dianogah – battle champions [2000] / whitney hubbs

linki w komenatarzach / links in comments

The band from Chicago that opened for one of your favorite bands circa 1998.

dianogah.com

facebook

bandcamp

southern records

W środku prawdopodobnie Stephanie Morris, która śpiewała w trzech kawałkach na czwartym albumie Dianogah, „Qhnnnl”. Stephanie zmarła 1 czerwca 2009. W lipcu tego samego roku miała z Dianogah wystąpić na Pitchfork Music Festival. Mimo śmierci wokalistki zespół postanowił zagrać, składając jej tym samym hołd

To jedna z kapel z drugiego planu w moim słuchaniu muzyki, ale jak już sobie o niej przypomnę, to włączam i nigdy się nie rozczarowuję.

Dianogah ma na koncie dwie płyty nagrane przez Johna McEntire’a i dwie przez Steve’a Albiniego. Nie najgorzej. Do tego kilka singli i kawałki na paru kompilacjach (m.in. jednej z moich ulubionych, „Ground Rule Double”). Wszystko zresztą do sprawdzenia na ich stronie internetowej. Muszę przyznać, że brakuje mi takich stron. Wszystko teraz jest na tym jebanym Facebooku albo Bandcampie.

Dianogah.com co prawda nie jest aktualizowana, ale można znaleźć na niej parę ciekawych rzeczy, m.in. plakaty z koncertów (szkoda, że nie w większym formacie).

Zespół wciąż gra, o czym możemy się dowiedzieć – a jakże – z Facebooka. Mają się pojawić nowe nagrania.

„Battle Champions” to fantastyczna muzyka. Coś między post-rockiem a delikatnym math rockiem – jakby to głupio nie zabrzmiało. Miasto pochodzenia: Chicago. Więcej nie trzeba pisać.

Jeśli ktoś zechce poznać całą dyskografię Dianogah, niech też sprawdzi Bandcamp DuPage County Hardcore, które dokumentuje scenę chicagowską, m.in. poprzez wrzucenie dema bohaterów tego postu.

***

Whitney Hubbs

dola – czasy [widno; 2021]

dola

widno

wywiad (nie mój)

fot. Martyna Kąkalec

Chętnie machnąłbym lepszą recenzję, ale urlopowo jakoś wyobraźnia nie działa.

***

Fajne uczucie podczas pierwszego odsłuchu: chciałem, żeby „Czasy” już się skończyły, ale tylko dlatego, że miałem ochotę zacząć ich słuchać od nowa.

***

Po „W śnialni” Furii i „Acedii” Odrazy – choć to ciekawe (zwłaszcza pierwsza) płyty – miałem nadzieję, że Dola nagrała coś normalnego.

***

Na „Doli” przeważał czad, „Czasy” są bardziej klimatyczne. Przeważał albo i nie przeważał, są albo i nie są. Im jestem starszy, tym chyba częściej zapamiętuję raczej wrażenia, niż to, jaka w rzeczywistości jest muzyka, której słuchałem.

Dola to nie jest zespół, przy którym można powtórzyć stary dowcip: że metalowcy noszą długie włosy, by ukryć blizny po lobotomii. Trio wychodzi od metalu, żeniąc go z rockową awangardą (słyszalne choćby wpływy krautrocka), i częstuje nas propozycją – banalnie pisząc – oryginalną i wyjątkową. Oczywiście znajdą się tacy, którzy porównują autorów „Czasów” to pięćdziesięciu innych kapel, ale ja, słuchając Doli, myślę o Doli.

Choć teraz – już przy pierwszym numerze („Wszystko odrośnie”) – mam wrażenie, że jamują wspólnie Faust i Earth. To komplement, jakby kto pytał.

***

Panowie z Doli grają tak, jakby się im nigdzie nie spieszyło. Słychać to świetnie w „-” – kawałku, w którym zespół kapitalnie używa wyświechtanej formuły post-rocka.

***

To duża sztuka rok po roku nagrać dwie świetne płyty, które różnią się od siebie, ale te różnice nie wiążą się z wyraźną woltą stylistyczną. Ciekawe, w jakie rejony zawędruje Dola, i czy utrzyma tempo nagrywania.

***

Oczywiście, mógłbym przeanalizować kawałek po kawałku, na czym polega zajebistość tego zespołu (nawet mnie kusi, gdy właśnie zaczyna się wspomniany „-”), ale przecież każdy ma uszy. Jak komu nie podejdzie, niech idzie z Bogiem i OFF Country Club.

***

Trzecia płyta, jeszcze lepsza niż „Czasy” – byłoby idealnie. Ale może być nawet jakieś dziwadło, jak wymienione na początku nagrania Furii i Odrazy.

***

Kolejny plus na konto Doli: nową płytę wydał sam zespół, zakładając label Widno.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

czechoslovakia – a’more [koty records; 2021]

koty records

czechoslovakia

ffm.to

SONY DSC

Nim światło dzienne ujrzało „A’More”, Czechoslovakia mogła pochwalić się trzema albumami.

Do debiutu „Made In” nie wracam przy okazji tej recenzji, gdyż minęło od jego ukazania się dziewięć lat, i chyba nie sensu przywoływać go w kontekście nowej płyty.

Na drugiej płycie, „Malimy” (2017), zespół udanie ożenił tzw. alternatywny rock z post-rockiem i psychodelią. Złośliwy krytyk mógłby wrzucić przy tej okazji kamyczek do ogródka, wytykając fakt, że wokal chwilami nieco kojarzył się z Krajową Sceną Młodzieżową.

Trzeci materiał, „HVST” (2019), przyniósł brudniejsze brzmienie, zbliżające zespół odrobinę do shoegaze’u i bardzo do (anty)estetyki lo-fi. Plusem był tu niewątpliwie fakt, że wokal został ciekawiej nagrany. Ktoś może powiedzieć, że nawet „zbyt ciekawie”.

Na „A’More” zespół poszedł na zdrowy kompromis: głos nie jest zanadto wyeksponowany, ale nie brzmi też, jakby właściciel głosu przebywał w innej galaktyce. Inna sprawa, że przez realizację wokalu i ten nasz piękny, lecz szeleszczący język, można chwilami odnieść wrażenie, że wokalista – gdy przykładowo wyśpiewuje słowo „wszystko” – lekko sepleni.

Zarówno „Malimy”, jak i „HVST” pozbawione były hitów (choć pewnie „Inżynier” miał taki potencjał, a może „Meduza” w sumie spełniała ten warunek?), co przy tego typu graniu stanowi niejako mus, żeby zespół wrył się w pamięć. Tak jak The Breeders mieli swoje „Cannonball” czy Belly „Feed the Tree”, tak każdy inny zespół grający muzykę, która powinna lecieć w radiu, ma niejako obowiązek nagrać coś, co zaczynasz bezwiednie nucić. Na trzeciej płycie Czechoslovakia sprostała temu zadaniu, na co dowodem jest singiel „Jazda”. Dodajmy do tego świetne wideo i powinien być alternatywny hit.

Zresztą zespół w fajny sposób zadbał o promocję swojej płyty, kręcąc trzy klipy, materiały zapowiadające wydanie albumu, tworząc kolorowy imidż, generalnie – bawiąc się najważniejszą z nieważnych rzeczy – muzyką (no chyba że to miano należy się piłce nożnej).

Wracając do kwestii tego, co powinno lecieć w radiu, dodajmy też, że większość ludzi nie słyszy w piosenkach basu, a jak już się interesuje alternatywnym graniem, to twierdzi np. że arcydzieło The Wedding Present, „Seamonster”, to co prawda świetna płyta, tyle że dobrze byłoby ją porządnie nagrać. Tak więc biorąc pod uwagę brudne brzmienie Czechoslovakii, jednak bym się z tymi szansami na hit radiowy nie rozpędzał.

Potencjał na bycie przebojem ma też utwór „Leżę”. Miałem wobec niego mieszane uczucia, gdyż znajdował się on niebezpiecznie blisko czegoś, co mogłoby się spodobać Pawłowi Kostrzewie czy Piotrowi Stelmachowi (podobne odczucia budzi przedostatni kawałek, „Wyj”), którzy ładnych parę albo raczej paręnaście lat temu na falach radiowej Trójki propagowali rodzimą twórczość alternatywną przyprawiającą zazwyczaj o chęć zmiany stacji. Po którymś przesłuchaniu „Leżę” panowie propagujący u nas takie koszmarki, jak Negatyw czy eM oraz inne produkty muzycznopodobne, zasługujący raczej na gruz niż karmelki, wyparowali z mego łba.

Teraz uwaga, ostro będzie: „Leżę” brzmi mi też trochę tak, jakby Róże Europy poszły w estetykę lo-fi. I niekoniecznie należy traktować to, co napisałem jako krytykę.

***

Nie mogłem się przekonać do tej płyty. Jednak w piękne piątkowe popołudnie usiadłem wygodnie, otworzyłem piwo, czekając na mecz Hiszpania – Szwajcaria, włączyłem „A’More” i… w końcu zaskoczyło. Nawet jeśli zapamiętam głównie otwierające całość dwa przeboje (?) i instrumentalny zamykacz (bo to świetny numer i w bliskiej mi estetycznie, że tak to ujmę), warto było poświęcić najnowszemu dziełu Czechoslovakii czas. Nie wszystkie piosenki mi podeszły. No ale nawet na „Seamonsters” nie ma wyłącznie doskonałych kawałków.

A może w pamięci zostanie mi więcej? Po paru przesłuchaniach spod produkcji, która mogłaby nie przypaść do gustu audiofilom od „Division Bell” wyłaniają się wyjątkowo przyjemne rzeczy, których by nie było, gdyby nie brudne brzmienie. Ot, paradoks.

Jest coś pociągająco niedzisiejszego w tej płycie. Przy okazji następnej cofnijcie się, panowie, w czasie i zaproście Anię Zalewską z Big Day do zaśpiewania w jednej z piosenek.

Aha, również teksty dają radę („nie mam żadnych tatuaży / więc wzbudzam sensację na plaży”, „wyjdź i wyj / to najgorsze jest uczucie / być samemu, ale z kimś”). Na tle ogólnego rockowego pustosłowia wypadają co najmniej dobrze.

***

„A’More” ukazało się na CD. Odpowiedzialne za ten stan rzeczy są Koty Records.

(o)(o)

(o)(o)

(o)(o)(o)

(o)(o)(o)

grzegorz brzozowicz: resortowe dziecko rock’n’rolla [czerwone i czarne; 2016]

Dawno temu ja i kolega przeprowadzaliśmy w katowickim Mega Clubie wywiad z zespołem Dezerter. Rozmowa miała ukazać się w naszym zinie, ten jednak nigdy nie ujrzał światła dziennego (kolega się na mnie obraził). Jedno z pytań, jakie zadałem, dotyczyło niezbyt przychylnej recenzji płyty zespołu (wydali wtedy chyba „Ile procent duszy?”, często uznawaną za najlepszą rzecz, jaką nagrał Dezerter), autorstwa Grzegorza Brzozowicza. Perkusista i autor tekstów, Krzysztof Grabowski, skomentował: „Znamy go dobrze, skurwysyna”. Po tej smacznej anegdocie idziemy dalej.

***

„Brzoza” uchodzi u nas za symbol dziennikarskiej żenady: wszystko przez to, że wyśmiał go Kazik w „12 groszach” (słynne „Rogowiecki i Brzozowicz to się na muzyce znają!”), choć było to raczej kumplowskie wbicie szpili. Choć były dziennikarz „Non Stopu” może  robić wrażenie fiuta, to ja go lubię. W końcu nie kto inny niż ten dryblas w latach 1990-1991 pisał o The Fall, Sub Popie czy The Stone Roses. Generalnie rzecz biorąc, propagował muzykę lepszą niż większość kolegów po fachu.

Autor „Resortowego dziecka rock’n’rolla” (świetny tytuł skąd się wziął, dowiadujemy się już bodaj we wstępie) robi – podobnie jak Maciej Chmiel, kolega, z którym tworzył m.in. kapitalną audycję „Dzika rzecz” –  wrażenie typa, który wszędzie się wciśnie. A to zrobi wywiad z Pamelą Anderson, a to zostanie szefem jakiegoś radia, a to zorganizuje festiwal, a to poględzi w TVP Kultura, a to wyda książkę o tym chuju Cejrowskim… Można odnieść wrażenie, że zorganizowałby trasę i Mansonowi, i Dalajlamie. Choć sam twierdzi, że zawsze był raczej marzycielem, nie cynicznym graczem. Niech mu będzie.

***

Kupiłem te troszkę efekciarskie i dość chaotyczne wspomnienia, mając nadzieję, że będzie w nich coś ciekawego o moim ulubionym piśmie muzycznym, „Rock’N’Rollu”. Najwyraźniej Brzozowicz nie uważa pracy w tym magayznie za istotny epizod w swoim życiu, gdyż pojawia się ono w „Resortowym dziecku” może dwa razy. Szkoda.

Warto w sumie sięgnąć po tę książkę. Choć z Brzozowicza żaden Wacławiak czy nawet Łobodziński, to jednak facet dobrze pisze, a to w dzisiejszym dziennikarstwie muzycznym rzecz niemal niespotykana. Obecnie były wicenaczelny „Machiny” dzieli się swoimi przemyśleniami w czymś, co nazywa się „Tygodnik TVP”. Wbrew pozorom rzecz wygląda nawet ciekawie, lecz kompletnie nie chce mi się jej czytać.

Gdy kolejny raz – choćby na „Skanach ze starej Machiny” – ktoś sucharzy, cytując kazikowy tekst o Brzozowiczu, ja myślę o dziś już ponadsześćdziesięcioletnim dziennikarzu z sympatią. To on pisał i mówił u nas o Sugar, The Fall czy Sub Popie. Jego niewiele starsi koledzy smucili o The Eagles, Yes i Marillion.

„Resortowe dziecko rock’n’rolla” warto kupić choćby dla listu, w którym Zbigniew Hołdys skarży się na Brzozowicza… Adamowi Michnikowi. No i popatrzcie: taka gwiazda jak Pamela Anderson okazuje się fajną babką, a peerelowski rockman nadętym bucem.

letnie hardkorowanie: benefit na food not bombs (zawody, titanic sea moon, drah) [19.06.2021]

Koncertowe zakupy, prowokujące filozoficzne pytanie, będące jednocześnie ciężkim dowcipem: czy gdy kupujesz płyty od zespołu, tak naprawdę kupujesz je od wydawcy?

Nie chce mi się ostatnio pisać, więc wrzucę zdjęcia, które pstryknął Stef Len (tylko główne jest mojego autorstwa), nie marudząc za dużo. Kolega na dodatek jeździ szybko i bezpiecznie, a także błyskawicznie znajduje miejsce parkingowe. Idealny towarzysz koncertowy, zwłaszcza dla kogoś, kto nie odróżnia koła od kierownicy.

Wyjście Awaryjne to świetne miejsce. No i można mecz obejrzeć.

***

zawody

Kiedy ja ostatnio widziałem na żywo młody zespół? Ale na serio młody wiekiem, nie stażem. Ze dwa lata temu w Katowicach, w Drzwiach Zwanych Koniem, gdy grały właśnie zawody. Tyle że w małej salce tej knajpy nie ma znaczenia, czy wystąpi Pidżama Porno czy Shellac – i tak słychać bliżej nieokreślony hałas. A tu, proszę, widzisz bardzo dobry zespół, w którym nikt jeszcze nie siwieje, i wreszcie dowiadujesz się, jak gra. A gra świetnie. Brawo.

Titanic Sea Moon

Mój ulubiony zespół czy tam jeden z ulubionych (nie można kadzić za bardzo). Zagrali ciężej niż na płytach i koncercie, który miałem przyjemność widzieć w październiku. Wybitna kapela. Mają takie momenty, że się wręcz mistycznie robi.

DRAH

Tutaj mały wyrzut sumienia. Zaczepił mnie pewien basista i koncert DRAH spędziłem na rozmowie o Stefanie Szczepłku, Swans, Joy Division i zespole GA-GA obwieszczającym naszą porażkę z Hiszpanią w finale igrzysk olimpijskich oraz innych sprawach, o których można gadać godzinami.

Ale moja żona stwierdziła, że panowie zagrali bardzo dobrze. Następnym razem, choćby José Mourinho chciał ze mną gadać o sezonie, w którym wygrał Ligę Mistrzów z Interem, koncertu DRAH nie odpuszczę.

To był kapitalny wieczór. Odwiedzajcie Wyjście Awaryjne, kupujcie płyty zawodów, TSM i DRAH. Chodźcie na ich koncerty.

Amen.

milkmine – braille [1994] / pedro meyer

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Noise rock z Cincinnati. Zespół, o którym w sumie nic nie wiadomo, ale przynajmniej jest fotka. Szkoda, bo lubię poczytać o tym, co robią ludzie ze starych kapel.

Grali na dwa basy – to na pewno ich wyróżnia; pytanie, czy to dobrze, czy źle. Na „Braille” są zajebiste momenty, są też takie, dzięki którym można by się do Milkmine zniechęcić („Snapshot”, „Snotboy”, „Loddy”); jest tu odrobinę średnio fascynującego rocka i grunge’u. No ale ważne, że minusy nie przysłoniły plusów. W każdym razie nie mamy tu do czynienia z sytuacją wiewiórki, która nie potrafi ani zasłonić fortepianu, ani na nim zawiewiórczyć.

Na pewno nie zniechęcił się nikt, kto zaczął słuchanie tego tria od siódemki „Super M”. Milkmine ma również na koncie split z Liquor Bike.

Chętnie bym coś więcej napisał o zespole czy dalszych losach jego członków, ale – jak wspomniałem – nie znalazłem żadnego info.

„Braille” kupiłem za 12,90 zł na Allegro. Wkładka do płyty nie przynosi żadnych ciekawych informacji na temat Milkmine.

Fani Cherubs znajdą tu coś dla siebie.

***

Pedro Meyer

sambar – pierwotniak pantofelek [antenna non grata; 2021]

antenna non grata

sambar

Mam wrażenie, że choć nigdy nie byłem zakutym łbem (przynajmniej jeżeli chodzi o muzykę), to Pawlacz Perski sprawił, że bardziej niż kiedyś zacząłem doceniać dźwięki, do których wcześniej nie miałem cierpliwości. Myślę, że krótkie „bajki”, które dodawane są do wydawnictw tego kasetowego labelu, pomagają nie tylko w odbiorze muzyki wydawanej przez niego, ale po prostu każdej, „której świat nie widzi”. A może tak mi się zdaje albo mam na dziwne jazgoty więcej czasu, bowiem wychodzi relatywnie mało wybitnej muzyki nagrywanej za pomocą rockowego instrumentarium.

Otwarty umysł przydaje się również w odbiorze tego, co wydaje Antenna Non Grata. Dobrym przykładem są recenzowane tu ostatnio Szpety, a wcześniej DMNSZ. Tym razem padło na Sambar.

To duet złożony z Tomasza Gadeckiego (m.in. znani i lubiani Lonker See) oraz Pauliny Owczarek (m.in. Krakow Improvisers Orchestra). Oboje improwizują na „Pierwotniaku pantofelku” przy użyciu saksofonów barytonowych.

Może i pierwotniak, może i pantofelek („milszy mi jest pantofelek od ciebie, ty skurwysynie” – nie mogłem się powstrzymać). Dla mnie to soundtrack do jakichś zalotów godowych nieco bardziej złożonych organizmów, co świetnie słychać chociażby na najlepszym na płycie „Makronukleusie” (obłędny numer).

Końcówka albumu dobitnie pokazuje, że wszystko i tak zawsze kończy się kłótniami, owe bardziej złożone organizmy ewidentnie jadą sobie rajtach. O, właśnie: Owczarek i Gadecki często grają tak, jakby się kłócili. Takie spojrzenie na te materiał może dać dużo satysfakcji ze słuchania.

Jeśli przez 40 minut (trzy utwory mające ponad 10 minut i dwie miniaturki) grają jedynie dwa saksofony, to może człowiek chciałby, żeby dołączyły do nich bas i bębny, ale tak czy siak to bardzo dobra rzecz. Choć nie lekka. Włącz tę płytę, a zapewne usłyszysz: „Czego ty słuchasz?!”. To będzie kapitalny początek kłótni.

„Pierwotniak pantofelek” nie przykuwa mojej uwagi przez pełne 40 minut, ale głównie z powodu fantastycznego „Makronukleusa” nie żałuję ani jednego z kilku odsłuchów płyty.

Aha, materiał świetnie brzmi (nawet z mp3, choć polecam – oczywiście – zakup CD), ktoś tu się przyłożył. A konkretnie Rafał Drewniany z dts studio.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

swob – dyskografia / marcel mariën

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Zdjęć kapeli nie ma w necie. Tzn. jedno niby jest, ale – po pierwsze- zamazane, a po drugie kiedyś fotka zespołu Johnboy okazało się być fotką zespołu Johnboy, tyle że innego, nie tego z Trance Syndicate. Tak więc wrzucam plakat z koncertu

Kolejny noiserockowy zespół z lat 90., który nie zostawił po sobie wielu nagrań. Choć w sumie nie jest źle, bo do trzech „siódemek” (ostatnia, „The Explosion of Scilence”, to chyba biały kruk) dochodzi niewydany LP „Persis Hussey”.

Rzecz trochę różni się od poprzednich. Może label, który miał to wydać, uznał, że dziwadło nie zejdzie. Z drugiej strony, wychodziły wtedy bardziej pojebane rzeczy. Z trzeciej, to już były czasy, gdy gitarowe granie przestawało być modne, a Księżyk bredził, że nie ukazują się dobre, gitarowe płyty, tera tylko tekno. A może ktoś przeleciał czyjąś dziewczynę albo przepił kasę? Summa summarum, nie wiem, czemu w końcu LP nie wyszedł (na jakimś forum znalazłem info na ten temat, ale to było raczej gdybanie, że Project a Bomb coś tam, coś tam).

Nie mam też pojęcia, czy tytuły utworów są prawdziwe (zakładam, że tak, biorąc pod uwagę te z „prawdziwych” płyt. Inna sprawa, że pierwszy jest urwany, ale gdy próbowałem dociec, co powinno być zamiast kropek, wyskoczyło mi Męskie Granie, więc wolę już nie sprawdzać) i czy te kawałki to ostateczna wersja tego, co miało się ukazać. W sumie, kurdefaja, szkoda, że nie wyszło.

Nie wiem też, co robili panowie ze Swob po tym, jak zespół skończył grać. Trudno nawet powiedzieć, czy posługiwali się prawdziwymi nazwiskami. Poza Toddem Doehringiem, związanym z kilkoma nieznanymi mi kapelami. Ale tagi typu „math rock” czy „post-hardcore” sprawiają, że trzeba je sprawdzić.

A najlepsza, jeżeli chodzi o nagrania Swob, jest epka „Neutrinos”. Nie wiem, czy 10/10, ale tak z 9,5 na pewno. ;)

***

Marcel Mariën – kapitalny surrealista, który potem został sytuacjonistą, ale jak idzie o izmy to słaby jestem, więc się nie wypowiem.

szpety – szpety [antenna non grata; 2021]

szpety

antenna non grata

fot. Ksawery Jan Wójciński

W związku z tym, że doba trwa zaledwie 24 godziny i trzeba ją spożytkować również na inne rzeczy niż słuchanie muzyki, staram się nie zagłębiać w niegitarowy underground. Nie ignoruję go, ale bazuję głównie na tym, co mi różni dobrzy ludzie podeślą. Inna sprawa, że z niektórymi wydawnictwami czy artystami zżyłem się na tyle, że gdyby przykładowo Pawlacz Perski nie dawał mi już nowych płyt do recenzji, i tak śledziłbym, czy coś wydaje.

Przyszła pora na label Antenna Non Grata, a wraz z nim na starego znajomego – Wojtka Kurka, który w tym roku już dwa razy gościł na 10fs („Npm” i „Buoyancy”).  A właściwie dwoje znajomych, bowiem „Szpety” nagrano w Wieży Ciśnień.

***

Szpety – świetna nazwa. A może trzeba było grać jako Szepty? Jakiś czilaucik z dwoma żeńskimi wokalami. Muzykę z klasą dla ludzi z klasą. Fryzjerski jazz.

Nic z tego. Są Szpety i muzyka co najmniej dziwna. Za instrumenty perkusyjne oraz elektronikę odpowiada wspomniany Kurek, za wokale Antonina Nowacka i Gosia Zagajewska.

***

„Rzur”, „Kruf”, „Maczak”, „Szusz”, „Czops”, „Bzard” – to tytuły utworów. Jak sobie je czytam, kojarzą mi się z imionami nadawanymi członkom Zboru Leczenia Duchem Świętym „Niebo”. Ten materiał robi zresztą poprzez swą parateatralność wrażenie ścieżki dźwiękowej do religijnych obrzędów. Broń Boże, nie uważam, żeby Kurek chciał zostać nowym Kacmajorem. Trzeba jednak przyznać, że ma to niepokojący klimat, na co zresztą większy wpływ niż gra perkusisty mają wokale obu pań (jedna z nich przez chwilę wydaje dźwięki, które kojarzą się z Naido z trzeciego sezonu „Twin Peaks”). Nie wiem, jakiego demona próbuje obudzić nasze trio np. w „Czopsie”. W każdym razie mam nadzieję, że typ śpi dalej.

Ostatnio przypomniałem sobie – od A do Z – stary serial „Robin z Sherwood”. Szpety pasują do tych bardziej mrocznych odcinków. Oczywiście nie czyni to z nich polskiego Clannad.

Napisać, że Szpety są intrygujące, to tak, jakby stwierdzić, że Jordan kapitalnie grał w kosza. Tu by trzeba użyć jakiejś grubszej metaforyki, dać się ponieść, ale nie będę się przecież wygłupiać. Uwarzyli rzur dziwny w smaku. Na pewno nie do masowej konsumpcji.

***

Bardzo przyjemne podczas słuchania tego materiału było dla mnie uczucie, że nagle zacząłem go postrzegać nie jako dziwadło, lecz – że się tak drętwo wyrażę – świadomą wypowiedź artystyczną. Może ja dojrzewałem do muzyki tria Kurek – Nowacka – Zagajewska, a może trzy ostatnie numery najzwyczajniej w świecie wybijają się na tle wcześniejszych. Albo są po prostu bardziej przystępne (np. w „Czopsie” zespół – świadomie lub nie – flirtuje ze starym post-punkiem, który flirtował z afrobeatem, co przywołuje na myśl chociażby wspaniałą Lizzy Mercier Descloux).

Czas pokaże, czy to płyta do słuchania, czy tylko do podziwiania.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jonestown – all day sucker [1991] / larsen sotelø

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Jonestown – coś jakby zmieszać The Ex, Alice Donut, Circus Lupus. Oprócz zwyczajnego, rockowego instrumentarium słyszymy na „All Day Sucker” puzon, bandżo, kastaniety czy melodykę. „All Day Sucker” nie jest płytą wybitną, ale warto ją poznać (single też są w cyc).

Na koncie Jonestown widnieje tylko jeden LP (bez problemu można go kupić chociażby via Discogs), ale bodaj siedem singli, w tym split z Dog Faced Hermans.

Nie ma w necie zbyt wielu informacji na temat tego, co poza Jonestown robili członkowie zespołu. Wokalista Dan Gannon nagrywał jakąś elektronikę i folk, Tom Greenwood współtworzy Jackie-O Motherfucker, ale on na „All Day Sucker” nie grał. Albo informacji na temat Jonestown nie ma, albo giną wyniki wyszukiwania wśród tekstów dotyczących The Brian Jonestown Massacre i jakichś ponurych metalowców. No i oczywiście pojawia się Jonestown Jima Jonesa. Nie znalazłem nawet zdjęcia kapeli.

Greenwood prowadził też wydawnictwo Project a Bomb, które wydało jedyny LP Jonestown oraz singiel „Sugar Ship”. Poza tym m.in. Dog Faced Hermans, Guzzard i parę mniej znanych kapel.

***

Larsen Sotelø. Wrzucam go po raz drugi. Nie dlatego, że jest taki dobry – po prostu zapomniałem, że pojawił się tu przy okazji płyty Pitchfork.