plows – those people [2007] / johan nieweunburg

18/01/2019 by

linki w komentarzach / links in comments

Duet z Louisville, którym ma na koncie: tę płytę (chyba nie da się jej kupić), drugi materiał „I Hate My Car and I Want to Drive” (2010 r., pojawił się tylko w necie), ponoć split z Prideswallower, no i ten z Young Widows.

David Brooks z Plows gra obecnie w Same/Same.

Dawały radę chłopaki, i to jak. Niewątpliwie jest to dużo lepsze niż to, co dziś grają Young Widows.

***

Johan Nieweunburg

Trochę mu brakuje do naszego Hajmana, ale fotki całkiem fajne.

leśniewski / nowacki – ślęża [2019]

12/01/2019 by

bandcamp

facebook

Duet Leśniewski/Nowacki miałem przyjemność zobaczyć w ubiegłym roku we Wrocławiu. Poruszająca recenzja występu, zamieszczona przeze mnie na Facebooku, miała ogromny wpływ na karierę duetu. Pisałem w niej, że panowie dokonali trudnej sztuki: utrzymali uwagę słuchacza, taplając się w estetyce gitarowego noise’u.

Na „Ślęży” mamy patent, który stosuje chociażby noiserockowo-protopunkowy (wiem, że w 2019 r. to „protopunkowy” może brzmieć bezsensownie) zespół No Balls: jedna z gitar gra „normalnie”, druga generuje rzężenie, za które równie dobrze mogłaby odpowiadać jakaś elektroniczna aparatura.

Jeśli miałbym szukać porównania, które ma ukazać nie tylko zastosowane środki, ale też muzyczny klimat, to chwilami ten 13-minutowy kawałek przypomina Sutcliffe Jügend z płyty „Shame”.

Uwaga słuchacza, który czeka na więcej, utrzymana.

Obaj panowie grają także w zespole Obiekty, który również miałem okazję zobaczyć na żywo. Rewelacyjnie wypadli przez Alamedą 4 w krakowskim Warsztacie.

hot snakes – suicide invoice [2002] / ryan mcginley

05/01/2019 by

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

swami records

sub pop

Spośród płyt wydanych w 2018 r. najwięcej radości przyniosła mi „Jericho Sirens” Hot Snakes (poprzedni materiał tego zespołu wyszedł kilkanaście lat wcześniej). Słuchałem jej ze sto razy – z płyty, z mp3, w domu, w drodze do pracy, na spacerze z psem…

A że zespołu z San Diego nie było jeszcze na 10fs, wrzucam starą płytę obecnych 50-latków, którym młodzież może sprzęt nosić co najwyżej.

***

Ryan McGinley

burmese – men [2004] / alain laboile

29/12/2018 by

linki w komentarzach / links in comments

burmese

load records

Arcydzieło muzycznego radykalizmu i minimalizmu spod ręki kwartetu z Bay Area. Dużymi fragmentami shellacowaty wpierdol bez żadnego zbędnego dźwięku.

Fajnie wrzucać – zazwyczaj dla odmiany – zespół, który wciąż gra. W tym roku Burmese wydał płytę „Privileged”.

Load Records, które wypuściło „Men” – a także płyty Brainbombs, Lightning Bolt, Vaz czy Noxagt – niestety w 2017 r. zakończyło działalność.

***

Alain Laboile – Sally Mann z domieszką kiczu.

będzie kontratak, wjebiemy im gole [lista 100 najlepszych płyt, 50 filmów i 30 książek 2018]

24/12/2018 by

W 2018 r. widziałem dość dużo koncertów. Najlepiej zapamiętam chyba Distorted Pony w Poznaniu – nie dość, że genialny gig, to na dodatek w moje urodziny. Pięknie było też zobaczyć The Breeders, ale również koncerty dla pięciu osób na krzyż: THCulture w Nowym Sączu albo drugi dzień festiwalu Music is the Weapon we Wrocławiu. No i też Kena Vandermarka w Łodzi w dość specyficznym otoczeniu – krawaciarzy i pań, które wolałyby pewnie Perfect albo Budkę Suflera. Ściągnąć parę buchów przy minus 10 z kolegą przed koncertem, a potem zobaczyć Vandermarka i najebaną panią Irenę – mój żez. xD

Widziałem też mnóstwo złych rzeczy, ale je pominę. Choć mnie korci. Niezmiennym hitem są dla mnie goście grający w jeszcze gorszych zespołach niż te, z których się śmieją.

W Katowicach, gdzie mieszkam, dobre imprezy, jeśli się odbywają, to raczej w ramach jakiegoś festiwalu. BNNT z Matsem Gustafssonem uratowało przeciętny JazzArt Festival, Marc Ribot’s Ceramic Dog zagrał w ramach „JaZZu i okolic”. Swoją drogą, genialny koncert. Zabawnie też wypadł, biorąc pod uwagę zaangażowanie polityczne Ribota, gościnny występ Marcina Świetlickiego i jego nawijka: „Nie chodzę na wasze manifestacje antyrządowe / nie chodzę na wasze manifestacje prorządowe / / (…) łatwo mnie policzyć / jestem jeden)”. To „łatwo mnie policzyć” – to jest piękny pojazd. No i zobaczyć na żywo, jak gra Ches Smith – genialny chłop.

Specyfika katowickich, festiwalowych koncertów polega na tym, że często przychodzą na nie ludzie, którzy nie wiedzą, na co idą. Świetnie było to widać na Danielu Blumbergu w ramach też czegoś tam. Gość swoim miodowym głosem śpiewał smutne teksty do programowo rzężącego folku, wywołując konsternację u starych dziadów i młodzieńców w wyfiokowanych brodach.

Czyli, upraszczając, jest u mnie na co pójść, jeśli to coś odbywa się w ramach jakiegoś festiwalu. Jeśli chodzi o gitarowe koncerty klubowe – dramat. Trzecioligowy punk i HC dla emerytów (tylko czasem zdarzy się coś dobrego). Plus świetny koncert Katie Caulfield – dla pięciu osób na krzyż – w sraczu pod nazwą „Faust”, na wyrost zwanym „klubem muzycznym”.

Gdybym miał wybrać najlepszy koncert polskiego zespołu, byłaby to chyba Alameda 4 w krakowskim Warsztacie.

Rozczarował też zeszłoroczny Off Festival. Miał chyba najgorszy line-up w historii.

Świetnych płyt wyszło od groma i nie rozumiem tych, którzy narzekają na to, że nie ma czego słuchać. Sam wyselekcjonowałem 20 ulubionych, z bólem serca odrzucając parę innych. Od francuskiego Krautrocka po polski black metal (w końcu mi się nie zmieściły tu) – mnóstwo kapitalnych albumów. A nie słuchałem jeszcze nowych materiałów Big’n i Burmese, z trzech płyt, w których maczał palce Oren Ambarchi, zdążyłem raz przesłuchać jednej.

Zrobiłem też składankę, wybierając po jednym kawałku z 15 płyt, bo tak robię co roku, żeby mieć potem wgląd w to, czego słuchałem. Potem tylko jestem przerażony, że ta niby nowa płyta ma już np. sześć lat.

(o)(o)

Jestem z niej dumny. Tak jak kiedyś na innej indie pop Fear of Men pięknie współgrał z retard rockiem Przyzwoitości, tak tu post-rap (?) Synów płynnie przechodzi w akustyczne granie Mount Eerie.

Zmiana tematu na chwilę. Jeżeli chodzi o seriale, o których bardzo ładnie pisze ten oto Sympatyczny Redaktor, to mnie się zdecydowanie najbardziej podobały „Mindhunter” i „Sześć stóp pod ziemią”, który obejrzałem nie wiadomo czemu dopiero w tym roku.

Najlepsza postać to oczywiście Emilian z „Umbre” grany przez najlepszego aktora, Laurentiu Bãnescu.

OK, już mi się nie chce pisać.

Życząc spełnienia marzeń w 2019, zapraszam do śledzenia blogu, konta na Facebooku, komentowania postów, przesyłania materiałów do recenzji. Jeśli ktoś ma ochotę napić się ze mną piwa na jakimś koncercie, informuję, że tego akurat nigdy nie odmawiam.

A to lista (podwójne standardy – do zagranicznych płyt podlinkowałem mp3, do polskich nie):

Hot Snakes, Jericho Sirens
Spiritualized, And Nothing Hurts
Fire!, The Hands
Sleep, The Sciences
A Place to Bury Strangers, Pinned
Alameda 4, Czarna woda
THCulture, Individual
Thou, Magus
Mount Eerie, (after)
Syny, Sen
Kikagaku Moyo, Masana Temples
Shopping, The Official Body
Daniel Blumberg, Minus
The Hand, Vol. 4
Structure, Structure
Rashōmon, Pathogen X
The Necks, Body
Trys Saulės, ***
Mika Vainio & Franck Vigroux, Ignis
The Breeders, All Nerve

fertile hump – kiss kiss or bang bang / guiding lights – not much war / zwidy – szum

16/12/2018 by

Krzysiek Kwiatkowski wrzucił niedawno na swoje Trzy Szóstki tekst o pisaniu – uproszczę – recenzji. Ze swojej strony dodam, że chętnie marudziłbym o każdej płycie – od najlepszej do najgorszej – i to dużo, i może nawet z sensem, ale po pierwsze – czasem po pracy nie chce mi się nawet piwa odkapslować, po drugie – robienie czegoś regularnie i profesjonalnie za darmo, to raczej średnia atrakcja.

Zwłaszcza że artyści wrażliwi. Raz napisałem coś w sumie miłego o jakiejś posthardcore’owej średniawce i członek zespołu się nafuczył, bo chyba mu się wydawało, że spłodził nową „In on the Killtaker” albo „Lurid Traversal of Route 7”, a ja nie byłem wystarczająco entuzjastyczny.

Napisałem dziś na fejsie, że wrzucę na blog tekst analizujący kondycję polskiego rocka. W związku z tym, że okrasiłem to żenującym memem z Lady Pank, wydawało mi się, że widać, że to żart.

Tak czy siak, nie martwi mnie kondycja polskiego rocka (czy po prostu muzyki, której słucham), gdyż nasza alternatywa nie jest w niczym gorsza od zagranicznej. W miarę możliwości staram się wspierać na swym biedablogu ludzi z szeroko rozumianego undergroundu – czasem z własnej inicjatywy, czasem na czyjąś prośbę. Jeśli mam czas, chęć i nie uważam, że jakieś wydawnictwo promuje rzeczy autentycznie szkodliwe i gwałcące gusta, a przyklepywane przez znajomych na zasadzie wyśpiewanej przez Lecha Janerkę: „Lubią nas a my lubimy znowu innych / Lubią nas drabina głupich sięga nieba / Lubią nas i więcej nic już nie potrzeba nam / Bo lubią nas”.

***

Poniżej krótko o trzech świetnych polskich płytach. Ideałem krótkiego pisania był Tomek Ryłko. Raz napisał w paru pierwszych zdaniach, że jakieś meble przywieźli do sklepu, a w ostatnim, że słuchał też nowego Wire, ale płyta rozczarowuje.

***

Fertile Hump, „Kiss Kiss or Bang Bang” (wyd. własne; 2018]

bandcamp

8merch

facebook

Dawno, dawno temu, gdy zaczynałem swą przygodę czytelnika pism muzycznych, mokrym snem niektórych dziennikarzy był polski zespół grający jak amerykański i przy okazji równie dobry jak amerykański. Próbowano uskuteczniać te próby. Najpierw powstał Lessdress, potem Incrowd. Obie grupy muzyczne pomińmy milczeniem. Był jeszcze Houk, ale mnie on – może przez Darka Malejonka, który zawsze wyglądał trochę jak zjarany przypałowiec, który dosiada się w knajpie i męczy bułę – chyba zawsze wydawał się bardziej słowiański niż amerykański. Gdyby Fertile Hump przenieśli się w czasie do przełomu lat 80. i 90., wspomnieni dziennikarze oszaleliby z radości.

„Polski rock” nie kojarzy mi się najlepiej: z – jak śpiewali Starzy Singers – Dżejmsem Bo albo tym błaznem niepokonanym, który krytykował Neila Younga, bo ten się niby trzęsie. Trzeba więcej takich zespołów, jak Fertile Hump, grających rocka, który nie kojarzy się z wąsami (chyba że Zappy).

Wolę tę kapelę Tomka Szkieli nawet od wcześniejszej – The Stubs, a Magda Kramer awansowała na szczyt moich ulubionych wokalistek z naszego pięknego kraju.

Na Śląsku, gdzie mieszkam, zrobiono wiele (a nawet więcej), by zohydzić bluesa, którego pełno na „Kiss Kiss or Bang Bang”. Jednak Fertile Hump stoi na antypodach gustów tutejszych Heńków, którzy rozbiją ci o głowę kufel z Tyskim za brak szacunku do „Ryśka”.

Jak się komuś nie spodoba chociażby taki „Wise Man”, to niech sobie włączy Radio Złote Przeboje.

***

Guiding Lights, „Not Much War” (Instant Classic; 2018)

bandcamp

facebook

Gdybym umiał grać, chyba chciałbym to robić jak Guiding Lights (mieszkam na Śląsku, więc i tak nie miałbym z kim). Nie licząc sonicznych otwieracza i zamykacza, zespół dokonuje wielkiej sztuki: gra jakby jeden numer (nie licząc fragmentu, gdy się chyba zapomniał i zaczął mieszać jakimś cięższym motywem), ale nie nudzi. Jest coś fascynująco namolnego w tym 30-minutowym materiale, w którym – upraszczając – punk został ożeniony z indie rockiem (słyszę chwilami swych ukochanych The Feelies).

To, co się rzuca w uszy, to jak „Not Much War” brzmi – zajebiście. Ale to akurat nie dziwi, bo odpowiada za ten fakt gitarzysto-wokalisto-keybordzista Guiding Lights Łukasz Ciszak. Nawet wokale – wciąż rzadkość na polskich płytach – słychać jak trzeba, czyli nie 50 razy głośniej niż instrumenty.

Przebojowa płyta bez przebojów. Tak to widzę.

***

Zwidy, „Szum” (Trzy Szóstki; 2018)

bandcamp

facebook


fot. Agata Hudomięt

Zespół chyba najbliższy mi muzycznie (i jedyny, gdzie mam ochotę się przyczepić do wokali). No i ze zdecydowanie najlepszą nazwą. Nie musiałem wziąć tygodnia wolnego, żeby się jej nauczyć.

Zwidy najlepsze są, gdy swym połamanym „alternatywnym rockiem” wchodzą na tereny, na których króluje Polvo. Słuchając „Szumu”, zastanawiałem się nad odnośnikiem do tej muzyki, bowiem coś mi cały czas chodziło po głowie, i w końcu zatrybiłem: idzie o autorów „Today’s Active Lifestyle”. Słychać też na tym materiale – jak niemal wszędzie – Sonic Youth (vide „Dość”).

Plusem są niewątpliwie teksty – o czymś, ale nie takie, co walą kijem po łbie, pozbawione też pretensjonalności i poetyckiego zadęcia. „(…) odpocznij, by pracować wydajniej / jesteś potrzebny, a wyglądasz fatalnie / / Pierwszy wyjazd od siedmiu lat / w to samo miejsce, co zawsze / to wszystko, na co jest go stać / to wszystko, o czym może pomarzyć / / I znowu o świcie musi wstać / i znowu w tłoku gdzieś przepadnie / za parawanem schowa fakt, że ciągle wygląda fatalnie (…)” – no, niemal jak Kwasek w PRL.

Wracając do wokali – przy pierwszych dwóch odsłuchach „Szumu” strasznie mi przeszkadzały, za trzecim i czwartym stwierdziłem, że czasem mają swój nieco gówniarski urok i pasują do danego numeru (np. „Ostatnie pięć lat”), a czasem mniej (np. „Dzień dobry”).

Wracając do muzyki – jak wchodzi chociażby taki „Zwycięzca (Przegrany)”, wiele więcej mi do szczęścia nie trzeba.

***

„I tylko czasem kiedy zsikam się / Wątpię czy lubią mnie”.

poino – moan loose [2010] / brendon burton

09/12/2018 by

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

facebook

horse arm

Poino – londyńskie trio, grające bardzo dobry (co nie jest takie oczywiste w dzisiejszych czasach, jak w latach 90.) noise rock; w składzie m.in. Gaverick de Vis z Giddy Motors.

W 2016 r. Poino wrzuciło na Bandcamp numer „Zil Konig”, ale to chyba na tyle. Zespół zakończył działalność.

***

Brendon Burton

Coraz trudniej znaleźć mi jakieś fajne zdjęcia na blog. Drugi raz tych samych artystów nie chce mi się wrzucać, a jeśli znajduję jakichś nowych (fotografów jest od groma, w końcu dziś może być nim każdy), to zazwyczaj na 100 zdjęć, ciekawych można znaleźć kilka. Inaczej jest z Brendonem Burtonem. Niby nic odkrywczego, ale jego fotki mają kapitalny klimat.

24-letni artysta z Portland dzieciństwo spędził w odizolowanej społeczności, co pewnie ma wpływ na ów klimat.

august landmesser – august landmesser [2018]

02/12/2018 by

bandcamp

abnegat

beskid punkowy

zima records

d.i.y koło records

Widziałem Augusta Landmessera dwa razy na żywo. Za pierwszym razem dał radę we Wrocławiu, grając przed The Dog i Unsane, za drugim był chyba jedynym jasnym punktem jakiegoś rozbudowanego punkowego koncertu w Katowicach, z którego uciekłem mniej więcej o godzinie 20 po niemłodym zespole, który w jednej ze swych kompozycji płynnie przechodził od chujowego punka do chujowego reggae.

Rzadko trafiam na współczesne dobre punkowe płyty z Polski, więc miałem obawy przed włączeniem LP Augusta. Nadzieję – poza koncertami – w me wątpiące serce wlała lektura tekstów, odbiegających od punkowych pierwszych czytanek – może nie tyle w treści, ile w formie.

Ładnie wydanego (mam CD, wyszedł również winyl) materiału słucha się z przyjemnością (i w cięższych numerach, i w niemal nowofalowej „Wyspie”). Ta byłaby jeszcze większa, gdyby muzyka została nieco lepiej nagrana. Przyczepić można się głównie do „przytłumionego” brzmienia bębnów i basu.

I tylko „techno” remix „Kurew z piekieł” wydaje się zbędny. Coś podobnego zrobił lata temu Dezerter z „Bestią” i na tym styka.

Im jestem starszy, tym większe mam wrażenie, że nowe, polskie punkowe płyty pochodzą ze świata, z którym właściwie nic mnie nie łączy. Ale August jest OK.

caspar brötzmann & peter brötzmann ‎– last home [1990] /

01/12/2018 by

linki w komentarzach / links in comments

caspar brötzmann

peter brötzmann

discogs

Wrzuciłem niedawno wspaniałą płytę zespołu Marriage „For Brötzmann”, dedykowaną Peterowi Brötzmannowi. Pomyślałem, że dobrze byłoby też uhonorować samego niemieckiego saksofonistę, klarnecistę, tarogacistę i pewnie kogoś jeszcze. Oczywiście brodaty (choć, jak się dobrze przyjrzeć, to bardziej pasowałoby słowo „wąsaty”) muzyk naprodukował tyle płyt, że łatwiej byłoby znaleźć katowiczanina, którego nie wkurwia COP24, niż wybrać jeden materiał. Pomyślałem, że okej będzie wrzucenie płyty, którą Peter Brötzmann nagrał z synem Casparem.

Napierdalają jak dziki.

***

Igor Posner

pitchfork – eucalyptus [1990] / larsen sotelo

03/11/2018 by

linki w komentarzach / links in comments

swami records

discogs

Można by żałować, że Pitchfork nagrał tak mało rzeczy, gdyby nie to, że potem Rick Froberg i John Reis założyli Drive Like Jehu, jeden z najlepszych zespołów lat 90. Ale na „Eucalyptus” (wrzucone wydanie zawiera też siódemkę z 1989 roku, „Saturn Outhouse”) też wszystko się zgadza.

***

Larsen Sotelo


%d blogerów lubi to: