swinehood – i’m a fuckin’ misanthrope [2008] / kohei yoshiyuki

27/08/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Do panka zdarza mi się wracać, choć coraz rzadziej do polskiego („łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy”). Np. taki Swinehood: goście m.in. z Brainbombs i Totalitär – i wiadomo, że musi być dobrze. „Nihilistyczny” hardcore, piękna okładka (już wiem, jaką koszulkę zmajstruję sobie na kolejny Czochraj Bobra Fest) – czego chcieć więcej?

***

Ponoć kontrowersyjne fotki Kohei Yoshiyukiego, No cóż, nie takie rzeczy wrzucałem. Według Martina Parra zdjęcia Japończyka pokazują „the loneliness, sadness, and desperation that so often accompany sexual or human relationships in a big, hard metropolis like Tokyo”. No nie wiem, dla mnie to raczej: „było tylko czterech nas / ona jedna, ciemny las” skośnookiego perwersa, ale ja nie znam się na sztuce.

1

2

3

4

5

6

sutcliffe jügend – when pornography is no longer enough [1998] / karolina urbaniak

25/08/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

unlabel.net

discogs

1

Paul Taylor i Kevin Tomkins po raz trzeci na moim blogu. Wcześniej wrzucałem Bodychoke i Inertię. Sutcliffe Jügend, grający power electronics, to najbardziej radykalna ze znanych mi rzeczy angielskiego duetu. Wydają płyt od groma, więc naprawdę trudno mi robić za eksperta, jeżeli chodzi o dyskografię tej dwójki.

Trzeba przyznać, że ten materiał to jakaś tam forma pojebania: od doskonałego tytułu płyty, przez tytuły kawałków, po samą muzykę (w bardziej niż inne przystępnych fragmentach lekko zalatującą Bodychoke).

W tym roku starsi panowie z Sutcliffe Jügend wydali trzy płyty. Na „Mask” można zobaczyć zdjęcie Karoliny Urbaniak. A to kilka jej innych fotek:

1

2

3

4

5

6

gentle veincut – concrete landing [2006] / bart boodts

14/08/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

whosbrain records

10fuckingstars.wordpress.com

Niemiecki zespół, założony w Eschsborn. Na „Concrete Landing” słyszymy shellacowaty noise rock, ale z łagodniejszą niż u Amerykanów gitarą oraz z kobiecym wokalem. Bardzo, bardzo w moim typie.

Pierwszy album Gentle Veincut wydali w 1995 roku. Trudno powiedzieć, żeby nagrywali regularnie, ale – co najważniejsze – robią to do dziś, bowiem w maju wydali split z inną świetną kapelą – francuskim Poutre.

Ostatnio w telewizyjnym programie „W tonacji+” o Gentle Veincut mówiła Katarzyna Groniec.

***

Bart Boodts. Takie sobie te foty (choć w sumie nie najgorsze), ale można przeżyć. No i zawsze zabawnie jest wrzucić kogoś, kto na to nie pozwala.

1

2

3

4

5

6

blind mr. jones – stereo musicale [1992] / mariia by emanuele ferrari

31/07/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

cherry red records

facebook

10fuckingstars.wordpress.com

Jeżeli chodzi o zespoły shoegaze’owe, najbardziej lubię chyba Ride. Nie zmienił tego fakt, że ich koncert na Offie – w przeciwieństwie do tego, co zagrał Slowdive – był taki sobie. Nie powiem, że wyglądało to sztucznie, ale odnosiłem wrażenie, że Mark Gardener to spasiony, zadowolony z siebie rockman. A może byłem najebany.

Czemu piszę o tym zespole? Bo Blind Mr. Jones nazwał ktoś skrzyżowaniem Ride z Jethro Tull. Wszystko przez to, że na „Stereo Musicale” słyszymy flet. Co do podobieństw do Ride, wątpliwości kończą się, gdy wchodzi wokal w drugim numerze, „Spooky Vibes”. Uwielbiam ten materiał.

Flet nie pojawił się na drugiej płycie (chyba że gdzieś w tle), „Tatooine”, i ta nie miała uroku debiutu.

Nie znalazłem ciekawej biografii Blind Mr. Jones w necie Jeśli ktoś ma link, niech da znać.

***

Niejaka Mariia w obiektywie Emanuele Ferrariego.

1

2

3

4

5

6

him – egg [1995] / nina sever

26/07/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

southern records

discogs

A-13240-1119454425.jpg

Jest HIM – fiński koszmarek, niezwykle popularny swego czasu, z mimozowatym wokalistą, jest też HiM, przez który przewinęli się chociażby Fred Erskine (m.in. Abilene, Hoover, June of 44) i Doug Scharin (m.in. Codeine, June of 44, Rex). Jak łatwo się domyślić, wrzuciłem zespół bez fińskiego przychlasta.

„Egg” to pierwsza płyta HiM, nagrana w składzie: Phil Spirito, Curtis Harvey, Doug Scharin. Jeśli kogoś interesuje bogate instrumentarium, którym panowie się posłużyli, odsyłam na Discogs.

Zamiast post­hardcore’a czy math rocka, dubowe – upraszczając – odloty. Nikt nie powinien być rozczarowany.

***

Nina Sever

1

2

3

4

5

6

truly – heart and lungs [1991] / sean marc lee

19/07/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

facebook

discogs

10fuckingstars.wordpress.com

Nie słuchałem tego zespołu chyba z 25 lat. Ostatnio trafiłem na niego podczas odsłuchu składanki wydanej przez Sub Pop – „Revolution Come and Gone”. Tego było mi trzeba, zwłaszcza jednego z moich ulubionych numerów – tytułowego „Heart and Lungs”.

Strona internetowa Truly nie działa, z martwego majspejsa – jak to z martwego majspejsa – trudno się czegokolwiek dowiedzieć, ostatni wpis na fejsie z 2015 roku… No ale ponoć wciąż grają. Zapowiadana nowa płyta, do tej pory nie ukazała się.

W tamtych czasach gitary pięknie chodziły. Truly, Rein Sanction to moja magdalenka.

***

Sean Marc Lee

1

2

3

4

5

6

uzeda – different section wires [1998] / paula bułczyńska by emanuele ferrari

03/07/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

facebook

touch and go

10fuckingstars.wordpress.com

Przez Euro człowiek tyje, zaniedbał blog i na dodatek musi znosić januszów, którzy chcą pogadać, choć nie odróżniają spalonego od rzutu rożnego.

***

Ktoś określił drugą płytę Uzedy tak: „Like an Italian Breeders hanging out with full-tanked Come and Thalia Zedek!”. Cokolwiek to znaczy. Coś w tym jest, tyle że grupa z Katanii jest jakby trochę smutniejsza niż zespół Kim Deal.

Później muzyka Uzedy skręciła w stronę math rocka, co słychać na „Different Section Wires”. Zaprzyjaźnili się ze Steve’em Albinim, który nagrał trzy płyty i jedną EP-kę zespołu.

Nie nagrali niczego od 10 lat, wciąż jednak koncertują.

Fenomenalna – jak powiedziałby Tomasz Hajto – płyta.

***

Emanuele Ferrari – najchętniej dodawałbym jego foty do każdego postu. Ty razem jedna modelka – Paula Bułczyńska.

1

2

3

4

5

6

warten – e230 [2016; pointless geometry]

23/06/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

facebook

Chyba ze dwa miesiące temu miałem wymyśloną recenzję tej płyty, ale jej nie spisałem. Albo spisałem i gdzieś się zapodziała. Nie pamiętam, jak leciała, i teraz trzeba się męczyć na nowo. Aha, było chyba coś o tym, że w tym roku nie wychodzą w Polsce dobre gitarowe płyty, ale szeroko rozumiany „experimental” ma się jak nigdy.

Szkoda, że tamte wypociny przepadły, bo chyba nieźle mi się pisało, a jeśli coś nie jest rockiem, to trudno się na temat tego czegoś produkować.

***

„E230” zaczyna się od szumiącego „Loading Only”, przyozdobionego ładnie buczącym basem (tak go przynajmniej słychać z empetrójki). Sąsiedzi byli nim na pewno zachwyceni; nie chciało mi się wstać, żeby przyciszyć.

Niepokojący „Regaining Balance. First Trip” przypomina trochę klimatem „Mercurial Rites” Hair Police. Aż czeka się na to, gdy wejdzie wokal.

„The Grove” brzmiał mi jak cover Pan Sonic, teraz tak nie brzmi (a może jednak). Pamiętam, gdy usłyszałem po raz pierwszy Finów: dostałem gęsiej skórki. A usłyszałem ich w Viva II.

Najbardziej rockowe (he he) „Transposition” świetnie zamyka „E230”. Przy wcześniejszych, bardzo minimalistycznych kawałkach brzmi niemal jak „experimental progresywny”.

***

Za całością stoi Wojtek Kurek. Materiał nagrano latem i zimą 2014 roku. Wyszedł dopiero w kwietniu 2016.

Cztery świetne numery, jedno z lepszych wydawnictw tego roku. A najfajniejsze jest to, że za każdym razem słucha się Warten jakby na nowo.

victims family – 4 great thrash songs [1994] / alie layuz

03/06/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

victimsfamily.com

facebook

alternative tentacles

10fuckingstars.wordpress.com

Męczę ostatnio Victims Family. Wpływ miała na to pewnie rozmowa ze Ślepym, który nie krył fascynacji tym zespołem.

Starzy pamiętają, nie wiem, czy młodzi znają. Kiedyś byli popularni u nas, a Antena Krzyku wydała „4 Great Trash Songs” na kasecie. Czy coś jeszcze u nas wyszło – nie wiem, nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że dziennikarz Wojtek Staszewski zjebał bodaj „White Bread Blues”: że Victims Family to takie słabe Nomeansno czy coś w ten deseń. No cóż, chłop skończył potem w Wyborczej. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że Staszewski propagował u nas choćby wspomniane NMN czy Fugazi, więc postać jednak na plus.

Muzykę, którą gra Victims Family, Nomeansno czy Assassins of God nazywano „jazz-core’em”. Trochę bez sensu. Z drugiej strony, jak ją nazwać?

„4 Great Trash Songs” to jedna z lepiej brzmiących koncertówek, jakie znam. Victims Family chyba gra do dziś.

***

Nawet lato ma swoje plusy! Faith Picozzi w obiektywie Alie Lauys.

2

3

4

5

6

7

Maciej „Ślepy” Głuchowski: Dump nie stracił świeżości

31/05/2016 by

10fuckingstars.wordpress.com

Nie znalazłem w necie niczego ciekawego – poza tekstem Arka Lercha – na temat zespołu Dump, postanowiłem więc skontaktować się z Maciejem „Ślepym” Głuchowskim, który grał w poznańskim zespole na perkusji (poza tym m.in.: W Końcu Co Tam, Armia, Budzy i Trupia Czaszka, Candida). Ten z miejsca zgodził się na rozmowę, którą możecie przeczytać poniżej.

Zapomniałem zapytać o parę rzeczy, a małe fragmenty tego, co mówił Ślepy, niestety zginęły w trzaskach.

Rozmowa została spisana niemal dosłownie; nie lubię wywiadów zredagowanych tak, jakby pytającemu zwisało to, z kim gada, a odpowiadający robił wrażenie gościa, który czyta referat.

Rozmawialiśmy głównie o Dump, o latach 90., ale też o Luxtorpedzie i Pet Shop Boys. :) Zapraszam.

10fuckingstars.wordpress.com

***

Zacznę od banalnego pytania: skąd wzięła się nazwa Dump?

Chcieliśmy określić naszą muzykę, nazwa nigdy nie jest przypadkowa. Ja ją wymyśliłem, wziąłem słownik języka angielskiego i zacząłem szperać. Natrafiłem na słowo, które mi się spodobało, i stwierdziłem, że jest fajne. To słowo ma wiele znaczeń, bardziej podobało mi się to znaczenie dotyczące wysypiska, rzeczy niepotrzebnych; w tym znaczeniu, że „dump” to jest coś alternatywnego do normalności.

Na Facebooku wrzuciłem informację o tym, że będę z tobą rozmawiał, i że jeśli ktoś ma do ciebie jakieś pytanie, to żeby je zadał. I oczywiście – jak to na Facebooku – nikomu się nie chce pisać, tylko wszyscy klikają „lubię to”. Ale Paweł Homiński napisał, że zawsze nurtowało go to, czemu na „Mother of Caps” pojawił się cover akurat Victims Family.

Dlatego, że ja bardzo lubiłem ten zespół. Lubię go do dzisiaj, widziałem, że cały czas funkcjonuje; z różnymi przerwami, ale cały czas istnieje. Bylem zafascynowany w tamtych czasach tym zespołem i bardzo chciałem sam wykonać ten utwór. Spodobał mi się też tekstowo, fajne przesłanie, fajny numer. Dobrze się go grało na koncertach – jedyny numer nie nasz, który graliśmy – i to przez długi czas z tego, co pamiętam. Po prostu taka jest geneza, nic szczególnego.

Ty wtedy – znalazłem taką twoją wypowiedź – jarałeś się najbardziej Today Is the Day?

Później troszeczkę. „Mother of Caps” to była pierwsza płyta Dump i wtedy chyba Today Is the Day dopiero raczkował albo jeszcze tego zespołu nie było. Ale nie jestem pewien, nie pamiętam. Inaczej: do nas to jeszcze nie dotarło. Nie wiem, kiedy Today Is the Day powstał [1992 – mw], ale ja poznałem ten zespół na pewno po pierwszej płycie Dump.

Przeszliśmy dosyć poważną metamorfozę. Przy pierwszej płycie bardziej jaraliśmy się Primusem, Victimsami, Nomeansno, Fugazi – bardziej taką „miękką” alternatywą. Living Colour, Faith No More, Red Hot Chili Peppers w pierwszych odsłonach… A potem przyszedł noise.

To słychać. „Hypocrite Dance” to inna płyta niż „Mother of Caps”. Jest cięższa, bardziej noiserockowa.

Bardzo się zafascynowaliśmy amerykańską muzyką noise’ową. Mieliśmy wtedy to szczęście, że mogliśmy grać z tymi zespołami, obcować z tą muzyką organicznie, czyli popatrzeć, posłuchać, czerpać bezpośrednio z niej. Graliśmy z Today Is the Day, z Guzzard, z Hammerhead – tak naprawdę z prekursorami noise’a. I to miało wpływ na to, jaką stworzyliśmy płytę.

Spotkałem się z opinią, że gdy supportowaliście Hammerhead, ponoć tak dołożyliście do pieca, że Amerykanie wypadli potem blado. Czy mieliście poczucie, że robicie coś zajebistego? Że wy, zespół z Polski, młodzi goście, nie byliście w niczym gorsi od zespołów z Amphetamine Reptile? Pamiętam recenzje muzyki zespołów z lat 90. Wtedy mówiło się, że to jest dobre jak na Polskę. Miałeś poczucie, grając w Dump, że ten zespół nie jest gorszy od tych, na których się w pewnym sensie wzorowaliście, a widzieliście, że one naprawdę świetnie grają, np. Hammerhead?

Nie przypominam sobie, żebyśmy nosili za wysoko głowy. To nie było tak, że czuliśmy, że robimy coś ponadprzeciętnego. Bardziej chodzi o to, że dużo pracowaliśmy, dużo graliśmy. Mieliśmy codziennie próby, graliśmy jak na tamte czasy sporo koncertów. Niesamowite było też to, że mogliśmy podglądać, czerpać od innych. Graliśmy dużą trasę z Assassins of God – to był zespół, który zrobił na nas bardzo duże wrażenie. Zaprzyjaźniliśmy się.

To miało niesamowity wpływ. Ale powiem ci, że jarałem się też polskimi zespołami i nie uważam, byśmy byli lepsi. Na przykład Kobong – byłem pod mega wrażeniem. Byłem pod mega wrażeniem – zresztą do dziś jestem – Armii, a tak się losy potoczyły, że w tym zespole grałem. Jarałem się strasznie Armią. To było dla mnie coś niesamowitego, że ten zespół jest z Polski. Byłem na ich koncercie – pamiętam jak dziś – w 91 roku; EkoCzad – taki był festiwal w Wągrowcu. Kopara mi opadła, nie mogłem pozbierać zębów.

To były naprawdę bardzo dobre zespoły. Wymieniłem tylko dwa, ale naprawdę było ich sporo. Niektóre grają do dzisiaj i nie uważam, żebyśmy byli lepsi.

Rozmawiałem ze znajomym z zespołu noiserockowego z lat 90., który mówił, że jego zespół nie miał swojego miejsca. Byli za trudni na scenę punkową, a nie było rozwiniętej sceny alternatywnego grania, które byłoby inne niż punk czy hardcore. Czytałem wywiad z tobą i mówiłeś w nim, że ty tego nie czułeś w ten sposób, że czułeś się dobrze, grając koncerty w tamtych czasach, że nie czułeś, że Dump był zespołem od czapy na szeroko rozumianej scenie alternatywnej.

My mieliśmy to szczęście, że naszymi znajomymi byli założyciele Outside’u i tam wydawaliśmy płyty, mieliśmy wsparcie – takie, że mogliśmy grać koncerty z zagranicznymi zespołami. I to się przekładało też na to, że graliśmy nasze autorskie koncerty, jechaliśmy gdzieś i tam po prostu przychodzili ludzie, którzy zaczęli nas kojarzyć. Ta scena nie była duża, to nie były koncerty na tysiące osób, to były małe, kameralne koncerty, ale do 200 osób przychodziło, zależało od miejsca. Oczywiście to nie były koncerty tydzień w tydzień – byłbym hipokrytą, gdybym tak powiedział – ale jak na scenę, której de facto nie było, jakoś sobie radziliśmy.

Przyszło załamanie, które nas też dotknęło, ogólnie wiele zespołów. Rok 1996, 1997 – w ogóle siadła muzyka rockowa. My też tego niestety doświadczyliśmy, to również było przyczyną naszego rozpadu. Przestaliśmy grać.

Do tego dojdę. Ostatnio czytałem na violence-online.pl tekst Arka Lercha. Cytat: „Może gdyby w naszym przaśnym grajdole znalazł się ktoś, kto pomógłby wyekspediować zespół za zachodnią granicę, Dump byłby głównym towarem eksportowym, nie Vader”. Ja się z tym nie zgadzam, bo graliście zbyt trudną muzykę, by zrobić z was gwiazdy na miarę Vadera, ale jak ty skomentowałbyś jego opinię? Czy były na to szanse, bo byliście promowani przez Outside, który miał jakieś wtyki – bo wiadomo: wydawał kasety z AmRepu i miał potężny wkład w promowanie noise rocka czy ogólnie rzecz biorąc, gitarowej, trudnej, charczącej muzyki ze Stanów? Czy zgadzasz się z Arkiem chociaż w pewnym stopniu?

Zgodziłbym się z tym stwierdzeniem, że graliśmy na tyle fajną, ciekawą muzykę (nie mówię o kwestii technicznej, ale o ciekawym graniu – zwłaszcza na drugiej płycie), że to można było… Inaczej: miałem wiele sygnałów z różnych zakątków świata, że gdzieś to jest słuchane przez kogoś, nawet dzisiaj. Że to było nietuzinkowe. Nie chodzi o to, że chciałbym wysoko głowę nosić, ale to było coś innego, to było coś świeżego, fajnego. Wydaje mi się, że nawet gdybyśmy dziś grali te rzeczy, to byłoby to ciekawe. To nie straciło świeżości, moim zdaniem.

Życie to po prostu zweryfikowało. Każdy poszedł w swoją stronę – życiowo, nie mówię nawet, że muzycznie, bo niektórzy moi koledzy w ogóle teraz nie grają, a niektórzy grają zupełnie inne rzeczy albo nie traktują grania jako priorytetu zawodowego, tylko jako umilanie sobie wolnego czasu, czego nie neguję. Życie nas niestety „poukładało” w trochę inne strony, co było też przyczyną, że nie mieliśmy sił na to, żeby… Wiesz, wiele czynników się pojawiło, które sprawiły, że przestaliśmy grać.

Wiadomo, w Polsce jest tak, że reaktywacje nie wiążą się z korzyściami finansowymi, a w Stanach reaktywuje się Slint i wyprzedaje pełne hale. U nas jednak też są reaktywacje i – wiadomo, jest to zamknięte środowisko – ale np. zespół Kinsky uznawany jest za zespół, który udanie się reaktywował. W przypadku Dump jest taka szansa czy możesz powiedzieć kategorycznie, że nie ma szans na to, że Dump zagra jeszcze jakieś koncerty?

Nigdy nie mówię nigdy, bo uważam, że nie można tak mówić, ale jest bardzo nikła szansa, żeby tak się stało. Próbowaliśmy, nie zatrybiło. Pracowaliśmy, naprawdę miałem bardzo dużo energii, chciałem, żeby reaktywacja się odbyła. Pracowaliśmy razem trzy lata. No i niestety, nie udało się. Oczywiście jestem otwarty, ale nie wiem, czy ktokolwiek inny chce do tego wracać.

Mam kumpla, który mieszka w Londynie, i on przez lata szukał waszych nagrań demo. Mówię do niego: – Stary, nigdzie tego nie ma. Potem przyjechał do mnie z tego Londynu na Off Festival i okazało się, że ja mam te kawałki na twardym dysku. Ale mniejsza to. Kiedy nagraliście te utwory? To był 1996 rok?

Chyba tak. Nagrywaliśmy to w małym studiu w Poznaniu. To poszło bocznym kanałem. Po reaktywacji, w 2006 czy 2007 roku, próbowaliśmy te numer raz jeszcze zrobić, nagrać, ale się nie udało. Nagrywaliśmy jakieś szkice, ale stanęliśmy na etapie studia i wyłożyliśmy się, mówiąc kolokwialnie.

Czemu zaczęliście śpiewać po polsku?

Chyba chcieliśmy być bardziej zrozumiali. W Polsce statystyki pokazują, że niby coraz więcej ludzie rozumie język angielski, ale nadal te statystyki wydają mi się zawyżone. Jednak cały czas zespół z polskim przekazem jest lepiej odbierany, niż każdy zespół, który śpiewa po angielsku. Podam prosty przykład: Acid Drinkers. Zespół, który nie śpiewa po polsku, i nie leci radiu.

Obecnie ukazują się reedycje starych płyt na winylu: Something Like Elvis, ma się ukazać Thing… Czy ty w ogóle myślałeś o tym, że ktoś mógłby wydać te dwa wasze materiały?

Jestem otwarty na to, myślę, że koledzy też. Do wszystkich mam kontakt i to jest kwestia dogadania. Oczywiście w grę wchodzą prawa autorskie i pewne rzeczy trzeba ustalić. Ale mam oryginały, mam cyfrowe DAT-y, więc w każdej chwili można to wyprodukować. Jeżeli ktoś jest chętny, zapraszam do kontaktu.

Myślę, że Antena Krzyku byłaby dobrym wydawnictwem.

Jasne.

Nie mam obecnie czasu tym się zajmować, mogę pomóc w organizacji, ale na pewno nie w wydawaniu, bo po prostu nie mam na to czasu.

Robert Iwanik [Krzycz, Alchimia; dawny kumpel Ślepego – dop. mw] napisał mi tak: „Poproś go żeby ci trochę opowiedział o ich próbach i koncertach. Kiedyś nam o tym opowiadał i zachwycał tym jak wpadali w stan totalnego transu. Pamiętam jak opisywał Gnota [gitarzysta Dump – mw], który stawiał czasami efekt do gitary na piecu i niejednokrotnie wpadał mu on za piec bo grali tak głośno, ale dla Gnota to nie rozbiło różnicy bo luta była – z efektem czy bez”. Jak wspominasz stare czasy?

Wspominam z łezką w oku. Człowiek zawsze mile wspomina czasy, gdy był młody. Miałem 20 lat i zupełnie inaczej się na to patrzy teraz, jak się ma 45. Ale pamiętam, że mieliśmy taki, jak to się mówi potocznie, szwung. Byliśmy tak „rozegrani”, graliśmy tak dużo, że próby przeradzały się w misteria. Mieliśmy wszystko obcykane, „przegrane” w tę i nazad. A to sobie kadzidełka paliliśmy, graliśmy wolniej, ciszej, głośniej, szybciej. Albo spotykaliśmy się o drugiej w nocy, żeby pograć. Żyliśmy tym. Naprawdę dużo pracowaliśmy.

Potem wpadliśmy w pułapkę. Zaczęliśmy trochę wydziwiać, robić performance. Zaprosiliśmy do współpracy performera poznańskiego, Myśliwego, który zaczął uskuteczniać prawdziwy performance na koncertach. Sami nie wiedzieliśmy, co się będzie dziać, bo nas nie nie informował o tym, co będzie robił. Raz rozbijał arbuzy na scenie, a innym razem oblewał wszystkich farbą. Różne sytuacji miały miejsce. To było bardzo ciekawe, ale niekoniecznie dla wszystkich fajne. Zdania były podzielone: była publiczność, która to łykała, akceptowała, i taka, która twierdziła, że nie jest to fajne – woleli, jak graliśmy, nie robiąc dodatkowych fajerwerków.

Zaczęliśmy troszeczkę zjadać swój ogon. Próbowaliśmy znaleźć coś, co by nas znowu walnęło, a nas nie waliło; szukaliśmy innych form ekspresji. I pewnie to też było przyczyną tego, że wszystko skończyło się tak, jak się skończyło.

Czy zgadzasz się z tym, że lata 90. były złotą dekadą gitarowego grania i że to stwierdzenie dotyczy nie tylko undergorundu, ale i mainstreamu; z tym, że dziś ten klimat jest nie do powtórzenia, że nie może pojawić się dziś nowa Nirvana? Też masz wrażenie, że w latach 90. było lepiej niż dziś, jeśli chodzi o gitarowe granie, a dziś jest to trochę rozmiękczone czy jak to nazwać?

(dłuższe zastanowienie) Myślę, że nie. Że to jest trochę jak sinusoida. Są zespoły, które czerpią z tego, co było 20 lat temu – to jest oczywiście inaczej podane, inaczej wyprodukowane. To jest troszeczkę inaczej podane. Nie ma się czemu dziwić: ludzie czego innego oczekują, są bardziej obyci z produkcją, trzeba im podać nagrania w innej formie, żeby się nimi zainteresowali. Chociaż powiem ci, że słyszałem ostatnio bardzo dużo produkcji – sam uczestniczyłem w jednej – w których się wraca do lat 80. Nie ma kompresorów, wszystko jest ciszej nagrane, nie pompuje się muzyki. Ludzie zaczynają się męczyć tym, co jest obecnie: wszystko się „pali”, wszystko jest głośne i słychać sam bęben. Mnie się wydaje, że to jest taki etap. To wróci. Wraca, tylko w innej w formie, inaczej podane.

Myślisz, że jest taka tendencja w muzyce, że będzie ona brzmiała bardziej surowo przy wykorzystaniu nowych technologii?

Może tak być. Artyści kombinują. Przykładem z naszego podwórka jest Litza i jego Luxtorpeda. Nagrywają płyty bardzo surowo – tam się liczy przekaz, tam się liczy słowo, muzyka oczywiście też jest bardzo ważna, ale nie jest przeprodukowana. I to się sprawdza. Słuchając tego, akurat nie zwracam uwagi na produkcję – bardziej na to, czy mi się to podoba, czy nie. Akurat nie jestem fanem tego zespołu, ale uważam, że jest to sposób na to, żeby pozyskać słuchacza; że to jest inne.

Ja dzisiaj słuchałem – może to brzmi śmiesznie – nowej płyty Pet Shop Boys i też mam wrażenie, że brzmi bardzo surowo. Że jest to na maksa – nie wiem, czy teraz – popularny zespół, kojarzący się z popem, takim co prawda bardziej ambitnym, ale wydawałoby się, ze produkcja musi być bardzo bogata, a odniosłem wrażenie, że płyta brzmi – nie wiem, jak to nazwać – analogowo czy po prostu surowo.

No właśnie. Bo w tym natłoku, gdy włączasz muzykę i jest [tu Ślepy wydaje dźwięki, mające imitować dzisiejszą muzyczną sieczkę – mw], wszystko zaiwania, zwracasz uwagę na rzeczy bardziej subtelne, surowe, cichsze, łagodniejsze itd. No bo którędy droga? Coraz głośniej, coraz głośniej, coraz głośniej, coraz bardziej wyprodukowane, coraz więcej loopów… Ludzie się tym zmęczyli. Powoli się męczą i twórcy zaczynają od tego odchodzić.

Uczysz gry na perkusji. Na filmiku na YouTubie pojawia się informacja, że wiek nie gra roli. Jak to wygląd w rzeczywistości? Kto się do ciebie zgłasza: czy są ludzie starsi, urodzeni – powiedzmy – w latach 70., czy tylko młodzi?

Rozpiętość jest od piątego roku życia, nawet czwartego, a najstarszy uczeń ma 51 lat.

Ale on jest zupełnie początkujący?

Powiedzmy, że nazywam go początkującym, bo kiedyś grał, a przez 30 lat nie grał, więc tak naprawdę zaczyna od początku. Ma świadomość i pojęcie na temat gry, ale po prostu zapomniał, jak się gra. Tego się niby nigdy nie zapomina, ale w przypadku perkusji trzeba sobie niestety pewne rzeczy poprzypominać.

Jest to szeroki naprawdę zakres wieku. Trzeba w umiejętny sposób podejść do osób starszych, do osób młodszych, do osób w średnim wieku. Do każdej osoby podchodzę indywidualnie. Poziom percepcji, koordynacji, myślenia i poczucie rytmu – to wszystko jest inne u każdego. Nie ma takich samych osób, prawda?

Zdarza się, że mówisz komuś: sorry, ale nie ma sensu, żebyś się uczył gry na perkusji?

Wychodzę z założenia, że nie ma takiej sytuacji. Nie uważam, że małpę można nauczyć gry na perkusji, bo nie o to chodzi, ale jeśli ktoś bardzo chce, może pokonać wszystkie bariery. Jedyną barierą jest brak kończyn, ale powiem ci, że miałem ostatnio osobę pozbawioną trzech palców. Zgłosiła się, bo miała bardzo dużą ochotę na to, żeby pograć, więc odbyliśmy kilka lekcji. Oczywiście problem był z trzymaniem pałeczki, ale w inny sposób ten problem ogarnęliśmy, więc można.

To jest kwestia chęci. Też jestem przykładem osoby, która miała pewne problemy. Nie urodziłem się geniuszem perkusji. Doszedłem tam, gdzie jestem, pracą, ćwiczeniami, bo po prostu musiałem. Znam ludzi, którzy mniej ćwiczą, a grają 10 czy 20 razy lepiej niż ja. To kwestia tego, z czym się rodzimy, co w sobie mamy, nad czym musimy popracować i co udoskonalać. Jeden jest dobry w gotowaniu zupy, inny w naprawianiu samochodów, a niekoniecznie w graniu na perkusji, ale jeżeli chce grać na perkusji, to jeżeli odrobi zadanie, będzie pracował nad sobą, to się nauczy.

W filmie „Whiplash” główny bohater ma plakat, na którym widnieje zdanie wypowiedziane przez jakiegoś słynnego jazzmana: „Jeśli ktoś nie ma talentu, gra rocka”. Co o tym sądzisz?

To powiedział Buddy Rich. On ogólnie nie lubił rockmanów, takie miał podejście. Ja się z tym do końca nie zgodzę. Zgodzę się z tym, że był to jeden z najbardziej niesamowitych perkusistów na świecie i tak naprawdę miał prawo do tego, żeby takie rzeczy mówić. Był niesamowity.

Ja nie wychodzę z takiego założenia. Nie wszyscy się zgadzają z takim twierdzeniem, ale ja uważam, że muzyka ma tylko jeden podział: na dobrą i na złą. Dla mnie gatunek jest nieistotny, słucham różnej muzyki. Jakaś muzyka może dla mnie być zła, a dla kogoś innego dobra.

Zacząłem banalnym pytaniem, banalnym zakończę. Czego słuchasz? Co byś polecił? Gdybyś musiał na szybko podać trzy zespoły?

Może inaczej: opowiem, czego dziś słuchałem: Porcupine Tree. Wczoraj słuchałem Biffy Clyro (zawsze robię sobie dzień jakiegoś zespołu), a trzy dni temu słuchałem… [za Chiny nie mogę zrozumieć, czego Ślepy słuchał ;) – mw]

***

Potem było jeszcze trochę prywaty. I na tym, przed północą, zakończyliśmy.

Zdjęcie główne – facebook Ślepego, zdjęcie Dump – Myspace.

Rozmawiał Marcin Wandzel


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: