czechoslovakia – a’more [koty records; 2021]

koty records

czechoslovakia

ffm.to

SONY DSC

Nim światło dzienne ujrzało „A’More”, Czechoslovakia mogła pochwalić się trzema albumami.

Do debiutu „Made In” nie wracam przy okazji tej recenzji, gdyż minęło od jego ukazania się dziewięć lat, i chyba nie sensu przywoływać go w kontekście nowej płyty.

Na drugiej płycie, „Malimy” (2017), zespół udanie ożenił tzw. alternatywny rock z post-rockiem i psychodelią. Złośliwy krytyk mógłby wrzucić przy tej okazji kamyczek do ogródka, wytykając fakt, że wokal chwilami nieco kojarzył się z Krajową Sceną Młodzieżową.

Trzeci materiał, „HVST” (2019), przyniósł brudniejsze brzmienie, zbliżające zespół odrobinę do shoegaze’u i bardzo do (anty)estetyki lo-fi. Plusem był tu niewątpliwie fakt, że wokal został ciekawiej nagrany. Ktoś może powiedzieć, że nawet „zbyt ciekawie”.

Na „A’More” zespół poszedł na zdrowy kompromis: głos nie jest zanadto wyeksponowany, ale nie brzmi też, jakby właściciel głosu przebywał w innej galaktyce. Inna sprawa, że przez realizację wokalu i ten nasz piękny, lecz szeleszczący język, można chwilami odnieść wrażenie, że wokalista – gdy przykładowo wyśpiewuje słowo „wszystko” – lekko sepleni.

Zarówno „Malimy”, jak i „HVST” pozbawione były hitów (choć pewnie „Inżynier” miał taki potencjał, a może „Meduza” w sumie spełniała ten warunek?), co przy tego typu graniu stanowi niejako mus, żeby zespół wrył się w pamięć. Tak jak The Breeders mieli swoje „Cannonball” czy Belly „Feed the Tree”, tak każdy inny zespół grający muzykę, która powinna lecieć w radiu, ma niejako obowiązek nagrać coś, co zaczynasz bezwiednie nucić. Na trzeciej płycie Czechoslovakia sprostała temu zadaniu, na co dowodem jest singiel „Jazda”. Dodajmy do tego świetne wideo i powinien być alternatywny hit.

Zresztą zespół w fajny sposób zadbał o promocję swojej płyty, kręcąc trzy klipy, materiały zapowiadające wydanie albumu, tworząc kolorowy imidż, generalnie – bawiąc się najważniejszą z nieważnych rzeczy – muzyką (no chyba że to miano należy się piłce nożnej).

Wracając do kwestii tego, co powinno lecieć w radiu, dodajmy też, że większość ludzi nie słyszy w piosenkach basu, a jak już się interesuje alternatywnym graniem, to twierdzi np. że arcydzieło The Wedding Present, „Seamonster”, to co prawda świetna płyta, tyle że dobrze byłoby ją porządnie nagrać. Tak więc biorąc pod uwagę brudne brzmienie Czechoslovakii, jednak bym się z tymi szansami na hit radiowy nie rozpędzał.

Potencjał na bycie przebojem ma też utwór „Leżę”. Miałem wobec niego mieszane uczucia, gdyż znajdował się on niebezpiecznie blisko czegoś, co mogłoby się spodobać Pawłowi Kostrzewie czy Piotrowi Stelmachowi (podobne odczucia budzi przedostatni kawałek, „Wyj”), którzy ładnych parę albo raczej paręnaście lat temu na falach radiowej Trójki propagowali rodzimą twórczość alternatywną przyprawiającą zazwyczaj o chęć zmiany stacji. Po którymś przesłuchaniu „Leżę” panowie propagujący u nas takie koszmarki, jak Negatyw czy eM oraz inne produkty muzycznopodobne, zasługujący raczej na gruz niż karmelki, wyparowali z mego łba.

Teraz uwaga, ostro będzie: „Leżę” brzmi mi też trochę tak, jakby Róże Europy poszły w estetykę lo-fi. I niekoniecznie należy traktować to, co napisałem jako krytykę.

***

Nie mogłem się przekonać do tej płyty. Jednak w piękne piątkowe popołudnie usiadłem wygodnie, otworzyłem piwo, czekając na mecz Hiszpania – Szwajcaria, włączyłem „A’More” i… w końcu zaskoczyło. Nawet jeśli zapamiętam głównie otwierające całość dwa przeboje (?) i instrumentalny zamykacz (bo to świetny numer i w bliskiej mi estetycznie, że tak to ujmę), warto było poświęcić najnowszemu dziełu Czechoslovakii czas. Nie wszystkie piosenki mi podeszły. No ale nawet na „Seamonsters” nie ma wyłącznie doskonałych kawałków.

A może w pamięci zostanie mi więcej? Po paru przesłuchaniach spod produkcji, która mogłaby nie przypaść do gustu audiofilom od „Division Bell” wyłaniają się wyjątkowo przyjemne rzeczy, których by nie było, gdyby nie brudne brzmienie. Ot, paradoks.

Jest coś pociągająco niedzisiejszego w tej płycie. Przy okazji następnej cofnijcie się, panowie, w czasie i zaproście Anię Zalewską z Big Day do zaśpiewania w jednej z piosenek.

Aha, również teksty dają radę („nie mam żadnych tatuaży / więc wzbudzam sensację na plaży”, „wyjdź i wyj / to najgorsze jest uczucie / być samemu, ale z kimś”). Na tle ogólnego rockowego pustosłowia wypadają co najmniej dobrze.

***

„A’More” ukazało się na CD. Odpowiedzialne za ten stan rzeczy są Koty Records.

(o)(o)

(o)(o)

(o)(o)(o)

(o)(o)(o)

sambar – pierwotniak pantofelek [antenna non grata; 2021]

antenna non grata

sambar

Mam wrażenie, że choć nigdy nie byłem zakutym łbem (przynajmniej jeżeli chodzi o muzykę), to Pawlacz Perski sprawił, że bardziej niż kiedyś zacząłem doceniać dźwięki, do których wcześniej nie miałem cierpliwości. Myślę, że krótkie „bajki”, które dodawane są do wydawnictw tego kasetowego labelu, pomagają nie tylko w odbiorze muzyki wydawanej przez niego, ale po prostu każdej, „której świat nie widzi”. A może tak mi się zdaje albo mam na dziwne jazgoty więcej czasu, bowiem wychodzi relatywnie mało wybitnej muzyki nagrywanej za pomocą rockowego instrumentarium.

Otwarty umysł przydaje się również w odbiorze tego, co wydaje Antenna Non Grata. Dobrym przykładem są recenzowane tu ostatnio Szpety, a wcześniej DMNSZ. Tym razem padło na Sambar.

To duet złożony z Tomasza Gadeckiego (m.in. znani i lubiani Lonker See) oraz Pauliny Owczarek (m.in. Krakow Improvisers Orchestra). Oboje improwizują na „Pierwotniaku pantofelku” przy użyciu saksofonów barytonowych.

Może i pierwotniak, może i pantofelek („milszy mi jest pantofelek od ciebie, ty skurwysynie” – nie mogłem się powstrzymać). Dla mnie to soundtrack do jakichś zalotów godowych nieco bardziej złożonych organizmów, co świetnie słychać chociażby na najlepszym na płycie „Makronukleusie” (obłędny numer).

Końcówka albumu dobitnie pokazuje, że wszystko i tak zawsze kończy się kłótniami, owe bardziej złożone organizmy ewidentnie jadą sobie rajtach. O, właśnie: Owczarek i Gadecki często grają tak, jakby się kłócili. Takie spojrzenie na te materiał może dać dużo satysfakcji ze słuchania.

Jeśli przez 40 minut (trzy utwory mające ponad 10 minut i dwie miniaturki) grają jedynie dwa saksofony, to może człowiek chciałby, żeby dołączyły do nich bas i bębny, ale tak czy siak to bardzo dobra rzecz. Choć nie lekka. Włącz tę płytę, a zapewne usłyszysz: „Czego ty słuchasz?!”. To będzie kapitalny początek kłótni.

„Pierwotniak pantofelek” nie przykuwa mojej uwagi przez pełne 40 minut, ale głównie z powodu fantastycznego „Makronukleusa” nie żałuję ani jednego z kilku odsłuchów płyty.

Aha, materiał świetnie brzmi (nawet z mp3, choć polecam – oczywiście – zakup CD), ktoś tu się przyłożył. A konkretnie Rafał Drewniany z dts studio.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ostrowski – endless fluctuations [pawlacz perski; 2021]

bandcamp

facebook

Pawlacz Perski przy okazji wydanego przez siebie – 52. już – materiału kontynuuje piękną tradycję pisania krótkich historii wprowadzających w odbiór jego wydawnictw.

„Endless Fluctuations” jawi się (…) jako posthumanistyczna utopia stworzona przez anarchistyczne maszyny. Pomimo rozpadu dawnego porządku panuje wśród nich dziwnie uspokajająca harmonia. Bity postanowiły porzucić kierat tanecznych struktur, a prosty syntezatorowy riff, zamiast zabawiać spoconych bywalców jakiejś dyskoteki z lat 90-tych, wybrał się na wycieczkę w kierunku bezkresnych kosmicznych sfer, by pooddychać czystą metafizyką”. Ładne, co nie?

Ten zabieg jest ciekawy, bowiem za każdym razem pozwala skonfrontować wizję, którą „sprzedaje” wydawca, z własną.

Ja, słuchając muzyki Krzysztofa Ostrowskiego, myślałem o fraglesach, bohaterach serialu lalkowego Jima Hensona. Próbując przypomnieć sobie na spacerze z psem – z „Endless Fluctuations na słuchawkach – jak nazywały się stworki budujące jadalne konstrukcje we „Fraggle Rock” (byli to duzersi), zauważyłem idącą przed nami postać – niewysoką dziewczynę bądź chłopaka w czapce, spod której sterczały rude włosy – przypominającą Boobera.

Dobrze, że nie byłem pod wpływem – jak to ładnie ujął zespół THCulture – „witamin (dla) kory mózgowej”, bo mógłbym mieć potem problem, żeby wrócić na Ziemię.

***

Tak, zdecydowanie jest to moje techno. Owo „porzucenie kieratu tanecznych struktur” bardzo mi pasuje. Podobnie jak syntezatorowe riffy, nadające muzyce Ostrowskiego nieco ciepła, wręcz przebojowości („Brownian ratchet”). Poza schemat Ostrowski wychodzi również w „Molecular motors”, w którym słyszymy wsamplowany fortepian (chyba).

 „Endless Fluctuations” zostało zrealizowane po mistrzowsku. Materiał daje ogromną przyjemność, gdy włączy się go na słuchawkach: gwarantuję, że twoja wyobraźnia uruchomi się w minutę osiem.  Otwierający całość „Diffusion” i drugi utwór- „Stochastic resonance”, tworzą – jeśli dobrze się wsłuchać – lekko knajpiany klimat, więc jeśli owe anarchistyczne maszyny mają swoje knajpy, to myślę, że płyta Ostrowskiego mogłaby w nich lecieć. Przynajmniej do momentu, nim stali bywalcy uznałyby bity za zbyt ciężkie. Szympansy mają bary, ludzie też, więc i maszyny pewnie będą mieć. Może już mają.

***

Od kosmicznych odlotów po bity, które są jak uderzenie młotkiem w głowę. Krzysztof Ostrowski nagrał kapitalną płytę.

mgr Zenon Skręt

***

Projekt graficzny okładki to dzieło Lidii Wnuk.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(0)

ciśnienie – radio edit [2021]

bandcamp

facebook

Wymyśliłem recenzję podczas spaceru z psem, ale potem nie chciało mi się jej zapisać. Napisałem nową i przez głupotę ją usunąłem. Jak mi zniknie ta, wkleję fotkę Charliego ze spaceru i wystawię samą ocenę.

***

Po czym poznać więcej niż dobry zespół? Między innymi po tym, że potrafi trzymać słuchacza w napięciu, grając utwory trwające kilkanaście czy nawet 20 minut.

Świetny przykład to otwierający całość „Czarodziej”.  Panowie najpierw powoli rozwijają ten kawałek, by w końcu wygenerować nieliche emocje. Co ciekawe, zaczynają, jakby byli początkującymi muzykami, patrzącymi na swoje ręce, żeby się nie pomylić. Nie wiem, czy był to świadomy zabieg, ale świetnie to wyszło, zwłaszcza że część z nich (albo całość – nigdy nie pamiętam) to wykształceni muzycy.

Równie dobry jest inny kawałek, którego z uwagi na czas trwania też raczej nie puszczą w radiu – „Calm the fuck down”. Chwilami – jakby japońskie Mono grało – niebezpiecznie ładny, ale świetny.

***

Ciśnienie tworzy post-rock, a będąc bardziej dokładnym – „violin and french horn ridden, jazz influenced, experimental, apocalyptic post rock”, jak sam kwartet określa swoje dzieło.

Można by tu jeszcze dodać to i owo, jeżeli chodzi o opis muzyki zawartej na „Radio Edit” (świetny tytuł). Mnie ucieszył ewidentny wpływ krautrocka w „Zeroku”, numerze chwilami również niemal funkowym.

***

Muzyka Ciśnienia – nagrana na żywo, bez publiczności – został wygenerowana za pomocą basu, klawiszy, bębnów i instrumentów raczej niekojarzących się z rockiem – skrzypiec oraz rogu (imponująca robota Michała Zdrzałka). Gitara elektryczna pojawia się jedynie we wspomnianym „Calm the Fuck Down”, choć ja słyszę ją w również we wspomnianym „Zeroku” oraz zamykającym płytę bonusie „Reisefieber”. Zostałem jednak poinformowany przez osobą dość kompetentną, bo basistę zespołu – Michała Paducha, że to jednak „stara, dobra, czechosłowacka Jolana Diamant Bas”.

***

Ciśnienie potrafi zagrać i lirycznie, i przypierdolić (zwłaszcza na żywo z udziałem publiczności – wiem, bo widziałem kilka razy). A „Radio Edit” to na razie najlepsza polska płyta w tym roku, choć przecież „Pleń” Plenia, „ZZZU” ZZZU i „SERP” Motyli i Maszyn też są rewelacyjne. Tylko za granicą – nie licząc wznowień – się opierdalają. ;)

***

„Radio Edit” dostępne jest w tej chwili jedynie na Bandcampie w formacie cyfrowym. Gdy zespół znów będzie mógł grać koncerty, pojawi się CD.

(o)(o)(o)(o) (o)(o) (o)(o) (o)(o)

maszyny i motyle – sepr [2021]

bandcamp

facebook

Maszyny i Motyle z gitarami

„Album jest wynikiem przygody z niezwykłymi samplami ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Odłożyliśmy na chwilę gitary, cały materiał opierając na tych inspirujących dźwiękach” – czytamy na Bandcampie zespołu.

Maszyny i Motyle to Grzegorz Chudzik i Radosław Łuszczyk. Efekt ich pracy, „SEPR”, jest zadziwiający.

Wbrew temu, co widać na zdjęciu, płyta trafiła do mnie w stanie idealnym

Zadziwiający, bowiem opisywany materiał, bazujący – jak czytamy wyżej – na samplach z PR, skojarzył mi się z geniuszem Neu! i z tymi bardziej awangardowymi kawałkami Tortoise oraz jeszcze może z najambitniejszymi produkcjami sceny techno lat 90.

Pewnie mało który artysta lubi, gdy jego twórczość porównuje się do tego, co robią inni artyści. No ale też większość o takim komplemencie, jak ten wyżej, może sobie jedynie pomarzyć.

Tu nie ma co pisać, tu trzeba słuchać.

Pięć kawałków świadczących o tym, że choć w wielu aspektach codziennego życia jesteśmy wciąż – jak ujął to Jay w „Clerks” – zawszonym zadupiem, to jeżeli chodzi o muzykę – dzięki m.in. Maszynom i Motylom, LOTTO, Columbus Duo, Titanic Sea Moon czy Wacławowi Zimpelowi – tak bardzo wstaliśmy z kolan, że pod każdą szerokością geograficzną wyglądamy najpiękniej.

„SEPR” będzie miał premierę 16 kwietnia.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

wieża ciśnień: v-oices [ckis konin; 2019]

ckis konin

Od Roberta Brzęckiego, Kuratora Galerii Centrum Kultury i Sztuki „Wieża Ciśnień” w Koninie, dostałem trzy cedeki (jeden podwójny) i pomyślałem, że warto coś napisać na ich temat. Nie chciałem jednak wrzucać jednego suchego, pobieżnego postu o wszystkich wydawnictwach, więc pomyślałem, że skupię się na jednym z nich.

Padło na materiał noszący tytuł „V-OICES” (pod tym linkiem można posłuchać całości). Pozostałe również mają całkiem intrygujące nazwy: „Strings – Theory + Tao” oraz „RST_”, i być może na nie też przyjdzie pora. No a gdybym zauważył, że na „RST_” jest Blimp, pewnie zacząłbym od niej.

Folklor, ambient, klasyka, jazz, drone’y… Czego tu nie ma? Imponuje – przy takiej rozpiętości stylistyk – fakt, że płyta jest spójna. Autorzy składanki (idea, koordynacja opracowanie płyty – Robert Szumigalski i Robert Brzęcki) musieli zapewne chwilkę posiedzieć nad doborem i układem utworów.

„V-OICES” to 14 utworów. Mamy tu kawałki zarówno niepublikowane wcześniej, jak i pochodzące z płyt Requiem Records, Gusstaff Records czy Hevhetii.

Nazwa wskazuje na to, że jest to – po pierwsze – piąta płyta w serii „Wieża Ciśnień”, ale mówi nam też przede wszystkim, iż bohaterem wydawnictwa jest głos. Jak pisze sam Brzęcki:

Artur Rimbaud, jak również Stanisław Ignacy Witkiewicz marzyli o znalezieniu jedności w wielości. Podobny wysiłek, ale w obszarze praktyk dźwiękowych przyświecał nam podczas układania tego albumu. Ten eklektyczny zestaw nagrań „zszyty” został dzięki oczywistym lub dyskretnym manifestacjom głosu, a różnicowany przez strategie, postawy, konwencje czy wreszcie różne estetyki w taki sposób, aby naszkicować obszar rozpięty pomiędzy kompozycją a improwizacją, zmysłową recepcją a aspektem ideowym w aurze nie/skrępowanej wolności. To, co łączy je ponadto, to próba wypracowania łagodnej równowagi między dystansem a bliskością, introwertycznym a ekstrawertycznym charakterem wszystkich nagrań.

„Dziewczyny kontra chłopcy / Nikt nigdy nie wygrywa” – śpiewał zespół Partia. No, tym razem wygrały dziewczyny. I to wyraźnie. Wokalna przewaga kobiet na „V-OICES” jest zdecydowana.

Po przesłuchaniu całej płyty, widzimy, że budowanie owej przewagi zaczęło się już od utworu pierwszego – „Veshamru”, autorstwa Vocal Varshe (z towarzyszeniem Jacaszka), w którym prym wiodą sopran Anny Woźnickiej oraz mezzosopran Olgi Wądołowskiej (tu jeszcze udanie, choć w tle, honoru panów broni tenor Jakuba J. Sitarskiego).

Trzeci kawałek „Знову” to wokalny popis Svitlany Nianio. Warto tu zwrócić uwagę na warstwę muzyczną, za którą odpowiada Vllkutan (Sergii Khotiachuk), bo to niezwykle intrygujące połączenie drone’ów z folkiem.

Kolejny, „Błogosławiony Człowiek” Anny Gadt, to mój ulubiony – obok „AbySsusa” Anny Marii Huszczy – utwór na płycie. Co ciekawe, zupełnie nie mogę się przekonać do wokalu Gadt słuchając jej płyt. Nie podeszła mi „Still I Rise”, na którym śpiewa do ułożonego jazzu, „Gombrowicz” nagrany z Marcinem Olakiem ani nawet „Renaissance”, z którego pochodzi wspomniany „Błogosławiony Człowiek”. Za jakiś czas trzeba będzie znów spróbować zapoznać się z twórczością wokalistki.

Jej utwór mógłby potrwać chwilę dłużej. Nie ma się jednak jak przyczepić do długości „AbySsusa” Anny Marii Huszczy (pojawia się tu również m.in. Adam Strug). Ta niemal 14-minutowa perła z „wydziwiAnki” Requiem Records to – jak wspomniałem – jeden z dwóch najmocniejszych momentów na płycie. „AbySsus”, dzięki bębnom, robi się kapitalnie intensywny w pewnym momencie.

***

Wracając do wspomnianego pojedynku wokalnego – zwycięstwo pań jest, jak pisałem, wyraźne. Jeszcze może Grabek nie oddaje pola bez walki, ale Michał Pepol, biorąc na warsztat Kate Bush, nie zachwyca, a Wojciech Brzoska z tria Brzoska/Marciniak/Markiewicz męczy swoją manierą zblazowanego poety. Muzycznie „Egzotarium” może się podobać, ale wokal to nieporozumienie.

Chwaląc „V-OICES”, muszę wspomnieć jeszcze o świetnym klarnecie Michała Górczyńskiego w „Cieple” Danki Milewskiej.

Mam też wrażenie, że pierwsza połowa płyty, kończąca się na „Oddala mene…” Maniuchy i Ksawerego, jest znacznie ciekawsza od drugiej. Druga zaczyna się od nieprzekonującej interpretacji „Among Angels” Kate Bush i choć ma dobre momenty, już nie zachwyca.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Wydawnictwo – jak dowiadujemy się ze strony CKiS – ma charakter promocyjny, nie zostało przeznaczona na sprzedaż. Dostać można je było na koncertach organizowanych w Galerii CKiS „Wieża Ciśnień”. Po więcej informacji na temat tego niezwykłego, jak sądzę, miejsca zapraszam do linku na początku tekstu. Trzeba je będzie w lepszych czasach odwiedzić.

pleń – pleń [jvdasz iskariota; 2021] / zzzu – zzzu [głowa konia nagrania; 2021]

„Pleń” można kupić na CD u Jvdasza iskarioty „ZZZU” i na CD, i na winylu u Pawła Nałyśnika.

Jeden post, dwa zespoły. Po pierwsze – lenistwo. Po drugie – chęć zwrócenia uwagi na pewien całkiem przyjemny trend w polskim undergroundzie (czy w czasach Facebooka i nieprzyzwoicie wręcz łatwego dostępu do muzyki, możemy wciąż mówić o undergroundzie? To pytanie na inną okazję).

***

Zdarzały się wyjątki, ale w życiu bym nie pomyślał, że polskie kapele zaczną grać może nie masowo, ale też nie raz na ruski rok muzykę psychodeliczną czy post-rockową – generalnie taką, która daje pole do improwizacji, do wyjścia poza schemat zwrotka-refren. Obecnie mamy dość dużo takich grup: lepszych lub gorszych, wiadomo. Ważne jednak, że są.

Największy wpływ w ostatnich paru latach na rozwój muzyki rockowej, która – że tak to ujmę – rozszerza ramy rocka, miało niezmordowane, koncertujące często nawet na takim wypiździewie muzycznym jak Katowice, Lonker See. I za to należy się twórcom „Hamzy” nisko pokłonić.

Poniżej dwa przykłady zespołów, które w świecie po tzw. pandemii raczej nie zrobią kariery na juwenaliach.

Pleń: „Pleń” (Jvdasz Iskariota Rec.; 2021)

pleń

iskariota.com

PLEŃ (widzimy panów na zdjęciu głównym) to zespół z Łodzi, który od razu chwalę za nazwę. Piękna, polska, zamiast beznadziejnej angielskiej, jakie lubią wybierać rodzime gitarowe drużyny. „Pleń”. Super.

Mało kto chyba lubi być porównywany z kolegami po fachu, ale mnie od razu rzuciło się w uszy (mojej żonie też, więc nie siedzę sam z tym wrażeniem) pewne podobieństwo tria do jednego z nielicznych zespołów z Górnego Śląska, którego można słuchać z przyjemnością – Ciśnienia.

Już na początku albumu łódzkiej grupie udała się niełatwa sztuka: „Rozkład”, który trwa ponad dziesięć minut, prowokuje raczej myśl „szkoda, że się kończy”, niż chęć przeskoczenia do następnego utworu.

Zgodnie z obietnicą, którą otrzymałem od zespołu, jest tu też trochę „noiserockowej patologii”. Drugi kawałek, „Shibuya”, jest tak napędzany przez bas, że możemy odnieść wrażenie, iż tak mogłoby brzmieć postrockowe Nomeansno; potem wiele dobrego robi też przesterowana gitara. Naprawdę świetne, niecałe pięć minut.

Później w mroczny klimat wprowadza „Hrsta”, a podtrzymuje go „Bluszcz”. Kapitany kawałek, w którym obok post- i noise rocka pojawia się coś, co można skojarzyć z noise’em à la Wolf Eyes bądź klimatem ładnie zwanym horror ambient. Na koniec gitara daje brzmienie kojarzące się z „Twin Peaks” i płynnie wprowadza nas do przedostatniego utworu, w którym czeka niespodzianka w postaci kalimby. To już drugi zespół – po Salimarze – z Jvdasza Iskarioty, który tu gościł, używający tego instrumentu.

A szósty numer… Dobra, dość. Czuję się, jakbym spoilerował.

Świetna płyta. Bogata w pomysły, które zostały tak zrealizowane, że nie bardzo jest się do czego przyczepić.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ZZZU: „ZZZU” (Głowa Konia Nagrania; 2021)+

Na drugi ogień idzie stary znajomy Paweł Nałyśnik, który na blogu gościł już parę razy jako członek Parampampam Trio, Razów i Zwidu. Odgrażał się, że tym razem nagrał coś, co chwilami jest wręcz piosenkowe, czy jakoś tak.

PPPT, które ma na koncie kilkadziesiąt epek, brzmi trochę jak połączenie The Dead C (ale tylko tych z dobrych płyt) i Sonic Youth, kiedy ci nie śpiewali i nie grali melodii (ale też nie nudzili, jak na serii „SYR”).

Czy ZZZU jest bardziej przystępne niż PPPT? Chyba tak, choć na weselach raczej nie poleci. Co prawda na płytach Tria zdarzały się momenty, gdy delikatny (ale bez przesady) dźwięk wygrywał z rzężeniem, lecz nowy projekt Nałyśnika jednak mniej rzęzi. Im ZZZU dłużej gra, tym bardziej zdaje się polegać na przyjemnym dla ucha transie. Półmetrowy reefer – właśnie on powinien być dodawany do płyty.

O, a w trzecim kawałku wyczuwam perwersyjną „piosenkowość” Psychic TV.

No jest tu trochę takiej pulsującej, lekkiej perwersji (co ja piszę?), co bardzo ładnie podkreśla wokal w „Ziemia noc echo”.

Zamykające płytę „Sto kamieni milion oczu” z kolei kojarzy się nieco z Blanck Mass.

A najpiękniejsze są doskonale transowe „Głowy”.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Czyli co? Polska post-rockowa psychodelia, co widać na przykładzie Plenia („który jest niezwykle rzadkim zjawiskiem” – jak donosi Wikipedia) i ZZZU, ma się świetnie. Nie chcę wchodzić w patos, ale muzyka takich zespołów jak bohaterowie tego postu, pozwala z nieco mniejszym wkurwieniem żyć w tych pojebanych czasach.

Amen.

***

„Pleń” można kupić na CD u Jvdasza Iskarioty (swoją drogą, osobliwa nazwa. Nie to, co Głowa Konia, he he), „ZZZU” i na CD, i na winylu u Pawła Nałyśnika. To znaczy chyba jeszcze można. Najlepiej jego spytać.

wojtek kurek – buoyancy [pawlacz perski; 2021]

wojtek kurek

pawlacz perski

Pawlacz Perski tak dobrze opisuje wydawaną przez siebie muzykę, że właściwie wystarczyłoby wkleić opis „Buoyancy” z Bandcampa i dodać tylko, że warto ten materiał kupić.

Od paru lat słucham większości rzeczy wypuszczanych przez ten kasetowy label (i jego sublabel Patalax) i nie podeszła mi bodaj jedna. Takich artystów jak bohater tego postu, Fischerle, Mech czy Melatony zdecydowanie warto poznać.

Wróćmy do „Buoyancy”.

U Wojtka Kurka sonorystyczne eksperymenty w duchu współczesnej muzyki poważnej sąsiadują z transowymi rytmami o bardzo pierwotnej proweniencji. Wszystkie te niezwykłości autor wyczarowuje przy pomocy zestawu perkusyjnego wspartego autorskimi efektami stworzonymi w środowisku MAX/MSP, które przetwarzają materiał akustyczny w czasie rzeczywistym – zobaczcie sami: nie da się lepiej tego opisać.

Lubię w kasetach wydawanych przez Pawlacz Perski i zwłaszcza Patalax, że zawarta na nich muzyka pozwala uruchomić wyobraźnię, wymyślać fabułę w nieco nierzeczywistym, zazwyczaj mało przyjaznym świecie.

Kurek łączy zimną, „wodną” psychodelię z industrialnym klimatem (tyle że to raczej industrial kijów i kamieni, nie maszyn). Słuchając „Buoyancy”, przenoszę się do niespecjalnie przyjemnej jaskini.

Przyjemnie – jak wspomniałem – tam nie jest i woda kapie na łeb, ale dzięki temu, co nagrał Wojtek Kurek, chętnie tam posiedzę.

Kwintesencją tej płyty jest kapitalny, tytułowy numer.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

colin webster / witold oleszak / paweł doskocz / andrew lisle – karate [raw tonk records; 2020]

raw tonk

colin webster

paweł doskocz

andrew lisle

Andrew Lisle (perkusja) i Paweł Doskocz (gitara elektryczna) pojawili się niedawno na 10fs przy okazji recenzji płyty „Spontaneous Live Series 004”, na której zagrali również Yedo Gibson (saksofon sopranowy) i Vasco Furtado (perkusja).

Tym razem do brytyjsko-polskiego duetu dołączyli Colin Webster (saksofon altowy) oraz Witold Oleszak (organy Hammonda), więc mamy na „Karate” brytyjsko-polski kwartet.

No i właśnie z powodu obecności Oleszaka ucieszyłem się na tę płytę. W końcu free jazz i organy Hammonda to nie jest zbyt częste połączenie. Jak to wyszło?

Zajebiście, że tak to ujmę.

Długo brytyjscy i polscy dżentelmeni nie czekali, żeby wyrwać piszącego te słowa z błogiego letargu: niemal od razu pokazują, że wyżej wymienione instrumenty muzyczne mogą dać wiele uciechy zarówno grającym, jak i słuchającym. Panowie dają radę zarówno, gdy dochodzi do spiętrzenia dźwięków wszystkich instrumentów naraz, w tercecie lub w parze, jak i w spokojniejszych fragmentach, kiedy uprawiają „chicken jazz” albo raczej „hen jazz”. Tak sobie nazywam freejazzowe granie, które kojarzy mi się z ptactwem szukającym ziarna w glebie (mam nieodparte wrażenie, że niekoniecznie ja na to wpadłem, ale nie umiem znaleźć tego, kto mnie uprzedził).

Lisle i Webster, czyli ci, co oganiają najbardziej klasyczne dla (free) jazzu instrumenty, spisują się wybornie, Doskocz świetnie się wpasował ze swą przesterowaną gitarą, a Oleszak dodaje psychodelicznego klimatu „Karate”, broń Boże nie będąc tu jakimś typem od klawisza w tle, lecz pełnoprawnym napierdalaczem.

Pisanie o takiej muzyce to nie jest prosta rzecz. Powiem tyle: jak dobrze, że muzykują tacy goście, jak Doskocz, Lisle, Oleszak i Webster. Zarówno rozwibrowana od emocji „Part I”, jak i „Part II”, brzmiąca jakby ktoś wkurwiony powstrzymywał się, żeby nie wybuchnąć, są na to dowodem. Choć może szkoda, że nie wybuchnął.

***

Nagrania zarejestrowano w poznańskim Dragonie podczas Spontaneous Music Festival. Na CD wydanym przez Raw Tonk Records można ich posłuchać w stanie czystym, bez studyjnej ingerencji w zarejestrowany materiał.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

yedo gibson and paweł doskocz with andrew lisle and vasco furtado – spontaneous live series 004 [spontaneous music tribune; 2020]

spontaneous music tribune

paweł doskocz

yedo gibson

andrew lisle

vasco furtado

Paweł Doskocz pojawił się na pewno dwa razy na 10 fucking stars: przy okazji postów o dwóch świetnych zespołach – Strętwie i Bachorze. Miałem też okazję zobaczyć go na żywo – w salce katowickiego klubu Drzwi Zwane Koniem zagrał w duecie z perkusistą Wojtkiem Kurkiem. W nie tak dawnych czasach, gdy kilkanaście osób mogło przebywać w jednym pomieszczeniu i nie bać się śmierci i/lub mandatu.

Doskocz był tak miły, że podesłał mi trzy swoje płyty z zeszłego roku. Wiadomo, chłop robi w muzyce improwizowanej, a tacy to potrafią się ścigać nawet z Omarem Alfredo Rodríguezem-Lópezem, kto więcej wyda w ciągu roku.

Wrzucę po parę zdań w osobnych postach na temat trzech podesłanych materiałów (choć pewnie zapału starczy mi na ten jeden). Nie będą to wnikliwe recenzje, bo – po pierwsze – nie jestem wnikliwy, po drugie – nikt normalny nie umie dobrze pisać o takiej muzyce, po trzecie – te płyty raczej nie trwają kwadrans.

Zaczynamy od…

Yedo Gibson / Paweł Doskocz / Andrew Lisle / Vasco Furtado – Spontaneous Live Series 004 [Spontaneous Music Tribune; 2020]

Pierwsze trzy utwory zostały zarejestrowane podczas koncertu w poznańskim Dragon Social Club (listopad 2018), Yedo Gibsonowi (Brazylia, saksofon tenorowy) oraz Pawłowi Doskoczowi (Polska, gitara elektryczna) towarzyszył Andrew Lisle (Wielka Brytania, perkusja). Kawałki 3-6 pochodzą z grania w tym samym klubie (kwiecień 2019), tyle że za bębnami siedział Portugalczyk Vasco Furtado.

Po spokojnym początku (miotełki, ambientowa gitara i powściągliwy saksofon) panowie zaczynają szaleć. Mniej więcej w połowie (kapitalny fragment) pierwszego utworu Gibson, Doskocz i Lisle osiągają natężenie dźwięku, które powinno być finałem, jeśli nie całej płyty, to chociażby tego kawałka. A pojawia się to niemal na początku. Jebać konwenanse.

W drugim utworze zaskoczyć może gitara Doskocza, chwilami mocno rockowa czy wręcz bluesowa. Tu znów w pewnym momencie trio zaczyna zdrowo napierdalać i można pomyśleć chociażby o płytach Paala Nilssena-Lovego, który nagrywał m.in. z Kiko Dinuccim, Frodem Gjerstadem i Akiro Sakatą jazzowy jazgot z gitarą w składzie. Zdecydowanie „Spontaneous Live Series 004” nie jest czymś, co mógłby puścić mój Szanowny Imiennik, Kydryński.

Trzeci numer to popis wydającego osobliwe dźwięki Gibsona.

Później mamy już kawałki z Furtado.

Na dzień dobry na pierwszy plan wysuwa się Doskocz z ribotowskim graniem. Przez chwilę wydaje się, że Furtado nie łapie takiego feelingu z Pawłem i Yedo, jaki łapał angielski bębniarz, ale zaraz wszystko zaczyna grać jak należy. I znów – podobne odczucie miałem przy „II” – chętnie bym w pewnym momencie usłyszał wiolonczelę. Mogłaby zagrać na niej Julia Kent.

W „V” Gibson od razu pokazuje, że do złapania za saksofon raczej nie zainspirowała go gra Candy Dulfer w „Lily was Here” (choć kto wie?). Najpierw to jego utwór, za chwilę zaczyna fajnie „gadać” z Doskoczem.

Zamykający płytę kawałek – z odlotem Gibsona, ambientową, idealnie schowaną gitarą Doskocza i Furtado, który przez chwilę gra, jakby miał dwie pary rąk – to chyba najlepszy fragment „Spontaneous Live Series 004”.

Włączcie sobie ten materiał. Zwłaszcza dla Yedo Gibsona. Rodak Sócratesa jest rewelacyjny.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)