mnoda – dziękuję, źle [koty records; 2022]

mnoda

koty records

Krotka płyta – krótka recenzja. Nie oznacza to, że gdy ktoś mi podeśle trzypłytowy box, napiszę esej.

***

Co tydzień wychodzi chyba z milion płyt z post-punkiem. Zdarzają się bardzo dobre, zdarzają przynajmniej słuchalne, bywają też słabe – wiadomo. Czasem pojawia się zespół tagowany jako „post-punk” i może jeszcze „art punk”, nad którym cmokają krytycy i słuchacze. Potem się okazuje, że to niby fajne, tyle że np. Pere Ubu grali coś podobnego, no i dużo lepiej oraz bardziej radykalnie, w latach 70.

Osobiście męczy mnie też nurt post-punka z fajnym, gadającym gościem na wokalu, który chyba wypłynął na fali sukcesu Fontaines D.C.

***

Mnoda (też gra post-punka – z elementami noise rocka – stąd wstęp) nie zostanie uznana za awangardę przez kogokolwiek, bowiem jej muzyka – podobnie jak ta recenzowanych niedawno Bad Light District – z miejsca wydaje się mocno osadzona w innej epoce.

Trochę jarocińska (proszę sobie wyobrazić, że to w tym przypadku komplement), jeśli wiesz o czym mówię. Dzięki wokalowi jakby ze starego domu kultury (może to akurat nie jest wielki komplement, ale też nie zarzut). Wyróżnia się dzięki umiejętnemu wykorzystaniu trąbki.

Warto zwrócić uwagę na teksty. Te całkiem proste: jak „W niedzielę”, opisujący nudę – jak ładnie tłumaczy nam to Wikipedia – „dnia między sobotą a poniedziałkiem” i „Czego chcesz jeszcze?” (na pewno nie żubra), jak i te bardziej poetyckie: „A co u Ciebie?” i „Podróż na księżyc”.

Zresztą „A co u Ciebie?”, bliski zimnej fali, długi, bo ponaddziewięciominutowy utwór, to chyba najlepsza część płyty. Może tylko chciałbym tu bardziej dynamicznego, hookowskiego (od Petera Hooka) basu. Za to końcowa psychodela może się podobać, a skojarzenie z „I nikomu nie wolno się z tego śmiać” (sorry, ale żona usłyszała) Kobranocki nie przeszkadza.

***

Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to do tego, że „Dziękuję, źle” (świetny tytuł) czasem jest za mało… surowa (w „W niedzielę” gitarę w pewnym momencie wziąłem za podrasowaną elektronikę; gdzie indziej pojawia się na krótko „kaczka”, której mogłoby nie być). Ale to już czepialstwo. No ok, jeszcze jeden kamyczek: początek „Podróży na księżyc” jest nieco banalny. Od pewnego momentu robi się z niej jednak świetny numer.

Tak czy siak, bardzo dobra płyta. Od czasu hitu o GG Allinie Mnoda nie dała mi tak dużej przyjemności.

No i okładka bardzo ładna. Trzeba by wydać winyl (choć kaseta przecież prezentuje się jak najbardziej wyjściowo) albo przynajmniej wydrukować plakat.

A do gościa, który ma pracę w Resorcie Zbędnych Snów, odezwę się, jak znów mi się przyśni, że siedzę na matmie w ogólniaku ze świadomością, że nie zdałem do następnej klasy.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

luca brasi – to the tooth [1997] / mark shaw

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Luca Brasi to australijski zespół z Lauceston w Tasmanii, grający melodyjnego punk rocka amerykański zespół z Bostonu w Massachusetts grający noise rocka, ale potrafiący również odnaleźć się w noise’ie („Bach’s Car”), psychodelii („Day Lit Bottle”), drone’ach („Tired Parade”) czy stonerowym zamykaczu („Phone”). Znalazłem go swego czasu, sprawdzając, gdzie grali ludzie z Red Bliss. No i przez Briana McGilivraya trafiłem do Luki Brasiego.

Wykonawców mających taką nazwę jest od groma; w końcu LB to postać z „Ojca chrzestnego”. W związku z tym, że nie ma w necie zdjęcia bostończyków, wrzucam podobiznę przydupasa Vita Corleone, którego, przydupasa, w filmie Coppoli zagrał Lenny Montana.

Nie ma zdjęć zespołu, nie ma nawet porządnych fotek okładki. Dobrze, że ktoś sfotografował swój egzemplarz płyty i wrzucił na Discogs.

„To the Tooth” (oraz dwa single) wydało Reproductive Records (słyszałem „Creeper/Gout” – zajebisty; bardziej agresywne oblicze zespołu), mające w katalogu m.in. Harveya Milka. Split Luki Brasiego z Kudgel (jako Team Kudgel) puściło w świat bostońskie Super 8 Records.

Część składu LB grała razem w Anodyne i Windmills by the Ocean.

„To the Tooth” nie idzie kupić. Pozostałe wydawnictwa zespołu – owszem.

Fantastyczny kawałek grania z drugiej połowy mojej ulubionej dekady.

***

Mark Shaw, czyli m.in. Nico z jamnikami, piękny uśmiech Natalie Wood oraz milion zdjęć Audrey Hepburn.

melisa – zasługuję na istnienie [koty records; 2022]

melisa

koty records

Ładnych parę lat temu pokładałem wielkie nadzieje w polskim, gitarowym graniu na podstawie tego, czym częstowały takie zespoły, jak The Spouds, Melisa czy Brooks Was Here. Po części wynikało to z początkowej nieświadomości, że to ekipy powiązane personalnie, więc nie mógł stać za tym jakiś szerszy trend. Wtedy też nie do końca sobie to uświadamiałem, ale być może lekkie przecenienie ich – było nie było, bardzo dobrych – nagrań (choć gdy teraz przypomniałem sobie pierwszy, noisepunkowy materiał Melisy, „Dla Melizy”, myślę, że może jednak ja tu nikogo nie przeceniałem…) wzięło się z faktu, że wymienione grupy stanęły przeciwko biedzie polskiego punka i hardcore’a; nie były ową biedą obciążone ani muzycznie, ani mentalnie. Stanęły przeciwko nędzy chujowego brzmienia, banalnych kompozycji, protekcjonalnego (a może raczej wzgardliwego) przekazu i – last but not least – ogólnej, punkowej głuchocie, dzięki której publika zawsze tłumniej przyjdzie na – dajmy na to – Eye for an Eye niż na Titanic Sea Moon, Columbus Duo czy… Melisę.

Wracając do owego protekcjonalnego przekazu – do granic został on chyba doprowadzony w kawałku Dezertera „Hodowla głupków” z płyty „Mniejszy zjada większego”. Jakże inaczej wypadają teksty Melisy czy Brook Was Here z ich „polskiej” płyty przy tych pisanych ex cathedra tekścidłach, traktujących słuchacza jak debila, który dowiaduje się, że jest nim, debilem, bo ogląda w telewizji nie te programy, które powinien.

Tak, teksty na „III” były miłą niespodzianką, zwłaszcza gorzkie „Lunaparki” („Kanały dzisiaj piękne, mogę być tu przez cały dzień / Przepaski, panny wyklęte, słucham płyt de press / Tacy sami, tacy sami / Strzelanie dzisiaj jest piękne, od rana ktoś bawi się / Maleo otwiera kopertę do jutra ma za co jeść”), przypominające nieco Świetlickiego, który robił sobie jaja z nie kogo innego, jak Malejonka: „Dzisiaj dostałem list od papieża / Pisze, że we mnie wierzy / Dzisiaj dostałem list od papieża / Pisze, że jestem niezły”).

Podobnie jest na nowym wydawnictwie Melisy (Marcel Gawinecki – bas, Mateusz Romanowski – gitara i głos, Antoni Zajączkowski – bębny), mającym dość (tu zabrakło mi przymiotnika; możecie sobie go dodać) tytuł „Zasługuję na istnienie”. Słowa napisane przez Romanowskiego zostają w głowie („chciałeś pluralizm / a stałeś się nami”), a ja mam przyjemne wrażenie, że nikt mnie nie poucza; że pisał je ktoś, kto po dyskusji nie podejmuje niezwykle radykalnego kroku, jakim jest usunięcie ze znajomych na fejsie.

Dobrze to też brzmi (nagrywali w Studiu Cierpienie Gawinecki i Zajączkowski). Inżynieria dźwięku na piątkę z plusem, choć z punktu widzenia sztuki rockowej – ktoś może powiedzieć – płyta gra jak gówno. Gitary często nieco schowane, zdominowane przez „zawiesisty” bas, wokale nie są wysunięte o kilometr względem instrumentów. Bębny – nie wypada nie wspomnieć – dają po uszach jak Pan Bóg przykazał. Mnie to podchodzi, zwłaszcza że „Zasługuję na istnienie” potrafi zabrzmieć nie tylko brudno, ale i potężnie, wręcz metalowo (vide „Śnienie”). Jedyne, do czego bym się przyczepił, to wysunięty głos w „Śnieniu” właśnie. Psuje nieco efekt, choć może nawet ten amatorsko brzmiący wokal ma swój gówniarski urok. Jak miał wokal np. w Guernice y Luno.

Całość trwa 17 minut, czyli niewiele mniej niż powinien trwać hardcore’owy koncert. Pisząc „hard core” mam na myśli Geld czy Electric Chair, nie neandertali charczących o „pride” i „unity”.

Kilkanaście minut pełnych wpierdolu i emocji plus chwila wytchnienia – „Samotność skit” (wytchnienia tylko od tego pierwszego). Plus jeden emo-hit „Wystarczasz”.

„Tylko” 8/10 (wystawianie ocen płytom wydaje mi się dość niemądre, ale jakoś od dłuższego czasu nie umiem się powstrzymać). Pierwszy kawałek, „Widzimy się” (gościnnie zaśpiewała Kudłata ze składu Qx), robi wrażenie raczej szkicu (choć ta shellacowa gitara na początku to miód na me serce…). Brakuje mi też jakiegoś zamknięcia płyty (może „Samotność skit” na koniec to byłoby dobre rozwiązanie? Tyle że skitu chyba nie daje się na koniec). A może ten lekki chaos to zamysł?

Zjełczały zgred pozdrawia Melisę i oznajmia, że będzie wracał do „Zasługuję na istnienie”. Czekam, aż Koty wypuszczą ten materiał na nośniku/ach.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

kerosene 454 – came by to kill me [1996] / camberley kate

linki w komentarzach / links in comments

POMAGAMY UKRAINIE

polyvinyl records

discogs

Odnalezienie na półce kasety „Dischord 4 Poland” skończyło się oczywiście wysłuchaniem jej – z ogromną przyjemnością, za którą stoi nie tylko sentyment do najpiękniejszej dekady w historii ludzkości, ale również po prostu genialna muzyka. Co prawda chyba nigdy nie przekonam się do Slant 6 i Smart Went Crazy, natomiast The Crownhate Ruin, Regulator Watts, Lungfish i rzecz jasna Fugazi to zespoły, których będę słuchać z ekstatycznym zachwytem, póki nie wybiorę się do Abrahama na piwo.

Dołączoną w 1998 do „Brumu” składankę warto było włączyć również z uwagi na Kerosene 454, czyli zespoł, który tak naprawdę znałem kiepsko.

Waszyngtoński band grał w latach 1993-1998. Ma na koncie trzy albumy, z których najbardziej polubiłem drugi, „Came by to Kill Me” (pierwsza piosenka, „Tracer”, otwierała też D4P).

Właśnie znalazłem krótką recenzję płyty na stronie „Washington Post” – autor przywołuje w niej Roberta Frippa i Philipa Glassa. Ja bym – w kontekście mojego może ulubionego numeru, „Injection” – przywołał June of 44.

Darren Zentek wraz z Erikiem Denno gra (albo grał) w zespole Vica Bondiego Report Suspicious Activity. Chyba „grał”, bowiem ostatni wpis na Facebooku RSA pochodzi z 2018 r. Zresztą czy ja mam ochotę słuchać tego, co obecnie nagrywa Bondi? Wczesniej Zentek i Denno mieli niezłą kapelę Oswego.

Jest na „Came by to Kill Me” niemal wszystko, co najbardziej lubię w muzyce, lubiłem i zapewne będę lubił, choć poziom Lungfish, Regulator Watts czy Hoover to nie jest. Fugazi gra w ogóle w innej lidze.

Może wznowią, choć brak K454 na bandcampie Dischordu nie nastraja optymistycznie.

***

W tych paskudnych czasach warto poczytać o pozytywnych postaciach. Oto Kate Ward, znana jako Camberley Kate. Kobieta, która w ciągu swego życia wzięła pod opiekę ponad 600 psów. Koty też lubiła. Nie kryła swej niechęci do ludzi (dzień dobry!), co nie przeszkadzało jej nieść anonimowo pomocy potrzebującym, a mnie prowadzi do mało oryginalnej refleksji, że są na świecie takie osoby, jak pani Ward, i takie chuje, jak np. Kurwin. O gorszych nie wspominając. Warto poszukać w necie artykułów na Jej temat.

bad light district – brak oczekiwań [wyd. własne; 2022]

POMAGAMY UKRAINIE

badlightdistrict.com

bandcamp

maciej przemyk

A od tej epki przy pierwszym słuchaniu mnie odrzuciło. I gdybym nie miał w miłej pamięci „Lucky Blood Moon”, poprzedniego materiału Bad Light District (2019), nie wiem, czy włączyłbym „Brak oczekiwań” ponownie.

Nie mam pojęcia, skąd ta początkowa niechęć. Może zmiana tekstów na polskie spowodowała, że doznałem lekkiego wstrząsu (przegapiłem singiel z tytułową piosenką, więc nie wiedziałem, że Michał Smolicki śpiewa obecnie w ojczystym języku). Może miałem problem z zaakceptowaniem dość specyficznego chwilami wokalu (konkretnie chodzi o dwa utwory: tytułowy i „Błąd maszyny”)? A może nie był to dzień na słuchanie muzyki w klimacie new wave/synth pop? Jak nie ma klimatu na coś, to i Coltrane nie siądzie.

Zostając przy nim, trzeba jednak przyznać, że wokal to mocna strona Bad Light District, co jest o tyle warte podkreślenia, że wokaliści to nie jest największy atut polskiego undergroundu czy generalnie polskiego rocka.

Uroda tej płyty polega na tym, że choć w oczywisty sposób nawiązuje klimatem do lat 80., to jednocześnie brzmi współcześnie i naturalnie (dobra robota miała miejsce w owczarskim Prusiewicz Studio). Jest na serio, ale nie nadęta. Nie ma tu też puszczania oczka do „ejtisów”, nikt się nie przebiera za Kapitana Niemoc.

Podobają mi się bębny – dość ciężkie, jak na taki rodzaj muzyki. Nawet gdy w „Błędzie maszyny” przywołały na myśl „To tylko tango” Maanamu. Na marginesie, zespół Kory nie był (do pewnego momentu) taki zły… W tym numerze, pod koniec, wokal zaczyna mi się też kojarzyć z Grzegorzem Ciechowskim. Zostając na chwilę przy skojarzeniach – „Podstęp cywilizacyjny” może przywołać Beach House, ale raczej nie z ostatniej, przydługiej płyty, tylko z tych nagrań, gdy myślałem o Victorii Legrand jako współczesnej Nico, nie o tym, że pójść spać.

W odbiorze pomagają również dobre teksty. Już po tytułach („Podstęp cywilizacyjny”, „Luzowanie obostrzeń”) widać, że komentują to, co za oknem; czy może raczej, że zostały naszą dziwną rzeczywistością zainspirowane. Smolicki robi to jednak bez dętej publicystyki (za tekst drugiego utworu odpowiada Mary Nogacka). Wersy są lakoniczne i poetyckie. Na tle ogólnego rockowego pustosłowia to zawsze miła niespodzianka.

„Brak oczekiwań” to wciągająca płyta, z której trochę wieje chłodem, ale też dociera z niej odrobina ciepła. Kawałki lecą niespiesznie, są stosunkowo długie, lecz nie nudzą. Można się poczuć, słuchając tego, co stworzyli Smolicki, Pietrzyk i Łukasz Lembas, jak w dość ponurym filmie science fiction. Zresztą, biorąc pod uwagę to, co oferuje rzeczywistość, porównania do SF najwyraźniej się zdewaluowały.

Mój zarzut jest taki, że „Brak oczekiwań” jest zbyt krótki. Chętnie poszerzyłbym go o ze dwa udane numery. No, ale taki zarzut to w sumie komplement.

***

Autorem okładki jest Maciej Przemyk, wyżej podlinkowałem jego konto na Instagramie.

Warto również przejrzeć stronę Bad Light District, nie zapominając o dziale zakupów. Dziś taki porządny sajt to rzadkość.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

v/a – nothing short of total war (part one) [blast first; 1989] / karl hutton

linki w komentarzach / links in comments

POMAGAMY UKRAINIE

blast first

touch and go records

Drugiej części chyba nie było.

Zawsze byłem fanem składanek (nawet samemu chciało mi się je robić), ale w tym roku mam lekki kryzys. Jednej nowej nie zmęczyłem, druga czeka.

Tak czy siak, lubiłem spędzić pół dnia na odsłuchiwaniu kompilacji: najlepiej, gdy znałem ze trzy zespoły, a resztę poznawałem dzięki danej płycie.

Wychodzi tego od groma. Najczęściej miałem do czynienia z postpunkowymi rzeczami i sceną indie z Wielkiej Brytanii, miliardem indie- czy tweepopowych kapel stamtąd. Jakiś zespół wydał jednego singla w 82, a ja z satysfakcją odkrywam informację, że wokalistka Susan obecnie uczy w szkole w Leicester. W sumie przyjemny sposób na marnowanie życia.

Jak wspomniałem, mam lekki kryzys składankowy, ale jak sobie włączyłem „Nothing Short of Total War”, pomyślałem, że można by ją wrzucić. Obok gwiazd są tu zespoły pewnie niektórym nieznane, przez innych zapomniane. Zamula trochę Sonic Youth.

Ta płyta może z jednej strony rozczarowywać, z drugiej – imponować totalną wyjebką. Przepiękny zapis lat 80. i jednocześnie kolejnej dekady.

A kompilacje wciąż mają się dobrze. Dziś – ze smutnych przyczyn – może lepiej niż kiedykolwiek.

Wspomnijmy też z należytym szacunkiem Blast First. Kurde, ile oni wspaniałych rzeczy wydali.

Również w 1989 wyszedł materiał „The Devil’ Jukebox” – to poszerzona wersja „Nothing Short of Total War”.

***

Wspaniały Kurt Hutton, panie i panowie. Nie znalazłem porządnej strony o nim. Mnóstwo zdjęć jest na Getty Images. Niestety każde zostało sprofanowane przez ich logo.

coagulant – archival recordings for paolo monti [antenna non grata; 2022]

coagulant

antenna non grata

Ambient to zapieczone gówno – można w ten sposób nawiązać do retoryki Charlesa Bukowskiego (nie wiem czyje to tłumaczenie), który tak wyraził się na temat Karola Marksa.

Miliard płyt z muzyką, którą możesz sobie puścić do roboty przyniesionej do domu, do czytania książki czy czego tam jeszcze, ale jeśli potraktujesz ją jako danie główne – umrzesz z nudów. Ambient to zazwyczaj ściema.

Zdarza się jednak, że muzyka, którą można w ten sposób – jako ambient – otagować, wyróżnia się, wchodzi w łeb jak najlepszy szlagwort, najbardziej nośny refren. I właśnie tak na mnie działają „hipnotyczne drone’y” Coagulant. (A niedawno Zguba).

Oczywiście można się posprzeczać o to, czy te nagrania można podciągnąć pod ambient. Według mnie – tak. Choć myślę, że noise ambient to najlepsza łatka.

Coagulant to „konceptualny projekt soundartowy”, wymyślony w 1998 r. przez Fkdrone, a obecnie prowadzony przez Fabia Kubica (pewnie to jedna i ta sama osoba). W notce na temat muzyki zawartej na opisywanej pozycji fonograficznej kluczowe jest dla mnie właśnie określenie „hipnotyczne drone’y”. Bo muzyka zawarta na tym CD to właśnie takie hypnotic drones; wspaniale narastające (choć dające też na chwilę wytchnienie), wbijające się w czaszkę. To muzyka pozbawiona przestojów, nudy, niepotrzebnych urozmaiceń. 33 minuty pieszczenia zmysłów.

„Archival Recordings for Paolo Monti” to nie ambient kojący, raczej coś, co na potrzeby nagrań (albo przy innej okazji) Les Vampyrettes – projektu Holgera Czukaya i Conny’ego Planka – zostało nazwane horror ambientem.

Słuchałem tej płyty kilka razy; w różnych sytuacjach, przy odmiennych nastrojach; po to, by się przekonać, czy pierwotny zachwyt nie był jednorazowy. Nie był. Płyta Coagulant za każdym razem działa (od pierwszego odsłuchu – jak wspomniałem – co też jest dla mnie ciekawe, bo zazwyczaj potrzebuję czasu, by „wejść” we wcześniej niesłyszaną muzykę) na mnie w ten sam, intensywny sposób.

Jest to pierwsza rzecz tego „projektu soundartowego”, którą miałem okazję poznać. No i – jak się obawiałem – Coagulant wydał kilkadziesiąt płyt. Pół żartem, pół serio: oby okazały się gorsze od „Archival Recordings for Paolo Monti”, bo nie wiem, czy mam czas, żeby w to wszystko wsiąknąć.

***

Muzyka oraz opracowanie graficzne poświęcone zostały pamięci wielkiego włoskiego fotografa Paolo Montiego (1908-1982). Zdjęcie zdobiące okładkę (w czasach coraz powszechniejszych ułatwień dla osób niedowidzących tak nieczytelne napisy, jakie widzimy [?] na niej, uważam za skandal), którego autorem jest sam Fabio Kubic, chyba nawiązuje do twórczości urodzonego w Novarze artysty.

Włączyć Coagulant i oglądać prace Montiego – takie połączenie musi dać satysfakcję.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

nina nastasia – live at peel acres (10 czerwca 2004)

POMAGAMY UKRAINIE

linki w komentarzach / links in comments

nina nastasia

john peel

touch and go records

Czytając o Stevie Albinim, zazwyczaj trafia się na banały o tym, że nagrywał Nirvanę, Pixies i PJ Harvey; że to „lider” zespołu Shellac, który wcześniej grał w „kontrowersyjnych” zespołach Big Black i Rapeman;  czasem – gdy ktoś się bardziej postara – można się dowiedzieć, że jest niezgorszym pokerzystą. Jakoś jednak nie widzę, żeby podkreślało się rolę Albiniego w promowaniu tworzących muzykę kobiet – by wymienić chociażby Ninę Nastasię i Shannon Wright. A jak wiadomo – w świecie rocka, czyli świecie spoconych kretynów, te łatwo nigdy nie miały.  

Przeczytałem gdzieś, że o Nastasii opowiedział Albiniemu śp. John Peel (o którym sam gitarzysta Shellaca powiedział – na wzruszającym koncercie poświęconym Jego pamięci – że był „hell of a man”). Zaowocowało to współpracą słynnego inżyniera dźwięku z urodzoną w Los Angeles artystką i bodaj moją ulubiona płytą w kategorii singer/songwriter (dość kretyński tag), zresztą jedną z najukochańszych w ogóle – „Dogs”. W ubiegłym roku udało mi się ją kupić na winylu w normalnej cenie.

(Choć z wypowiedzi artystki wychodzi na to, że to Albini wysłał jej nagrania Peelowi).

Polecam – wypowiada się tu żona Peela, Sheila Ravenscroft

56-letnia dziś Nastasia ostatni – „Outlaster” – materiał wydała w 2010 r. (w 2018 pojawiła się piosenka pt. „Handmade Card”, w międzyczasie nic). W tym popierdolonym 2022 ma wyjść nowy album. 

Wrzuciłem utwory zagrane na jednej z sesji u wspomnianego Peela. Jego głos i śmiech Nastasii – kojąco wpływają te nagrania na człowieka.

Nina grała niejednokrotnie u słynnego radiowca, ale to niemal na stówę sesja z 10 czerwca 2004 r., z udziałem Huun Huur Tu – najpopularniejszej grupy muzycznej z Tuwy (sam Peel też się chyba załapał na wokale). Widzę, że grali 1 marca we Wrocławiu.

No, nie jest to Jopek z Kydryńskim. Piękna sprawa.

zguba – znój [loża oficyna; 2022]

UKRAINA

zguba

loża oficyna

Jarek Szczęsny napisał taki dytyramb na cześć „Znoju”, że choćbym nie wiem jak się starał, wszelkie moje komplementy będą wyglądać teraz jak poklepanie Zguby po plecach: „No, nieźle ci to, stary, wyszło”.

Czasem bywam zmęczony obracaniem wszystkiego w żarty dla kumatych, postironią, postmemami, postchujwieczym. „Znój”, będący płytą piękną, uduchowioną, jest dobrym antidotum na te wszystkie jajcarskie klimaty.

To ostatni element trylogii udręki Zguby (pozostałe to „Potwarz” i „Pomór”). Jak się dowiadujemy, materiał był nagrywany wyłącznie „w stanie totalnego wycieńczenia fizycznego, jak i psychicznego”.

„Znój” to ambient najwyższej próby (w najbardziej intensywnych momentach – vide „Gehenna” – zbliżający się do post-rocka). Muzyka jest podniosła, często wręcz patetyczna, lecz nigdy nadęta i kiczowata. Na płycie słychać zamiłowanie artysty do muzyki chóralnej. Przez nią „Znój” może być odczytywany jako płyta niemal religijna. Efekt jest fantastyczny.

Znajomy pytał mnie ostatnio o trzy tegoroczne albumy, które polecam. Wymieniłem Titanic Sea Moon, „SE03” BWS, trzeci nie przyszedł mi do głowy. Teraz dorzucam „Znój”.

Przepiękna płyta (wyszła na CD, ale do winylu pasowałaby jeszcze lepiej), która – Zguba wyraża taką nadzieję – może słuchaczowi pozwolić wznieść się ponad codzienny, nomen omen, znój.

Mnie raczej zdaje się mówić: wszystko źle się skończy, ale na razie trwa i można się tym chyba nawet cieszyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

red bliss – gateway to joy [1991] / dennis stock

linki w komentarzach / links in comments

UKRAINA

discogs

Red Bliss – jedna z miliona grup noiserockowych (jest też w jej graniu trochę grunge’u i metalu, ale proszę się nie bać) z lat 90. Daleka od pierwszej ligi, zapomniana, ale warta poznania.

Z dwóch dużych płyt zdecydowanie bardziej podoba mi się druga, „Gateway to Joy” (szkoda, że nie wyszła na winylu). Red Bliss zrobili w krótkim czasie niesamowity postęp (oba materiały dzielił zaledwie rok; no i drugi album jest 100 razy lepiej nagrany niż „Fishkill”). OK, powiedzmy to wprost: pierwszą płytę trudno zmęczyć, druga jest zajebista.

Na temat tria z Bostonu (Brian McGillivray, Mike Carreiro, Mike Rulli) trudno cokolwiek znaleźć w necie (nawet fotki). Info o dwóch albumach na koncie i split z Brickbat, wszystko wydane w Axis Records. Zero wywiadów. Albo źle szukam.

Po Red Bliss panowie grali w nieznanych mi zespołach: Tool Master i Luca Brasi. Utwór „Towels” z płyty „Fishkill” scoverował zespół Spore. Tyle można się dowiedzieć z Discogsu. All Music też nic nie mówi, za to po wyłączeniu AdBlocka pojawiła mi się reklama banknotu z Janem Pawłem II.

Są za to koncerty na YouTubie. No i płyty można bez problemu kupić. Na Allegro za 7 dych ktoś sprzedaje „Fishkill”.

Ech, i jak tu nie kochać lat 90.

(o)(o)(o)

Dennis Stock – wspaniały był to fotograf. No i kto nie kojarzy zdjęcia z Jamesem Deanem?

USA. New York City. 1955. James DEAN haunted Times Square. For a novice actor in the fifties this was the place to go. The Actors Studio, directed by Lee STRASBERG, was in its heyday and just a block away.
USA. New York, NY. 1954. Dutch actress Audrey HEPBURN during the filming of „Sabrina” by Billy WILDER.
CALIFORNIA.Pacifist demonstrating at Santa Monica. „Waste more land” aludes to the name of the US Commander- in- Chief in Vietnam, General Westmoreland.
USA. California. 1968. Man holding a surfboard on beach steps in Corona Del Mar.
USA. New Mexico. 1971. Resting in a hippie commune in New Mexico. In the latter half of the sixties, a generation with an energy and a vision appeared on the horizon – a dramatic force that brought the American conservative scene to a halt. The young decided to take destiny into their own hands, and shape a future of love and caring. Many groups formed communes throughout the nation.
USA. California. 1968. Venice Beach Rock Festival.
%d blogerów lubi to: