super thief – stuck [2017] / mert alas & marcus piggott

linki w komentarzach / links in comments

superthiefmusic.wordpress.com

super thief – bandcamp

super thief – facebook

reptilianrecords.com

Pod tą mało wyjściową nazwą kryje się jeden z nielicznych nowych zespołów noiserockowych, który nie działa mi na nerwy. Z jednej strony chłopaki z Austin nie silą się na oryginalność, z drugiej – nie są żenującą podróbą Unsane czy The Jesus Lizard. Wokalista, choć energiczny, też nie robi z siebie pajaca, Davida Yowa dla ubogich.

Wydana w 2018 roku kompilacja „REP-132” na szczęście nie oznaczała śmierci zespołu, gdyż Super Thief znalazł się na tegorocznej składance Reptilian Records „Hot Rock Action 2020”. To dające się lubić wydawnictwo wypuściło też „Stuck” przed rokiem na winylu. Wcześniej chłopaki wydali swój debiut na kasecie.

Polecam również sekcję plakatów koncertowych na ich WordPressie. To zresztą bardzo dobra strona, szkoda, że nie uaktualniana. No ale komu by się w czasach Fejsa chciało to robić.

(o)(o)

Mert Alas & Marcus Piggott. Czasem – jak to przy „artystycznej fotografii modowej” – może męczyć zamierzona pretensjonalność tych zdjęć, ale trzeba przyznać, że fotka nr 6 ma coś w sobie. :)

thing – rudder [extinction records; 2020] / thing – killwater [fonoradar records 2020]

Thing był zjawiskiem osobnym na polskiej scenie niezależnej lat 90. Trio złożone z Tomasza Swobody (gitara, wokal), Ireneusza Swobody (bas) oraz Tomasza Piotrowskiego (perkusja) tworzyło muzykę, jaką zagrała u nas jeszcze chyba tylko Ewa Braun na „Sea Sea”. Minimalistyczny noise rock, w oczywisty sposób inspirowany kapelami ze Stanów.

I tu dotykamy dość istotnej rzeczy.

Pamiętam z lat 90. mnóstwo zespołów zrzynających z gitarowych drużyn z USA i nie tylko. Czasem były to próby przeniesienia na nasz grunt grunge’u, czasem stylu Rage Against The Machine (auć…), czasem też sięgano po dźwięki z Wielkiej Brytanii (może w sumie najczęściej, na co miał wpływ sukces Myslovitz, który na swym debiucie rżnął z „Nowhere” Ride w sposób nieprzyzwoity). Zazwyczaj wypadało to słabo, często karykaturalnie.

Nie zważając na ten badziew, Thing – biorąc to, co najlepsze w gitarowej alternatywie – nagrał oryginalną płytę „Rudder”, której nie pomylisz z czymkolwiek. Wwiercająca się w czaszkę gitara, bas, który dotrzymuje jej kroku, głośne bębny, agresywny wokal (dobry głos to też był wyjątek na naszej scenie niezależnej) – stworzyły (aż wstyd używać tego banalnego określenia) wybuchową mieszankę. Słychać też na „Rudder„, mimo że to płyta więcej niż spójna, iż chłopaki lubili pokombinować: tu jakiś niemal „jazzcore’owy„ fragment, tu trochę post-rocka…

Jest, mimo kombinacji, na debiucie Thing (choć czad nie polega tutaj na prędkości rozchodzenia się dźwięku) wkurwu i kipiącej agresji, że nasi crustowcy, wraz z hardkorowcami i punkami, wypadali przy tym jak Mietek Szcześniak śpiewający „Dumkę na dwa serca”.

„Agresywny minimalizm” – zahacza to określenie o oksymoron, ale dobrze podsumowuje tę perłę polskiej alternatywy.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

O „Killwater” bodaj Rafał Księżyk pisał (w sumie, kto inny mógł wtedy to zrobić?), że jest dojrzalsza niż „Rudder”. W tym przypadku słowo „dojrzalszy” nie robiło za eufemizm, który miał ukryć takie określenia jak „pozbawiony energii” czy „rozczarowujący”.

Mnie jednak drugi materiał Thing zawsze trochę… rozczarowywał. Postrzegałem go jako nie do końca spójny – jakby brudnopis przed nagraniem „prawdziwego”, drugiego LP albo odrzuty z pierwszego; nie znajdywałem na nim energii z „Rudder”.

Po latach stwierdziłem, że nic bardziej mylnego: „Killwater” brzmi faktycznie bardziej dojrzale, ale nie stracił brudu i energii charakteryzujących „jedynkę”. Pewnie z większym sentymentem traktuję pierwszy materiał Thing, lecz drugi jest najzwyczajniej w świecie lepszy.

Może remaster Marcina Dymitera miał na to wpływ, może dopiero po latach usłyszałem to coś, czego wcześniej na „Killwater” nie słyszałem.

Ostatnio ukazują się u nas wznowienia płyt polskich kapel z lat 90., często niestety średnio nadających się do słuchania. Dwa materiały Thing. które wydały Extinction i Fonoradar Records, to nie strasznie ostatnio męczący (przynajmniej mnie) „alternatywny sentymentalizm” – to po prostu doskonała muzyka, na temat której nie ma się co dłużej produkować. Należy „Rudder” i „Killwater” po prostu kupić, włączyć i przypomnieć sobie (albo zdziwić, jeśli ktoś nie znał), jak genialnie grało się w Polsce ponad 20 lat temu.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

(o)(o)

A Fonoradar, po zawieszeniu działalności przez Instant Classic, wyrósł na najciekawsze wydawnictwo w Polsce. Zaraz wypuści w świat June of 44 i Titanic Sea Moon. Tak trzymać.

(o)(o)

„Rudder” wydało w 1997 Nikt Nic Nie Wie, „Killwater” – w 2000 Dead Sailor Muzic.

(o)(o)

Tomek i Irek Swoboda działają obecnie we wspaniałym Columbus Duo. Właśnie ukazał się split tego duetu z Guiding Lights, wydany przez Fonoradar Records.

(o)(o)

Ciąg dalszy nastąpi.

the honeymoon killers – turn me on [1987] / mikey mcmichaels

linki w komentarzach / links in comments

scaruffi

discogs

The Honeymoon Killers, jeden z wielu zespołów, w którym udzielał się Jon Spencer (The Blues Explosion, Boss Hog, Pussy Galore…), usłyszałem po raz pierwszy chyba w trójkowej audycji „Ręka boksera”, którą prowadził Maciej Chmiel; był to 1992 rok czy jakoś tak, a gośćmi byli ludzie z zine’a „Korek”. Poleciał wtedy kawałek, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale jak lecę teraz przez dyskografię nowojorczyków, nie umiem trafić na tamtą piosenkę (a może była to „Dazed’n’Heazy” z „Turn On Me”?). Oczywiście może być tak, że to nie byli Honeymoon Killers, „Korek” i Chmiel (choć ten świetny dziennikarz – chyba raczej tak. Bo kto inny wieczorem w Trójce?).


Słynna, „seksistowska” okładka „Korka” – z panią Cristiną Martinez w roli głównej. Zerknijcie zresztą na zawartość pisma – nie jest to raczej „Teraz Rock” ani „Pasażer”

Na „Turn Me On” nie pojawił się jeszcze wspomniany Spencer (z tego, co widzę grał dopiero na ostatniej studyjnej płycie HK, „Hung Far Low”), pojawiła się za to jego żona Cristina Martinez (jej pierwszy materiał nagrany z HK) wraz z resztą stałego/starego składu: Jerrym Teelem, Lisą Wells oraz Sally Erdoso. Trzeba przyznać, że Teel umiał się ustawić. A może był wkurwiony brakiem męskiego towarzystwa? Niestety, nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie.

Grający brudnego, garażowego rocka The Honeymoon Killers rozwiązali się, gdy Teel postanowił założyć grających brudnego, garażowego rocka Chrome Cranks. Swoją drogą, też świetny zespół.

„Turn Me On” (w sumie nie wiem, czemu akurat ten przykład chamskiego bluesa wrzuciłem) chyba nigdy nie ukazał się na CD, ale można go kupić w ludzkiej cenie na winylu. Wydał to Buy Our Records, prowadzony przez dwóch typów z Adrenalin O.D.

***

Mikey McMichaels (nawet nie wiem, czy podlinkowałem tę stronę, co trzeba, ale raczej tak). Fajne, surowe foty.

3 x pointless geometry: bartek kujawski – psychomachia / qba janicki & obsequies – autolysis / aleksandra słyż – human glory

Planowałem wrzucenie postu z trzema nowymi wydawnictwami (miało to być info o tym, że te kasety wychodzą, nie recenzje) Pointless Geometry przed datą ich premiery, tj. 22 czerwca, lecz po raz kolejny zostałem pokonany przez potężną siłę od urodzenia kierującą moim życiem – czyli lenistwo.

Jeśli ktoś od czasu do czasu wpada na mój blog lub fejsa, wie, że awangardowa elektronika niekoniecznie jest czymś, co wrzucam na co dzień. Nie jest jednak też tak, że nie sięgam po coś innego niż Shellac i The Jesus Lizard. Jeżeli chodzi o muzykę „inną”, Pointless Geometry jest – obok Pawlacza Perskiego i jego sublabela Patalax oraz Szarej Renety – wydawnictwem, które znam najlepiej.

No to popatrzmy, co nam „independent label that specialises in tape releases of experimental electronic, electroacoustic and dance-esque music as well as audiovisual projects on VHS tapes” (wrzucam angielski opis, gdyż nie mam – choć intuicyjnie je rozumiem – pojęcia, jak w miarę zgrabnie przetłumaczyć na nasze słowo „dance-esque”) przygotował.

Po kliknięciu w imię i nazwisko/nazwę artysty przenosimy się na jego stronę, po kliknięciu w tytuł płyty – do Bandcampa.

Aha, wszystkie kasety (zwłaszcza „Autolysis”) mają piękne okładki.

Kupujcie, bo zaraz pewnie zabraknie.

Pointless Geometry prowadzą Justyna Banaszczyk (FOQL) i Darek Pietraszewski (VJ Copy Corpo).

(o)(o)

bartek kujawskipsychomachia

Bartek Kujawski (nagrywa również jako znany tu i ówdzie 8rolek) „łączy akustyczne i elektroniczne brzmienia w postmodernistyczną dźwiękową rzeźbę. To podróż w głąb własnej psychiki, pełna gwałtownych zwrotów akcji, wybuchów hałasu i ogłuszającej ciszy, a także momentów ogromnej wrażliwości” (cytaty z press-kitu lub Bandcampa). Bardzo podszedł mi angielski opis „Psychomachii”: „This is experimental music with club aesthetics at the core, filtered by Bartek’s bizarre mind”.

Nie ma lekko, o czym świadczą tytuły utworów: „Tripping over internal chaos”, „Emotional isolation”, „Self-made implosion”… Najtrudniejsza w odbiorze spośród trzech nowości Pointless Geometry.

(o)(o)

qba janicki & obsequiesautolysis

Qba Janicki to perkusista związany z bydgoskim Mózgiem. Człowiek, zdaje się, wybitnie zapracowany, dający radę w różnych konfiguracjach (ostatnio słuchałem Malediwów, które tworzy z Markiem Pospieszalskim) i gatunkach muzycznych. Scenę dzielił m.in. z Peterem Brötzmannem, Fredem Frithem i Jerzym Mazzollem, więc będzie miał o czym opowiadać wnukom. Obsequies pochodzi z Belgii, udało mi się znaleźć krótki, ciekawy wywiad z artystą. Panowie spotkali się podczas Air Warsaw (jest to projekt artystyczno-edukacyjny wrocławskiej fundacji Avant-Art).

„Autolysis” to „(…) wyraziste połączenie cyfrowej rzeźby dźwiękowej z przetworzoną perkusją. Budulcem tego masywnie brzmiącego albumu były improwizowane sesje, dopracowane przy pomocy zaawansowanych technologii aranżacji i produkcji. Artyści starają się stworzyć uniwersum zmiennokształtnych struktur, które rozwijają się w nieprzewidywalny sposób, nawarstwiając się i eksplodując z każdym oddechem”. Uff… O, to jest ładne: „Elektroakustyczny dźwiękowy organizm, który zjada sam siebie w celu autoregeneracji” – tak opisali obaj swą polsko-belgijską kolaborację.

Brzmi to co najmniej niepokojąco, ale… „Autolysis” przynosi najbardziej przystępne z opisywanych tu dźwięków, one są chwilami wręcz ładne. Być może jednak, jeśli takie słowa płyną z klawiatury takiego ignoranta jak ja, trudno uznać to za komplement. Tak czy siak, dzieła Qby Janickiego i Obsequies (Obesquiesa?) sprawiło mi najwięcej przyjemności spośród nowych rzeczy Pointless Geometry. Wciągający materiał, trafia do folderu z najciekawszymi płytami tego roku.

(o)(o)

aleksandra słyżhuman glory

Kończymy te krótkie notki informacją o więcej niż udanym debiucie Aleksandry Słyż – kompozytorce, inżynierce dźwięku oraz sound artist (czy jest polska, dobrze brzmiąca nazwa tej profesji?), oddając po raz kolejny głos wydawcy: „Na «Human Glory» słychać wyraźny podział na dwa modus operandi. Część BG to choreografia przełożona na język dźwięku za pomocą sensorów ruchu, a część MG składa się z majestatycznych, nasyconych syntezatorowych dronów”.

Bliżej mi do części MG. Muzyka na niej zawarta mogłaby zabrzmieć w kościele. Nie wiem, jakiej religii. Dziwnej, ale raczej przyjaznej ludziom.

brise-glace – when in vanitas… [1995] / david fenton

linki w komentarzach/links in comments

skin graft records

bandcamp

Supergrupa (1993-1997) założona w Chicago. Poznałem ją dzięki wspaniałej epce „Sides 1-4”, wydanej też przez Skin Graft, na której cztery zespoły: bohaterowie tego postu, Shellac, Big’n oraz U.S. Maple, coverowały utwory protoplastów – jak niektórzy sądzą – noise rocka, czyli AC/DC. Brise-Glace w sumie nie nagrali coveru, tylko utwór „Angus Dei Aus Licht”.

Zespół tworzyli: Darin Gray, Dylan Posa, Jim O’Rourke oraz Thymme Jones – postacie związane z dość prominentnymi zespołami gitarowej alternatywy: m.in. Sonic Youth czy Dazzling Killmen.

Poza wspomnianym splitem Brise-Glace nagrali singiel „In Sister All and Felony / Angels on Installment Plan” (pojawił się tu również Gene Coleman na klarnecie. The Heroine Sheiks świadomie nawiązali do tego tytułu?) oraz LP „When in Vanitas…”, na którym – obok Colemana i stałego składu – zagrali też Henry Kaiser, David Grubbs, Carolyn Fabber i Christoph Heemann.

Brise-Glace to (anty)rockowa awangarda, ale nieprzekraczająca granicy pretensjonalności. A nawet jeśli – to świadomie, więc się nie liczy. Wybitna płyta, której najlepszą wizytówką jest chyba ostatni numer – 24-minutowy „One Syntatical Unit”, w którym Lodołamacz przechodzi od slintowego post-rocka przez gitarowy ambient do sonicznej awangardy. 10/10 plus smutna konstatacja, że dziś nikt – choćby Szwed na chuju szedł – nie nagra takiej płyty.

Jest również francuski zespół z tą sama nazwą.

***

David Fenton

agata stanisz – 3 square meters [szara reneta; 2020]

bandcamp

facebook

miasto dźwięków

agata stanisz: field recording jako metoda etnografii

«Radio się skisiło» albo Załadowywanie rol papieru”.

(o)(o)

Sprawdzając, kim jest i czym się zajmuje Agata Stanisz („Pokrótce: (…) jest antropolożką, dźwiękiem z tej perspektywy badawczej zajmuje się od 2006 roku, a od 2011 roku zajmuje się dromologią i road studies nad transportem, infrastrukturą drogową, kulturą przemieszczenia się oraz krytyką tychże” – podpowiada wydawca kasety), potem czytając jej tekst „Field recording jako metoda etnografii poprzez dźwięk”, poczułem się jak ten biedny chłop grany przez Krzysztofa Majchrzaka (nie pamiętam, co to był za film), który nie wie, co ma zrobić, gdy widzi automatycznie otwierające się i zamykające drzwi. No ale cóż, szanuję Szarą Renetę, więc postanowiłem cokolwiek przysmucić na temat „3 square meters”.

Do field recordings zawsze miałem stosunek, delikatnie mówiąc, sceptyczny. Dziś patrzę na nie niemal tak, jak na każdy inny rodzaj nagrań: mogą być ciekawe albo takie sobie, mogą być też beznadziejne, nudne albo przykuć cię do głośnika na godzinę.

(o)(o)

To, co zrobiła Agata Stanisz, odbieram z należną, zwłaszcza że to miłe uczucie – słyszeć, że otaczające nas dźwięki też są muzyką. Na przykład „utwór” piąty: „Elba River Rain/The Ferry Glückstadt – Wischhafen, DE [4.7.11]” – przecież harsh/horror ambient. Albo „Piledriver song/Port in Randers, DK [17.8.12]” – mamy tu industrial sto razy ciekawszy niż nowa płyta Einstürzende Neubauten. Plus film z lektorem w „48h pauzen machen/Gas station in Mulhouse, FR [14.7.12]” – do tego zawsze mam słabość. Nawet dziś wolę obejrzeć stare filmy z nim niż z napisami (ostatnio, nomen omen, „48 godzin”). Ale wróćmy do tematu.

(o)(o)

(…) jeśli są wśród Was osoby zajmujące się czynnie nagraniami terenowymi bądź/i kwestiami ekologii akustycznej doskonale wiecie, co jest najbardziej niechcianym dźwiękiem spośród wszystkich. Jest nim dźwięk silnika spalinowego. (…) Agata sprawi, że zaczniecie tych dźwięków słuchać, bo «3 square meters» jest nimi przepełnione. (…) album ten pozwoli z czułością na wsłuchanie się w te dźwiękowe «odpady»” – ponownie sięgam do notki z press packu.

No właśnie. Tak jak często wydaje mi się zabawne to, że obok jakiegoś wytworu sztuki współczesnej można przeczytać notkę, która ma naprowadzić widza na to, czym owo dzieło w ogóle jest, tak w przypadku „innej” muzyki (kłaniam się Pawlaczowi Perskiemu i jego naprowadzaniu słuchacza na kontekst i wymowę dźwięków wydawanych przez ten label i jego sublabel Patalax) czy takich wydawnictw jak „3 square meters”, chętnie posługuję się ściągami wydawcy. Dobrze skrojone zapewniają odpowiednie rozeznanie, ale nie zabierają przecież możliwości własnej interpretacji dzieła.

(o)(o)

Słucham „3m²” z zaciekawieniem i choć intuicyjnie rozumiem (o ile można coś rozumieć intuicyjnie) ideę stojąca za field recordings, to wciąż siedzi we mnie – zapewne ignoranckie i dość prostackie – pytanie o zasadność takowych nagrań. A nawet jeśli pytanie po chwili wydaje mi się bezsensowne, to i tak chętnie wysłuchałbym dyskusji na ten temat, wychodzącej poza „izmy” i frazesy.

Agata Stanisz – jak czytam – „Łącznie spędziła w kabinie kierowcy 16 tygodni przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu”… Więc osoba z wątpliwościami co do zasadności jej pracy powinna od razu dostać z liścia.

(o)(o)

A pisząc poważnie, słuchanie „3 square meters” było dla mnie ciekawym doświadczeniem, dzięki któremu przychylniej będę patrzył na field recordings. Poza tym, biorąc pod uwagę dorobek autorki Stanisz i to, jak ciekawą jest postacią (radzę poszperać w sieci), wydanie jej materiału przez Szarą Renetę to zdecydowanie nie byle co, wręcz sukces wydawnictwa.

I tylko szkoda, że dwudziestej piątej taśmy Szarej Renety nie zamyka opowieść podobna do tej, jaką słyszymy w drugim „utworze” na kasecie – „Driver’s log//Sobieszów, PL”.

Tak czy siak, dzięki „3 square meters” lecę sprawdzić, co zaproponowała Monika Wińczyk na „Japońskim dystansie”.

(o)(o)

Materiał do ściągnięcia w opcji „name your price”. Tradycyjnie zachęcam do wpisania czegoś powyżej zera.

titanic sea mooon – mother of all valentines [2020]

bandcamp

facebook

Titanic Sea Moon to trzy czwarte Ewy Braun: Darek Dudziński, Piotr Sulik i Rafał Szymański. No i jeśli ktoś chciałby szukać odnośnika dla muzyki tria, to znajdzie go w „Esion” EB. To, oczywiście, uproszczenie, ale jak leci chociażby „Muszelka”, nie umiem uciec od tych skojarzeń. A przy bębnach z „Bogharta” od „Stereo” Ewci.

Wczoraj wieczorem włączyłem „Mother of All Valentines” (na marginesie, świetna okładka; trzeba będzie sobie wyczarować taką koszulkę), zachwyciłem się krautową motoryką „Zakochanej autostrady” i postanowiłem unieśmiertelnić Titanica na swym blogu, jednocześnie powstrzymując się od recenzowania materiału zespołu, co wszystkim wyjdzie na zdrowie.

Kolega uważa, że Titanic Sea Moon to najlepszy zespół w Polsce. Spory komplement i nie od czapy. Ja bym się jednak wahał, czy aby nie Columbus Duo, Lotto albo THAW (ale ci wyłącznie w wersji koncertowej). Może jednak TSM (tylko wokale do poprawy).

Dudziński, Sulik i Szymański mają nagrany materiał studyjny. Mam nadzieję, że wkrótce znajdzie się (albo że już się znalazł) wydawca, który sprezentuje nam piękny winyl, a może też CD i kasetę, a zespół pojedzie w trasę z Columbus Duo i wyjedzie poza północną Polskę.

„Myśleliśmy, że w Warszawie słucha się tylko rzeczy modnych i ładnych, a tu taka niespodzianka” – kokietuje Dudziński na koniec, po najładniejszym numerze na bardzo ładnej, zyskującej z każdym odsłuchem płyty.

***

„Matka wszystkich walentynek” została zarejestrowana 14 lutego tego roku podczas koncertu w warszawskim Pracovnia Art-Club.

mapy czasu (scenariusz i reżyseria: marcin karnowski)

booklips


fot. Agnieszka Karnowska

„«Wiem, że idę na śmierć. Choć pani mnie prowadzi, nie mam do niej żalu»”.

Ten niezwykły materiał otrzymałem w styczniu od jego scenarzysty i reżysera Marcina Karnowskiego, na co dzień perkusisty Variété, ale piszę o nim dopiero teraz, gdyż „Mapy czasu” wymagają większego skupienia niż „normalne” płyty, a z tym bywa u mnie różnie.

Czym są „Mapy czasu”? Słuchowiskiem wydanym na płycie winylowej, opowiadającym historię Anny Jachniny (1914-1996). Kim była Jachnina? Tę panią, którą los obdarzył niezwykłym życiorysem, nie każdy zna, natomiast pewnie każdy choć raz słyszał piosenkę „Siekiera motyka”, bo to właśnie bohaterka słuchowiska jest jej twórczynią.

W opisie „Map czasu” czytamy: „Anna Jachnina, bliska współpracowniczka Aleksandra Kamińskiego, aktywna uczestniczka ruchu oporu, po dekonspiracji i wpadce, trafiła na Pawiak, a później do Auschwitz. Jej wstrząsające notatki z pobytu w obozie zagłady stanowią główną bazę struktury słuchowiska podzielonego – co narzuca (i umożliwia) forma płyty analogowej – na dwie części: str. A i B. Pierwsza to szczątkowa forma dziennikarskiego śledztwa, zakłócanego przez niepokojące wtręty z innej rzeczywistości. Obecność Anny ma tu charakter widmowy, ujawnia się, gdy przez szpary czasu przeszłość przecieka do teraźniejszości. W drugiej części Jachnina staje się główną bohaterką i narratorką. Całkowicie samotna oprowadza słuchacza po czasach i miejscach pełnych smutku”.

„Mapy czasu” to nie tylko historia Anny Jachniny, ale też muzyka, mogąca równie dobrze funkcjonować poza przedstawioną historią. Na płycie pojawiają się m.in. wspomniany Marcin Karnowski oraz Marek Maciejewski z Variété czy Wojciech Jachna z Innercity Ensemble, więc nikt nie będzie zaskoczony, że mamy do czynienia z czymś więcej niż tłem, które ma wyłącznie nie przeszkadzać opowiadanej historii.

Strona A to niepokojąca, przykuwająca uwagę muzyka przetykana rozmowami Redaktora naczelnego (Michał Zdeba) z Dziennikarzem (Tomasz Kaźmierski). Można mieć nieco zastrzeżeń do ich aktorstwa, ale jest to ciekawe wprowadzenie do tego, kim jest Jachnina oraz do jej opowieści, którą wypełniona jest strona B.

Na marginesie, biorąc pod uwagę tematykę słuchowiska, która może trafić do ludzi z różnych pokoleń, używanie słów „przejebane” czy „chujowo”, uważam za niepotrzebne. Są jeszcze na tym świecie osoby, które używanie wulgaryzmów drażni, wręcz wydaje się nie do pomyślenia.

Druga strona płyty (czy w moim wypadku – drugi plik MP3) poraża. Bogumiła Wresina w roli Jachniny wypadła idealnie. Dziennikarka Radia PiK wciela się w tę niesamowitą postać, spokojnie czytając obozowe wspomnienia. Spokojnie czy też wręcz beznamiętnie – i było to najlepsze rozwiązanie. Ten „smutny spokój” i brak egzaltacji dały doskonały efekt. Uprzedzam tylko, że cytat, od którego zacząłem ten tekst, nie należy do najbardziej drastycznych we wspomnieniach Jachniny.

„Ambicją twórców słuchowiska było wydawnictwo, w którym słowa, dźwięki, muzyka i materialna postać stanowić będą spójną całość” – czytamy dalej w notatce o płycie. Zamiary się spełniły. Mam jednak wrażenie, że o „Mapach czasu” nie jest tak głośno, jak być powinno. A może taki był zamiar twórców? Karnowski (karnowski.marcin@gmail.com) przedstawił oryginalny sposób na pozyskanie płyty winylowej ze słuchowiskiem. Zresztą dla mnie to zaskakujące, że ukazało się na tym szlachetnym nośniku.

***

Słucham „Map czasu” i przypomina mi się wiersz Jacka Podsiadły pt. „Nietzsche: hańbą jest być szczęśliwym!”:

Doglądam umocnień. Tracę kontakt z nierzeczywistością,
mówię: nie wiem, nie znam, nie oglądam, nie słucham.
Jeszcze gazety. Nigdy nic nie zrobiłem dla torturowanych.
Jakże zazdroszczę tym, co nie wierzą w Oświęcim.
W piętnaście lat po Hitlerze świat podbił rock’n’roll!
Simone Weil miała moje lata, kiedy się zagłodziła.

Historię, biologię, nauki „ścisłe” — wszystko ułożyliśmy sobie tak,
żeby usprawiedliwiało. Orgazm, „mała śmierć”. A przyjemność duża.
Uśmiech pohańbienia na twarzy kobiety, uśmiech oprawcy na twarzy chłopca lub odwrotnie.
— Czy warto rozdrapywać rany? — A co, zagoiły się?
Odkąd pamiętam, chciałem wydać tom wierszy pod tytułem „Nie”.
Więc się umacniam. Tu poprawię zapałkę, tam dołożę cierń.

A także postać malarza Frederika, wspaniale zagranego przez Maxa von Sydowa, z filmu Woody’ego Allena „Hannah i jej siostry”. Stary intelektualista peroruje dużo młodszej partnerce o programie telewizyjnym, w którym zszokowani intelektualiści zastanawiają się nad tym, dlaczego wydarzyło się coś takiego, jak Holokaust. Frederik stwierdza, że biorąc pod uwagę, jacy są ludzie, pytanie nie powinno brzmieć „dlaczego?”, lecz: „czemu tak rzadko?”.

„Jakże zazdroszczę tym, co nie wierzą w Oświęcim”. Po wysłuchaniu „Map czasu” (ależ daje po głowie zakończenie…) pomyślałem, że jakoś nie potrafię wyciągać krzepiących wniosków z tak bolesnych opowieści, jak ta Anny Jachniny, choć pewnie tak odważne postacie powinny dawać

Kłaniam się nisko Karnowskiemu i wszystkim, którzy mieli udział w powstaniu tego słuchowiska. Spróbuj zdobyć płytę albo poczekaj na wersję cyfrową „Map czasu”, która niedługo pojawi się w sieci.

pullman – viewfinder [2001] / pierre bonnard

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

thrill jockey

Myślę, że to zespół, który mógł niejednego rozczarować. W składzie panowie z Tortoise, Codeine czy Slint, a bliżej mu do folku niż do postrockowych eksperymentów, choć i te słychać. Ja początkowo też byłem rozczarowany, ale… mi przeszło.

Ostatnio, żeby odpocząć od rzężących gitar i drących japę wokalistów, włączam solowe płyty Chrisa Brokawa (Codeine, Come). W związku z tym, że ma on dyskografię długości przemówienia Chomejniego, nie wiedziałem, którą płytę wybrać (mniej więcej z tego samego powodu na blogu nie pojawił się do tej pory Oren Ambarchi). Pomyślałem więc, że wrzucę Pullman, w którym Brokaw maczał palce.

Dałem materiał z 2001 roku, wcześniejszy – „Turnstyles and Junkpiles” – został wydany w 1998. Biorąc pod uwagę tę częstotliwość, można mieć nadzieję, że Pullman coś jeszcze nagra.

Ciekawostka: wersja winylowa ma więcej utworów niż wersja CD. Zajebista płyta. Takie utwory jak „Isla mujeres” czy „Brewster Road” sprawiają, że człowiek ma ochotę wypierdolić jeszcze dziś.

***

Pierre Bonnard – francuski malarz postimpresjonistyczny. Cykał fotkę, a potem na jej podstawie malował kapitalne obrazy. Nie stronił od aktów, więc nic tylko pozazdrościć pomysłu i pracy, jaką wykonywał.

rye coalition – hee saw dhuh kaet [1996] / jitske schols

linki w komentarzach / links in comments

discogs

facebook

gern blandsten records

scaruffi.com

Zespół z New Jersey, który w 2006 r. wydał „długo oczekiwany album” wyprodukowany przez Dave’a Grohla (Nirvana i, niestety, Foo Fighters), i… tyle o nim słyszano. Grohl grał zresztą na „Curses”.

Wrzucam debiut Rye Coalition (wcześniej Rye and The Coalition), noszący dziwny tytuł „Hee Saw Dhuh Kaet”. Muzykę zawartą na tej płycie można nazwać post-hardcore’em ożenionym z noise- oraz math-rockiem, i jest ciekawsza niż chociażby „On Top” z 2002 r., na której panowie poszli w stronę garażowego (hard)rocka i jakoś średnio mnie to fascynuje, choć złe nie jest.

Po (?) rozpadzie (?) Rye Coalition część składu założyła zespół The Black Hollies. A ja poznałem autorów „Hee Saw…” dzięki splitowi z Karp.

(o)(o)

Cokolwiek ponure, ale bardzo ładne portrety autorstwa Jitske Schols.