boro/sull. – the flat parts of the day [2022]

bandcamp

!!!ZESPÓŁ SZUKA WYDAWCY NOŚNIKA FIZYCZNEGO!!!

A miało być Borowski / Sulik. Poważnie niczym w jazzie.

Bartosz „Boro” Borowski (min. rewelacyjne Lonker See [obecnie w zawieszeniu] i Why Bother?) oraz Piotr Sulik (kiedyś m.in. prawdziwa niczym ból zęba Guernica Y Luno i „najlepszy zespół w Europie” – Ewa Braun, dziś chociażby niezwykła formacja Titanic Sea Moon) – możemy więc mówić o „supergrupie” (albo raczej „superduecie”). Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że supergrupy często bywają atrakcją na miarę mysłowickiego dworca PKP albo zejścia po ziemniaki do piwnicy. Jak jest tym razem?

Spotkałem się z opinią (konkurs z nagrodą: zgadnij, czyja to opinia, a podaruję ci kota, który wysikał się na mój winyl Ritual de lo habitual Jane’s Addiction), że „w chuj takich płyt, a to jedna z tysięcy”. No i że za jakiś czas nie będzie się o niej pamiętać. Z drugą opinią mogę się zgodzić. W końcu kto dziś pamięta chociażby o wspólnej płycie Omara Rodrígueza-Lópeza i Johna Frusciante, absolutnie wspaniałej rzeczy w poniekąd podobnym klimacie, co nagrania Borowskiego i Sulika. Muzyki tyle wokół, że można oszaleć.

Jeśli to coś warte, z pierwszą opinią się nie zgodzę. „W chuj takich płyt” słyszałem i w „tej jednej z tysięcy” dostrzegam coś, czego większość nie ma (bo po prostu nie ma; a może, lecz nie poświęciłem należytej uwagi, bo akurat miałem ochotę na Immolation albo Red Hot Chili Peppers, nie na ambienty – nieważne). Coś, co przykuwa uwagę i uruchamia wyobraźnię.

Niestety artyści nie przysłali w celach promocyjnych żadnego współnego zdjęcia, więc wrzucam kibiców Senegalu z trwających MŚ. „Lwy Terangi” niestety poległy w starciu z „Lwami Albionu”

The Flat Parts of the Day… Podoba mi się klimat całości – jakby z postapokaliptycznego (space) westernu. Już psychodeliczny, „pustynny” „otwieracz”, 1:00 a.m. (mocno z czymś się kojarzący, lecz nie wiem z czym) wprowadza w ów klimat – klimat soundtracku do nieistniejącego filmu.

Te psychodeliczno-postrockowe (też ambientowe i bodaj raz prawie noise’owe) dźwięki zostały wygenerowane przez Borowskiego i Sulika przy użyciu czterech wzmacniaczy, dwóch gitar, loopów, efektów gitarowych wszelkiej maści, slide’u i być może nawet śrubokrętu. Ten nie w stu procentach potwierdzony śrubokręt brzmi groźnie, ale całość jest zaskakująco przystępna. To płyta, dzięki której raczej odpłyniesz (czy może, nawiązując do nienakręconego westernu, zgubisz się w kosmosie albo zjesz kaktus na prerii), niż sięgniesz po środek przeciwbólowy.

Jeśli coś mi tu nie pasuje, to czasem (rzadko, bo rzadko, lecz się pojawia) nieco banalna, kojarząca się z post-rockiem à la Mono, gitara (na marginesie, na żywo Japończycy miażdżą). No i „zamykacz”, 7:00 a.m., mógłby być ciekawszy, jednak to, że nagle się urywa, daje ciekawy efekt końcowy.

Wychodzi na to, że jest szansa, iż przynajmniej jedna osoba o The Flat Parts of the Day będzie nawet po dwóch latach pamiętać.

Acha. I tak sobie myślę, że skoro czasem dźwięki z tej płyty z czymś mi się mocno kojarzą, ale nie wiem z czym, to pewnie chodzi najzwyczajniej w świecie o to, co wcześniej, na innych płytach, zagrali Bartosz Borowski i Piotr Sulik.

I jeszcze jedno, mało istotne. Czasem wydaje mi się, że wymyślanie tytułów utworów instrumentalnych jest pozbawione sensu, ale potem przypominam sobie, że przecież mamy takie kawałki bez wokali jak Chłopek z Lego napił się prądu czy I Love You, I’m Going to Blow Up Your School, i stwierdzam, że sens jednak jest. Duet Boro/Sull. poszedł na łatwiznę, ale łatwiznę pomysłową (oksymoron?) – że tak to ujmę.

man sized action – claustrophobia [1983] / robby müller

linki w komentarzach / links in comments

garage d’or

reflex records

Co wiemy o Man Sized Action? Na przykład to, że z uznaniem o zespole mówił Steve Albini („to jeden z najlepszych zespołów z Minneapolis albo skądkolwiek”; jego autorstwa jest równie fotka zespołu). Albo że Brian Poulson (grał tylko na drugiej płycie, Five Story Garage) nagrywał arcydzieło Slint, Spiderland. Nagrywał też wspomniany drugi album Man Sized Action (pierwszy – Bob Mould; Grant Hart, perkusista Hüsker Dü, zaprojektował okładkę).

Za wiele o zespole nie ma w sieci. Niemal wszędzie podobne, krótkie notki. Tu warto kliknąć, zwłaszcza że jest nagranie na żywo z reunionu.

Serio, niczego ciekawego nie idzie znaleźć. Albo źle szukam, więc jeśli ktoś ma jakiś dobry tekst o bohaterach tego wpisu, niech da znać. Czytam na Trouser Press artykulik jakiegoś gościa, który wyżej stawia Five Story Garage (wyszło też poszerzone o w sumie średnio fascynujące nagrania live; wydawcą Garage d’Or). Według mnie lepszym materiałem jest Claustrophobia.

Warto poznać też dwie składanki, na których pojawili się Man Sized Action: Barefoot & Pregnant i Kitten: A Compilation.

Mieli, będąc przecież jedną z miliona (post)punkowych kapel, coś w sobie. Ich pierwszy materiał ma z jednej strony gówniarską, nerwową energię, z drugiej – dojrzałość. Dla mnie bomba.

Obie płyty wyszły w Reflex Records, wytwórni założonej przez Terry’ego Katzmana (inżynier dźwięku, producent, właściciel sklepu muzycznego, później zawiadywał wspomnianą Garage d’Or) i Hüsker Dü w celu promowania zespołów z Minneapolis.

Wspaniała płyta. Nic tylko wznawiać.

***

Piękne są te polaroidy Robby’ego Müllera, autora zdjęć do filmów Wima Wendersa, Petera Bogdanovicha czy Jima Jarmuscha. Więcej do obejrzenia tu.

water damage

bandcamp

12xu

sophomore lounge

Gdyby nie Nadajnik (jest też blog), kto wie, czy trafiłbym na ten zespół. Pewnie tak, bowiem w składzie pojawiają się muzycy z m.in. Black Eyes (wracają do grania!), Marriage, When Dinosaurs Ruled the Earth, USA/MEXICO czy Spray Paint. Albo trafiłbym na teksańczyków przez wydawców ich nagrań.

Water Damage to w sumie psychodelia, ale nie kojarząca się z kwiatkami i słońcem, lecz przywołująca na myśl raczej to, co The Velvet Underground mówili o hipisach. Wspaniałe.

„Repeater” wyszedł w kwietniu na winylu (12XU), a „But The Rat Was Very Smart” (utwory z tej samej sesji) w lipcu na kasecie (Sophomore Lounge).

Na Bandcampie zespołu można tez znaleźć parę innych nagrań.

Minimal maximalism, repetition and squall”.

Chwilami podczas słuchania Water Damage zdarza mi się pomyśleć o naszym, rewelacyjnym składzie morze.

oren ambarchi – quixotism [2014] / herbert list

linki w komentarzach / links in comments

oren ambarchi

black truffle

Od dawna chciałem wrzucić coś Orena Ambarchiego. Problem w tym, że ten australijski multiinstrumentalista ma dość pokaźną dyskografię, więc trudno się zdecydować. Padło na Quixotism (czyli donkiszoterię), choć pewnie mogło też na coś innego, ale ile można się próbować zdecydować.

To cudo powstało dzięki nielichej liczbie muzyków, bowiem do ósemki, wśród której znajduje się chociażby Jim O’Rourke (syntezatory), trzeba doliczyć Sinfóníuhljómsveit Íslands, czyli islandzką orkiestrę pod batutą izraelskiego dyrygenta, Ilna Volkova. Ambarchi gra na Quixotism na gitarze i instrumentach perkusyjnych. Muzykę nagrywano w czterech krajach, w latach 2012-2014. Polecam zresztą tekst z Bandcampa na temat tej płyty.

Mam wrażenie, że Ambarchi – mimo że jest artystą wybitnym, nagrywającym z wielkimi postaciami awangardy (Keiji Haino, Stephen O’Malley, Richard Pinhas, Alvin Lucier…) – nie jest tak znany i ceniony, jak powinien być (w sumie – jak to zmierzyć?). Pewnie gdyby był z Londynu, nie z Sydney, wyglądałoby to inaczej. A może mnie się tylko tak wydaje.

Pierwszym instrument Australijczyka, który nagrywa też ze swoją partnerką – crys cole (pojawia się zresztą na Quixotism), to perkusja, więc być może dobrym podsumowaniem jego działań jest stwierdzenie Philipa Sherburne’a w pitchforkowej recenzji tegorocznej płyty Shebang: „Jako kompozytor Oren Ambarchi myśli jak perkusista”.

Quixotism to doskonała płyta. Przy pobieżnym odsłuchu nie dzieje się nic, przy uważnym – wszystko.

Może to ten przypadek, gdy muzyki lepiej słuchać z kompaktu, nie z winylu, bowiem wtedy leci ona bez przerwy, a Quixotism można traktować – mimo podzielenia na pięć części – jako jeden utwór.

W tym roku Ambarchi wydał jeszcze Shebang, ਚੈਨਲKAANALचैनलRÁÐעָרוּץ (z Charlemagne Palestine i Erikiem Thielemansem), «Caught in the dilemma of being made to choose» This makes the modesty which should never been closed off itself continue to ask itself: «Ready or not?» (z – nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę dość długi tytuł – Keiji Haino oraz Jimem O’Rourkiem) i Ghosted (podpisali się też Johan Berthling i Andreas Werliin).

No i weź to wszystko ogarnij.

Tymczasem. Idę posłuchać jakiegoś rocka.

PS Właśnie widzę, że Ambarchi jednak pojawił się na moim blogu. W 2017 r. wrzuciłem tu Tikkun, który nasz bohater nagrał wspólnie z Richardem Pinhasem. Rzecz też z 2014 r.

***

Herbert List

emiter – five tracks from a single source [antenna non grata; 2022]

emiter

antenna non grata

fot. Dewi Anna

WSPOMINKI, BY UCIEC OD PISANIA O MUZYCE

Myślałem ostatnio o tym, że po raz pierwszy z twórczością Marcina Dymitera spotkałem się w… radiowej Trójce. W pierwszej połowie lat 90. leciała w niej wybitna audycja Macieja Chmiela, „Ręka boksera” (odgrażałem się kiedyś, że zripuję te wspaniałości z kaset do mp3, ale taśmy jednak zaginęły podczas przeprowadzek), i w jednej z nich MC Chmiel puścił jakieś utwory Ewy Braun; na pewno „Kamienny krzyż” (wstęp trochę jak „To tylko tango” Maanamu), puentując go stwierdzeniem, że ta piosenka dokonuje ostatecznego podziału na „my i oni”. Pamiętam, że zabrzmiało to bardzo poważnie jak na tego dość frywolnego radiowca.

Pozostając w temacie poczucia humoru, poważka Ewy Braun męczyła jej perkusistę, Dariusza Dudzińskiego, stąd dowcipny, jednoosobowy zespół Przyzwoitość. Może też nieco cierpiał Dymiter, bo jako emiter nagrał prawdziwy hit, jakim jest (albo powinno być) bez wątpienia „1500 wiadomości” z „#2: Static”, będący odbiciem słynnych wersów z „Randki z mutantem” Pawła Konnaka: „[kot Antek] rozszerzy zasięg telefonów era gsm / mówi szymon ja kocham erę gsm / bo pierwsze pięć sekund rozmowy jest za darmo / i można powiedzieć dupa dupa dupa”.

Tak więc Dymiter towarzyszy mi od 30 lat. Były przecież oprócz Ewci wspaniałe Mordy, niski szum, Trys Saulės, Zemiter (duet z Hubertem Zemlerem), Sonda, współpraca z Arszynem, solowe płyty jako emiter czy pod własnym nazwiskiem… No, trochę tego jest.

NOBEL DLA DYMITERA!

51-letni słupszczanin zdaje się być osobą dość pracowitą. W tym roku – oprócz „Five tracks” – wydał „Where old buildings once stood come new ones” w Pawlaczu Perskim i ELECTRONICS FOR DOGS (w duecie z Dominiką Korzeniecką).

Facet wydał multum płyt, nagrywa innych wykonawców, prowadzi warsztaty, jest kuratorem festiwali, pisze książki (np. „Notatki z terenu”), jest po prostu żywą legendą undergroundu, choć nie dba o poklask (polecam w tym miejscu bardzo dobrą stronę emitera, żeby poczytać o jego działalności). Myślę, że gdy prezydentem zostanie jakiś Trzaskowski, Dymiter dostanie Złoty Krzyż Zasługi – niczym nasze stare punki od Komorowskiego.

***

Muszę się przyznać, że kompletnie nie potrafię załapać field recordingu (choć i w tej materii coś tam pomarudziłem), którego nasz bohater jest bodaj najbardziej znanym propagatorem w Polsce i stanowi on pokaźną część jego twórczości, więc nieco od tego, co były gitarzysta i wokalista Ewy Braun robił w ostatnich latach, się oddaliłem.

Natomiast gdy dostałem nowe płyty od Antenny Non Grata: „Five tracks from a single source” właśnie, „Breath” ZTB, „zeroes on the loose” gr​ü​m, pomyślałem, że warto wpierw sprawdzić, co słychać u Dymitera. Wręcz postanowiłem sobie, że jaka by nie było jego nowe dzieło, napiszę o nim.

CYTAT Z BANDCAMPA, BY UCIEC OD PISANIA O MUZYCE

„Jakiś czas temu przygotowałem ścieżkę dźwiękową do prac Magdaleny Franczak. W Miejscu Projektów Zachęty w Warszawie, odbyła się wystawa dwóch artystek – Yael Frank i Magdaleny Franczak pt. «Lód topnieje, Pani Frankczak». Po kilku latach, przeglądając dźwiękowe archiwa, znalazłem utwór z wystawy, a także osobne tracki, z których powstał. Zacząłem słuchać ich jak osobnych utworów. Okazało się, że to dobry początek do dalszej dźwiękowej podróży. Pomyślałem, żeby nawiązać do pojedynczych tracków i na ich podstawie nagrać nową muzykę. Tak powstał ten album”.

W KOŃCU TRZEBA SIĘ Z NIĄ ZMIERZYĆ

No dobra. „Five tracks from a single source” to obok „Archival Recordings for Paolo Monti” Coagulant wydawnictwo Antenna Non Grata, które w ostatnim czasie zrobiło na mnie największe wrażenie. Okazało się znów, że tworzenie muzyki na podstawie starych tracków może przynieść nadspodziewanie dobry efekt. Innym przykładem tego typu działania, o którym z przyjemnością tu pisałem, było zeszłoroczne „Sune Soundtracks” Pawła Nałyśnika.

Płyt z tzw. experimentalem wychodzi pewnie kilkaset dziennie, często po niecałej minucie takowe dzieła wyłączam i nigdy do nich nie wracam. W tym przypadku jest inaczej i nie sądzę, by była to magia nazwiska, bowiem – jak wspominałem – część z tego, co nagrał Marcin Dymiter, nie trafiało do mnie.

***

Trudno napisać coś sensownego o zawartości nowego CD emitera, bo ileż raz można powtarzać to samo przy okazji kolejnego materiału z ambientem, noise’em czy dub techno. Tak czy siak, „Five tracks from a single source” przewspaniale szumi, buczy i trzeszczy oraz trochę też wyje, a nawet (w „4.”), skrzeczy. Mój ulubiony kawałek to chyba „2.” – z tą „przypaloną” elektroniką – który przywołuje na myśl wczesne nagrania kompana pana Marcina z Mapy, Paula Wirkusa.

Kończy się kolejny rok, za chwilę znów zabawa w wybieranie ulubionych płyt. Znajdzie się chyba miejsce dla „Pięciu utworów z jednego źródła”.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

los loveros – non stop 8/89

LINK

Wrzuciłem ten skan na Facebooka, ale – jak wiadomo – ten w końcu padnie, a mój blog jest wieczny. Fajny ten artykuł Marcina Rosińskiego. Ciekawe, czy to on.

narren – monka [opus elefantum; 2022]

narren

opus elefantum

dostaję mnóstwo płyt do recenzowania, ale w związku z tym, że po pierwsze uważam pisanie o muzyce za durne zajęcie, a po drugie raczej nie mam na to czasu, rzadko się tym zajmuję. czasem jednak pojawiają się lekkie wyrzuty sumienia, gdy słucha się nagrań, nad którymi należało się pochylić.

oto pliki zapisane 4 marca br. na dysku, składające się na płytę narren pt. „monka”. kosmiczny – jeśli w kosmosie panuje względny spokój – ambient z wrocławia. parę razy słuchałem tego materiału i parę razy kusiło mnie, żeby przysiąść nad recenzją, ale jednak ambient jest czymś tak trudnym do opisywania, że musi człowieka naprawdę trochę natchnąć, żeby mu się chciało ponapierdalać w klawiaturę. tak miałem w przypadku wspaniałego „archival recording for paolo monti” coagulant. inna sprawa, że wyszła mi wtedy kiepska recenzja.

narren, ogólne rzecz biorąc, koi, choć czasem podczas tych kosmicznych podróży zdarzają się turbulencje (jak w rewelacyjnym „grify”). taki ambient mógłby nagrać j spaceman we współpracy z jakąś legendą krautrocka.

„monka” to płyta z piękną muzyką.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

fischerle – zamieć [patalax; 2022]

bandcamp

facebook

Od razu myślę: „zawieje i zamiecie śnieżne”. Ta groźnie brzmiąca zapowiedź z prognoz pogodowych, działająca w dzieciństwie na wyobraźnię, utkwiła mi w pamięci. No i dobrze brzmi. Aż dziw, że nikt (?) nie zrobił z niej tytuły płyty albo chociaż pojedynczego utworu.

Siedzę, słucham Zamieci (bodaj czwartej płyty Fischerlego, która się tu, na blogu, pojawia) i myślę sobie, że mi się podoba, ale, kurde faja, czemu jakby mniej niż inne płyty, które pod tym szyldem nagrał Mateusz Wysocki, a które dobrze poznałem, czyli Ptylotics, α​-​ribbon i Kaznodzieja.

Nawet się cieszę bardziej niż zwykle, bo chyba pierwszy raz w twórczości tego projektu usłyszałem wpływy post-rocka, ale mimo to coś mi nie gra tu do końca. Może tym razem nie trafiła do mnie krótka bajka opowiedziana przez Fischerlego na Bandcampie?

***

Psychodeliczne dub techno. Podejrzewam, że generalnie olewane przez fanów gitarowej alternatywy. A przecież taka Fałda (czy ja tam słyszę gitarę?) mogłaby znaleźć się na płycie niektórych dawnych wizjonerów post-rocka, choćby Tortoise. Różnica jest taka, że Wysocki – w przeciwieństwie do chicagowskich mistrzów – nie zaczął przynudzać. Jest też Zamieć (znów słuchamy Fałdy, ale też Punktów odniesienia) bodaj najbardziej przystępnym materiałem Fischerlego. Rzekłbym, że chwilami nawet może zbyt przystępnym.

Leci po raz kolejny ten album i zastanawiam się znów nad tym, czego mi brakuje. Dochodzę do wniosku, że choć każdy kawałek podoba mi się z osobna, to gdy ogarniam je jako całość, mam wrażenie, że brakuje na nowej kasecie Wysockiego spójności. Jak gdyby były to utwory z różnych sesji.

Z drugiej strony, przypomniałem sobie starsze wydawnictwa Fischerlego i na nich też niekoniecznie wszystkie numery był z jednej parafii, więc może to tylko moje odczucia, może kto inny stwierdzi, że Zamieć to rzecz spójna niczym Real Madryt w finale Ligi Mistrzów.

Tak czy siak, Fischerle na słuchawkach to znów przyjemna ucieczka od wulgarnego banału rzeczywistości.

PS Patalax to sublabel Pawlacza Perskiego.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

the cure (oraz p… d….) – non stop 8/89

– Jedziemy na Incantation do Krakowa? – zapytałem żonę.

– A kiedy grają?

– 20 października.

– Coś mi się kojarzy, że mamy już coś zaplanowane.

No i faktycznie. The Cure, które zobaczę po 14 latach, zagra wtedy, gdy swój wykurw zaprezentują deathmetalowcy z Johnstown.

***

19 lutego 2008 roku Robert Smith i jego koledzy pięknie się zaprezentowali w katowickim Spodku. Pamiętam, że grali długo (wykończony Smith zakończył występ hitem Just Like Heaven, a potem wymownym gestem oznajmił, że jest już „martwy”) i zabrzmieli niespodziewanie ciężko, a ja sprawdzałem SMS-y od koleżanki informującej mnie o tym, co się dzieje w meczu Ligi Mistrzów Roma – Real Madryt. Aha, mimo deklaracji lidera, że wstydzi się najstarszych kawałków (tych z Three Imaginary Boys), stanowiły one pokaźną cześć gigu.

Niedawno siedziałem w Gliwicach na Nicku Cave’ie & the Bad Seeds, żałując, że nie kupiłem biletu na płytę. Teraz żałuję, że to, co pokaże The Cure również zobaczę z wysokości jakiejś trybuny Areny Kraków. Próbowałem wymienić bilet na droższy, żeby być bliżej zespołu, ale nie ma szans – musisz kupić drugi, bo starego wymienić się nie da. Zwrócić też (by kupić inny), bowiem impreza ma się odbyć zgodnie z planem, więc nie ma ku temu podstaw.

***

1989 r., czas Disintegration i najlepszy okres „Non Stopu”. Smith chyba już wtedy zrzędził, że kończy działalność „Kjurów”. Jak widać, nic z tego; nie wydał też – jeśli mnie nic nie ominęło – solowej płyty, o planach na którą możemy przeczytać w tekście Andrzeja Turczynowicza (czy to on?). Jego wypowiedzi są zresztą ciekawe, np. ta o U2 i Simple Minds.

Myśląc o tym, że ostatnią płytę, którą lubię, Cure wydało w 1992 r. (to Wish, ostatnio wznowiona, więc pewnie zespół zagra parę kawałków z niej), zastanawiam się, jaki będzie krakowski gig.

Pewnie rewelacyjny. A ja, lekko wkurzony na siebie, będę się cieszył z tego, co grają, zastanawiał się, co poleci za chwilę, i myślał niezbyt odkrywczo, że czas strasznie zapierdala.

PS W weekend spodobało mi się wreszcie Bloodflowers.

link

link

(o)(o)

Pozostańmy przy tym samym numerze „Non Stopu” dla recenzji autorstwa Jaha Rusala, dzięki której możemy się dowiedzieć, co autor sądzi o płycie „Nasz ziemski Eden” zespołu Papa Dance, gwiazdy ostatniego Off Festivalu. Czy może raczej P… D…. Muszę przyznać, że do dziś bawi mnie to, że Krzysztof Wacławiak nazwę znanej wszem i wobec innej kaszaniarskiej grupy zapisywał jako K…i.

link

„Uważam, że są w kulturze sprawy ewidentnie szkodliwe”. Święte słowa.

william basinski – the disintegration loops II [2003] / francis giacobetti (znowu)

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

temporary residence

2062

Mając w tym roku pewne problemy z zaśnięciem (wspominałem o tym wstrząsającym fakcie przy okazji recenzji nowej płyty Melatonów), wziąłem sobie listę 50 najlepszych ambientowych albumów wg Pitchforka i – ze słuchawkami na uszach – leciałem z nią na noc po kolei. Zacząłem od Ambient 1: Music for Airports Briana Eno (1. miejsce), obecnie jestem na Ambient 4: On Land (24. miejsce). Jak widać, Eno jest dość cenionym twórcą, choć sam wolę paru innych. W tej chwili nie mam już żadnych problemów, żeby uderzyć w kimę, o czym świadczy fakt, że ostatnio zasnąłem przy Junkyard The Birthday Party.

Ambientu słuchałem od lat, choć mam do niego stosunek ambiwalentny (ambientwalentny, he, he). Wydaje mi się – słusznie czy nie – że to muzyka, w której chyba najłatwiej o ściemę. Czy też najłatwiej nabrać niewyrobionego słuchacza – powie jakiś snob. Jak kto uważa.

Puścisz komu Playthroughs Keitha Fullertona Whitmana, ten zacznie cmokać, a ty mu, że to twój utalentowany kolega z bloku obok. Konsternacja.

Tak czy siak, słuchając „gatunku eksperymentalnej muzyki elektronicznej, cechującego się odejściem od linearnie rozwijanej linii melodycznej” (w tym rzeczy nieujętych w liście Pitchorka, np. wspaniałej Noveller)… dopisałem sobie do swojej własnej listy płyt wszech czasów (ogólnej, nie ambientowej) The Disintegration Loops II Williama Basinskiego.

Ten wyszkolony klarnecista jest jednym z najbardziej znanych twórców ambientu, którego przez lata niesłusznie olewałem, a teraz cenię na równi z Timem Heckerem.

O TDL II wspomniany Pitchfork pisał, że „to muzyka, która pozwala ci uwierzyć w Niebo, że właśnie takie dźwięki muszą z niego płynąć”, a niejakie ARTINFO mniej poetycko skomentowało, że to „dwie najważniejsze minimalistyczne kompozycje poprzedniej dekady” (teraz mamy już dwie wstecz).

Nic dodać, nic ująć. Słuchanie tej płyty w nocy, najlepiej na słuchawkach, to wspaniałe przeżycie. Coś mistycznego, czyż nie?

Pod wrzuconym na YouTube’a d|p 3 możemy przeczytać, jak powstał ten utwór.

Mnie nawet bardziej podoba się „poszarpany” d|p 2.2. Coś zupełnie niesamowitego. A może jednak nie? Może gdy d|p 3 coraz bardzie się dezintegruje, podoba mi się równie mocno?

Arcydzieło Basinskiego nigdy nie ukazało się na winylu. Pozostałe części The Disintegration Loops również zapewniają niebiańskie orgazmy.

W tym roku William wydał, wraz z Jankiem Schaeferem, płytę …on reflection, ale na razie nie wzbudziła ona we mnie większych emocji.

The Disintegration Loops II – 10/10. Inna sprawa, że przy takiej muzyce używanie jakichkolwiek skal ocen należy do komedii.

Nawiązując na końcu do Eno, wspomnijmy, że Basinski może się pochwalić dziełem Music for Abandoned Airports: Tegel.

***

Serge Gainsbourg i Jane Birkin w obiektywie Francisa Giacobettiego – kiedyś to musiał być skandal, dziś mogłaby się obruszyć co najwyżej moja babcia, choć i tego nie jestem pewny. Chociaż… skoro Przyjaciele oskarżani są o homofobię, a Seinfeld o rasizm – kto wie. Prawicowe pojeby i lewicowe sztywniaki są w stanie przyczepić się do wszystkiego.

Tak czy siak, nie mogłem sobie odmówić drugiej wrzutki z fotografiami Giacobettiego. Nieoczywiście piękna Birkin i Gainsbourg, który miał urodę taką bardziej, rzekłbym, houellebekowską, ale cóż – Artysta.

%d blogerów lubi to: