yedo gibson and paweł doskocz with andrew lisle and vasco furtado – spontaneous live series 004 [spontaneous music tribune; 2020]

spontaneous music tribune

paweł doskocz

yedo gibson

andrew lisle

vasco furtado

Paweł Doskocz pojawił się na pewno dwa razy na 10 fucking stars: przy okazji postów o dwóch świetnych zespołach – Strętwie i Bachorze. Miałem też okazję zobaczyć go na żywo – w salce katowickiego klubu Drzwi Zwane Koniem zagrał w duecie z perkusistą Wojtkiem Kurkiem. W nie tak dawnych czasach, gdy kilkanaście osób mogło przebywać w jednym pomieszczeniu i nie bać się śmierci i/lub mandatu.

Doskocz był tak miły, że podesłał mi trzy swoje płyty z zeszłego roku. Wiadomo, chłop robi w muzyce improwizowanej, a tacy to potrafią się ścigać nawet z Omarem Alfredo Rodríguezem-Lópezem, kto więcej wyda w ciągu roku.

Wrzucę po parę zdań w osobnych postach na temat trzech podesłanych materiałów (choć pewnie zapału starczy mi na ten jeden). Nie będą to wnikliwe recenzje, bo – po pierwsze – nie jestem wnikliwy, po drugie – nikt normalny nie umie dobrze pisać o takiej muzyce, po trzecie – te płyty raczej nie trwają kwadrans.

Zaczynamy od…

Yedo Gibson / Paweł Doskocz / Andrew Lisle / Vasco Furtado – Spontaneous Live Series 004 [Spontaneous Music Tribune; 2020]

Pierwsze trzy utwory zostały zarejestrowane podczas koncertu w poznańskim Dragon Social Club (listopad 2018), Yedo Gibsonowi (Brazylia, saksofon tenorowy) oraz Pawłowi Doskoczowi (Polska, gitara elektryczna) towarzyszył Andrew Lisle (Wielka Brytania, perkusja). Kawałki 3-6 pochodzą z grania w tym samym klubie (kwiecień 2019), tyle że za bębnami siedział Portugalczyk Vasco Furtado.

Po spokojnym początku (miotełki, ambientowa gitara i powściągliwy saksofon) panowie zaczynają szaleć. Mniej więcej w połowie (kapitalny fragment) pierwszego utworu Gibson, Doskocz i Lisle osiągają natężenie dźwięku, które powinno być finałem, jeśli nie całej płyty, to chociażby tego kawałka. A pojawia się to niemal na początku. Jebać konwenanse.

W drugim utworze zaskoczyć może gitara Doskocza, chwilami mocno rockowa czy wręcz bluesowa. Tu znów w pewnym momencie trio zaczyna zdrowo napierdalać i można pomyśleć chociażby o płytach Paala Nilssena-Lovego, który nagrywał m.in. z Kiko Dinuccim, Frodem Gjerstadem i Akiro Sakatą jazzowy jazgot z gitarą w składzie. Zdecydowanie „Spontaneous Live Series 004” nie jest czymś, co mógłby puścić mój Szanowny Imiennik, Kydryński.

Trzeci numer to popis wydającego osobliwe dźwięki Gibsona.

Później mamy już kawałki z Furtado.

Na dzień dobry na pierwszy plan wysuwa się Doskocz z ribotowskim graniem. Przez chwilę wydaje się, że Furtado nie łapie takiego feelingu z Pawłem i Yedo, jaki łapał angielski bębniarz, ale zaraz wszystko zaczyna grać jak należy. I znów – podobne odczucie miałem przy „II” – chętnie bym w pewnym momencie usłyszał wiolonczelę. Mogłaby zagrać na niej Julia Kent.

W „V” Gibson od razu pokazuje, że do złapania za saksofon raczej nie zainspirowała go gra Candy Dulfer w „Lily was Here” (choć kto wie?). Najpierw to jego utwór, za chwilę zaczyna fajnie „gadać” z Doskoczem.

Zamykający płytę kawałek – z odlotem Gibsona, ambientową, idealnie schowaną gitarą Doskocza i Furtado, który przez chwilę gra, jakby miał dwie pary rąk – to chyba najlepszy fragment „Spontaneous Live Series 004”.

Włączcie sobie ten materiał. Zwłaszcza dla Yedo Gibsona. Rodak Sócratesa jest rewelacyjny.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

krig i hudik ‎– iii [2019] / jean-françois jonvelle

linki w komentarzach / links in comments

discogs

skrammel records

Słuchałem jakiś czas temu winylowego wznowienia płyty „legendy polskiego HC”. Abstrahując od poziomu tej kapeli (kwestia gustu), po uszach uderzyło od razu to, że materiał nie został w ogóle zremasterowany. Ot, staroć z kasety czy CD wydany na winylu, bo sentymentalny punk kupi wszystko w tym formacie i poprosi o więcej. To pewnie ci sami, którzy za starych czasów pytani, jak było na Ewie Braun, mówili, że nie poszli, bo to jakieś dziwne granie.

A można przecież inaczej: robić selekcję. Piję zarówno do wydawców, jak i kupujących, ale też muzyków (OK, wiem, że „punkowy muzyk” może brzmieć śmiesznie), którzy mogliby się zastanowić, czy każdy pierd, który wydali z siebie 20-30 lat temu, wart jest winylu. A nawet jeśli jest, to czy warto wydawać coś, co brzmi jak kaseta sprzed dwóch-trzech dekad.

Jako przeciwwagę dla nich można przedstawić album zespołu Krig i Hudik (czyli „Wojna w Hudiku”. To tytuł kawałka starego zespołu Missbrukarna z urokliwej miejscowości Hudiksvall – tej samej, z której pochodzą bohaterowie tego postu, na płycie z 2009 r. coverujący zresztą ten numer).

Panowie z Brainbombs, No Balls, Orchestra of Constant Distress, Totalitär i in. nagrywają na nowo numery starych, szwedzkich kapel (i bodaj dwa własne) w taki sposób, że brzmią oldskulowo, ale nie jak gówno.

No właśnie, część tych utworów została na nowo zarejestrowana właśnie dlatego, że 100 lat temu brzmiała kiepsko. Z drugiej strony, jak pomyślę, że nasi punkowcy mieliby nagrać stare rzeczy na nowo…

Żeby nie było – wychodzą u nas również sensowne wznowienia. Bardzo podobała mi się chociażby „Twoja twarz” ID (Refuse, 2019); po latach armijne brzmienie krakowskiego zespołu (płytę zrealizował Robert Brylewski w Złotej Skale) nie przeszkadza, lecz jest atutem. A z pozapunkowych rzeczy, wiadomo, nic nie dorówna wznowieniom dwóch płyt Thing: „Rudder” i „Killwater”. No, chyba że Dump.

Tymczasem zapraszam do słuchania starych, szwedzkich brudasów.

(o)(o)(o)

Jean-François Jonvelle

dmnsz – nocturnal animals [antenna non grata; 2020]

dmnsz

antenna non grata

Jak recenzować elektronikę, kiedy wszystko kojarzy ci się z Pan Sonic? I niekoniecznie musi chodzić o ogromny wpływ panów Vainio i Väisänena na ten rodzaj muzyki, lecz o to, że tak naprawdę mało jesteś obyty w tej materii.

Czy w przypadku tzw. experimentalu nie występuje taki sam problem, jak w przypadku, dajmy na to, współczesnej rzeźby czy malarstwa? To znaczy: nieważne – co, ważne – kto. Przykładowo, jeśli coś dobrego nagra 19-letni Marek z Katowic, ludzie to oleją, a jeśli coś na podobnym poziomie wypuści wspomniany Väisänen, będą cmokać z zachwytu.

Czy te podejrzenia nie wynikają wyłącznie z mojego nieosłuchania i czy nie dotyczą też każdej innej, bardziej przystępnej muzyki?

Wreszcie – czy ten wstęp nie bierze się z chęci ucieczki od pisania o tej płycie, bo przecież dużo łatwiej wklepać parę zdań na temat czegoś, co ma bas, gitary, wokal, zwrotkę i refren? Bo wiem, że muzyka elektroniczna (nawet wspomniany Pan Sonic) nigdy nie porwie mnie tak, jak chociażby „Atomizer” Big Black, który właśnie leci?

***

„Sygnały dźwiękowe emitowane przez energię elektryczną, sprzężenia zwrotne, szumy z kaset czy buczenie spalonego głośnika. Przepływają przez kable i zapętlają się we wzory.
DMNSZ to poszukiwanie w tych wzorach zapomnianego języka”
– czytamy na Bandcampie Antenny Non Grata, wydawcy nowego materiału DMNSZ (czytaj: demonszy).

Zaczyna się od przykrótkiego i przez to robiącego wrażenie nie do końca potrzebnego noisowe’ego wstępu. Drugi numer to na początku znów noise, ale zaraz pojawiają się brudne i „przyduszone”, „trybalne” bębny (czy też elektronika, która całkiem udanie je podrabia), wyrzucone znów na dalszy plan przez noise’owe zakończenie.

Trzeci utwór, „Krucze”, to niemal dub techno, zagrane na zepsutych maszynach, przyprawione pansonicowym (nie mogłem się powstrzymać) brudem. Czwarty, „Murmur”, niesie na myśl ponurą scenę przemarszu jakiegoś wirtualnego, zmęczonego wojska przez martwe miasto.

Można by opisywać każdy z tych numerów po kolei. Zakładasz słuchawki na uszy (tylko uważaj, żeby „Ości” nie rozsadziły ci bębenków), zamykasz oczy i wyobraźnia sama zaczyna działać. Nocne zwierzęta z dobrze zrobionego horroru wychodzą ze swoich kryjówek, szukając pożywienia na spalonej ziemi i w zniszczonych fabrykach.

***

Warto nadmienić, że CD został bardzo ładnie wydany. A na dowód, że dokładnie wysłuchuję (i to kilka razy, czego już nie udowodnię) recenzowanych płyt od początku do końca, informuję, iż tych, którzy dotrwają do dziesiątego „Tlisi”, czeka jeszcze długa niespodzianka.

Dla mojego ucha „Nocturnal Animals” jest najprzyjemniejsza, gdy pojawia się rytm. DMNSZ trafił na listę artystów, których nowe nagrania zawsze będę miał na uwadze.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

„kto wierzy w szatana, musi być pojebany, nie?” – podsumowanie 2020, cz. II

Pierwsza dycha podsumowania 2020 roku bardzo ładnie się ułożyła, więc nie chciało mi się pisać drugiej części, ale zapomniałem wspomnieć o dwóch wydawnictwach, którym kibicuję, tak że wypada to nadrobić.

FONORADAR RECORDS

Dawno temu dwóch początkujących biznesmenów wydało dwie kasety świetnego niemieckiego zespołu Couch – „Etwas Benutzen” (słuchałem wczoraj – gra jak ta lala) i „Fantasy”. Wydajesz kasety, ale pod szyldem „Vinyl” – można i tak. Na ten nośnik zapotrzebowanie się skończyło i nic poza Couch już się nie ukazało w Vinylu.

W dziwnym, pandemicznym roku panowie wrócili jako Fonoradar Records i, mówiąc krótko, rozjebali – tym razem na winylach i CD. Titanic Sea Moon, wznowienie „Killwater” Thing, nowy June of 44, kapitalny Luggage, Columbus Duo i Guiding Lights… W 2021, który pewnie będzie jeszcze gorszy niż kończący się rok, też pojawią się ciekawe rzeczy.

Zapomniałem wspomnieć nie o dwóch wydawnictwach, lecz trzech, bowiem mamy jeszcze

PAWLACZ PERSKI i PATALAX

Eksperymentalna muzyka na… kasetach, dużo dub techno, którego jestem może nie fanem, ale na pewno sympatykiem.

Jest Pawlacz Perski, ale jest też Patalax, który powstał również chyba po to, by opowiadać krótkie, psychodeliczno-surrealistyczne bajki. A może sublabel Patalax zawładnął Pawlaczem? Ten wydał w tym roku tylko dwa materiały (Jachna/Ziołek/Buhl i Wojtek Traczyk), ten od bajek – cztery . W tym bodaj najciekawszy: „Mulet” Monte Omok. Ale może tylko dlatego najciekawszy, że dopiero czeka u mnie na odsłuch kaseta „Bezruch” Mechu.

Przejdźmy do drugiej dziesiątki mych ulubionych płyt:

(o)

facsvoid moments [trouble in mind records; 2020]

Post-punk i noise rock obok często rozbuchanego napierdalania mają też nurt minimalistyczny. Warto w tym miejscu wymienić australijskie My Disco (świetni byli na „Severe” [2015], na „Environment” [2019] od minimalizmu przeszli do pretensjonalności) oraz Luggage (kapitalna „Shift” [2019] i nie gorsza „Three” [2017], wydana u nas przez wspomniany Fonoradar). FACS grają w tej samej lidze i mniej więcej w tę samą grę, choć mam wrażenie, że na „Void Moments” nieco odeszli od swej surowości. Pytanie, czy słusznie. Tak czy siak, płyta świetna.

(o)(o)

the budos bandlong in the tooth [daptone records; 2020]

Pod tym fajnym tytułem kryje się najlepszy istniejący soundtrack do najlepszego nieistniejącego amerykańskiego sensacyjnego filmu z lat 70.

(o)(o)(o)

pay for painpain [dark medicine; 2020]

Można grać w 2020 tzw. indie rock i nie być miałkim. Ta płyta to – może to krzywdząca opinia – tak naprawdę dwa numery: otwierający całość „Fallen Angel” i zamykający – „Until I Walk Through the Flames”. Paradoksalnie, gdyby Pay for Pain wydali singiel, uznałbym, że to za mało, żeby ich wrzucić do tego zestawienia.

(o)(o)(o)(o)

incantationsect of vile divinities [relapse records; 2020]

Nigdy nie pokocham death metalu z powodu komicznego imidżu oraz debilnego przekazu, ale ta płyta to po prostu 12 doskonałych, ponurych numerów legendarnej kapeli, które fantastycznie wwiercają się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)

oily boyscro memory grin [cool death records, static shock records; 2020]

Brudny jak dupsko szatana punk czy tam hardcore Australijczyków po części związanych z doskonałą postpunkową kapelą Low Life. Dlaczego można grać tak dobrze punka? Chyba nie dlatego, że się nie jest z Polski. A może?

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

odrazarzeczom [godz ov war; 2020]

Chwilami płyta może irytować tym zaśpiewami à la górale, którzy wyszli z siłowni ze śpiewem na ustach, albo gitarami, jakby gościnnym występem raczył nas Grzegorz Skawiński. Ale tak czy siak, Odraza to obecnie bodaj najlepszy metal w tym kraju, z na dodatek niegłupimi tekstami (Furia przegrywa kretyńskimi lirykami Nihila). Inna sprawa, że jak popatrzysz na plecy koszulek Odrazy, widzisz, że jest to jednak, niestety, fucktycznie metal.

A jak bywa tak se na „Rzeczom”, to trzeba się wsłuchać wyłącznie w grę perkusisty – dobry typ. Nie wiem, czy lepsza ta płyta, czy surowa „Esperalem tkane”. Na pewno obejrzałbym krakowski zespół na żywo.

Bardzo ładna okładka. Plus ksywa Stawrogin (oczytani metale odczuwają dumę).

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

młody dzbanżycie na parkingu (edycja żałosna) [2020]

Najpierw miałem tu wrzucić Oranssi Pazuzu, ale jak ostatnio słuchałem tegorocznej płyty Finów – „Mestarin Kynsi”, to w sumie miałem lekkie kino. Ten śmieszny wokal plus to muzyczne zadęcie – co za pierdolety. Więc niech będzie zamiast nich Młody Dzban – za porównania i wsamplowanie bohaterów „Chłopaków z baraków”.

A w ogóle to przecież Smarki wrócił:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

columbus duo and guiding lightscolumbus duo avec guding lights [fonoradar records; 2020]

Głównie z powodu dwóch znakomitych numerów Columbus Duo.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jarsджрc III [pogo records; 2020]

Klasyczny, można powiedzieć, noise rock, ale to po prostu Jars, nie kolejna podróbka Unsane. Żeby tak u nas grano jak w Moskwie… I pomyśleć, że ludzie zachwycają się nową płytą METZ.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

neil young & crazy horsereturn to greendale [reprise records; 2020]

Koncert z 2003 r., prezentujący materiał z płyty „Greendale” wydanej w tym samym roku. Trochę od czapy wydawnictwo w tym zestawieniu, bo archiwalne, ale był to wspaniały występ, zwłaszcza „Be the Rain” chwyta za serce.

Young nagrywa w domu, wydaje archiwalne nagrania (w tym roku ukazało się 10-płytowe „Neil Young Archives Volume II: 1972–1976”, zawierające m.in. materiał z sesji z „Zumy”) – 75-letni Kanadyjczyk zawstydza młodych.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

tarlive i inne

2019 był rokiem koncertówek Sonic Youth. W końcu znudziły mi się te bootlegi, a czarę goryczy przelały kiepskie „Rarities 2”. W tym roku z miłą chęcią odsłuchiwałem za to nagrań live jednej z moich ulubionych kapel lat 90., Tar.

Ach – uwaga, piszę jak Krzysztof Varga – pójść na koncert, i stresować się, czy aby na pewno zagrają „Dark Mark” i „Viaduct Removal”.

Oprócz koncertów (sami twierdzą, że w najwyższej formie byli, gdy grali z The Jesus Lizard), ukazała się płyta z nagraniami z prób „Abogados!” oraz materiał zespołu Luckyj, w których grało bodaj dwóch typów z Tar.

Szanuję za to, że zamiast wydawać te rzeczy na winylach, po prostu wrzucają je za dolara lub za darmo na Bandcamp.

***

Nie rozumiem ludzi, którzy ględzą o tym, że kiedyś było lepiej, że teraz nie ma dobrych płyt itp. Kiedyś było lepiej, kondonie, bo ważyłeś o 20 kilo mniej, a twój kac trwał dwie godziny, nie dwa dni. I tyle. Przecież obecnie świetnych polskich płyt wychodzi tyle w ciągu roku, ile kiedyś przez dekadę. Za granicą też dają radę.

Śmieszą mnie podsumowania z 50 albo setką pozycji, ale sam mógłbym dołożyć do tych swoich dwudziestu płyt wiele innych. Oto parę dodatkowych:

Jest tego od groma.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

„dziękujemy rodzicom za to, że nie ulegli pokusie aborcji” – podsumowanie 2020, cz. I

Powoli żegnamy ten pojebany rok. Oto jego szalenie potrzebne podsumowanie.

***

Zacznijmy od najlepszej okładki. W zeszłym roku była to „High Anxiety” Oozing Wound (to również moja ulubiona płyta 2019; szkoda, że Thrill Jockey tak kiepsko wydał winyl), w tym zdecydowanie wyróżnia się obrazek ze „Still Laughing” GAG (swoją drogą, bardzo dobra rzecz). OFF Festival 2018, „Tylko kiedy się śmieję”.

***

Zanim wymienię swoje ulubione (niekoniecznie najlepsze) płyty 2020, słówko o rozczarowaniach. Na pewno nie wrócę do dziwadła, które wydali wspomniani Oozing Wound. Daniel Blumberg po fantastycznej „Minus” przynudził na „On&On”. June of 44 wydali nowe wersje starych kawałków (w tym dwa potrzebne jak relaxy na Wyspach Kanaryjskich remixy) – jakieś to mięciutkie, zwłaszcza wokal; przykra niespodzianka. Wacław Zimpel oczywiście super, ale wciąż czekam na coś, co podejdzie mi tak bardzo, jak „Lines” czy LAM. Coriky mnie nie rozczarowało, bo nie licząc Ataxii, nie podchodzą mi rzeczy, które nagrywają byli członkowie Fugazi. À propos Ataxii, John Frusciante znów nagrał średnio fascynującą, elektroniczną płytę. Nie dał też wiele radości Thurston Moore, ocierający się o autoplagiat na „By the Fire” – gdy leci „Hashish”, czekam, aż dryblas z Florydy zacznie śpiewać „Sunday comes alone again…”. OK, koniec.

Pewnym – bo niewiele się spodziewam – rozczarowaniem jest postępujący upadek dziennikarstwa muzycznego. Do jego głównego atrybutu, nudy, doszedł kolejny: polityczna poprawność. Oto dziennikarz „Polityki” kończy recenzję płyty Siksy puentą: „Jeśli wam się podoba, to właśnie o to chodziło. Jeśli wam się nie podoba – tym bardziej”. Tak więc, czytelniku miły, jeśli nie cieszy cię wyżej wzmiankowana pozycja fonograficzna, to nie dlatego, że jest pretensjonalnym, asłuchalnym gniotem – po prostu masz, chłopie (damy, jakżeby inaczej, a priori lubią Siksę), problem ze sobą, z kobietami, może chciałbyś wstąpić do Straży Narodowej. Wspaniała dialektyka. Niech już ten dziennikarz zostanie lepiej przy wygłaszaniu laudacji dla Dawida Podsiadły.

Nie ma już – poza wyjątkami – gdzie poczytać o muzyce. Tak jak nie ma gdzie poczytać o piłce nożnej.

À propos czytania, oto trzy najlepsze książki o muzyce, jakie zmęczyłem w tym roku:

Pisałem o drugiej i trzeciej.

Aha, była jeszcze „Please Kill Me”, ale ona wyszła u nas wcześniej, w 2018.

***

OK, oto ulubione płyty:

(o)

lottohours after [endless happiness; 2020]

Najlepsza płyta najlepszego obecnie zespołu.

recenzja

(o)(o)

titanic sea moonexit no. 2020 [fonoradar records; 2020]

Bałem się rozczarowania, jednak okazało się, że panowie nagrali fantastyczny materiał. Koncert TSM we Wrocławiu był ostatnim, jaki zobaczyłem w 2020, i jednocześnie najlepszym. Gdyby nie było kowidu i zaliczyłbym więcej występów artystycznych, pewnie i tak sztuki tria Dudziński – Sulik – Szymański nikt by nie przebił.

Tu miał się pojawić wtręt na temat niedoszłego wydawcy TSM, ale nie lubię kopać, więc omijam temat.

(o)(o)(o)

próchnoniż [gusstaff records; don’t sit on my vinyl; 2020]

Zespół, mam wrażenie, niedoceniany. Wierzę, że kiedyś to się zmieni.

recenzja

(o)(o)(o)(o)

świetliki – wake me up before you fuck me [karrot komando; 2020]

Pod tym niespodziewanym tytułem kryje się kontynuacja ponuractwa „Sromoty”, w tym trzy mocne, depresyjne szlagiery („Monochron”, „Welocyped”, „Śmiertelne piosenki”). Gdyby jeszcze ta płyta została lepiej nagrana… Wydanie z pretensjonalną pocztówką zamiast tekstów.

Ale za to piosenka roku:

I fragment wywiadu roku:

(o)(o)(o)(o)(o)

brainbombscold case [skrammel records; 2020]

Seryjny morderca jest zmęczony, wręcz cierpiący („In sunshine or rain / I don’t go out / I’m in pain”), ale wciąż wwierca się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

geldbeyond the floor [iron lung records, static shock records; 2020]

Choć zdarzają się wyjątki (pierwszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to Torpur), polski punk muzycznie wciąż stanowi pojarocińską, dezerterową traumę, tekstowo zaś uskutecznia moralizatorstwo, które za serce może chwycić co najwyżej albo jednostkę co prawda dorosłą, lecz niezbyt żwawą intelektualnie, albo małego Jasia odmrażającego uszy na złość mamie.

Czy punk musi być drętwy? Czy Szymek musi się zgadzać z Krzychem, sprawdzając po drodze, co myśli Darek i inne GWpunki? Niekoniecznie, o czym świadczy pierwsza z brzegu płyta Iron Lung Records. Chociażby tegoroczny materiał australijskiego GELD. Wpierdol. Aha, to nie jest „album pierwszy z brzegu”, to doskonała płyta.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

moron’s moronslooking for danger [slovenly records; 2020]

Gdy pierwszy raz włączyłem mp3 z tym materiałem, pomyślałem, że tylko omyłkowo zapisałem go w folderze do ewentualnych recenzji z polską muzyką. Moron’s Morons są zupełnie pozbawieni tutejszych smętnych przyległości, ale nie są podróbą: są autentyczni i pojebani. Garażowy punk najwyższej próby.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

sprainas lost through collision [flenser records; 2020]

Wehikuł czasu z LA. Trudno uwierzyć, że ten materiał nie jest znaleziskiem z lat 90. Jeden z nielicznych zespołów czerpiących garściami z tamtej dekady, który nie odstaje od najwybitniejszych przedstawicieli amerykańskiego, alternatywnego grania tamtych czasów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

the microphonesmicrophones in 2020 [p.w. elverum & sun, ltd., 7 e.p.; 2020]

Po kilkunastu latach Phil Elvrum nagrał znów coś pod szyldem The Microphones. Słyszałem, że nudzi i zamienił się w Kozelka. Po pierwsze – nie nudzi, po drugie – daleko mu do pretensjonalności byłego lidera Red House Painters.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dynasonic#2 [instant classic; 2020] / bootleg [czarny kot rec., dym recordings; 2020]

Ci to co chwilę goszczą u mnie na blogu albo na fejsie, więc wrzucę tylko linki do recenzji obu tegorocznych wydawnictw „klasyków dubwave’u”: „#2” i „Bootleg”.

***

2020 to również czas wielu wznowień. Mnie bardzo ucieszył winyl mojego ulubionego francuskiego zespołu Doppler, „Si nihil aliud”, wydany przez Bigoût Records. Trzeba było czekać na to 16 lat.

cdn.

pontiak – living [2010] / walter chandoha

linki w komentarzach / links in comments

pontiak

thrill jockey

10 lat temu wiązałem wielkie nadzieje z nowymi kapelami psychodelicznymi. Dawały ją takie płyty jak „jedynka” i „dwójka” Wooden Shjips, self-titled White Hills, jedyny materiał Coconuts, któryś z longów Eternal Tapestry, „On Patrol” Sun Araw…

Po chwili oczywiście okazało się, że jakość poszła w ilość. Wystarczy spojrzeć na dyskografie White Hills czy zwłaszcza Eternal Tapestry – napierdalają tych płyt jak dżezmeni. Dziś rzadko zdarza się jakiś materiał zespołu parającego się psychodelią, którego nie zbywam wzruszeniem ramion. A tegoroczny White Hills… No cóż, po raz drugi raczej go nie włączę.

„Nowa psychodelia” nie zniknęła. Po prostu zaczęła nudzić, zjadać własny ogon itp. Przychodzi do głowy myśl, że nie można zrobić rewolucji, opierając się na tradycji, ale zaraz przypomina się banalny przykład Nirvany i człowiek orientuje się, że jednak można.

Z tamtego, złotego okresu neopsychodelii wrzucam „Living” – fantastyczną płytę Pontiaka. To surowy, minimalistyczny, miejski psychodel, ożeniony ze stonerem, folk-rockiem Neila Younga czy nawet noise rockiem, niemający wiele wspólnego z hipisowskimi klimatami.

(o)(o)

Walter Chandoha (1920-2019) – gość, który zrobił ponoć 90 tys. zdjęć kotów.

Miał swoją stronę internetową, ale ta jest już niestety nieczynna. Znak czasów – wszystko jest na Facebooku, Instagramie, Pintereście i innych gównach, zwykłe strony internetowe padają. Ostatnio np. zniknęła świetna stronka o Brainbomsach.

Zawsze gdy wrzucam coś o kotach, czuję się nie w porządku wobec swojego psa. Właśnie odkryłem, że Chandoha był też wybitnym fotografem tych czworonogów, więc nadrobię następnym razem.

human rites – birth [2019; chyba wyd. własne]

bandcamp

facebook

thornbury records

Dostałem tę płytę we wrześniu ubiegłego roku, spodobała mi się, ale jakoś nie mogłem się zebrać, żeby napisać o niej parę zdań.

***

Human Rites to australijski zespół, określający swoje granie miło brzmiącymi słowami „kraut”, „noise”, „psych”, „doom” i „outsider music”. Czyli może to mówić wszystko i nic. Najbliższy prawdzie wydaje się być „psych”. Jest to jednak psychodelia dość żwawa, nikt tu raczej nie pali tyle, co Ricky LaFleur. Dodałbym jeszcze skojarzenie z angielskim Prolapse i postpunkowe klimaty („Varanasi Drivers”).

***

Tak sobie myślę, że „Birth” się bardzo dobrze słucha (może poza nieudanym „King”), ale niespecjalnie wbija się ten materiał w kiepełę – może dlatego nie dałem rady się wziąć za pisanie o nim. Paradoksalnie dzięki temu jest szansa, że będę do niego wracał, bo w pewnym sensie za każdym razem słucha się go jakby pierwszy raz.

***

W tym roku wyszła epka „Fore”. Muzyka improwizowana ponoć, co średnio – przynajmniej mnie zachęca – zachęca. Ale do sprawdzenia.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dynasonic – bootleg [czarny kot rec. / dym recordings; 2020]

dynasonic

dym recordings


fot. Paweł Zanio

Ledwo co wymienialiśmy z kolegą opinie, który materiał Dynasonic lepszy (według mnie „#1”, według niego #2”), a tu cyk – pojawił się „Bootleg” (po drodze był jeszcze „#1 Remixed”, który niespecjalnie – chyba jak każdy remix – mi podszedł).

W press kicie czytamy, że to najlepsze nagrania naszych dubwave’owców. I całkiem możliwe, że nie jest to standardowa śpiewka artystów: „najlepsze jest to, co najnowsze”.

„Bootleg” składa się z dwóch utworów. Najpierw mamy „#D3”. Taki sam tytuł nosi kawałek otwierający wspomnianą #2” i nie jest to niedopatrzenie, bowiem mamy do czynienia z wydłużoną wersją „otwieracza” zielonej płyty. Zresztą nie o samą długość tu chodzi, tylko o twórcze rozwinięcie.

„D7”, zaczynający się niczym jakiś horror ambient, przez jedną trzecią, nim bas nie zaczyna wprowadzać porządku, ukazuje inne, noise’owe oblicze Dynasonic.

***

„Bootleg” znajduję nie jako „odrzuty z sesji, tylko pełnoprawne, choć krótkie, wydawnictwo Dynasonic.

I czekam na kolejny materiał. Ciekawe, czy panowie zagrają coś, co będzie trzymać stały (i poziom), czy zrobią jakąś woltę stylistyczną (może wspomniane, nieco odmienne, „D7” wskazuje kierunek?).

Jeśli stary cap, który słyszał już wszystko, jest ciekawy, co nowego nagra jakiś zespół, świadczy to o jego, zespołu, wyjątkowości. A wydany na przezroczystym winylu „Bootleg”, te 16 minut z okładem, to jedno z najciekawszych wydawnictw tego roku.

***

Czarny Kot Rec. wydał wspomniany winyl, Dym Recordings – kasetę, a pliki cyfrowe – to nie żart – mają swoją premierę na Soulseeku.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

PS Konsekwentnie budowany wizerunek Dynasonic to też ciekawy temat. Może zostanie pociągnięty przy kolejnej okazji.

repulsion ‎– horrified [1989] / cristina rizzi guelfi

linki w komentarzach / links in comments

repulsion

relapse records

Prawie zasnąłem słuchając nowego Napalm Death, więc musiałem włączyć coś, co mnie postawi na nogi. Padło na Repulsion (grało tu m.in. dwóch późniejszych członków Death: Matt Olivo i Scott Carlson), które nigdy nie zawodzi.„Horrified” to piękny wpierdol, od początku do końca.

Panowie, z przerwami, hałasują do dziś, ale nie wydają nowych płyt. W sumie nie chce mi się sprawdzać, czy dziś potrafią zagrać te numery z takim gówniarskim czadem, jak kiedyś. No ale na koncert chętnie bym poszedł.

Necrosis Records, które wydało jako pierwsze „Horrified” (poza tym jeszcze Electro Hippies, Carnage i Cadaver), było labelem Jeffa Walkera i Billa Steera z Carcass. Teraz ten wybitny materiał (rozszerzone wydanie zawiera dużo więcej numerów) można kupić w Relapse, fajną koszulkę i bluzę też.

(o)(o)

Współczesna fotografia jest siedliskiem niewiarygodnego kiczu i tandety, ale nie dotyczy to kapitalnych zdjęć Cristiny Rizzi Guelfi. Pomysły oraz ich realizacja – 10/10.

krzysztof varga: dziennik hipopotama [iskry; 2020] / rafał księżyk: dzika rzecz [czarne; 2020]

Krzysztof Varga: „Dziennik hipopotama” (Iskry; 2020; 550 stron)

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Miałem się wziąć od razu za „Dziką rzecz”, ale wcześniej przeczytałem kilka stron „Dziennika hipopotama” i pomyślałem, że wpierw jednak zmęczę książkę Krzysztofa Vargi.

Autor „Czardasza z mangalicą” też czasem pisze o muzyce. Mnie się zawsze będzie kojarzył z felietonem z „Wyborczej” na temat Cool Kids of Death. Varga przedstawił ten plastikowy punk jakby to było co najmniej połączenie Crass z Minor Threat. Można się przy tamtym tekście nieźle ubawić. W ogóle pan Krzysztof piszący o muzyce alternatywnej potrafi rozśmieszyć.

Okładka książki ładna (na zdjęciu trochę zniszczona), gorzej z obwolutą. Dziwi mnie wciąż, że w dzisiejszych czasach robi się jeszcze tak fatalne projekty.

Varga generalnie zrzędzi. Żona, najbliższa rodzina oraz nieliczni znajomi, którzy mi pozostali, twierdzą, że wciąż narzekam. Jednak przy autorze wyżej wzmiankowanej pozycji czytelniczej jestem promienny jak ten Ziutek Słoneczko na obrazie „Poranek naszej ojczyzny”. Tak, Varga zrzędzi (przez co zabawnie się czyta fragmenty, w których czepia się narzekania innych, np. Máraiego) – i to po pięćset razy na te same tematy. Często ma rację – w końcu trudno być zachwyconym kondycją polskiego kościoła albo tym, że najpopularniejszym naszym pisarzem jest Remigiusz Mróz – ale tu nawet nie chodzi o to, że autor nasz zbolały powtarza te same opinie, jemu po prostu zdarza mu się pisać niemal literalnie to samo.

Inna sprawa, że te powtórki mają swoje plusy, bo można przekonać się, że na pewne tematy Varga zmienia zdanie. Choćby w przypadku serialu „Dark” (autor to hardkorowy fan seriali): wpierw jest on arcydziełem, później zostaje określony słowem „przekombinowany”.

***

Nie warto mieć wśród bliskich znajomych pisarzy. A na pewno nie takich, którzy publikują dzienniki. Potem słynny poeta przeczyta o sobie, że śpi przy włączonym świetle, jak jego dziewczyna wyjeżdża, a popularna niegdyś aktorka dowie się, że kolega pisarz poczęstował czytelników wiedzą o tym, że ta lubiła się zabawić.

Ale pisząc zupełnie serio – niemal przejmujący jest fragment, w którym Varga opisuje, jak jego przyjaciel Andrzej Stasiuk gimnastykuje się, by dobrze wypaść w talk-show tego ciula, Kuby Wojewódzkiego, choć pasuje tam jak Budka Suflera na Primaverę.

***

Jak dziennik, to ekshibicjonizm.

Hitem jest fragment, w którym Varga dzieli się z nami faktem, że podczas lektury (nie kojarzę czego) doznał potężnego wzwodu. Nie pamiętam, czy akurat użył przymiotnika „potężny”; może „ogromny”, na pewno nie „mamuci” w każdym razie. Artyście nie może wszak lekko dygnąć, wzwód musi być potężny czy tam kolosalny.

Dobrze byłoby też, żeby autor, zamiast analizować wartość pisarstwa Hłaski, pożyczył sobie trochę zdrowego cynizmu „Pięknych dwudziestoletnich”. Niestety, 50-latek płaczący za dużo młodszą kochanką – podobnie jak żonaty filozof – należy do komedii.

***

Poznęcałem się trochę, ale muszę stwierdzić, że „Dziennik hipopotama” przeczytałem co prawda nie na raz, ale jak na swoje możliwości – szybko. Varga po prostu świetnie pisze, choć czasem na granicy pretensjonalności.

To po pierwsze. Po drugie – chłop jest po prostu uczciwy i myślący, nie należy do żadnego plemienia. OK, wiadomo: „Wyborcza”, „Polityka”, niechęć do prawicy, ale jak trzeba napisze co sądzi o kretyńskim tekście felietonistki „Wysokich Obcasów” albo o lewakach, którzy wciąż ględzą o „libkach” i „klasizmie”.

Varga jest mi też bliski, gdy zamartwia się tym, że nie obejrzy wszystkiego. Im więcej się ogląda, tym więcej jest do obejrzenia – stwierdza. Tak jak bliski jest mi w roli Don Kichota walczącego z Zenkami i Podsiadłami tego kraju.

***

Ponarzekałem, a chętnie przeczytałbym kolejny tom „Dziennika hipopotama”. Inna sprawa, że po lekturze książki Vargi odnoszę wrażenie, iż sam pisarz dał wiele argumentów, by ktoś, kto go nie lubi (a biorąc pod uwagę bezkompromisowość twórcy „Trocin”, parę takich osób się znajdzie), zmiażdżył jego dzieło w odwetowej recenzji.

***

Rafał Księżyk: „Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993” (Czarne; 2020; 408 stron)

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Czy awangardowość jest wartością samą w sobie? Czy „Copula Mundi” to nie jest po prostu deczko toporne Swans? Czy T.Love nie byli zwykłymi, rockowymi kaszaniarzami z paroma przebłyskami? Czy autor faktycznie wierzy w to, że polski rock i reggae były zapalnikami rewolucji w Czechach? Czy rodzime rave i techno miały wystarczającą wartość muzyczną i intelektualną, by poświęcić im aż tyle miejsca? Dlaczego najlepszy program telewizyjny, „Alternativi”, został potraktowany niczym jakiś „Rolniczy kwadrans”? Czy patos pasuje do pisania o rocku (Maleo jako „prorok grunge’u”)? Czy autor, pisząc, że hardcore punk stał się pupilkiem telewizji publicznej, chce, żebym umarł ze śmiechu? Czy postać w lustrze i ja to jedno? Czy oprócz początkowego chaosu, jest w planie ostatni porządek?

Pytań jest wiele, chaotyczna książka Rafała Księżyka je prowokuje. Chaotyczna, lecz jest to jego książka, więc nawet jeśli zachwyt nad „Pociskiem miłości” może bawić, a długi, od czapy fragment o Oczi Cziorne – dziwić, to… ma Księżyk prawo pisać, co chce. Zresztą bodaj po raz pierwszy naczelny „Playboya” ukazuje się nam nie jako obserwator, lecz faktyczny uczestnik opisywanych wydarzeń.

Jest w „Dzikiej rzeczy” parę fragmentów, po których w dupie mam niedostatki tej książki. Dla mnie najciekawszy motyw to działalność Skandala po Dezerterze. Choćby dla jego historii warto kupić „Dziką rzecz”.

Księżyk opisuje niesamowite czasy. Moja tęsknota za nimi powoduje, że od wielu lat nie jestem w stanie docenić tego, co jest teraz (z „teraz” wyłączam popierdolony rok 2020).

Czekam na kolejną część „Dzikiej rzeczy”, choć bez wielkich nadziei, że okaże się lepsza od „jedynki”.