trio_io – waves [bôłt records; 2019]

21/01/2020 by

trio_io – bandcamp

trio_io – facebook

boltrecords.pl

bôłt records – facebook


zdjęcie: Paulina Ornatowska

Trio_io pewnie niezbyt często pojawiało się w podsumowaniach najlepszych płyt 2019 roku. Sam muszę przyznać, że zanim zabrałem się za porządne słuchanie „Waves” i pisanie o tej płycie, minęło parę miesięcy od momentu, gdy sprezentowano mi ten materiał. Cóż, nie jest to rzecz łatwa, którą można wrzucić sobie ot tak po pracy, między obiadem a nowym odcinkiem serialu. Wymaga skupienia, bo inaczej przeleci gdzieś koło uszu.

Na „Waves” pewnie bym nawet nie trafił, gdyby gitarzysta Trio_io Łukasz Marciniak nie podrzucił mi CD do mojego ulubionego Komisu Płytowego. Łukasz grał kiedyś w MakeMake, które zresztą udało mi się zobaczyć parę lat temu w katowickiej Katofonii.

Gitara elektryczna, ale też flet (Zofia Ilnicka) i Skrzypce (Jakub Wosik). Trochę nieufnie podchodziłem do takiego zestawu instrumentów. Jak się okazało, niesłusznie.

(o)(o)

Pisanie o muzyce granej przez Trio_io to faktycznie trochę „tańczenie o architekturze”, sięgam więc po ściągę ze strony wydawcy, Bôłt Records. „Waves”, czytamy, to „(…) otwarte formy, czerpiące z tradycji muzyki kompozytorów współczesnych, eksperymentów z preparacją instrumentów oraz elementów free jazzu i muzyki ludowej”.

Co ciekawe, zupełnie ten opis nie pasuje mi do zawartości debiutu Trio_io. Będąc osoba nieosłuchaną w twórczości kompozytorów współczesnych oraz w muzyce ludowej, jedyny punkt odniesienia, jaki w swojej ignorancji znajduję, to reichowski repetytywizm: w moich chyba ulubionych (może dlatego, że najbardziej przystępnych) – „El” oraz zamykającym całość „K.”, przekierowujących Trio_io z rejonów awangardy w rejony… awangardowego post-rocka.

Te numery oraz kojarzący mi się z genialnymi Storm & Stress „Wings”, są mi najbliższe.

O, a teraz przyszło mi do głowy skojarzenie z dziewięciopłytową serią „SYR”, na której Sonic Youth ambitnie interpretowali muzyczną awangardę XX wieku.

Czyli coś tam kumam. Możecie wciąż podsyłać płyty z utworami bez podziału na zwrotkę i refren.

„Waves” to raczej rzecz dla kogoś, komu postrzeganie muzyki zmienił John Cage, nie „Bottled Violence” Minor Threat, ale muszę przyznać, że z mojego prostackiego punktu widzenia jest to płyta w swoim minimalizmie fascynująca.

A najbardziej podoba mi się to – nie umniejszając gitarowej roboty Marciniaka – w jaki sposób zostały użyte flet oraz skrzypce. Ani przez chwilę, słuchając debiutu Tri_io, nie pomyślałem o tym, ze to instrumenty, za którymi nigdy nie przepadałem.

(o)(o)

Chętnie wrócę do minimalizmu „Waves”. Potrzebna jest muzyka, która wymaga skupienia i nie nadaje się na ścieżkę dźwiękową do codziennego banału i przewidywalności. Choć w sumie to ciekawe, czy słuchanie Trio_io ma np. wpływ na kształt obranego ziemniaka. Może warto sprawdzić.

A zupełnie serio – ta płyta to wyzwanie, które warto podjąć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

koenjihyakkei – hundred sights of koenji [1994] / daidō moriyama

17/01/2020 by


bandcamp

skingraftrecords.com

skin graft – bandcamp

god mountain


Jeden z miliona zespołów Tatsuyi Yoshidy, jednego z najlepszych perkusistów, jakich miałem okazję widzieć na żywo. Niesamowity gość. Tak wielki talent wzbudza we mnie podziw i przygnębienie zarazem.

Pojebana płyta, rock progresywny wariatów zwany „zeuhl” (najbardziej znanym przedstawicielem tego gatunku chyba jest francuska Magma). Dwa ostatnie numery – „Avedumma” i „Suna Zarioki” – to kompletna miazga. Poprzedzona śpiewaniem „Kyrie eleison”.

Koenjihyakkei (高円寺百景) grają do dziś, dwa lata temu wydali płytę „Dhorimviskha”. Pewnie urywają łeb na żywo.

***

Daidō Moriyama. Ech, czemu nie zostałem fotografem. Może dlatego, że nie umiem nawet zrobić porządnego zdjęcia swojego psa. Genialny jest ten gość; aż mu dam siedem zamiast zwyczajowych sześciu zdjęć. Japończycy są najlepsi, w Kosmosie również.

salimara – peron vi [judasz iskariota; 2019]

11/01/2020 by

salimara – bandcamp

salimara – facebook

iskariota.com

Zespół niesłusznie olany przeze mnie w ubiegłym roku. „Peron VI” leżał sobie nietknięty od chyba września.

Może okładka nie zachęciła, bo faktycznie średnio wygląda i średnio pasuje do muzyki. Ale chyba nie jestem aż tak prymitywny, żeby oceniać płytę po okładce. Tak czy siak, „Peronem VI” zająłem się dopiero teraz.

(o)(o)

Salimarę tworzą Marcin Karnowski i Anna Niestatek („dyrygentka Bydgoskiej Orkiestry Improwizowanej, współautorka instalacji dźwiękowych, poszukiwaczka indywidualnych, awangardowych form ekspresji wokalnej” – i ja mam recenzować dokonania takich ludzi?). Oboje snują „(…) muzyczną opowieść na temat wędrówki. (…) tworzą własny mikroklimat dźwiękowy przy pomocy niestandardowego instrumentarium akustycznego (handpan, hamgam, cymbały, shruti box, djembe, kalimba, perkusjonalia, głos), okraszając rzecz szczyptą elektroniki. Minimalizm i subtelne aluzje odsyłające do rozmaitych kierunków muzycznych, sprawiają, że twórczość duetu skutecznie umyka jednoznacznym klasyfikacjom” – czytamy u wydawcy „Peronu VI”, Judasza Iskarioty (fajna, oldskulowa strona).

O, właśnie. Oryginalne instrumentarium mogłoby pomóc wielu kapelom – nudnym i pozbawionym energii. Choć to może płonne nadzieje. W każdym razie, jak mawiał Eskimos z komiksu Tadeusza Baranowskiego: „Pomóc – nie pomoże, zaszkodzić – nie zaszkodzi”.

W zasadzie opis trafia w sedno, nie muszę się już produkować. Etno Karnowskiego i Niestatek może kojarzyć się – z powodu wokalu pani Anny – z The Magic Carpathians Project (nie jest to oryginalne skojarzenie, ale czego się po mnie spodziewać). Jest to jakiś trop, jeśli chodzi o Salimarę.

(o)(o)

Z przyjemnością wysłuchałem transowego etno Marcina Karnowskiego i Anny Niestatek, m.in. dlatego, że lubię zespoły wykorzystujące nieoczywiste instrumenty, ale nie tylko: to po prostu wciągający materiał.

Peron VI, podejrzewam, znajduje się w miejscu, do którego nigdy się nie wybiorę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

hopper – hopper [gusstaff records; 2019]

05/01/2020 by

hopper – bandcamp

hopper – facebook

gusstaff records – facebook

gusstaff records – sklep


fot. Krzysztof Ożóg

Zapomniałem o zespole Hopper. Miałem jakiś czas temu zająć się jego płytą i wyleciało mi to z głowy. Nie zasługuję nawet na prowadzenie tego biedablogu.

(o)(o)

Podobno artyści nie lubią, gdy porównuje się ich do innych artystów (wszyscy tacy oryginalni). Może panowie z Hoppera (Edward? Dennis?) nie obrażą się jednak, jeśli napiszę, że podczas pierwszego odsłuchu ich debiutu pomyślałem o drugiej płycie Abilene (właśnie się zorientowałem, że plik z tą recenzją zamiast „Hopper” nazwałem „Abilene”). Myślę, że tradycja takiego grania może być Hopperowi bliska. Na potrzeby tej pisaniny odświeżyłem sobie „Two Guns, Twin Narrows”. Coś łączy obie płyty, nie tylko obecność trąbki. Choć o wielkim podobieństwie muzycznym w sumie nie ma mowy.

(o)(o)

Hopper pochodzi z Wołowa. W ubiegłym roku pisałem o innym zespole będącym po części również z tego miasta, Vermona Kids. Autorzy płyty „Very Sorry” również przywoływali pamięć o latach 90. XX w., o amerykańskim emo tamtej dekady. Self-titled Hoppera w oczywisty sposób też nawiązuje do tamtych lat i nieco późniejszych, moich ulubionych w muzyce.

(o)(o)

Zaczyna się świetnie (i, zaspoileruję, tak jest do końca). W utworze „Rydygiera” bas pędzi w towarzystwie perkusji, ma się wrażenie, że zaraz nastąpi jakieś posthardcore’owe jebnięcie, lecz jest trzymany w ryzach przez trąbkę, która brzmi, jakby grający na niej Mateusz Skrzypicki znajdował się w innym pomieszczeniu niż reszta zespołu. Gitara gra swoje, czasem soniczne, czasem niemal jazzowe dźwięki. 11 transowych minut mija nie wiadomo kiedy.

Następnie „Ebbing”. Przeczytałem gdzieś, że w polskim undergroundzie pojawia się coraz więcej zespołów uciekających od piosenkowej formuły, grających dłuższe kawałki, improwizujących. Najlepszym przykładem jest tutaj Lonker See, zespół, którego płyty co prawda nie rzucają mnie na kolana, ale na koncerty twórców „One Eye Sees Red” mógłbym chodzić może nie codziennie, ale raz w miesiącu na pewno. Pomyślałem o zespole Tomasza Gadeckiego, słuchając właśnie „Ebbing”, drugiego kawałka na płycie. Również o Obiektach i ich wspaniałym „Czarnym mieście”. Może nawet bardziej.

W „Kazu” (zakładam, że to hołd złożony pani Makino z Blonde Redhead) najważniejsze wydają się być bębny…

No dobra, dość tego opisywania kawałka po kawałku. Zawsze bawiły mnie recenzje, w których analizowana jest piosenka po piosence; proponuję zająć się w taki sposób np. „Plague Soundscapes The Locust”. Niby „Hopper” to tylko cztery numery, ale opisywanie jednego po drugim jest jednak trochę nudne.

(o)(o)

Nudy nie znajdziesz za to w muzyce zespołu z Wołowa. Fantastyczny, niezwykle klimatyczny materiał. Do słuchania o każdej porze, ale pewnie w pełni jego magię poczujesz nocą.

Pisałem kiedyś, że jak słucham zamykającego „Kopalino” Popsysze kawałka „Latarnia”, to mam ochotę pojechać nad morze. Od tamtego czasu nad morze się nie wybrałem. No to może do Wołowa? Mam bliżej. Jest po co? Mają tam cmentarz i zamek, więc może jest. No i pewnie więcej dobrych kapel niż w mających 302 tys. ludzi Katowicach.

Podoba mi się też zupełna bezpretensjonalność Hoppera, co przy tego typu muzyce, głównie instrumentalnej i „poważnej”, nie jest regułą. Żadnych kawałków typu „Przebudzenie Boga Wschodu” czy „W otwarte dłonie powietrze sypie gruz przedświtu”, żadnej otoczki „wyjątkowości”.

(o)(o)

Gdybym wcześniej dokładnie zapoznał się z tą płytą, pewnie znalazłby się w zestawieniu najlepszych albumów 2019 roku.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

surrounded by fucking idiots – podsumowanie 2019 roku

29/12/2019 by

Z czym kojarzy mi się 2019? Z koncertami dobrych kapel, na których nie pojawili się ani przysłowiowy pies z kulawą nogą, ani przysłowiowy chuj na kaczych łapach. Niepokojące zjawisko.

Poza tym, jak zwykle, ogrom świetnych płyt, i u nas, i za granicą. Trudno to wszystko ogarnąć. Poniższa lista może byłaby inna, ale nie było szans na to, by poświęcić wszystkim albumom należytą uwagę.

Do zestawienia ulubionych albumów kończącego się roku nie dawałem staroci, które dopiero teraz wyszły. Sesje Shellaca u Johna Peela, koncerty Sonic Youth – kto miałby szanse z takimi cymesami?

Dziękuję wszystkim zespołom za wysłane płyty, kasety, empetrójki. Jeśli kogoś nie zrecenzowałem, to dlatego, że jest słaby nie znalazłem czasu.

Poniżej najfajniejsze dla mnie płyty – od mojego ulubionego Oozing Wound po Hey Colossus.

Jeśli są jeszcze tacy, co ściągają mp3 na dysk, dałem do nich linki (w tytułach). Ale polskie kapele, które nie udostępniają swoich materiałów za darmo, oszczędziłem.

I jeszcze składanka. Ale bez Dynasonic, bo ich płyta to dwa numery mające po ponad 10 minut.

surronded by / fucking idiots

(o)

oozing woundhigh anxiety [thrill jockey]

Kapitalna okładka i – co ważniejsze – muzyka. Najlepszy metal jest we Thrill Jockey.

(o)(o)

shannon wrightprovidence [vicious circle]

Piękny, poruszający materiał, zwłaszcza piosenka „These Present Arms”. Shannon Wright na amen porzuciła gitarę (przynajmniej na „Providence”), ale w niczym to nie przeszkadza.

(o)(o)(o)

pezetmuzyka współczesna [koka beats]

Chłop zapełnia stadion, wiesza billboardy z cytatami ze swych kawałków, a wy co: koncert dla dziesięciu osób w klubie, w którym nie odróżnisz kibla od baru? xD

„Muzyka współczesna” to najlepszy materiał Pezeta od czasu „Muzyki poważnej”; wreszcie ktoś, konkretnie Auer, godnie zastąpił Noona.

Warszawski raper najlepszy jest w kawałkach, które opisują niełatwe relacje z kobietami: „Dom”, „Nauczysz się czekać”, „Nie zobaczysz łez” to kapitalne numery.

Na marginesie, zastanawiam się, czy jeśli podoba mi się taki numer jak „Magenta”, to nie czas, by zbijać trumnę.

Wywal ze dwa kawałki i miałbyś wybitną płytę. Tak czy siak, „Muzyka współczesna” to rewelacyjny album.

(o)(o)(o)(o)

low lifedowner edn [alter, cool death records, goner records]

Jeden z fajniejszych zespołów postpunkowych. Świetna, oldskulowa płyta. Wyróżniam abnegata na wokalu.

No i poczucie humoru. Lubię zabawne kapele! Co za kolesie!

(o)(o)(o)(o)(o)

próchnopróchno [don’t sit on my vinyl; gusstaff records]

Jedna z nielicznych moich recenzji, z których jestem zadowolony – KLIK

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

lightning boltsonic citadel [thrill jockey]

Lightning Bolt w Pogłosie – chyba najlepsza rzecz, jaką w tym roku widziałem na żywo. Najebka w granicach rozsądku, pełno ludzi, znajomi dawno niewidziani i przede wszystkim wpierdol (muzyczny). Aha, płyta zajebista.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

tim heckeranoyo [sunblind music; kranky]

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

mount eerie with julie doironlost wisdom pt. 2 [p.w. elverum & sun; 7 e.p.]

Największą muzyczną ekstremą ostatnich lat nie jest dla mnie żaden noise czy blackened harsh industrial, lecz piosenki Mount Eerie (chyba się tego nie odmienia), które Phil Elvrum nagrał po śmierci swej żony Geneviève Elverum (rak trzustki – trzeba przyznać, że język polski, jak idzie o nazywanie chorób, jest czasem jednocześnie trywialny i straszny).

Phil się chyba pozbierał.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

matana robertscoin coin chapter four: memphis [constellation]

To moja ulubiona postać, jeżeli chodzi o współczesny jazz. Jazz jak jazz – to, co się dzieje na tej płycie-opowieści, wykracza daleko poza ten gatunek. Dawać ją na Offa!

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dynasonic#1 [don’t sit on my vinyl; dym recordings]

Trochę mi ten materiał przypominał „Elite Feline” Lotto, moją ulubioną polską płytę ostatnich. Nowe Lotto mnie rozczarowało, a Dynasonic nawet sobie kupiłem (handmade z Don’t Sit On My Vinyl, trochę trzeszczy na stronie A). KLIK

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jarsподлог [they live! records]

Też doskonale wypadli na żywo we Wrocławiu, w tym lub ubiegłym roku. Od tamtego czasu zbieram się, by zrobić post o nich. Aha, Jars to doskonały noise rock z Moskwy.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

obiektyczarne miasto [instant classic]

Jeden z kliku zespołów Bartosza Leśniewskiego. Miało nie być tej płyty w zestawie, ale wracając tramwajem z pracy, poczułem jej moc. Czasem warto być debilem bez prawka. Piękna jest ta psychodelia Obiektów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

hiob dylanmuzyka krajowa

Geniusz.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

usa/mexicomatamoros [riot season; 12xu]

Starzy wyjadacze, jak to się mówi (jedna trzecia zespołu to King Coffey z Butthole Surfers). Genialny, stary klimat Trance Syndicate. Na liście – głównie za ostatni numer. Tak w ogóle, to co za brzmienie USA/Mexico osiągnęło na tej płycie? Miazga.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

parampampam triopppt ep 23

Bodaj dziewięć płyt w ciągu roku. Więcej, panowie. Będzie jeszcze łatwiej to ogarnąć. xD A tak w ogóle, to najbardziej niedoceniany, a może – obok Columbus Duo – najlepszy zespół w Polsce. Już widzę te trzy osoby na koncercie w Katowicach.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

krausethe ecstasy of infinite sterility [riot season; fuzz ink·records]

Noise rock nie całkiem umarł, choć wiele gównianych klonów Unsane próbuje go uśmiercić. Ale są tacy, co walczą o dobre imię najlepszej muzyki na świecie. Bardzo dobry, brudny materiał Greków.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

earthfull upon her burning lips [sargent house; daymare recordings]

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

uzedaquocumque jeceris stabit [overdrive records; temporary residence limited]

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

cherubsimmaculada high [relapse records]

Raczej rozczarowanko, ale to jednak Cherubs. I tak są lepsi od większości kapel.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

hey colossusfour bibles [alter]

Słuchałem ładnych parę razy tej płyty i zastanawiałem się, dlaczego tak bardzo mi podchodzi. W końcu, 25 grudnia, wpadłem na to: Hey Colossus przypomina mi Young Widows, tyle że w łagodniejszej wersji.

***

Pozostając przy życiu kulturalnym, stwierdzam, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie Serotonina (2019) Michela Houellebecqa, zwłaszcza zakończenie. Michel Thomas mnie zaskoczył.

Pozostając przy żabojadach, stwierdzam, że duże wrażenie zrobiło na mnie Królestwo (2014, u nas 2016) Emmanuela Carrère’a. Może tylko fragment o pornosie z masturbującą się pięknością i o tym, że sam autor lubi cofać Bułgara, był trochę od czapy.

Banalnie stwierdzając – chciałbym czytać więcej (przeczytałem więcej niż te Francuzy, żeby nie było; po prostu dwie książki wyróżniłem), ale jest jak jest: łatwiej ogarnąć serial. Właśnie kończę Moje autobiografie Thomasa Bernharda. Trzeba przyznać, że gardzonko jest konkretne u tego pana.

No dobra, przejdźmy do seriali; kocham seriale.

Deuce (2017-2019)

Drugi sezon trochę rozczarował, ale trzeci, zamykający całość, dał po łbie. Typowy David Simon, nie zostawia wiele złudzeń, choć nie dołuje na siłę. Geniusz.

Absolutnie wspanianiali Maggie Gyllenhaal i James Franco w podwójnej roli. Plus dużo ryjów znanych chociażby z „The Wire”.

Ozark (2017-2018)

Rozczarował nowy „Mindhunter” (podobnie jak trzecia odsłona „Detektywa”), za to kapitany okazał się drugi sezon „Ozark”. Coś jak bardziej hardkorowe „Justified”.

aa

After Life (2019)

Morda Ricky’ego Gervais uratowałaby nawet film „Black Panther”. Szkoda, że ostatni odcinek rozbił „After Life” jako całość.

Better Call Saul (2015-2018)

Nie mam pojęcia, czemu tak długo zwlekałem z tym serialem. Miazga. Kolejny sezon w lutym.

Ok, już mi się znudziło pisanie. Jeszcze może wrzucę Wielkiego Jana Frycza ze średniego serialu „Ślepnąc od świateł” (również Robert Więckiewicz zagrał wybitnie), i to by było na tyle.


No i „Maniac”.

Niezły psychodel i wspaniała Emma Stone, wybitna również w „Faworycie”.

Aha, jeśli chodzi o filmy, to Irlandczyk (choć nie przekonuje mnie cyfrowe odmładzanie aktorów) i Historie małżeńskie, w których Scarlett Johansson i Adam Driver po prostu pozamiatali. 7 uczuć Marka Koterskiego – można umrzeć ze śmiechu i jednocześnie poczuć jak na terapii (która i tak nic nie da).

Sobie życzę, żeby ten blog jak najszybciej zdechł. Może oznaczałoby to, że zacząłem robić coś sensownego w życiu.

good night chicken – eudajmonia / diatom – diatom / żurawie – powidok / nameless creations – upon god’s call

18/12/2019 by

I jeszcze krótko o czterech płytach. Dziwnie dużo dostaję ostatnio rzeczy do recenzowania i nie ma bata, żeby nad każdą płytą posiedzieć dłużej. Ale wszystkie, jak zawsze, uczciwie po kilka razy przesłuchane.

Przypominam: żeby (pseudo)recenzja ukazała się na blogu, muszę dostać nagrania przynajmniej w .mp3.

good night chicken – eudajmonia [wydawnictwo prądy; 2019]

bandcamp

facebook

wydawnictwo prądy

Ten nieskromny tytuł dobrze oddaje zawartość płyty, o której nie bardzo umiem napisać coś sensownego. No bo jeśli w głowie pojawia się hasło „bigbitowa Ścianka”, to chyba lepiej w to nie brnąć.

Warto zauważyć, że Good Night Chicken zmieniło się w trio i zaczęło śpiewać po polsku. Trochę się też zmieniło muzycznie – na plus – więc poniekąd mamy do czynienia z innym zespołem (szkoda, że nazwa wciąż ta sama) niż ten, którego słuchaliśmy na poprzedniej płycie , o również nieskromnym tytule „You Like The Taste, Don’t You”.

Jeżeli chodzi o teksty, odnoszę wrażenie, że nadawałyby się do jakiejś polskiej kapeli dreampopowej. „Pokaż mi, pokaż mi jak śnisz”, „liście niech przykryją mnie”, „nie chcę słyszeć słów, chcę odlecieć stąd”… Raczej lepiej się je słucha niż czyta.

Krótka (może i za krótka) i udana płyta, najciekawsza z całej, opisywanej tu czwórki. Tradycyjnie pojawia się pytanie: jak to się sprawdza na żywo?

(o)(o)

diatom – diatom [pies z kulawą nogą; 2019]

bandcamp

facebook

pzkn

Jedna z inspiracji – Muse, muzyka Diatomu określana przez sam zespół jako progresywny rock lub metal… No, nie byłem pozytywnie nastawiony do tego materiału. Nic nie poradzę, że zespół Matthew Bellamy’ego jest dla mnie przykładem rockowego nadęcia i pretensjonalności, a tysiące innych kapel zrobiło wiele, by obrzydzić słowo „progresywny”. Diatom określa swa muzykę również jako „black rock” i „blask metal” – cokolwiek to znaczy. Dla mnie ten materiał zawieszony jest głównie między post-rockiem a post-metalem (choć to drugie określenie brzmi dość śmiesznie, jak dla mnie).

Obawy co do zawartości muzycznej nie potwierdziły się; gdańszczanie na swoim 20-minutowym materiale nie odstraszają, wręcz przeciwnie. A osobiście dorzuciłbym jeszcze ze dwa numery. Dużo dobrego dali goście: Michał Spryszak, który gada w najlepszym na płycie „Najdalej” i w „Każdym” oraz grający na saksofonie Maciej Pohl.

Bardzo dobrze zagrany i nagrany materiał, do którego – głównie z powodu wspomnianego „Najdalej” – być może jeszcze wrócę.

bandcamp

facebook

(o)(o)

żurawie – powidok [2019]

bandcamp

facebook

Gdy włączyłem debiutancki materiał Żurawi, na mej twarzy pojawił się uśmiech niczym u Adriana Monka, gdy w jednym z odcinków serialu znalazł się w idealnie sterylnym pomieszczeniu. Gdyby utwór „002” wyznaczył kierunek, w którym idzie zespół z Trójmiasta, byłbym przeszczęśliwy. Żurawie poszły w innym, nad czym trochę ubolewam.

Jakiś punkt odniesienia, jeśli chodzi o „Powidok”? Ja słyszę tu dalekie echo Pustek, ale starych, sprzed czasów, gdy zespół zaczął się ocierać niemal o poezję śpiewaną. Może dlatego, że główny wokalista trochę przypomina mi głosem Janka Piętkę.

Jeżeli chodzi o teksty, najbardziej podoba mi się „Koniec świata” – Greenpeace raczej nie wybierze Żurawi na swoich ambasadorów. Zresztą to najlepszy po wspomnianym „002” kawałek na płycie. Pewnie dlatego, że nie licząc pierwszego, najbardziej czadowy.

Dzięki otwarciu i zamknięciu EP-ki czekam na to, co jeszcze nagrają Żurawie.

(o)(o)

nameless creations – upon god’s call [kill your parents; 2019]

bandcamp

facebook

soundcloud

kill your parents

Laura Palmer na jednym ze zdjęć zespołu – Nameless Creations mogliby grać jak Farben Lehre, a i tak bym ich lubił.

Wokaliście Davidowi Wisebloodowi (to pseudonim; zespoł jest z Warszawy, nie z Melboourne) chyba najpiękniejsza dziewczyna w mieście powiedziała, że ma seksowny głos, bo chłop nie odpuszcza ani na chwilę, cały czas nawija. Myślę, że czasem przydałoby się zluzować, zostawić choć na momencik samych dwóch kolegów i chyba koleżankę.

„Upon God’s Call”, na co ma wpływ wspomniany wokal, można uznać za płytę monotonną i wkurwiającą, ale… niekoniecznie. Wiseblood potrafi również się wydrzeć, zmieniać swój głos, czym przypomina – państwo wybaczą banał – dawnego Nicka Cave’a.

Poza tym zostaje jeszcze przecież muzyka. Nameless Creations dobrze się czuje w estetyce post-punka czy death rocka. „Upon God’s Call” brzmi chwilami trochę jak nieznany materiał jakiejś polskiej, zapomnianej kapeli z lat 90. (mnie do głowy przyszedł Serpent Beat), i ma to swój urok.

To jest dobra, mająca nawet więcej niż dobre momenty, choć nieco przegadana płyta (tak, Nick Cave też lubi sobie pogadać).

Nowy materiał Nameless Creations wyszedł na CD, winylu i kasecie. Brawo.

reverberation – blue stereo music [1996] / laurent robillard

14/12/2019 by

linki w komentarzach / links in comments

discogs

3rd stone

taang

Wszyscy mają w dupie francuskie zespoły, więc wrzucam kolejny.

Reverberation ma na koncie maxi singel (dawno nie słyszałem tego określenia), singiel, LP oraz EP-kę z remiksami Muslimgauze. Grupa J.P. Chauveta, Laurenta Lanouzière’a i Thierry’ego Bernardona była francuską wersją Spiritualized. Albo – jak kto woli – kopią, bowiem jak się słucha Reverberation, można odnieść wrażenie, że to faktycznie zespół J. Spacemana.

Jest taki noiserockowy zespół New Brutalism. Słuchając go, miałem wrażenie, że to poboczny projekt panów z Shellaca. Tu to wrażenie jest jeszcze silniejsze: autentycznie leci stare Spiritualized.

Oczywiście w takich przypadkach pojawia się pytanie, czy warto słuchać kopii, skoro ma się oryginał. W przypadku „Blue Stereo Music” uważam, że warto. Czytałem gdzieś, że ponoć sam J. Spaceman lubi ten materiał. Mnie kolejna, bardzo dobra płyta Spiritulized zupełnie nie przeszkadza.

***

Laurent Robillard

hiob dylan – muzyka krajowa [2019]

05/12/2019 by

bandcamp

facebook

instagram

Jak słuchałem (i oglądałem, bo ma zajebistą maskę) Hioba Dylana na koncercie w krakowskiej Alchemii, pomyślałem, że jest trochę skrzyżowaniem Patyczaka z… No właśnie, z kim. Zapomniałem, o kim wtedy myślałem, a wydało mi się fajne to zestawienie.

Pijąc kiepskie piwo, myślałem też o tym, że ciekawe, co dalej z nim, Hiobem, będzie: duet z Grabażem (jak u Patyczaka)? oswojenie dziwaka przez występ na Off Festivalu?

(o)(o)

Country, gdy byłem dzieckiem, nie kojarzyło mi się dobrze, bo z Korneliuszem Pacudą i z Mrągowem, które pokazywano w tv. Podobnie było z bluesem: Sławomir Wierzcholski w Trójce, Dżem… No, raczej trudno było polubić te gatunki muzyczne. Później okazało się, że jest mnóstwo kapitalnych wykonawców grających country czy bluesa.

Teraz należy do nich m.in. Hiob Dylan. Gra na bandżo i kojarzy mi się z folkowcami sprzed 100 lat, których można posłuchać chociażby na składankach polecanych przez Jasona Pierce’a ze Spiritualized – „Life Is a Problem” (to też tytuł jednej z piosenek Spiritualized) czy „I Don’t Feel at Home in This World Anymore”. Warto zapoznać się z tym starym folkiem, choćby po to, żeby zobaczyć, ile znaczy chociażby dla takiego Nicka Cave’a.

Oczywiście, życzę Hiobowi, żeby wystąpił kiedyś z Cave’em, nie z Grabażem.

No dobra, mamy chłopa z bandżo i fajną maską – coś jeszcze by się przydało, bo tylko na tych dwóch atrybutach daleko nie zajedziesz. To coś – to teksty. Hiob pisze kawałki ocierające się chwilami o lujstwo (zamierzone, wiadomo), a chwilami będące boleśnie kumatą diagnozą polskiej rzeczywistości. O „prekariuszach wyklętych” nie może śpiewać byle cymbał.

Na dodatek te teksty są często zajebiście śmieszne. Takie wersy jak:

Rafi i Adi te ćpuny, te zjeby
Już nawet aspiryny nie biorą bez potrzeby

albo:

Nie mogę w nocy dziś spać
Myślę o tym, że sprułaś się na psach

poprawiłyby mi humor nawet wtedy, gdyby moja drużyna wjebała z Legią.

I tylko dwa ostatnie numery – „Robert Makłowicz” oraz „Pamiętam” – mniej mi podeszły. I muzycznie, i tekstowo – bo są nieco suche i studenckie, że tak to ujmę. Ale w tym przypadku za liryki nie odpowiada Hiob Dylan.

(o)(o)

Aha, wspomniany koncert był bardzo udany, choć sam artysta nie był z niego zbytnio zadowolony. Jak gdzieś będzie okazja, koniecznie się wybierzcie.

(o)(o)

(…) Są miasta w których nie ma nic lepszego
Niż założyć kapelę i grać panka z kolegą
Miasta, w których marazm zżera ciało do kości
Szyld monopolu wyróżnia się z szarości

Grają tam kapele, które są najlepsze
Grają złe piosenki, które są najlepsze
Grają dla nikogo, bo nikt słuchać ich nie chce
Ale grają dalej, aż zejdzie z nich powietrze

pylone – silence [2018] / andré kertész

30/11/2019 by

linki w komentarzach / links in comments

pylonemusic.fr

bandcamp

facebook

rejuvenation records

a tant rêver du roi

kerviniou recordz

gabu records

Bardzo lubię francuskie zespoły math- i noiserockowe. Kiedyś bardziej w tym siedziałem, no ale kiedyś miałem więcej czasu. Najbardziej lubiłem nieistniejący już Doppler. Trzeba będzie znów poświęcić trochę czasu na zaznajomienie się z francuską, wciąż niezwykle bogatą – z tego, co widzę – francuską sceną.

Pylone pochodzi z Tuluzy, gra od 2011 r. Ameryki ten kwartet nie odkrywa, ale słucha się „Silence” bardzo przyjemnie. Fajnie byłoby zobaczyć, jak Francuzy radzą sobie na żywo.

***

André Kertész (1894-1985; ur. w Buapeszcie, należącym wtedy do Autro-Węgier). Czasem można odnieść wrażenie, że co drugi wybitny artysta pochodzi z Węgier.

lód 9 – grawitacja [wyd. własne; 2019]

26/11/2019 by

bandcamp

facebook

soundcloud

Rockowa (?) awangarda z Katowic. Prędzej bym się spodziewał, że Michael Douglas i Catherine Zeta-Jones zamieszkają na Koszutce.

(o)(o)

Lód 9 (od razu przyszła mi ochota, żeby odświeżyć sobie „Kocią kołyskę” Kurta Vonneguta) to jedna druga innego arcyciekawego składu z Katowic, Ciśnienia. Można powiedzieć, że oba zespoły to zespoły postrockowe (cokolwiek to znaczy).

Ciśnienie gra post-rock kojarzący się, przykładowo, z Explosions in the Sky czy This Will Destroy You, ale ciekawszy i – zabrzmi to niezgrabnie – bardziej poszukujący od tego, co robią te amerykańskie grupy (do których mam słabość – żeby nie było). Widziałem tę ekipę kilka razy na żywo i uwierzcie: potrafi niebanalnie przypierdolić. Pamiętam koncert Ciśnienia w katowickiej Sixie, przed Lonker See: wypadło nie gorzej, a przecież autorzy „One Eye Sees Red” to wybitna grupa koncertowa.

(o)(o)

Lód 9 to zupełnie inny klimat. Post-rock, który powstał – znów to głupio zabrzmi – jako swoisty anty-rock (Rafał Księżyk pisał o kapelach tego nurtu w artykule noszącym znamienny tytuł „Gitary do pieca”). Jego najwybitniejszym (a na pewno najpopularniejszym) przedstawicielem było chicagowskie Tortoise.

Dodałbym do tego awangardę rockową spod znaku grup Faust (ten Perona i Zappiego) i Gong – i mamy, mniej więcej, to, co reprezentuje sobą Lód 9. A przynajmniej to, jak ja go odbieram. Może jeszcze dorzuciłbym progresywny rock spod znaku Thinking Plague. Oczywiście bardziej idzie mi o podejście do grania, o – przepraszam za wyrażenie – dekonstrukcję rockowej formuły, niż o jakieś wielkie podobieństwo muzyczne. Choć ten Faust faktycznie chodzi mi po głowie; ogólnie rzecz biorąc, ma „Grawitacja” w sobie wiele z krautrocka.

(Jak zasugerował muzyk pewnego zespołu, który codziennie powinien bić pokłony Gang of Four: szukanie porównań źle świadczy o recenzencie).

Inne skojarzenie to… nasze Kury – ale nie pastiszowe, tylko awangardowe (vide ta część „Nie martw się, Janusz”, gdy panowie przestają parodiować Nosowską, bo to ponoć panią z reklamy banku parodiowali, i zaczynają napierdalać). Można więc powiedzieć, że yass dotarł do Katowic 30 lat później (tytuł drugiego numeru, „Rozczarowanie [popijam wodę z kałuży]”, brzmi zresztą wybitnie yassowo).

Eksperyment wykonany i nad wyraz udany. Męczą mnie tylko – i nie bardzo je łapię – te klesze (od „klechy”, nie od „The Clash”) wokale w „Przepoczwarzeniu” i „Aokigaharze”.

Gdybym miał wskazać najmocniejsze punkty płyty, byłyby to wspomniane „Rozczarowanie” oraz ostatni numer, pięknie męcząca, wręcz maniakalna „Grawitacja II, III, IV”.

(o)(o)

Może kiedyś, dzięki takim zespołom jak Lód 9 i Ciśnienie, Śląsk nie będzie się kojarzył z koszmarkami typu Dżem czy Kat.

(o)(o)

Materiał na CD wydał sam zespół.


%d blogerów lubi to: