałowa, jak kiedyś.

Zacznijmy od opakowania: drugi album zespołu, „orka”, ma najlepszą – obok „two songs” xPINKxTINGx – tegoroczną okładkę (jej twórcą jest Piotr Czerski). Widać, że ludzie stojący za morzem (czy raczej w morzu – nazwa zespołu oraz tytuł płyty wręcz prowokują do – paradoksalnie – suchych metafor) mają pomysł na swój projekt – również, jeżeli chodzi o stronę graficzną. Nawet taki szczegół, jak pisownia nazwy zespołu i tytułów płyt, układa się w intrygującą całość.

No dobra, ale jak śpiewał klasyk: „Nie ukrywajmy, liczy się muzyka”. Pytanie: czemu skoro „orkę” dostałem w połowie czerwca, dopiero teraz o niej piszę? Ano temu, że choć słuchanie tych sześciu numerów sprawiało mi przyjemność, to po tym, jak wybrzmiewał ostatni – „alasvegas (revisited), w mojej głowie nie zostawało nic (to pewnie wina głowy).

Teraz też uświadomiłem sobie, że „orka” trwa 44 minuty, i trochę mnie to zdziwiło. Ten materiał tak szybko przelatywał przez uszy, nie nudząc ani przez chwilę, że miałem wrażenie, iż trwa góra pół godziny.

„Szybko przelatuje przez uszy”, „niczego z niej nie pamiętam” – nie brzmi to zachęcająco. Sam się zastanawiam, jak to jest, że ta muzyka (instrumentalna, co w przypadku polskich kapel może być błogosławieństwem), którą możesz nazwać rockiem psychodelicznym, heavy psychem czy free rockiem (bardzo mi się podoba to określenie), nie zostawała w moim łbie. Pozwalając sobie na osobistą rozkminę (w końcu to blog), uważam, że to starość plus za dużo bodźców muzycznych. Płyt do odsłuchania mam tyle, że nie wyrabiam nie tylko czasowo, ale i poznawczo – że tak to ujmę.

Patrzę na to jednak pozytywnie, bowiem za każdym razem, gdy włączałem „orkę”, miałem wrażenie, że po raz pierwszy słucham nowej, świetnej płyty.

Ale w końcu zatrybiło: teraz, gdyby ktoś mnie zaczepił, umiałbym mu opowiedzieć, co gra morze na „orce”. Mimo to wciąż słyszę na niej coś nowego. Jak w tej chwili, gdy poprawiam literówki, dopisuję co nieco i zachwycam się tytułowym utworem.

Nie przeceniam wpływu miejsca, w którym żyje artysta, na muzykę, jaką tworzy. Gdyby taka zależność była oczywista, na Górnym Śląsku mielibyśmy od groma zespołów grających miażdżący industrial, a tu nawet punka nikt nie umie zagrać. Lubię jednak, słuchając nowej płyty Piotra Czerskiego, Jacka Jewuły i Pawła Wojciechowskiego (gościnnie pojawili się Tomek Gadecki i Karol Schwarz), myśleć, że taka muzyka mogła powstać tylko nad morzem.

I tylko szkoda, że „orka” – podobnie jak „zgrzyty” – dostępna jest wyłącznie w plikach.

PS Ponoć jednak płytę można kupić – proszę zerknąć w komentarz.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

PPS Udało mi się nie porównać morza do innych zespołów, ale jednak ten nawyk jest silniejsze ode mnie: „shah met” to White Hills w najwyższej formie.

melatony – droga do rem [pawlacz perski; 2022]

pawlacz perski

hubert zemler

motyw

Zdjęcie pochodzi z facebooka Huberta Zemlera

Niedawno miałem problemy z zasypianiem, postanowiłem więc kłaść się z ambientem na uszach. William Basinski, Noveller, Stars of the Lid, Tim Hecker i inni pomagali zasnąć. Bodaj jedyna płyta, która nie wykonała powierzonego jej zadania, to „Ambient 1: Music For Airports” Briana Eno, według Pitchforka ambientowy album wszech czasów. Na drugi dzień, przy pierwszej możliwej okazji, gdy mogłem w spokoju posłuchać muzyki, wracałem do tego, co pomagało mi zasnąć, albo i – w jednym przypadku – nie pomagało.

Po co ten wtręt osobisty? Już tłumaczę cytatem z bandcampowego opisu płyty Melatonów „Droga do REM”: „Tytuł projektu i albumu Huberta Zemlera sugerują, że autorowi nie będzie za bardzo przeszkadzało jeśli uderzycie przy nim w kimę. Musi się z tym liczyć tworząc muzykę oniryczną i hipnotyzującą. Jeśli jednak wam się to przydarzy nie zapomnijcie wrócić do Melatonów na drugi dzień, by przekonać się, że dziwne zwroty akcji wcale się wam nie przyśniły”.

Przy okazji pierwszego materiału Melatonów czytaliśmy o „Niewątpliwie relaksującym potencjale pierwszej części płyty, wypełnionej monotonnymi, krautrockowymi motywami (…)”, co mnie skierowało ku refleksji: jakże łatwo uznajemy kraut jako synonim awangardy. Czytamy „kraut”, myślimy „Can”, „Faust”, „Neu!” A jak się trafi na jakąś składankę zespołów krautrockowych, to podczas jej słuchania ma się ochotę założyć sandały i zapuścić wąsy, bo gros tych kapel to niemiecki rock regresywny. Ale to tak na marginesie.

„Melatony” były bardziej spójne i bardziej poważne niż „Droga do REM”. Czemu bardziej spójne – za chwilę. A dlaczego bardziej poważne? Może dlatego, że na nowej płycie Huberta Zemlera za gwiazdę większą niż inni goście, czyli Todd Barton, Antonina Nowacka i Emiter, robi dzięcioł, który „dostaje lekkiego szału”. Może zabawny bandcampowy opis zawartości też sprawia, że z automatu myślę o nowym materiale Melatonów jako o będącym mniej na serio.

Ponoć nazwa tego projektu oraz tytuł płyty wskazują na to, że Zemlerowi nie będzie przeszkadzać, gdy uderzysz podczas słuchania w kimę. Tylko jak przy tym dzięciole to zrobić? Równie dobrze można by zasnąć przy zwierzaku z „The Muppet Show”.

Jakoś dziwnie mi się słuchało „Drogi do REM”, nie do końca umiałem się skupić na tej muzyce. Zaczynający całość „Hamakiem”, choć trwa prawie sześć minut, wydaje mi się góra dwuminutowy; potem ten dzięcioł; w „Via Saterna” kobiecy wokal; „Corriendo Galarreta” to niemal dub techno, ładnie złagodzone gitarą (lekkie skojarzenie z Rozwodem), przechodzące w ambient czy raczej w coś, jakby Spiritualized robili wstęp do swej odmiany gospel (poniosło mnie); na koniec tytułowy numer, wykorzystujący oklepany motyw jadącego pociągu. No, ale jak Artysta bierze na warsztat oklepany motyw, i tak wychodzi coś nieprzeciętnego. Zresztą głos Antoniny Nowackiej sprawia, że robi się pięknie i poważnie, i chyba nawet boję spytać, wolę nie wiedzieć, dokąd jedzie ten pociąg.

No i co? Kiedyś, przy takim miszmaszu, pisało się „postmodernizm” – i cześć. Dziś tego słowa nie używają chyba nawet ci, co je wymyślili (abstrahując od tego, czy wciąż żyją).

Nie wiem, czy podoba mi się nowy materiał Melatonów jako całość, czy tylko polubiłem każdy utwór z osobna. W grę wchodzi raczej ta druga możliwość. Wracał będę raczej do „jedynki”.

***

W czerwcu Pawlacz Perski sięgnął do kabury i od razu oddał trzy strzały. Oprócz Melatonów można więc cieszyć się tym, co nagrali Emiter:

i Antek Cholewiński (tytuł jego płyty, „Kotek”, zabawnie został nazwany „clickbaitowym”):

Okładki wszystkich trzech nowych kaset to dzieło podlinkowanego wyżej motywu, co powoduje, że można patrzeć na czerwcowe wydawnictwa Pawlacza jak na całość czy tam trylogię. Podejrzewam, że miło je mieć, choćby po to, by sięgnąć po nie po latach. Tak jak dziś fajnie jest znaleźć na półce muzykę wydaną na kasetach np. przez Obuha.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

przepych – i inne zabawne rzeczy [fonoradar records; 2022]

przepych

fonoradar records

素晴らしさ- tak w języku japońskim zapisujemy (przynajmniej według tłumacza Google) słowo „przepych” (chyba że nazwa zespołu nie oznacza – według definicji PWN-u – „rzucającego się w oczy bogactwa” lub „wielkiej ilości, różnorodności czegoś”, lecz pochodzi od czasownika „przepychać”).

Piszę o tym, gdyż wrocławskie trio przypomina mi – gdy akurat nie słychać polskiego wokalu – szalone zespoły japońskiej awangardy rockowej: słuchasz jednego utworu, trwającego cztery minuty, a masz wrażenie, że właśnie zaliczyłeś z pięć płyt różnych kapel. Masz wrażenie, że owi Japończycy zaraz wyskoczą z głośników i zaczną, dziwnie poprzebierani, odbywać dziwny performance w twoim pokoju. Dadzą krótki koncert za friko i znikną. Otwierająca „i inne zabawne rzeczy” „Kuchnia fusion” jest jakby streszczeniem płyty.

Pobawię się jeszcze w skojarzenia, bo lubię. Słuchając „i innych zabawnych rzeczy”, pomyślałem, że Przepych mógłby nieco przypominać Deerhoof, gdyby ekipa z San Francisco, zamiast flirtować z popem, zbliżyła się do punka. Co jeszcze? Może szaleńcy z Cardiacs, gdy atakowali słuchacza cięższymi fragmentami. I najprzyjemniejsze skojarzenie: świetny i zapomniany zespół Ameba – gdy łączą się wokal Ewy Głowackiej i jej gra na klawiszach. Jak kogoś interesuje, z czym kojarzy mi się zamykający całość utwór tytułowy – niech pisze na priv.

Mogę się tak bawić jeszcze jakiś czas, ale tak czy siak – Przepych to… Przepych. Tego post- czy artpunkowego tria nie pomylisz z żadnym innym. Niezależnie, czy słuchasz debiutu „Regresarabas”, czy „i innych zabawnych rzeczy”.

Przepych bywa męczący i irytujący. Męczący i irytujący maniakalnie powtarzanymi motywami, męczący i irytujący wokalem – obu „męczarni” najlepszym przykładem jest bodaj „Dron Dron Dron” (świetna jest tu zwłaszcza gitara). Oczywiście słowa „męczący” i „irytujący” robią tu za komplement. Alternatywa ma wkurzać, nie pozwalać usiedzieć, a nie szlajać się po Męskich Graniach.

Przepych bywa też wręcz kojąco przyjemny dla ucha. Jak w „In Europe”, i to mimo świetnych, „nerwowych” bębnów, które teoretycznie powinny zrobić z tego numeru rozpierduchę. No i może trochę pod koniec robią.

To, co się dzieje na „i innych zabawnych rzeczach”, może wprawić w kompleksy niejeden zespół. Myślę, że to nie fair ze strony Ewy Głowackiej (wokal, klawisze, sampler), Jakuba Majchrzaka (wokal, bas, gitara, sampler) i Łukasza Platy (wokal, perkusja, drum pad) [w trzech utworach pojawia się gościnnie Szymon Szwarc] – mieć tyle pomysłów i nie podzielić się nimi z mniej zdolnymi przedstawicielami polskiej alternatywy. Aż mi się przypomniał Ciaran McLaughlin z That Petrol Emotion mówiący: „Gdyby ktoś inteligentny, na przykład Prince, zechciał nam podpowiedzieć, co robić, posłuchalibyśmy. Nikt jednak nie kwapi się, by nam pomóc, nasze utwory kleimy więc z tych lichych, wątłych pomysłów, jakie wpadają nam czasem do głów”. Kurczę, pomyśleć, że kiedyś byłem na tyle wredny, by wymienić parę kapel, które powinny się zgłosić do Przepychu po parę wskazówek.

Ale pisząc całkiem serio – szkoda, że próbując mniej lub bardziej udolnie oddać to, czym jest Przepych, robię tu niejako za kronikarza rodzimego undergroundu.

„i inne zabawne rzeczy” to ostatnia płyta tria. Czasy trudne, więc wychodzi tylko na CD. Na winylu niedługo wyłącznie Adele i Depeche Mode.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o) 1/2

rozwód – gold [fonoradar records; 2022]

rozwód

fonoradar

Wydawca stwierdził, że „Gold” Rozwodu to „płyta roku”. Jednak odkąd niemal 30 lat temu Zic Zac próbował sprzedać zespół Wniebowzięci jako polską Nirvanę, nie ufam wydawcom.

Artyści raczej nie lubią, gdy się ich z kimś porównuje. Jakiś czas temu muzyk z zespołu czerpiącego wiadrami z klasyki nurtu post-punk poważnie się obruszył, gdy ktoś (nie ja) nazwał jego zespół „postpunkowym”. Dobrze chociaż, że recenzent nie wspomniał, iż wokalista sepleni niczym śp. Grzegorz Ciechowski.

Co ja poradzę, gdy zazwyczaj wszystko mi się z czymś kojarzy. Rozwód też, ale o tym za chwilę.

Wchodzimy na bandcamp zespolu i widzimy, że muzyka z „Gold” została otagowana w następujący sposób:

Nie wiem, skąd ten postpunk; ja bym tu dorzucił raczej doomjazz (chwilami, bo chwilami, ale pojawia się taki klimat na „Gold”). Oczywiście takie tagi mogą mówić wszystko i nic, ale myślę, że – poza postpunkiem – dobrze opisują drugą płytę Rozwodu. Płytę, o której… nie bardzo wiem, co pisać.

Chyba jeszcze tak nie miałem, żeby nie umieć sklecić pięciu zdań na temat albumu tak bogatego brzmieniowo, odwołującego się do kilku stylistyk, pełnego fantastycznych pomysłów, przywołującego na myśl cenionych wykonawców i – last but not least – najzwyczajniej świetnego, dużymi fragmentami porywającego. Dawno też nie miałem do czynienia z płytą, która przy jednym odsłuchu wydawała mi się niesamowicie fascynująca, a przy kolejnym przelatywała przeze mnie, nie zostawiając śladu. W końcu jednak za każdym razem te 38 minut i 27 sekund z „Gold” zaczęły sprawiać mi przyjemność.

Nową płytę Rozwodu idealnie się przyswaja na słuchawkach. Wtedy łatwiej (przynajmniej mnie) usłyszeć owe fantastyczne pomysły Damiana Kowalskiego, Czarka Rosińskiego i Szymona Szwarca. Jak choćby pojawiające się nagle to lekko nerwowe brzdąkanie na gitarze w kojarzącym się z Lotto (z tymi skojarzeniami chodziło właśnie o to genialne trio, o którym Rozwód przypomina mi w swych najlepszych momentach) – i może trochę Pan Sonic (mnie się ostatnio wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z cięższą elektroniką, kojarzy z tymi Finami) – kapitalnym „Hantel V2”. Niby trochę od czapy, a jest idealnie. Albo kontrolowany chaos utworu „Diesel”, w którym trio zdaje się wcielać w rolę młodszych kolegów Mouse on Mars, jednocześnie trochę oddając im hołd, trochę ich przedrzeźniając. Gdy leci tytułowy „Gold”, myślę o kasetach wydawanych przez Pawlacz Perski. Albo arcydzielne „E” – wpierw postrockowo-doomjazzowe, w pewnej chwilami zamieniające się w ponury dub techno/industrial.

Koniec pisania. Tego trzeba posłuchać, i tyle. W życiu bym nie pomyślał, że słowo „rozwód” może się dobrze kojarzyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)1/2

mnoda – dziękuję, źle [koty records; 2022]

mnoda

koty records

Krotka płyta – krótka recenzja. Nie oznacza to, że gdy ktoś mi podeśle trzypłytowy box, napiszę esej.

***

Co tydzień wychodzi chyba z milion płyt z post-punkiem. Zdarzają się bardzo dobre, zdarzają przynajmniej słuchalne, bywają też słabe – wiadomo. Czasem pojawia się zespół tagowany jako „post-punk” i może jeszcze „art punk”, nad którym cmokają krytycy i słuchacze. Potem się okazuje, że to niby fajne, tyle że np. Pere Ubu grali coś podobnego, no i dużo lepiej oraz bardziej radykalnie, w latach 70.

Osobiście męczy mnie też nurt post-punka z fajnym, gadającym gościem na wokalu, który chyba wypłynął na fali sukcesu Fontaines D.C.

***

Mnoda (też gra post-punka – z elementami noise rocka – stąd wstęp) nie zostanie uznana za awangardę przez kogokolwiek, bowiem jej muzyka – podobnie jak ta recenzowanych niedawno Bad Light District – z miejsca wydaje się mocno osadzona w innej epoce.

Trochę jarocińska (proszę sobie wyobrazić, że to w tym przypadku komplement), jeśli wiesz o czym mówię. Dzięki wokalowi jakby ze starego domu kultury (może to akurat nie jest wielki komplement, ale też nie zarzut). Wyróżnia się dzięki umiejętnemu wykorzystaniu trąbki.

Warto zwrócić uwagę na teksty. Te całkiem proste: jak „W niedzielę”, opisujący nudę – jak ładnie tłumaczy nam to Wikipedia – „dnia między sobotą a poniedziałkiem” i „Czego chcesz jeszcze?” (na pewno nie żubra), jak i te bardziej poetyckie: „A co u Ciebie?” i „Podróż na księżyc”.

Zresztą „A co u Ciebie?”, bliski zimnej fali, długi, bo ponaddziewięciominutowy utwór, to chyba najlepsza część płyty. Może tylko chciałbym tu bardziej dynamicznego, hookowskiego (od Petera Hooka) basu. Za to końcowa psychodela może się podobać, a skojarzenie z „I nikomu nie wolno się z tego śmiać” (sorry, ale żona usłyszała) Kobranocki nie przeszkadza.

***

Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to do tego, że „Dziękuję, źle” (świetny tytuł) czasem jest za mało… surowa (w „W niedzielę” gitarę w pewnym momencie wziąłem za podrasowaną elektronikę; gdzie indziej pojawia się na krótko „kaczka”, której mogłoby nie być). Ale to już czepialstwo. No ok, jeszcze jeden kamyczek: początek „Podróży na księżyc” jest nieco banalny. Od pewnego momentu robi się z niej jednak świetny numer.

Tak czy siak, bardzo dobra płyta. Od czasu hitu o GG Allinie Mnoda nie dała mi tak dużej przyjemności.

No i okładka bardzo ładna. Trzeba by wydać winyl (choć kaseta przecież prezentuje się jak najbardziej wyjściowo) albo przynajmniej wydrukować plakat.

A do gościa, który ma pracę w Resorcie Zbędnych Snów, odezwę się, jak znów mi się przyśni, że siedzę na matmie w ogólniaku ze świadomością, że nie zdałem do następnej klasy.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

bad light district – brak oczekiwań [wyd. własne; 2022]

POMAGAMY UKRAINIE

badlightdistrict.com

bandcamp

maciej przemyk

A od tej epki przy pierwszym słuchaniu mnie odrzuciło. I gdybym nie miał w miłej pamięci „Lucky Blood Moon”, poprzedniego materiału Bad Light District (2019), nie wiem, czy włączyłbym „Brak oczekiwań” ponownie.

Nie mam pojęcia, skąd ta początkowa niechęć. Może zmiana tekstów na polskie spowodowała, że doznałem lekkiego wstrząsu (przegapiłem singiel z tytułową piosenką, więc nie wiedziałem, że Michał Smolicki śpiewa obecnie w ojczystym języku). Może miałem problem z zaakceptowaniem dość specyficznego chwilami wokalu (konkretnie chodzi o dwa utwory: tytułowy i „Błąd maszyny”)? A może nie był to dzień na słuchanie muzyki w klimacie new wave/synth pop? Jak nie ma klimatu na coś, to i Coltrane nie siądzie.

Zostając przy nim, trzeba jednak przyznać, że wokal to mocna strona Bad Light District, co jest o tyle warte podkreślenia, że wokaliści to nie jest największy atut polskiego undergroundu czy generalnie polskiego rocka.

Uroda tej płyty polega na tym, że choć w oczywisty sposób nawiązuje klimatem do lat 80., to jednocześnie brzmi współcześnie i naturalnie (dobra robota miała miejsce w owczarskim Prusiewicz Studio). Jest na serio, ale nie nadęta. Nie ma tu też puszczania oczka do „ejtisów”, nikt się nie przebiera za Kapitana Niemoc.

Podobają mi się bębny – dość ciężkie, jak na taki rodzaj muzyki. Nawet gdy w „Błędzie maszyny” przywołały na myśl „To tylko tango” Maanamu. Na marginesie, zespół Kory nie był (do pewnego momentu) taki zły… W tym numerze, pod koniec, wokal zaczyna mi się też kojarzyć z Grzegorzem Ciechowskim. Zostając na chwilę przy skojarzeniach – „Podstęp cywilizacyjny” może przywołać Beach House, ale raczej nie z ostatniej, przydługiej płyty, tylko z tych nagrań, gdy myślałem o Victorii Legrand jako współczesnej Nico, nie o tym, że pójść spać.

W odbiorze pomagają również dobre teksty. Już po tytułach („Podstęp cywilizacyjny”, „Luzowanie obostrzeń”) widać, że komentują to, co za oknem; czy może raczej, że zostały naszą dziwną rzeczywistością zainspirowane. Smolicki robi to jednak bez dętej publicystyki (za tekst drugiego utworu odpowiada Mary Nogacka). Wersy są lakoniczne i poetyckie. Na tle ogólnego rockowego pustosłowia to zawsze miła niespodzianka.

„Brak oczekiwań” to wciągająca płyta, z której trochę wieje chłodem, ale też dociera z niej odrobina ciepła. Kawałki lecą niespiesznie, są stosunkowo długie, lecz nie nudzą. Można się poczuć, słuchając tego, co stworzyli Smolicki, Pietrzyk i Łukasz Lembas, jak w dość ponurym filmie science fiction. Zresztą, biorąc pod uwagę to, co oferuje rzeczywistość, porównania do SF najwyraźniej się zdewaluowały.

Mój zarzut jest taki, że „Brak oczekiwań” jest zbyt krótki. Chętnie poszerzyłbym go o ze dwa udane numery. No, ale taki zarzut to w sumie komplement.

***

Autorem okładki jest Maciej Przemyk, wyżej podlinkowałem jego konto na Instagramie.

Warto również przejrzeć stronę Bad Light District, nie zapominając o dziale zakupów. Dziś taki porządny sajt to rzadkość.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

coagulant – archival recordings for paolo monti [antenna non grata; 2022]

coagulant

antenna non grata

Ambient to zapieczone gówno – można w ten sposób nawiązać do retoryki Charlesa Bukowskiego (nie wiem czyje to tłumaczenie), który tak wyraził się na temat Karola Marksa.

Miliard płyt z muzyką, którą możesz sobie puścić do roboty przyniesionej do domu, do czytania książki czy czego tam jeszcze, ale jeśli potraktujesz ją jako danie główne – umrzesz z nudów. Ambient to zazwyczaj ściema.

Zdarza się jednak, że muzyka, którą można w ten sposób – jako ambient – otagować, wyróżnia się, wchodzi w łeb jak najlepszy szlagwort, najbardziej nośny refren. I właśnie tak na mnie działają „hipnotyczne drone’y” Coagulant. (A niedawno Zguba).

Oczywiście można się posprzeczać o to, czy te nagrania można podciągnąć pod ambient. Według mnie – tak. Choć myślę, że noise ambient to najlepsza łatka.

Coagulant to „konceptualny projekt soundartowy”, wymyślony w 1998 r. przez Fkdrone, a obecnie prowadzony przez Fabia Kubica (pewnie to jedna i ta sama osoba). W notce na temat muzyki zawartej na opisywanej pozycji fonograficznej kluczowe jest dla mnie właśnie określenie „hipnotyczne drone’y”. Bo muzyka zawarta na tym CD to właśnie takie hypnotic drones; wspaniale narastające (choć dające też na chwilę wytchnienie), wbijające się w czaszkę. To muzyka pozbawiona przestojów, nudy, niepotrzebnych urozmaiceń. 33 minuty pieszczenia zmysłów.

„Archival Recordings for Paolo Monti” to nie ambient kojący, raczej coś, co na potrzeby nagrań (albo przy innej okazji) Les Vampyrettes – projektu Holgera Czukaya i Conny’ego Planka – zostało nazwane horror ambientem.

Słuchałem tej płyty kilka razy; w różnych sytuacjach, przy odmiennych nastrojach; po to, by się przekonać, czy pierwotny zachwyt nie był jednorazowy. Nie był. Płyta Coagulant za każdym razem działa (od pierwszego odsłuchu – jak wspomniałem – co też jest dla mnie ciekawe, bo zazwyczaj potrzebuję czasu, by „wejść” we wcześniej niesłyszaną muzykę) na mnie w ten sam, intensywny sposób.

Jest to pierwsza rzecz tego „projektu soundartowego”, którą miałem okazję poznać. No i – jak się obawiałem – Coagulant wydał kilkadziesiąt płyt. Pół żartem, pół serio: oby okazały się gorsze od „Archival Recordings for Paolo Monti”, bo nie wiem, czy mam czas, żeby w to wszystko wsiąknąć.

***

Muzyka oraz opracowanie graficzne poświęcone zostały pamięci wielkiego włoskiego fotografa Paolo Montiego (1908-1982). Zdjęcie zdobiące okładkę (w czasach coraz powszechniejszych ułatwień dla osób niedowidzących tak nieczytelne napisy, jakie widzimy [?] na niej, uważam za skandal), którego autorem jest sam Fabio Kubic, chyba nawiązuje do twórczości urodzonego w Novarze artysty.

Włączyć Coagulant i oglądać prace Montiego – takie połączenie musi dać satysfakcję.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

zguba – znój [loża oficyna; 2022]

UKRAINA

zguba

loża oficyna

Jarek Szczęsny napisał taki dytyramb na cześć „Znoju”, że choćbym nie wiem jak się starał, wszelkie moje komplementy będą wyglądać teraz jak poklepanie Zguby po plecach: „No, nieźle ci to, stary, wyszło”.

Czasem bywam zmęczony obracaniem wszystkiego w żarty dla kumatych, postironią, postmemami, postchujwieczym. „Znój”, będący płytą piękną, uduchowioną, jest dobrym antidotum na te wszystkie jajcarskie klimaty.

To ostatni element trylogii udręki Zguby (pozostałe to „Potwarz” i „Pomór”). Jak się dowiadujemy, materiał był nagrywany wyłącznie „w stanie totalnego wycieńczenia fizycznego, jak i psychicznego”.

„Znój” to ambient najwyższej próby (w najbardziej intensywnych momentach – vide „Gehenna” – zbliżający się do post-rocka). Muzyka jest podniosła, często wręcz patetyczna, lecz nigdy nadęta i kiczowata. Na płycie słychać zamiłowanie artysty do muzyki chóralnej. Przez nią „Znój” może być odczytywany jako płyta niemal religijna. Efekt jest fantastyczny.

Znajomy pytał mnie ostatnio o trzy tegoroczne albumy, które polecam. Wymieniłem Titanic Sea Moon, „SE03” BWS, trzeci nie przyszedł mi do głowy. Teraz dorzucam „Znój”.

Przepiękna płyta (wyszła na CD, ale do winylu pasowałaby jeszcze lepiej), która – Zguba wyraża taką nadzieję – może słuchaczowi pozwolić wznieść się ponad codzienny, nomen omen, znój.

Mnie raczej zdaje się mówić: wszystko źle się skończy, ale na razie trwa i można się tym chyba nawet cieszyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

buhl/wysocki/szwarc (bws) – e03 [jvdasz iskariota; 2022]

UKRAINA

iskariota.com

bandcamp

facebook

Czy w tak paskudnym czasie powinno się w ogóle pisać o płytach? Siedzi mi w głowie gorzkie zdanie wypowiedziane przez Guernicę Y Luno: „Nie ukrywajmy, liczy się muzyka”. Z drugiej strony, trzeba przecież jakoś żyć, mimo tego, co się dzieje obok nas.

***

To ostatnia płyta z serii „S3RI4L NVMB3RS”, której kuratorem jest Szymon Szwarc (tym razem, przy okazji „E03”, „pojawia się nie tylko jako producent, lecz także jako pracownik muzyczny wyposażony w gitarę elektryczną”) – poeta, muzyk (Rozwód, Jesień), animator kultury, jak to się ładnie określa. Myślę, że to dobrze, iż ostatnia. I nie chodzi mi o niską jakość muzyki (bo ta w przypadku „E01” KKZ i „E03” jest co najmniej intrygująca; „E02” słyszałem zaledwie raz), ale o fakt, że po (zaledwie)  trzech materiałach będziemy myśleć o tym, co wydał Jvdasz Iskariota, jako o czymś wyjątkowym; przy kolejnych płytach możliwe, że mielibyśmy do czynienia z seryjniakiem („O, znowu coś wyszło w tej serii Jvdasza. Może włączę”).

***

Każde „rozchwiane” impro, które można wepchnąć w szufladkę z napisem „experimental rock”, już chyba zawsze będzie przynosić mi skojarzenie z amerykańskim Storm and Stress. Tak jak przyniosło w przypadku BWS i „otwieracza” E01.

***

Krytykowanie płyt z muzyką improwizowaną niesie ze sobą ryzyko bycia uznanym za nieosłuchanego kmiota, który – gdy brak podziału „zwrotka-refren” – czuje się niepewnie, jakby czytał Wittgensteina.

***

Muzyczne impro zdaje się najlepiej opisywać chaos dzisiejszego świata. Tak, nie punkowe manifesty, lecz muzyka improwizowana.

***

Bron Boże, nie wpisuję nagrań tria Jacek Buhl / Mateusz Wysocki / Szymon Szwarc w doraźną publicystykę. Po prostu żywioł improwizacji opisuje dziś to, co za oknem, lepiej niż – często deklaratywny – literalny sprzeciw.

***

„Wszystko na tym albumie pracuje. Nagranie to brzmi jak miasto, w którym wszyscy mieszkańcy zasuwają w fabryce. Płyta ma zatem jedno zadanie: zasuwać. Zastanawiam się jednak (niewystarczająco usatysfakcjonowany), co taka fabryka miałaby produkować i czy jej założenia są słuszne i bezpieczne. Słyszymy tu bowiem prąd, chaos i brud. Jest oczywiście nadzieja, że może doświadczamy eksperymentalnego ocieplania wizerunku przemysłowego terroru, choć trzeba przyznać, że działania są zupełnie bezkompromisowe (…) – czytamy w press packu.

***

Buhl (instrumenty perkusyjne; m.in. Alameda 5, Trytony, częsta współpraca z Wojciechem Jachną), Wysocki (elektronika; znany też chociażby jako Fischerle, współtwórca labelu Pawlacz Perski i jego sublabelu Patalax) i Szwarc (gitara, elektronika) serwują miksturę industrialu, noise’u, post-rocka, free jazzu, eksperymentalnego, sonicznego rocka, która w najbardziej intensywnych fragmentach sprawia, że zapomina się o tym, co wokół nas, albo – paradoksalnie – powoduje, że jeszcze mocniej się to coś odczuwa (vide „E02”).

Muzyka na „E03” niesie wiele skojarzeń, można ja tagować do rana, ale róznorodność daje efekt nie bełkotu, wrażenia łapania wielu srok za ogon, lecz spójności.

***

Słuchając (zbyt) wielu płyt z „impro”, „experimentalem” „free jazzem” etc., myślę, że w miarę nieźle potrafię odróżniać rzeczy wartościowe od tych, które brzmią, jakby ktoś robił sobie jaja ze słuchacza (zresztą pewnie niejednokrotnie ten i ów „ktoś” sobie te jaja robi). I choć nie widzę wielkiego sensu w opisywaniu muzyki, za którą stoi abstrakcja (widzę za to sens w dopisywaniu do niej opowieści, jak to zrobił niedawno chociażby kakofoNIKT), to przecież sześć powyższych akapitów nie wzięło się znikąd.

***

We wstępie stwierdziłem, że to dobrze, iż na „E03” kończy się „S3RI4L NVMB3RS”. I zdanie podtrzymuję, bowiem nawet jeśli kolejne płyty z serii trzymałyby poziom, to co zrobił Jvdasz i kurator serii Szymon Szwarc – powtórzę się – mogłoby stracić na wyjątkowości.

A biorąc pod uwagę potencjał wydawnictwa i każdego z muzyków, którzy stoją za „E01”, „E02”i „E03” – wszyscy zaangażowani pewno jeszcze nie raz wzbudzą w słuchaczach uczucie przyjemności z obcowania z niecodzienną muzyką, jak i uczucie niepokoju.

***

Obym dożył spokojniejszych czasów, gdy muzykę improwizowaną będę traktował jako mniej lub bardziej udany przejaw eskapizmu; nie opis tego, co się dzieje za oknem.

Wspaniała płyta.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ala kryształ – sandtrack [loża oficyna; 2021]

ala kryształ

loża oficyna

wywiad

Soundtracki nie wzbudzają mojego zaufania. Zdarzają się co prawda wyjątki („Twin Peaks”, „Ghost Dog”, ostatnio „Symfonia Fabryki Ursus” autorstwa Dominik Strycharski Core i Orkiestry Dętej Ursus) – ale najczęściej jest tak, że muzyka, która zachwyca, gdy ogląda się film, wyjęta z niego – rozczarowuje.

Trzeba też powiedzieć, że jeżeli ścieżka dźwiękowa jest dziełem jednego artysty, płyta z nią zazwyczaj jest słabsza od jego „normalnych” albumów. Świeżym przykładem jest Tim Hecker: zachwycałem się „Anoyo” (2019), natomiast „The North Water [Original Score]” (2021) wydał mi się materiałem zaledwie dobrym, choć do obejrzenia serialu zachęcił.

Z „Sandtrackiem” Ali Kryształ (zdaje się, że „podebrano” świetną ksywę jakiejś singerce/songwriterce; broń Boże, raperce) sytuacja wygląda tak, że zacząłem jej słuchać ze świadomością, iż to muzyka do nieistniejącego filmu, nie mając pojęcia, że CD towarzyszy DVD z „zarejestrowanym w innej rzeczywistości misterium, filmową ucztą, która bogactwem swych smaków zaspokoi zmysły nawet najbardziej doświadczonego kulturalnego sybaryty”. Osobiście robiłem tym razem za ascetę z plikami w formacie .mp3 (w takiej formie dostałem do zrecenzowania „Sandtrack”).

Ala Kryształ to Marcin Karnowski (Variété, 3moonboys, BRDA i in.; pisałem o nim w kontekście niecodziennego projektu „Mapy czasu”), Radosław Drwęcki (3moonboys) i odpowiedzialna za wizualną stronę projektu Monika Kuczyniecka, która ma na koncie współpracę chociażby z Renatą Przemyk, Bajzlem oraz Czesławem Mozilem. Gościnnie udział wzięły m.in. wokalistki: Anna Niestatek i Adela Konop (pojawia się chyba wyłącznie w „Niespodziewanej wizycie”; swoją drogą – ciekawie w tym utworze rytm jest łamany przez elektronikę – jakby chciano nieco zirytować słuchacza), które miały zasadniczy wpływ na klimat nagrań.

***

Przy pierwszym przesłuchaniu pomyślałem wpierw – że nie, ale pod koniec płyty – że jednak tak. Potem znów odczucia się wahały: raz – że więcej niż OK, dwa – że to trochę taka muzyka, która leci, bo leci, ale gdyby nie leciała, to życie nie stałoby się o wiele uboższe.

I właśnie dlatego zazwyczaj zwlekam z recenzowaniem płyt, nie ufam pierwszym wrażeniom. Z muzyką jak z obrazem: trzeba koło niej połazić, nie wystarczy kątem okna zerknąć, czy ktoś równo kładzie farbę.

To, co najbardziej rzuca się w uszy, to wspaniała robota perkusyjna Karnowskiego (na płycie użyto między innymi handpana). W moich ulubionych fragmentach „Sandtrack” kojarzy mi się ze wspólnymi płytami Jakiego Liebezeita i Burnta Friedmanna (np. przykrótki „Koc dla Anny” i lecący zaraz po nim „Spodziewany efekt” [najlepszy na płycie?]). Zresztą skojarzeń z autorami serii „Secret Rhythms” jest więcej, bo i kolejny utwór, „Podział”, też się na takowe załapał. Ale mnie ostatnio wszystko, co ciekawe rytmicznie, przypomina o byłym perkusiście CAN.

Trzeba jednak zaznaczyć, że płyta nie tylko robotą perkusyjną Karnowskiego stoi, o czym świadczy chociażby to, iż jednym z najlepszych utworów na niej jest horrorowaty „Nieprzyjemny gość”, pozbawiony rytmu.

Jakiś czas temu oglądałem „Nosferatu – symfonię grozy” F. W. Murnaua, do której grały na żywo Czerwie. Wydaje mi się, że bohaterowie tego postu zagraliby jeszcze lepiej do tej ramoty tego klasyku filmu grozy. Podobnie niepokojący numer, ale bardziej lynchowski (okładka płyty kojarzy się wszak nie tylko z „Nocą na ziemi” Jima Jarmuscha, ale też z „Mulholland Drive”) w klimacie, to „Lecz jej już tu nie ma”.

Szukając innych porównań muzycznych, można wskazać mało odkrywczo na Karpaty Magiczne – Ala Kryształ zapuszcza się w tereny etno, a wokal Niestatek tylko pomaga w przywołaniu twórczości tych etnoeksperymentatorów.

***

Z każdym przesłuchaniem „Sandtrack” zyskuje. Pełna wersja – z filmem Moniki Kuczynieckiej – zamówiona.

***

LOŻA Oficyna po raz pierwszy pojawiła się na 10fs. Pewnie nie po raz ostatni.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

%d blogerów lubi to: