jocelyn packard – nothing is solid [opus elefantum; 2020]

jocelyn packard

opus elefantum


fot. Mikołaj Uchman

Wydanie drugiej płyty Jocelyn Packard (poprzednia ukazała się trzy lata temu) zbiegło się z zamknięciem katowickiej Katofonii. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że właśnie tam, trzy lata temu, poznałem muzykę zespołu, który nazwę wziął z serialu „Twin Peaks” (Jocelyn Packard to piękna i tajemnicza Azjatka graną przez Joan Chen, dla której stracił głowę szeryf Harry Truman).

25 kwietnia 2017 r. (wydawało mi się, że miało to miejsce ze dwa lata wcześniej) we wspomnianej Katofonii oprócz JP zagrały Lonker See i Makemake. Sam klub jakiś czas później padł, niedawno wrócił, by znów paść. Wiadomo, pandemia, decyzje władz, całe to gówno. 12 października przy Mieleckiego 6 znów mieli zagrać Lonker See.

Pierwsza płyta to był post-rock z wycieczkami, na drugiej ten gatunek muzyczny walczy o pierwszeństwo z (gitarowym) ambientem. A może nie walczy, lecz tworzy zgraną całość?

Post-rock Jocelyn Packard kłania się (nienachalnie) takim zespołom, jak Mono czy This Will Destroy You. Ja to lubię, choć nigdy tego typu muzyka, choć zdaje się mieć taki potencjał, nie wystrzeli mnie w kosmos.

Co do ambientu, to… jest ambient i jest ambient. Jeden pasuje do hotelowej windy, drugi zaprasza do lynchowskiej Czarnej Chaty. Jocelyn Packard wybrała drugą opcję. Niepokój, smutek (ale nie mazgajowatość), spokój wynikający ze zmęczenia, nie z niezmąconej ciszy.

Najlepszym momentem „Nothing Is Solid” jest czwarty utwór, „Kate Song”, w którym nastrój zostaje zbudowany przez niepokojące „skrzypienie” w tle, przywodzące na myśl nieco złagodzoną wersję „filmu grozy”, który nakręcili Hair Police na „Mercurial Rites”.

Zamieniłbym chociażby „Oset” na dodatkowych parę minut poświęconych tajemniczej Kasi.

***

Słuchać płyty po ciemku. Przy „Kate Song” zapalić światło.

Całość wieńczy kawałek „Miechowice 2 / Czarne Podniebienie”. To może jednak lecimy w kosmos? Może być trasą przez Miechowice.

***

CD (bardzo ładna okładka) Jocelyn Packard wydało Opus Elefantum – wytwórnia, na którą koniecznie należy zwrócić uwagę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

pailhead – trait [1988] / harry callahan

linki w komentarzach / links in comments

wax trax! records

mecanica records

Jeśli ktoś po wysłuchaniu nudziarstwa Coriky bądź The Evens, zastanawia się, czy Ian MacKaye dawał radę poza Minor Threat i Fugazi, może uzyskać odpowiedź „dawał”, włączając Pailhead (to słowo, jak chociażby „pinhead”, coś znaczy?).

Pogłoski o geniuszu tego zespołu są przesadzone, ale trzeba przyznać, że to więcej niż dobre granie, dużymi partiami rewelacyjne, przypominające trochę Killing Joke w wysokiej formie. Inna sprawa, czy obecność MacKaye’a „stanowi wartość dodaną”. Muszę przyznać, że jego wokal z biegiem lat coraz mniej mi podchodzi.

Kto oprócz wspomnianego MacKaye’a stał za Pailhead? Dwójka z Ministry: Al Jourgensen i Paul Barker oraz śp. Bill Rieflin (milion kapel, włączając King Crimson. Zmarł w marcu tego roku), a także Eric Spicer (Naked Raygun. Grał chyba tylko w kawałku „No Bunny”).

Uważa się, że z Pailhead narodził się Lard, w którym na wokal weszła inna legenda sceny HC/punk – Jello Biafra.

Nie wiem, czy Pailhead zagrał kiedyś na żywo. Na pewno nie uczestniczył w takim wydarzeniu MacKaye, bo sam o tym gadał.

Nagrania zespołu ukazały się również na składance „Side Trax”, zawierającej poboczne projekty członków Ministry.

W Polsce „Trait” (bombowa okładka, swoją drogą) wydała przed rokiem łódzka Mecanica.

(o)(o)

Harry Callahan (1912-1999). Fajnie się chłop nazywał. W 1933 roku umówił się (randka w ciemno) z Eleanor Knapp, sekretarką w Chryslerze. Spędził z nią całe życie. Pani Callahan przeżyła męża o 13 lat.

Ostatnie zdjęcie przedstawia piasek na Horseneck Beach, choć pewnie Facebook dałby za nie ban.

lonker see + titanic sea moon / akademia / wrocław [10.10.2020]

Jak mam jechać do Wrocławia, wiem, że będzie padać i że odbędzie się jakieś demo. Najśmieszniej było przed Unsane trzy lata temu, gdy biedna grupka nazioli przez megafon odczytywała swoje wysrywy, subtelnie łącząc homoseksualizm z wszawicą. Teraz, w sobotę 10 października, swoje racje przedstawiali antycovidowcy. Może jestem przeczulony, ale widok policji i biało-czerwonych flag nie sprawia, że czuję się komfortowo.

Za stary jestem na tłuczenie się pociągami, ale co zrobić: chęć zobaczenia Titanic Sea Moon wygrała; wcześniej „trzech czwartych EwY Braun” nie miałem okazji widzieć na żywo. W przeciwieństwie do Lonker See, którzy grali już chyba nawet w naszym przydomowym ogródku.

Tak jak koncertówka TSM, „Mothers of All Valentines”, przypominała mi o Ewie Braun (zwłaszcza tej z „Esion”), tak podczas wrocławskiego koncertu grupy nie myślałem o byłym zespole Darka Dudzińskiego (bębny, wokal), Piotra Sulika (gitara, wokal) oraz Rafała Szymańskiego (bas). No, może przez parę minut, na początku występu.

Słuchając i patrząc na to, co robią „Titaniki”, można odnieść wrażenie, że w sumie każdy mógłby tak zagrać. OK, może jednak nie mieszajmy w to Dudzińskiego – od lat podziwiam tego gościa jako perkusistę; szkoda, że marnował swój talent w solowym projekcie Przyzwoitość (choć to więcej niż fajna rzecz) i w Najprzyjemniejszych. Niby każdy, a jednak – mało kto. Titanic Sea Moon ma – nawet mądrzy ludzie używają tego określenia, gdy nie wiedzą, co napisać – „to coś”. Trio z północy Polski faktycznie to coś ma – pojawia się ono i w transach, i w czadach. Panie i panowie, TSM to zespół wybitny.

Byłem parę tygodni na koncercie ARRM. To świetny zespół, jeden z lepszych w naszym pięknym kraju. Jednak podczas sobotniego czarowania dźwiękami, za które odpowiadali panowie Dudziński, Sulik i Szymański, pomyślałem, że występ ARRM wyglądał przy sztuce TSM jak wykoncypowany pokaz muzycznych akademików. (Na marginesie, podczas grania ARRM objawił się typ, który miał plan codziennych, darmowych koncertów, upamiętniających „Ryśka Rydla”).

Pod koniec sobotnich harców widać było, że Szymański przeniósł się w inny wymiar. I takie jest granie tria Titanic Sea Moon. Intensywność, którą mogła się pochwalić Ewa Braun.

(o)(o)

„Exit no. 2020”, pierwszy studyjny materiał TSM, wydał Fonoradar Records. Na razie dostępny jest CD, w listopadzie pojawi się winyl.

tomasz lada: apteka. psychodeliczni kowboje. kawałki o zespole przeklętym [in rock; 2020]

Słuchasz historii, ktoś opowiada
Jakiś chłopina kicior ci wkłada
A ty to łykasz od pelikana…

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szybko pochłonąłem książkę. Nawet czytanie „Please Kill Me” nie sprawiło mi tyle przyjemności. Możliwe, że „Kryzys w Babilonie” też wziąłem na jedno przyłożenie.

Tomasz Lada wykonał konkretny kawał roboty. Jeszcze parę lat temu zdarzało mi się uderzać do gości z różnych kapel – często zapomnianych lub takich, które mają status niemal kultowy, ale jednak w dość hermetycznym środowisku – z pytaniem o parę zdań na temat ich zespołów. Część mnie zlewała, część zachowywała się, jakby nie byli mało znaczącym epizodem, a co najmniej Lou Reedem. Dlatego, powtórzę, Lada wykonał kawał konkretnej roboty. No, ale było warto, bo ogarnął historię zespołu, który nagrał być może trzy najlepsze płyty lat 90.; nie byle efemerydy.

W „Psychodelicznych kowbojach” pojawiają się chyba wszystkie istotne osoby, jeżeli chodzi o historię Apteki. Muzycy, którzy grali z Kodymem sto lat temu; ci, co trafili do zespołu na parę miesięcy już w XXI wieku; żony, przyjaciele, przyjaciółki, menedżerowie…

Krótko odpowiem na infantylne, często powtarzające się pytanie o „pisowski” okres w życiu Kodyma (nb. zadają je również ci, którzy oficjalnie popierali Trzaskowskiego). Tak, pojawia się w książce; tak, gadają o nim pełni zdziwienia znajomi Kodymowskiego. Natomiast autor publikacji wydawnictwa In Rock, słusznie, nie uznał ostatniej – żałosnej (trudni uwierzyć, że Jędrzej czuje się komfortowo w towarzystwie debili z „Gazety Polskiej”, czy występując z Wujkiem Samo Zło jako support Jana Pietrzaka) wolty Kodymowskiego za najważniejszy epizod w jego życiu czy też Apteki.

Czy Kodym jest główną postacią „Psychodelicznych kowbojów”? Pewnie tak. W końcu ten niepiękny karakan został obdarzony nieziemską charyzmą (i genialnym poczuciem humoru – można się zlać w gacie, czytając jego opowieści). Mnie jednak przez dużą część książki towarzyszyło wrażenie, że Lada zrobił głównego bohatera z… Macieja Wanata – perkusisty Apteki, który zginął w wypadku samochodowym po nagraniu drugiego z trzech arcydzieł gdynian, płyty „Urojonecałemiasta”. To do dziś dość tajemnicza postać. Wywiad z jego żoną to jeden z mocniejszych fragmentów „Psychodelicznych kowbojów”. Lada próbował zgłębić temat (wiadomo było tyle o Wanacie, że jest ładny i miły). Czy mu się udało? Sprawdźcie sobie.

Co do Lady – żeby nie było całkiem różowo – może męczyć jego maniera zblazowanego krytyka rzeczywistości, podróby jednego z bohaterów Houellebecqa ożenionego z Philipem Marlowe’em, gdy ten akurat wstał lewą nogą. No i nie bardzo kumam te osobisty rozkminy. Naprawdę chuj mnie obchodzi, że zafrasowany Tomek skończył z jakąś laską na chacie. Jest to niewątpliwe jakieś ryzyko, że jak wychodzisz do knajpy w sobotni wieczór, to potem zamiast, jak człowiek, oglądać „Twin Peaks” albo grać w gry, skończysz w domu z fanką Radiohead, ale po co o tym pisać?

Tak czy siak, szacunek dla Lady. Niech jeszcze zrobi książkę o Rafale Kwaśniewskim i PRL i będzie dla mnie bohaterem większym niż Rafał Księżyk.

PS „Psychodeliczni kowboje” kończą się źle. „Jak się ludzie kurwią, to mi się smutno robi”.

PPS Pomyśl o tym, że
Kiedy nas nie będzie
Wszystko zniknie jak we śnie

sea scouts – beacon of hope [1998] / lara rossignol

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

facebook

zum

Rzecz tagowana jako noise rock. Dla mnie to emo, w którym słychać smutek gitar Rein Sanction. Więcej niż dobra płyta, kasująca te wszystkie dzisiejsze wynalazki z krajów Trumpa lub Johnsona.

Jeżeli chodzi o skład Sea Scouts: Tim Evans, związany z wieloma innymi, chyba niezbyt znanymi zespołami, na gitarze i wokalu; Alex Pope, związany itd., na basie i wokalu; perkusistka Monica Fikerle, która gra w zespole Love of Diagrams. Na Bandcampie znajdziemy linki do innych projektów wymienionych muzyków.

Zespół wydał dwie lub – jak kto woli – trzy duże płyty. Oprócz „Beacon of Hope” „Pattern Recognition” (najpierw wydana w 1997, dwa lat później nagrana ponownie).

Mam nadzieję, że w pierwszym numerze chodzi o jakiegoś kolegę zespołu, nie o bandziora z Rosario.

„Beacon of Hope” wyszła tylko na CD i wygląda na to, że płytę Australijczyków z Sea Scouts można zamówić – via Discogs – jedynie w Kanadzie.

PS Nowy WordPress to jest takie gówno dupą wysrane, że może konkurować z nowym Facebookiem.

(o)(o)

Lara Rossignol. Głównie lajfstajlowe badziewie, ale można znaleźć perełki.

wojciech lis: decybelowy obszar radiowy [kagra; 2016]

Czytając ostatnio magazyn „Rock’n’Roll”, który ukazywał się u nas w latach 1990-91, stwierdziłem, że Krzysztof Wacławiak był bodaj jedynym dziennikarzem, który potrafił tak samo doskonale komuś pojechać (dobry przykład to recenzja solowej płyty Grzegorza Skawińskiego), jak i zbudować pomnik („1916” Motörhead). Pomyślałem więc, że poszukam w necie czegoś na temat redakcyjnego kolegi Filipa Łobodzińskiego.

Trafiłem jedynie na krótki tekst Bartka Chacińskiego i zadane w nim pytanie o to, czy ktokolwiek wie, co się dzieje z Wacławiakiem, oraz na wzmiankę o książce „Decybelowy obszar radiowy” Wojciecha Lisa, w której rzeczony redaktor „Rock’n’Rolla” się pojawia. Rzecz jest z 2016 roku i jakoś mnie ominęła.

Sto lat temu, gdy odbierałem sprawdzonych kilka pierwszych rozdziałów pracy magisterskiej, zdziwiło mnie to, jak wiele błędów podkreślił na czerwono mój promotor. Tu jakieś przecinki, tam powtórzenia, „wyciągasz wniosek, to go uzasadnij” itd., itp. Wiadomo, że język polski nie należy do najłatwiejszych, i kontakt z taką osobą, jak ów miłośnik Nicolaia Hartmanna, niewątpliwie pomaga, jeśli chcesz pisać. Choćby na głupim blogu.

Po co o tym wspominam? Otóż „Decybelowy obszar radiowy” wygląda jak taka sobie praca magisterska, której nie przejrzał promotor. Liczby błędów interpunkcyjnych w publikacji wydawnictwa Kagra nie dałby rady popełnić największy matoł z najgorszej szkoły.

Co jeszcze? Nikt książki Lisa nie zredagował pod kątem powtórzeń. Na którejś ze stron Robert Kilen opowiada anegdotę, a na dosłownie następnej… sprzedaje tę samą historię, tylko trochę inaczej. Pewnie autor dwa razy zadzwonił do Kilena i wrzucił obie jego wypowiedzi do swego dzieła obok siebie. Kino.

Tak, autor lubi się  powtarzać. Jeśli wypowiada się Andrzej Marzec, to za każdym razem czytamy, że Andrzej Marzec związany był z PAGART-em. Jeśli buduje swą pozycję nonkonformistycznego trefnisia Krzysztof Skiba, dowiemy się po raz tysiąc pięćdziesiąty piąty, że kodziarz z Big Cyca prowadził audycję „Skiba z masłem”. Po lekturze „Decybelowego obszaru radiowego” już wiem, iż leżąc na łożu śmierci, nie pomyślę o tym, że zjebałem sprawę, nie jadąc na koncert Lou Reeda, albo że to było w sumie fajne życie i szkoda że się już kończy – pomyślę o tym, że Krzysztof Skiba prowadził audycję „Skiba z masłem”.

Serio, w książce Lisa jest tyle błędów, że przypominają mi się najgorzej redagowane ziny z lat 90.

Warto może wspomnieć, o czym jest „Decybelowy obszar radiowy”. Otóż autor, czytamy na stronie wydawnictwa (które używa polszczyzny gorszej niż moja), „na podstawie wywiadów z 70 znanymi dobrze, ale głównie z brzmienia ich głosów, dziennikarzami radiowymi, muzycznymi, przedstawia refleksje, wspomnienia, anegdoty, z długiej półwiekowej historii polskiego radia w jego najlepszym gatunku – audycji muzycznych”.

Możemy poczytać, co mają do powiedzenia m.in. Maciej Chmiel, Filip Łobodziński, Tomasz Ryłko, Paweł Konnak czy Zbigniew Zegler. Ciekawe persony, więc warto po książkę Lisa sięgnąć, choć naprawdę trudno znaleźć drugą tak źle zredagowaną.

Wyróżnia się Ryłko – facet bardziej gadatliwy niż Koñjo, dzielący się swymi spostrzeżeniami o radiu i swojej pracy w nim, ale też poglądami na temat polityki. Jeśli go dobrze zrozumiałem, zamach z 11 września 2001 roku był głównie kreacją medialną. Widać, że chłop, którego poznałem dzięki lakonicznym recenzjom w „Non Stopie” (m.in. płyt Wire i Nomeansno), ma lekkiego szmergla, ale lepsze to niż klepanie formułek. Na marginesie, który to to fanzin zasłynął grafiką podpisaną „Uderz w Ryłko?”, która była pochodną działań „Ryłkołaka”, chcącego promować kapele niezależne poza undergroundem, osoby najwyraźniej zbyt mało inteligentnej, by skumać, że zespoły ze sceny niezależnej są własnością sceny niezależnej i, broń Boże, nie powinny być prezentowane poza tym gettem?

Szkoda, że bardziej pociągnięty za język nie został Maciej Chmiel, bodaj najbardziej inteligentny dziennikarz radiowy, twórca mojej ulubionej audycji, „Ręki boksera”.

No więc dla tych paru najbardziej kumatych osób, które opowiadają o „złotych czasach radia”, warto sięgnąć po „Decybelowy obszar radiowy”. Najlepiej byłoby jednak oddać istniejące egzemplarze książki Lisa na makulaturę, gotowy tekst zredagować, zadiustować oraz skorygować i dopiero wtedy wydać całość na nowo.

PS Wspomniany Wacławiak ma do powiedzenia tyle: „Epizod współpracy z radiem jest w moich wspomnieniach tak zatarty, jakby w ogóle nie miał miejsca. Poza tym radio to nie mój żywioł”.

PPS Biorąc pod uwagę to, co się od dłuższego czasu dzieje w Trójce, śmieszno-strasznie brzmią opinie na temat tego programu jako jednej z ostatnich enklaw prawdziwego, inteligenckiego radia.

PPPS „This is the end of radio and we miss it”. Dla mnie skończyło się mniej więcej w połowie lat 90.

uc project – rck ppr scsrs [2019; gramuzyka nagrania]

bandcamp

facebook

Był taki zespół jak Same Road, który jamował post- i krautrockowo; na Bandcampie można sprawdzić jego cztery płyty. Wyróżniał się nie tylko dobrą muzyką, ale i dowcipnymi tytułami kawałków. Same Road opisywali się jako: „Improvised psych/kraut/space/doom trio”.

Teraz można posłuchać kapeli UC Project (wcześniej Ultimate Collective), którą ze wzmiankowaną wyżej łączy basista Emil Krocz, który także nagrał i zmiksował opisywany materiał (brzmi, swoją drogą, bardzo dobrze), oraz poniekąd tagi. „RCK PPR SCSRS” to – jak piszą sami muzycy – „po trochę wszystkiego. Post – jazz – kraut – impro – rock”.

Mnie UC Project podoba się chyba nawet bardziej niż Same Road, na co wpływ może mieć grający gościnnie na trąbce Cezary Wicikowski. Dzięki niemu koszaliński zespół kojarzy mi się trochę z Abilene, do których mam wyjątkową słabość. Trzeba też zauważyć świetny (może nie licząc końcówki „The Septad”) bas, za który odpowiada wspomniany Krocz.

To jedna z moich ulubionych przegapionych płyt z 2019. „RCK PPR SCSRS” można kupić za jedyne 20 zł.

kurt cobain: about a son [2006] / chasing trane: the john coltrane documentary [2016]

Chciałbym, żeby chciało mi się tak chcieć, jak temu koledze.

(o)(o)

Kurt Cobain: About a Son [reż. AJ Schnack; 2006]

Pomysł prosty, ale oryginalny: lecą bardzo fajnie zmontowane, współczesne obrazki z miejsc, w których żył wokalista i gitarzysta Nirvany, a on sam odpowiada na pytania Michaela Azzerada.

Nie ma w tym gadaniu nic z bełkotu gwiazdora czy celebryty. To w dużym stopniu narzekanie młodego przecież gościa na to, jak wygląda jego życie i świat. Jeśli ktoś jest zwolennikiem tezy, że „pieniądze szczęścia nie dają”, może powiedzieć: „A nie mówiłem?”. Gdyby sam Cobain o tym nie wspomniał, można by zapomnieć, jak popularna była Nirvana, i jak wiele kasy zarobił; to raczej głos gościa, który sprzedał pięć płyt na krzyż albo został wyjebany przez dużą wytwórnię, zanim zdążył się obejrzeć. (À propos pieniędzy, ciekawie i dla wielu pewnie kontrowersyjnie Kurt opowiada o swoim stosunku do ich podziału między nim a Kristem Novoselikiem i Dave’em Grohlem).

Cobain – szczery do bólu współtwórca trzech genialnych płyt, których nie docenić może tylko ostatni jełop; wrażliwy typ biorący heroinę, żeby uśmierzyć ból; na koniec strzelający sobie w łeb młody ojciec. Na korytarzu ogólniaka dowiedziałem się, o tym, że „z własnej woli rozstał się z życiem”.

Duży minus za nielubienie psów, duży plus za identyczny z moim stosunek do pracy. A jeżeli chodzi o to, co bohater filmu Schnacka myślał o dziennikarzach, to mógłby przybić piątkę z Lou Reedem.

Bardzo dobry i wzruszający, a może po prostu smutny, film. Był przez jakiś czas do obejrzenia za darmo na ninateka.pl. Chętnie bym więcej napisał o Nirvanie, ale może innym razem.

(o)(o)

Chasing Trane: The John Coltrane Documentary [reż. John Scheinfeld; 2016;]

Najlepszy sposób na dokument: archiwalia plus gadające głowy. Żadnych atrakcyj typu fabularyzowane scenki. W filmie Johna Scheinfelda za gwiazdę robi co prawda Denzel Washington, ale jego rola ogranicza się do czytania tego, co miał do powiedzenia John Coltrane – z offu, aktor nie pojawia się na ekranie.

Pojawia się za to parę innych osób: Sonny Rollins, Wynton Marsalis, syn Trane’a – Ravi, jego pasierbica Michelle, Carlos Santana… Nawet Bill Clinton gada do rzeczy. Wyobraźcie sobie, że Bolek lub Komor nawijają o, dajmy na to, Tomaszu Stańce.

Nie jest to idealny film. Chwilami jest nudnawy, ale nie o długość chodzi, bowiem trwa jedynie godzinę i 40 minut. Scheinfeld chyba po prostu zbyt wiele rzeczy chciał zmieścić w tak krótkim czasie – nie dając widzowi „wejść w swoje dzieło” – przez co po macoszemu została potraktowana chociażby żona Coltrane’a – Alice (była przecież najważniejszą osobą w jego życiu, no i nie realizowała się poprzez bycie partnerką geniusza, lecz dzięki muzyce – sama grała przez całe życie, również z Nim).

Trochę to wszystko nie trzyma się chwilami kupy: dużo osób gada, potem nagle mamy długi fragment muzyczny; tu jakiś ciekawy motyw przeleciany na szybko, to nagle dłuższa wizyta w Japonii (to, swoją drogą, temat na osobny film)… Albo reżyser i scenarzysta w jednej osobie się pogubił, albo ktoś mu namieszał w gotowym dziele.

Jednak wspomniane archiwalia, genialna muzyka i Benny Golson płaczący kilkadziesiąt lat po śmierci przyjaciela, sprawiają, że warto „Chasing Trane” włączyć. Piękny jest też – o czym wyżej – fragment z japońskim fanem twórcy „Giant Steps”, który, by mieć gdzie trzymać pamiątki po idolu, postawił specjalny budynek.

A to, że z całej historii dowiadujemy się, że John William Coltrane był nie tyle świętym, co Bogiem (choć to, że grzał, nie mogło zostać pominięte), jakoś mi nie przeszkadza. Warto czasem obejrzeć laurkę. Zwłaszcza że na jednego świętego przypada stu pedofilii i seryjnych morderców, o czym zresztą można się dowiedzieć z innych dokumentów Netflixa.

the zulus – the zulus [1985] / lisette model

linki w komentarzach / links in comments

greenworld records

the legendary rich gilbert

Okładka płyty wydanej przez Greenworld Records miała ładniejszy kolor niż ta z Roadrunner Records:

The Zulus poznałem dzięki źle przeczytanej albo napisanej informacji, że był to zespół, z którego narodził się Sugar albo zespół powstały po rozpadzie autorów „Copper Blue”. Tak naprawdę ta kapela to pochodna zakończenia działalności przez inną, Human Sexual Response. A okazało się, że w The Zulus grał jeden gość, który potem współtworzył Sugar – Malcolm Travis.

„The Zulus” to bardzo dobry materiał, na którym tzw. alternatywny rock spotyka new wave. Trzy czwarte muzyki lat 80. do pewnego momentu kojarzyło się z new wave.

Po self-titled z 1985 roku The Zulus nagrali drugi materiał, „Down on the Floor”, wyprodukowany przez Boba Moulda.

Trudno mi nie lubić pierwszej płyty zespołu, trudno też zapałać sympatią do drugiego LP, bo to jakiś nieciekawy (hard)rock. Choć i na „Down on the Floor” można znaleźć dobre momenty. Chwilami brzmienie gitar, kawałki „Skinny Dip” i „Gotta Have Faith” oraz ślady klimatu new wave sprawiają, że jednak zostawię sobie tę płytę na dysku. Choć pewnie już nigdy jej nie włączę.

A ten rok przyniósł trzypłytową składankę „Cockfight in a Bullring”, za którą stoi Rich Gilbert, który poza The Zulus, grał jeszcze m.in. z Franckiem Blackiem. Nikt nie pamięta o twoim zespole, więc sam o nim przypomnij.

Jak ktoś ma ochotę, może nauczyć się dzięki Richowi grać na gitarze. 25 dolarów za pół godziny, 45 za godzinę albo pakiet: 5 razy 30 minut za 100 dolców. O wszystkim można poczytać na bardzo fajnej stronie artysty. Oby nie uczył zagrywek z „Down on the Floor”. Można sobie też sprawdzić eklektyczne plejlisty Richa, na których Alice Cooper spotyka się z Brianem Eno.

Na marginesie, kiedyś wrzuciłem Sugar na blog. Link do pobrania płyty ostał się całe pięć sekund.

(o)(o)

Lisette Model (Elise Amelie Felicie Stern; 1901-1983). Przydałaby się jakaś biografia na jej temat, bo fakt, że uczyła Diane Arbus, wcale nie był najciekawszy w jej życiu.

giant henry – big baby [1991; 2013] / václav jírů

linki w komentarzach / links in comments

numero group

unwound

Strach ostatnio wejść na Facebook, bowiem co chwilę pojawia się news o śmierci jakiegoś artysty czy artystki. I tak, w ostatnich dniach można było się dowiedzieć, że odeszła nasza największa wokalistka Ewa Demarczyk, potem informacja, że zmarł Piotr Szczepanik, bez którego również trudno wyobrazić sobie polską piosenkę.

Pamiętam, jak pan Piotr w telewizyjnym programie „Muzyka łączy pokolenia” zinterpretował po swojemu „Szuwary” Pedalsów (Maleńczuk zaśpiewał „Nigdy więcej”). „Szu-szu-szu-szuwary” – czuł się jak u siebie.

Swoją drogą, wydaje się to niesamowite, że ów program prowadziło dwóch gości ewidentnie zajebanych jak meserszmity. Masz swój program w TVP, gadasz z Ewą Bem czy Haliną Frąckowiak – i jesteś pod wpływem heleny. Śmieszne i straszne.

Wracając do śmierci artystów, smutna wiadomość przyszła również ze Stanów. W wieku 47 lat zmarł Vern Rumsey, basista jednego z najlepszych zespołów lat 90., Unwound. Przyczyna śmierci nie została podana.

Unwound już kiedyś wrzucałem, więc tym razem niech będzie Giant Henry – zespół, z którego powstali twórcy „Leaves Turn Inside You” (po drodze był jeszcze band Cygnus X-1, który chyba nie zostawił żadnych nagrań). Z Rumseyem grali w Giant Henry również Justin Trosper i Brandt Sandeno. Tego ostatniego zastąpiła w Unwound Sara Lund.

„Big Baby” to konkretny wpierdol, w którym wcześni Unwound spotykają Nirvanę z „Bleach”. Czuć w tym energię, za którą dzisiejsze kapele tęsknią jak Arkadiusz Onyszko za rozumem. Jakość nagrań (końcówka to amerykańska piwnica A.D. 1991) mogłaby wywołać niesmak u Marcina Kydryńskiego, ale jebać to (i jego).

Wspaniały zapis amerykańskiego undergroundu początku lat 90.

A wrzucam to po obejrzeniu niewesołego filmu z Kurtem Cobainem w roli głównej.

***

Václav Jírů (1910-1980). Nie ma chyba fajnej strony na temat tego czeskiego fotografa. Warto poszukać jego zdjęć.