wulkan – wulkan [music is the weapon; 2017]

09/12/2017 by

wulkan

music is the weapon

Jedna trzecia zespołu to Marcin Piekoszewski, człowiek znany z Woody’ego Aliena czy Plum. Jeżeli ktoś spodziewa się po Wulkanie muzyki nawiązującej do ww. zespołów, może się zdziwić.

Debiutancki LP (dwa lata temu wyszła EP-ka „Miami Faust”) brzmi jak… Trans AM. Wrażenie – nie tylko moje – jest naprawdę silne.

Ktoś może spytać: czy nie lepiej po prostu włączyć postrockowców z Maryland? Może i lepiej, ale po raz kolejny słucham materiału poznaniaków i… w sumie wisi mi, że przypomina dokonania słynnej kapeli z Thrill Jockey.

Wśród miliona przesłuchanych przez mnie zespołów, zrzynających zazwyczaj z Unsane albo Pissed Jeans, to miła odmiana.

ex-chittle – moving solves everything [1997] / scarlett johansson

02/12/2017 by

linki w komentarzach / links in comments

Efemeryczna formacja, mająca na koncie jedną siódemkę i jeden LP. Grali w niej Rob Sieracki z -dis (bas), Mike Greenlees z Tar (bębny) i Greg Betzweiser (wokal, gitara), który – oprócz tego, że zagrał w innej efemerydzie, Travis – to nie wiem, co robił.

„undervalued and overlooked genius neo-folk masterpiece, featuring Tar’s mighty drummer…poignant and oftentimes profound poetry delivered with an adroit and understated voice — intricate, punctuated guitar that transports one to a wide variety of emotional states in rapid succession…..” – entuzjazmuje się solarbloom na Discogsie. Faktycznie, płyta fajna (w jej powstaniu maczał palce m.in. Jim O’Rourke). Choć gdyby ją obciąć o 2-3 numery, raczej by jej to nie zaszkodziło.

Dużo tu gadania. Betzweiser to chwilami trochę taki Kozelek, który nie sra marmurem.

Nie znalazłem zdjęcia zespołu, nie wiem, czy koncertował.

A to numer chyba z 1998 roku. Wychodzi więc na to, że Ex-Chittle – poza siódemką i LP – coś jeszcze nagrał.

***

Jeśli Scarlett Johansson osiągnęła wiek chrystusowy, to pora chyba sobie zbijać trumnę.

imelda marcos – dalawa [sooper records; 2017]

21/11/2017 by

bandcamp

facebook

sooper records

Nowych mathrocków raczej nie słucham (wyjątkiem tegoroczny materiał Yowie), bo to ewidentnie taki rodzaj muzyki, że lepiej po prostu włączyć klasykę (zwłaszcza Don Caballero), niż marnować czas na zgrane patenty sprzed dwóch dekad.

(Na marginesie – Imelda Marcos była żoną filipińskiego dyktatora, Ferdinando Marcosa. Ponoć potrafiła wydać podczas jednego wypadu do Nowego Jorku 5 mln dolarów. W tym samym czasie jej rodacy marnowali czas na umieranie z głodu. W 1972 roku zamachowiec próbował ukrócić jej zakupoholizm maczetą, ale nie wyszło. Raszpla wciąż żyje, dobiega dziewięćdziesiątki).

A panowie z Chicago nagrali naprawdę dobrą płytę. I to w gatunku który wydawał się – w przeciwieństwie do Imeldy – martwy. Są na momenty „Dalawie” wręcz zaskakująco udane – chociażby słuchając „C.Enneamemnon.Hexalysses”. Miła niespodzianka.

***

I don’t really listen to new math rock (with the exception of this year’s Yowie) – it’s evidently a genre where you’re better off putting on something classic (especially Don Caballero) than wasting time on played-out tricks from 20 years ago, only with a fresher paint job.

(By the way – Imelda Marcos was the wife of Filipino dictator Ferdinando Marcos. Rumor has it she could spend 5 million dollars during one trip to New York. In the meantime, her compatriots wasted time dying of starvation. In 1972, an assassin tried to put a stop to her shopping addiction with a machete, but it didn’t pan out. The witch still lives, pushing 90).

The Chicagoans recorded a really good album, though. One in a genre that you’d think is – unlike Imelda – dead. There are moments here that are just surprisingly great – I’m writing in this sentence, listening to „C.Enneamemnon.Hexalysses”. Good stuff.

harry pussy – harry pussy [1993] / nan goldin

11/11/2017 by

linki w komentarzach / links in comments

siltbreeze records

„Defunct American noise rock band from Miami, Florida”. Bardzo podoba mi się biografia tego zespołu na Discogsie. Niemal tak bardzo, jak alternatywny tytuł tej płyty: „In an Emergency You Can Shit on a Puerto Rican Whore”.

Trafiłem jakiś czas temu na ciekawe zestawienie w Guardianie: „50 underground albums you’ve never heard of” (kto nie słyszał, ten nie słyszał; znam takiego, co chętnie opowie, że na połowie tych płyt zagrał). Pojawił się tam m.in. album Harry Pussy (albo Harry’ego Pussy’ego).

Boże, ta gitara… A, szkoda szczempić. Piękny materiał.

Nie chce mi się pisać żadnej notki biograficznej. Lepiej poczytać wspomnianego Guardiana. Polecam również wpisanie nazwy zespołu w googlowskie zdjęcia.

***

Nan Goldin. Jeżeli chodzi o panie robiące zdjęcia, bardziej lubię chyba tylko Sally Mann. Kiedyś wrzuciłem fotki Goldin na blog i jakiś ćwok zaczął marudzić, że przeginam. Ze starego postu tylko jedno zdjęcie zostało. Tym razem bez tamtego, kontrowersyjnego (nie znalazłem go). Ale pozdrawiam, księże proboszczu.

lastryko – lastryko / godot – godot [music is the weapon; 2017]

08/11/2017 by

Czasu nie mam za bardzo, żeby się zagłębić, więc jedynie anonsuję dwie dość nowe rzeczy z jednej z moich ulubionych oficyn: Music is the Weapon.

***

Lastryko gra delikatną (choć czasem z pomocą rzężącej gitary) psychodelię. Skojarzenie: „Kopalino” Popsysze, które jednak jest bardziej osadzone w miejscu, w którym zespół egzystuje. Psychodeliczny patriotyzm lokalny.

Mój ulubiony fragment to niemal ambientowy odpływ w „Trieste”. Irytować może wokal, kładący w dziwaczny sposób akcenty (przykład: „Ekspedycje”). 10 fucking stars jednakowoż poleca. Proszę przysłać zgrzewkę Zamkowego.

bandcamp

facebook

***

Godot (w sumie nie wiem, czy płyta firmowana jest nazwą „Godot” czy „Kempa Lubiewski”; użyłem nazwy z Bandcampa) zachwycił przynajmniej jedną osobę. Ktoś, kto prowadzi Ciemną stronę bandcampa napisał o tym materiale: „wspaniałe!”.

Niezłe na pewno. Na „Godocie” (zupełnie mi się te materiał nie łączy z Beckettem) czasem słyszę dalekie echa „Screamadeliki” Primal Scream, czasem coś z Moloko (w „Ciele Kosmosie”, które nagle przechodzi w postrockową psychodelię, by przez chwilę zabrzmieć niczym Maserati), mamy też do czynienia z czymś, co brzmi jak psychodeliczne słuchowisko radiowe… Jest tu pewien eklektyzm, ale całość – raczej spójna, choć może „Looper Ago” nieco „łamie” płytę. Mnie chyba najbardziej przypadła do gustu niemal noise’owo-freejazzowa niespodzianka pod koniec „Police of Vic Firth Dept.”.

Coś czuję, że „Godot” może zyskiwać z każdym przesłuchaniem.

bandcamp

phew – phew [1981] / michel houellebecq

03/11/2017 by

linki w komentarzach / links in comments

twitter

japanimprov.com

Każdy rok przynosi śmierć mniej lub bardziej ważnych dla mnie artystów, tym razem trzeba było się pogodzić z odejściem Jakiego Liebezeita i Holgera Czukaya.

Wrzucałem na blog Can, „Full Circle” nagrany przez obu panów z Jah Wobble’em, niech będzie jeszcze jedna płyta, w której powstaniu obaj maczali palce.

Phew (Hiromi Moritani) to japońska wokalistka, o której może jeszcze będzie na blogu. Albo i nie, bo trochę męczy mnie jej wokal. Gdyby nie on, „Phew” byłaby chyba lepszą płytą. A może nie.

Na płycie jest też legendarny producent i inżynier dźwięku, Conny Plank. Zmarł w 1987 roku..

Na szczęście pani Hiromi Moritani ma się dobrze. W tym roku wyszły jej dwie płyty.

***

Michel Houellebecq. Bodaj w „Plusie Minusie” natknąłem się na pełen entuzjazmu tekst na temat zdjęć autora „Platformy”. No nie wiem. Gdyby zdjęcia pstryknął jakiś Jean-Pierre, bo po pracy nie chce mu się wracać do starej, więc woli uwieczniać smutek otaczającej rzeczywistości…

No ale to jednak Houellebecq. Zawsze spoko.

columbus duo – à temps [dead sailor muzic; 2017]

01/11/2017 by

bandcamp

dead sailor muzic

Lata lecą, coraz rzadziej premiera nowej każe mi stawać na baczność. Jednakże nowy materiał mojego może i ulubionego polskiego składu, Columbus Duo, to coś, na co czekam z lekko gówniarską podjarką.

Przy okazji poprzedniego studyjnego materiału braci Irka i Tomka Swobodów pisałem o tym, że choć to świetna rzecz, to być może Columbus Duo powoli dochodzi do ściany; że następną płyta może zacząć nużyć.

Gdy miałem okazję chwilę z Irkiem pogadać, ten stwierdził – mniej więcej – że duet poniekąd wróci do korzeni. A korzenie to przecież minimalistyczne, noiserockowe trio Thing (braterski duet plus Tomasz Piotrowski).

Jeśli są echa noise rocka na „À temps” (ukazała się na CD i kasecie, winylu chyba nie będzie), to ledwo słyszalne – wtedy, gdy elektronika najbardziej rzęzi albo w bębnach na „MGD”. Dość wyraźnie za to słychać nawiązanie do krautrocka czy kosmische Musik (terminy te bywają używane zamiennie, choć myślę, że nie tylko ja wyczuwam różnicę między jednym a drugim).

Duet jednak nie leci w kosmos, a trzyma się ziemi. Muzyka Columbus Duo pozostała minimalistyczna, surowa, ale pociągająca, nie brzydka. Kojarzy się z trudną podróżą statkiem kosmicznym lub wędrówką po pustyni.

To najlepsza polska płyta tego roku. Może tylko, mówiąc półżartem, brakuje jakiegoś „przeboju”, ładnego numeru – jak „Motherfucker” z płyty „Storm” czy „B36” z „Expositions”.

W twórczości Columbus Duo czuć inspirację innymi artystami (ja słyszę chwilami Orena Ambarchiego, co Irka Swobodę pewnie przesadnie nie zmartwi) i szacunek do nich. To jednak autorska propozycja, mająca swe niepowtarzalne oblicze. Choć „À temps” to nie jest łatwa muzyka, to jednak biegunowo odległa od pretensjonalnej pseudoawangardy.

lonker see rusza w trasę

28/10/2017 by


fot. Marcin Pawłowski

Najlepszy polski zespół psychodeliczny (fakt, że konkurencji wielkiej nie mają, ale Lonker See to klasa sama w sobie) rusza w trasę, na która złoży się osiem koncertów.

Byłem na ich gigu. Rewelacja.

facebook lonker see

facebook mitw

bandcamp

club alpino – tunga [gusua records; 2017]

18/10/2017 by

bandcamp

facebook

Medytacyjno-lekko irytujący materiał („Cin Cin”), wydany w taki sposób, że ludziom starym jak ja, przypominają się gówniane kasety Stilonu Gorzów (tyle że na niebiesko). Samo wydanie – ok, tylko te stilonki były po chuju.

Czasem ambient, czasem techno; loopy, sample, wykręcające w dziwny, ironiczny sposób utwór (wspomniany „Cin Cin” przypomniał mi Annę Zaradny samplująca Boney M.).

Intrygujący materiał, który – mam nadzieję – nie przejdzie zupełnie bez echa. Polecam również opis idei stojącej za „Tungą” (jest na Bandcampie). W tym przypadku „doideologizowanie” dzieła (jak instalacji w galerii) nadaje ciekawy kontekst, nie usprawiedliwia jego pustkę.

bog-shed – step on it [1986] / bruce gilden

13/10/2017 by

linki w komentarzach / links in comments

bogshed

discogs

Czasem ktoś mi podrzuca jakiś współczesny post-punk, a ja zazwyczaj odczekuję ironiczną, gorzką chwilę, krzywię się i triumfalnie zaprzeczam.

Wysłuchałem więcej postpunkowych kapel niż zjadłem ziemniaków, ale jednak te wszystkie (no dobra, większość) współczesne gitarowe drużyny to nie to samo, co stare. Oczywiście można „obiektywnie” stwierdzić, że jakaś tam dzisiejsza płyta jest lepsza niż „Step on It”, tyle że klimat nie ten sam.

Boghsed (Bog-Shed, Bogshed) – świetni popierdoleńcy z Hepden Bridge. Materiał rozgadany i wręcz upierdliwy muzycznie. Reaktywacji nie będzie. Wokalista Phil Hartley zmarł w 2006 r., perkusista Tris King – dwa lata później.

***

Bruce Gilden. Na razie „faces”, ale ja do tego chłopa jeszcze wrócę.

USA. Cleveland, OH. 2016. Outside the Republican National Convention. Rachel Whitehawk Day, a Republican.

USA. Milwaukee, Wisconsin. 2013. Chris, worker at the state fair.

USA. Milwaukee, Wisconsin. 2013. Lee-Ann at the state fair.

GB. West Bromwich. 2014. Peter at the bus station.

USA. Des Moines, IA. 2014. Iowa State Fair. Terry.

USA. Des Moines, IA. 2014. Iowa State Fair. Dewayn.


%d blogerów lubi to: