próchno – niż [gusstaff records (mc), don’t sit on my vinyl (lp); 2020]

02/04/2020 by

próchno

gusstaff records

don’t sit on my vinyl

Pewnie panowie nie przypuszczali, jak bardzo ponury, apokaliptyczny klimat ich muzyki będzie pasował do zaczynającej się wiosny 2020.

Dzięki debiutanckiej płycie Próchna stałem się fanem zespołu. To była jedna z rzeczy, jakie ukazały się w minionym roku. Bartosz Leśniewski, Artur Sofiński i Marcel Gawinecki grali na materiale wydanym przez Gusstaffa (CD, MC) i Don’t Sit On My Vinyl (LP) niełatwą do zaszufladkowania muzykę, w której wybrzmiewały echa industrialu, metalu, noise’u i pewnie czegoś jeszcze, co akurat nie przychodzi mi do głowy.

Epkę „Niż” (zapowiadał ją singiel „Śledzą nas”; jak się okazało – odrobinę odstaje od reszty) postrzegam jako trochę bardziej transową i jednocześnie bardziej noise’ową od poprzedniczki. Z przyjemnością słyszę tu echa Sutcliffe Jügend i Bodychoke (ale proszę się tym jakoś bardzo nie sugerować – jest kilka zespołów, które słyszę prawie wszędzie) – choćby w kapitalnym „Wietrze ze wschodu”, w którym pobrzmiewają też echa industrialnego post-punka Killing Joke.

Płytę nagrano w Studiu Cierpienie w Smarzykowie. Trzeba wspomnieć o doskonałej realizacji albumu, za którą odpowiadają Gawinecki i Sofiński (Marcel zrobił też miks, mastering – Maciej Miechowicz). Najlepiej słychać tę robotę („rytualne” bębny Sofińskiego to bodaj najmocniejszy punkt płyty) w zamykającym całość „Kim jesteś, po co przyszedłeś?”.

Tytułowy krzyk, w połączeniu z tym, co widzę za oknem i czytam w newsach ze świata, sprawia, że mam ciarki na plecach.

Próchno: „Niż” – 10 pierdolonych… powiedzmy, że gwiazdek. :)

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Premiera winylu (wraz z kodem do pobrania plików) – 18 kwietnia (Don’t Sit On My Vinyl), podobnie kaseta (Gusstaff). Wysyłka „Niżu” zamówionego w preorderze – 5 kwietnia. Zapraszam na stronę Gusstaff Records.

breadwinner – burner [1993] / marilyn monroe by sam shaw

01/04/2020 by

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

merge records

discogs

Kompilacja zawierająca wszystkie kawałki Breadwinner. Kiedyś wydawało mi się, że wydawali nagrania własnym sumptem albo przez jakiś mały label, a tu widzę, że to zespół z katalogu Merge Records.

Uwielbiam takie granie – klasyczny math rock (plus troszkę metalu).

***

Marilyn Monroe w obiektywie Sama Shawa. Wybrałem fotki z plaży. Szczęściarz natrzaskał ich od groma w różnych sceneriach.

nac/hut report – transmisja z przesilenia [crunchy human chldren; 2020]

28/03/2020 by

bandcamp

facebook

Duet z wykupionym abonamentem – po raz czwarty na 10fs.

Ciekawiło mnie, czy wymiękną i nagrają coś bardziej przystępnego. Nic z tego – Jadwiga Taba i LM na „Transmisji z przesilenia” wciąż częstują słuchacza dziwną mieszanką, którą można określić jako połączenie poszarpanego noise’u (muzyka) z dream popem (wokal).

Nac/Hut Report dryfuje w moich ulubionych rejonach rodzimego undergroundu – jakby byli osobnym undergroundem. Pocieszam się, że nie jestem jedyną osobą, której to dziwadło się podoba.

Najfajniejszy fragment tej płyty to „Pogłosy”, kojarzące się mi z „Pure Phase” Spiritualized.

Niewiele jest zespołów jednocześnie i tak mało przystępnych, i nagrywających coś, co można uznać najzwyczajniej w świecie za ładne.

Drogę, którą idą Nac/Hut Report, może nie do końca wyznacza linia prosta, ale tereny wciąż te same. Ciekawe, czy na następnej płycie czymś zaskoczą, czy znów przyjemnie będzie się słuchać charakterystycznych dla nich dźwięków, czy może znudzą. Stawiam na to drugie.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

moron’s morons – looking for danger [slovenly records; 2020]

24/03/2020 by

bandcamp

slovenly.com

facebook

1. Trudno jest znaleźć nowy polski zespół z dobrą nazwą.

2. 13 kawałków to trochę za dużo. Płyty z garażowym punkiem powinny mieć osiem, góra 10 piosenek.

Te dwa zarzuty to w sumie jedyne, jakie mam do „Looking for Danger”.

Na nowym materiale Moron’s Morons wszystko leci, jak trzeba (po basie na dzień dobry w „Rise with Me” już wiadomo, że będzie OK). Warszawiacy – jak sami piszą – wzorują się na The Stooges, Dead Boys, Pagans, Reatards, Germs i Teengenerate. Czy można inspirować się zespołami często sprzed 100 lat i brzmieć świeżo? Można. Wszystko tu gra, jak trzeba. No i to bardzo równa płyta, nie ma tu numerów, które by odstawały od reszty (poza „Driller Killer”), nie są też na jedno kopyto. (Piszę to, słuchając „Looking for Danger” z otrzymanych od zespołu empetrójek w karczemnym bitrejcie 128 kbps, ale przy takim, garażowym graniu można to przeżyć).

Parę lat temu napisałbym: „Aż dziw, że są z Polski”. (Pochwały należą się zwłaszcza wokaliście, niejakiemu Philo Phuckphace’owi – dobry wokal to jednak wciąż rzadkość w naszym pięknym kraju). Teraz jednak poziom naszych kapel jest taki, że nikogo świetne płyty stąd już nie dziwią. Choć chwilami mam wrażenie, że jednak inne polskie kapele garażowe – z całym szacunkiem – brzmią przy Moron’s Morons jak Jorgi z Bogucic.

Krótko, bo niewiele jest głupszych zajęć niż pisanie o muzyce. „Tu nie ma miejsca na elaboraty, tu się dopierdala” – że posłużę się moim ulubionym cytatem.

Do zobaczenia na koncercie, ale może nie na Rocku na Bagnie. O ile dożyjemy.

(o)(o)(o)

Płyta Moron’s Morons ukazała się na winylu 20 marca, nakładem Slovenly Records. Ten prężny label wydaje naprawdę fajne rzeczy. Osobiście czekam – po świetnym singlu – na nową płytę The Monsters.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

seam – the problem with me [1993] / peter frank

22/03/2020 by

linki w komentarzach / links in comments

touch and go

Przenieście mnie do pierwszej połowy lat 90., włączę sobie „Clerks” albo opierdolę kogoś w Sensible Soccer. Muzyka Seam jest przesiąknięta tamtym klimatem.

Seam to zespół, którego skład często się zmieniał. Na drugiej (pierwszej wydanej w Touch and Go) płycie grali: Bob Reising, Craig White, Lexi Mitchell oraz chyba najbardziej znana mi postać – Sooyoung Park (Bitch Magnet). Na trzecim albumie mieliśmy już tylko Parka i nowych muzyków. A na pierwszej Parka i Mitchella. Sooyoung to chyba jedyny gość, który grał na każdej płycie Seam. Pasjonująca rozkmina.

„The Problem With Me” to kapitalny materiał. Dziś nie do powtórzenia.

(o)(o)(o)

Peter Frank

michał olczak – zgubiłem się [glamour.label; 2020]

17/03/2020 by

michał olczak – facebook

glamour – bandcamp

glamour – facebook

Na Bandcampie jest więcej linków. Nie będę wszystkich tu wrzucał, warto w każdy kliknąć.

„No, nie dziwne, że się zgubił” – mógłby ktoś sucho napisać – „skoro co pięć minut gra co innego”.

(o)(o)

To pierwszy materiał z Glamour, za który się wziąłem. Warto było.

(o)(o)

Na Bandcampie wszystko na temat „Zgubiłem się” zostało ładnie podane w punktach. Tak ładnie, że w sumie pisanie o tym materiale jest niemal nietaktem, więc będę się streszczał.

(o)(o)

Tej takiej raczej bardziej pojebanej muzyki lubię przed napisaniem recenzji przynajmniej raz posłuchać jadąc tramwajem. Tym razem, z wiadomych względów, musiałem sobie tę przyjemność darować.

(o)(o)

O tym, że Michał Olczak lubi poskakać z gatunku na gatunek, świadczy już pierwszy utwór, „Pociąg do Białegostoku”. Najpierw połączenie czegoś w rodzaju muzyki sakralnej z gotyckim porno (albo moja wyobraźnia poszła w dziwnym kierunku), potem kończy się to jazzem.

Albo wsłuchajcie się w kapitalne „Pruszkowskie lumpeksy” – dzieje się tu więcej niż podczas ostatniego meczu Liverpool – Atlético. Nie są to jednak jaja, pretensjonalne „zabawy ze słuchaczem”. Całość jest spójna.

„Zgubiłem się” to w sumie coś, co nazwałbym – upraszczając – surową, brudną elektroniką zmieszaną z (free)jazzowymi wstawkami.

(o)(o)

Wciągająca, dużymi fragmentami kapitalna płyta. Mój faworyt to przedostatni na płycie kawałek „Za dużo”. Nie zmieniłbym w nim nawet sekundy.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ciśnienie/lód 9/orkiestra dęta kwk wujek – brass album [2020]

08/03/2020 by

bandcamp

ciśnienie – facebook

lód 9 – facebook

kultura dęta

Post-rockowe i awangardowe zespoły Ciśnienie oraz Lód 9 (czyli ½ Ciśnienia w osobach Maćka Klicha i Michała Zdrzałka) w towarzystwie Orkiestry Dętej Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” – oto jedna z najciekawszych współpracy w historii polskiego undergroundu.

Na „Brass Album” znalazł się koncert zarejestrowany 26 maja 2019 r. podczas katowickiego festiwalu Move Your Brass. Żałowałem, że nie mogłem wtedy pójść na plac Sejmu Śląskiego, żeby zobaczyć, co też nawywijała ta niecodzienna ekipa.

(o)(o)

O Ciśnieniu i Lodzie pisałem nieraz – i tu, i na Facebooku. W końcu to kapitalne składy, wyjątki na niezbyt ciekawej scenie katowickiej. Nie ma sensu ponownie rozwodzić się na temat tego, co oba zespoły grają – jakieś tam ich sylwetki zarysowałem, pisząc o albumie „Grawitacja”.

A orkiestry dęte kojarzyły mi się do tej pory jedynie ze śp. dziadkiem, górnikiem KWK Mysłowice, który grał na trąbie. No więc moje wyobrażenie było takie, że chłopaki z Ciśnienia i Lodu 9 po prostu złagodzą to, co grają na co dzień, by dostosować się do dęciaków. Ot, ciekawostka, i tyle.

(o)(o)

Tymczasem to Orkiestra Dęta KWK „Wujek” raczej dostosowała się do antyrocka katowickich młodych muzyków. I jest to zajebista sprawa. Brassowo ubogacona muzyka Lodu i Ciśnienia (to w liczbie autorskich kawałków wygrywa 3:1) brzmi kapitalnie.

Mamy na „Brass Album” czwórkę gości grających na co dzień niełatwą muzykę (wspomniani Klich i Zdrzałek oraz Kacper Kowalczuk i Michał Paduch), a także bodaj 23 osoby z orkiestry dętej. Jeśli ktoś jednak spodziewa się przepychu i zadęcia (w końcu to awangarda rockowa plus orkiestra), będzie zawiedziony. Całość, jak na taki potężny skład, brzmi surowo, ale też przystępnie. Niemal nie mam się do czego przyczepić, jedynie wokal w otwieraczu „W głowie” trochę mnie drażni (narzekałem też na niego w recenzji „Grawitacji”).

„Brass Album” – rewelacyjna, niezwykle oryginalna rzecz.

I jeszcze plus ode mnie za „Same trupy” – to dla mnie kwintesencja Ciśnienia, gdzie post-rock pięknie łączy się z noise’em i – niech będzie – rockiem progresywnym.

(o)(o)

Mam nadzieję, że kolejnej płyty chłopaki już do recenzji nie podeślą. Oznaczało by to po prostu, że osiągnęli pozycję adekwatną do swych talentów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

love 666 – american revolution [1995; amphetamine reptile records] / anthony presley

24/02/2020 by

linki w komentarzach / links in comments

amrep

Gdy napisałem na fejsie, że najlepsza płyta wydana prze AmRep to „Into the Vortex” Hammerhead, ktoś skontrował, że nie, bo „American Revolution” Love 666. Wątpię, ale tak myślę, nie ma się co spierać. Jeżeli dyskutujesz o gustach, znaczy to, że prawdopodobnie ostatnio bardzo cię zainteresował artykuł o japońskich seksrobocicach.

Piękna płyta. Po rozpadzie Love 666 panowie tworzący ten zespół coś tam pykali, ale nie była to już amerykańska rewolucja.

Nieoceniony Outside wydał u nas „American Revolution” na kasecie. Swoją drogą, płyta ma kapitalną okładkę. Przeglądałem na jakimś z żenujących indie-portali zestawienie najlepszych okładek ubiegłego roku – naprawdę nisko to wszystko upadło. Graphic design, jakby zajmował się tym Ireneusz Jeż.

Nie ma chyba niczego ciekawego na temat Love 666 w necie.

O, a tu znajomy lewus wrzucił ten materiał. „Nie ukrywajmy – liczy się muzyka”.

***

Anthony Presley

jachna/ziołek/buhl – animated music [pawlacz perski; 2020]

18/02/2020 by

bandcamp

facebook

pawlaczperski.org

Pierwsze tegoroczne wydawnictwo Pawlacza Perskiego przynosi muzykę gwiazdorskiego tria: Wojciech Jachna (trąbka, kornet, fx; m.in. Contemporary Noise Sextet i Inncercity Ensemble), Jakuba Ziołka (gitara akustyczna, syntezator, fx; Innercity Ensemble, różne Alamedy, Stara Rzeka…) oraz Jacka Buhla (perkusja, perkusjonalia; m.in. Alameda 5 i Trytony). „Animated music” – naprowadzi na to bystrego czytelnika – może być interpretowana jako ścieżka dźwiękowa do kreskówek. I tak jest w istocie: w info wydawcy czytamy o polskich filmach animowanych z lat 60 i 70.

„Charakterystyczne dla wielu z takich soundtracków było m.in. zderzanie avant-jazzowego feelingu z nieco sterylną elektroniką w duchu SEPR (zakładam, że chodzi o Studio Eksperymentalne Polskiego Radia – dop. 10fs). Na Animated music akustyczne instrumenty wykorzystywane są w sposób tradycyjny, ale muzycy nie stronią też od sonorystycznych poszukiwań i elektronicznych preparacji. Pole słyszenia rozszerzają syntezatorowe dźwięki”.

Nic dodać, nic ująć. Jak zwykle Pawlacz Perski zapodaje takie press-info, że właściwie można zrobić kopiuj-wklej i pójść na piwo.

Jachna, Ziołek i Buhl to muzycy tej klasy, że pewnie trudno byłoby im nagrać coś kiepskiego. Znają się, pewnie lubią i niejednokrotnie pracowali razem. Mogą co najwyżej rozczarować, lekko znudzić, ale wiochy żadnej nie odstawią.

„Animated music”, nagrana w 2016 r. przez Janusza Czadę w bydgoskim Studiu Mózg, stwarza wrażenie czegoś w rodzaju brudnopisu, spotkania trójki świetnych muzyków, którzy postanowili przy okazji coś zarejestrować, ale nie jest jedynie ciekawostką, płytą, przy okazji której bardziej zwraca się uwagę na nazwiska muzyków niż samą muzykę. Co prawda daleko temu materiałowi do najlepszych wydawnictw Pawlacza, lecz warto go poznać.

(o)(o)

Surowa elektronika i akustyczne brzmienia, „kontrolowane” przez trąbkę Jachny – tak można by w uproszczeniu opisać zawartość tej kasety.

Mnie najbardziej przypadły do gustu psychodelizujący „To Boy and the World” oraz „Yoruba”, której patronem będą raczej nie polskie postacie z filmów animowanych, lecz Żwirek i Muchomorek. Doskonale wyszły im te jagodowe powidła.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

kiev office – nordowi môl [halo kultura; 2020]

10/02/2020 by

bandcamp

facebook

halo kultura


Zdjęcie: Paweł Jóźwiak

„Eklektyczny” – to słowo tak często pojawia się w recenzjach, że aż wstyd go używać. Chyba jednak w przypadku tej płyty trzeba. Pierwszy, tytułowy i hitowy, numer zaczyna się od basu à la stare Pixies i płynnie przechodzi w klimaty postrockowo-psychodeliczne; drugi („Szkwał”) to w sumie noise rock; w trzecim („Rëbôczczi”) Julia Szczypior śpiewa pieśń rybacką w języku kaszubskim… Oklepane słowo „eklektyzm” jest tu jak najbardziej na miejscu.

Czy ta różnorodność służy płycie? Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, raczej skłaniałbym się ku temu, by Kiev Office siedział cały czas w psychodelizujących klimatach. Z jednej strony wspomniana różnorodność sprawia, że trudno „Nordowim Môlem” (czyli „północnym miejscem”) się znudzić, z drugiej – mam wrażenie, że nie słucham muzyki jednego zespołu, a składanki kapel z Pomorza.

W ostrzejszych fragmentach Kiev Office jest ok, ale nie zachwyca (choć i tu bywa ponadprzeciętnie), natomiast, gdy wchodzi we wspomniane klimaty psychodeliczno-postrockowe – jest naprawdę bardzo dobry. Zaczynający się około piątej minuty fragment „Abrazji”, to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w polskim rocku, jaką słyszałem w ciągu ładnych paru lat.

(Na marginesie, wokalista zespołu dziwnie kładzie akcent, podobną uwagę miałem, pisząc o Popsysze. Może to jakiś lokalny koloryt).

Duży plus za zgłębianie lokalnej tradycji. Widać, że Kiev Office nie traktuje jej jako ciekawostki, mającej nieco ubarwić płytę. Dialekt kaszubski jest piękny i warto go propagować, przypominać o jego istnieniu. Zresztą sam zespół pisze o roku intensywnych prac, o zgłębianiu mitologii Kaszub.

Część zespołów z północy ma w sobie to coś, co powoduje, że słuchając ich, z miejsca mam ochotę wybrać się nad morze (inna sprawa, że byłem nad nim ostatnio chyba w 2000 roku). Podobne odczucia wywołuje Kiev Office, gdy stawia na psychodelię.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)


%d blogerów lubi to: