ostrowski – endless fluctuations [pawlacz perski; 2021]

bandcamp

facebook

Pawlacz Perski przy okazji wydanego przez siebie – 52. już – materiału kontynuuje piękną tradycję pisania krótkich historii wprowadzających w odbiór jego wydawnictw.

„Endless Fluctuations” jawi się (…) jako posthumanistyczna utopia stworzona przez anarchistyczne maszyny. Pomimo rozpadu dawnego porządku panuje wśród nich dziwnie uspokajająca harmonia. Bity postanowiły porzucić kierat tanecznych struktur, a prosty syntezatorowy riff, zamiast zabawiać spoconych bywalców jakiejś dyskoteki z lat 90-tych, wybrał się na wycieczkę w kierunku bezkresnych kosmicznych sfer, by pooddychać czystą metafizyką”. Ładne, co nie?

Ten zabieg jest ciekawy, bowiem za każdym razem pozwala skonfrontować wizję, którą „sprzedaje” wydawca, z własną.

Ja, słuchając muzyki Krzysztofa Ostrowskiego, myślałem o fraglesach, bohaterach serialu lalkowego Jima Hensona. Próbując przypomnieć sobie na spacerze z psem – z „Endless Fluctuations na słuchawkach – jak nazywały się stworki budujące jadalne konstrukcje we „Fraggle Rock” (byli to duzersi), zauważyłem idącą przed nami postać – niewysoką dziewczynę bądź chłopaka w czapce, spod której sterczały rude włosy – przypominającą Boobera.

Dobrze, że nie byłem pod wpływem – jak to ładnie ujął zespół THCulture – „witamin (dla) kory mózgowej”, bo mógłbym mieć potem problem, żeby wrócić na Ziemię.

***

Tak, zdecydowanie jest to moje techno. Owo „porzucenie kieratu tanecznych struktur” bardzo mi pasuje. Podobnie jak syntezatorowe riffy, nadające muzyce Ostrowskiego nieco ciepła, wręcz przebojowości („Brownian ratchet”). Poza schemat Ostrowski wychodzi również w „Molecular motors”, w którym słyszymy wsamplowany fortepian (chyba).

 „Endless Fluctuations” zostało zrealizowane po mistrzowsku. Materiał daje ogromną przyjemność, gdy włączy się go na słuchawkach: gwarantuję, że twoja wyobraźnia uruchomi się w minutę osiem.  Otwierający całość „Diffusion” i drugi utwór- „Stochastic resonance”, tworzą – jeśli dobrze się wsłuchać – lekko knajpiany klimat, więc jeśli owe anarchistyczne maszyny mają swoje knajpy, to myślę, że płyta Ostrowskiego mogłaby w nich lecieć. Przynajmniej do momentu, nim stali bywalcy uznałyby bity za zbyt ciężkie. Szympansy mają bary, ludzie też, więc i maszyny pewnie będą mieć. Może już mają.

***

Od kosmicznych odlotów po bity, które są jak uderzenie młotkiem w głowę. Krzysztof Ostrowski nagrał kapitalną płytę.

mgr Zenon Skręt

***

Projekt graficzny okładki to dzieło Lidii Wnuk.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(0)

struggler – it was a very long conversation but at the end we didn’t shake hands [1982] / martine franck

linki w komantarzach / links in comments

bandcamp

Kilkanaście lat temu można było spędzić cały dzień na przeglądaniu blogów. Na Blogspocie było ich od groma. Najbardziej lubiłem chyba „Commercial Zone”, dotyczący muzyki post-punkowej. Jezu, ile tam było genialnych rzeczy. Później zaczęto bez uprzedzenia blogi usuwać, w tym mój – na szczęście (?) zrobiłem backup i wrzuciłem zawartość na WordPressa.

Odwiedzałem też inny (nie pamiętam nazwy) z mnóstwem płyt w (około)postpunkowym klimacie, ale zespołów raczej mi nieznanych. Zwrócił na nim moją uwagę belgijski Struggler z uwagi na kapitalny tytuł płyty: „It Was a Very Long Conversation but at the End We Didn’t Shake Hands”.

Lubię czasem wracać do tego ponuractwa. Są tu lepsze i gorsze momenty, ale podoba mi się całość, najbardziej „Persecute”.

Winyl do kupienia, ale cena odstrasza, co można sprawdzić na Discogsie.

Struggler gra do dziś. W ubiegłym roku wydał niezłą płytę „Wilma (Determined Protector)”, wykonując na niej też nowe wersje dwóch kawałków z „It Was…”. Ze starego składu został tylko Rene Hulsbosch, a prowadzenie blogu stało się niegroźnym dziwactwem.

***

Martine Franck (na zdjęciu nr 1) – belgijska fotografka, tak wspaniała, że trudno było zrobić selekcję jej zdjęć. Żona Henriego Cartier-Bressona, związana z Magnum Photos.

We własnej osobie
Town and Wear County. Village of Skinningrove. Workers’ Club Carnival.
FRANCE. Clamart. Library for children. Built by the „Atelier de Montrouge”: Jean Renaudie, Pierre Riboulet, Gerard Thurnauer and Jean-Louis Veret. Ile de France. Haut de Seine. 1965.
Town of Newcastle on Tyne.
SWITZERLAND. Rossinière. French painter BALTHUS at home. 1999.
USA. Long Island. Amagansett. Family of fishermen. 1983.
NEPAL. Bodnath. Shechen Monastery. Tulku KHENTRUL LODRO RABSEL (12 years old) with his tutor LHAGYEL. At the age of 5, KHENTRUL decided that he had lived enough with his parents and that it was time for him to enter the monastery. Two or three years after their death, important lamas are reincarnated in the body of a child. The search for this child is based on the information left by the lama himself: dreams, visions and the intuition of other lamas. The Tulkus are discovered at 3 or 4 years of age, declared at about 4 or 5 and then enter the monastery at the age of 6. According to the rules of the monastery, each Tulku is instructed by a tutor and is either prevented or restricted from seeing other young monks from their age group. All the Tulkus are called Rinpoche which means „the precious one”. 1996.

paweł doskocz/wojtek kurek – npm [czaszka records; 2021]

czaszka
doskocz
kurek

Kiedyś było lepiej: gdy jakaś jazzowa albo okołojazzowa alternatywa coś nagrała, nazywało się to „yassem”, i już. Jak określić muzykę duetu Paweł Doskocz – Wojtek Kurek?

„Fryta, preparacja, melodia, trans i piosenki – wszystko, wyjątkowo bez elektroniki” – czytamy na Bandcampie wydawcy, Czaszki Records. Jak tu jest „melodia” i zwłaszcza „piosenki”, to ja właśnie siedzę z Patrycją Markowską na Zanzibarze.

„Energia gitary i perkusji osadzona w krótkich, skondensowanych formach. Brudne tematy, które dają się zanucić, żywiołowa perkusja, która nadaje wszystkiemu rozchwianego pulsu” – o, to już bardziej adekwatne, poza nuceniem.

Mnie ten materiał kojarzy się z… koncertem Doskocza i Kurka (przy okazji polecam tegoroczny materiał, „Buoyancy”). Piękny czas: Katowice, salka w „Drzwiach Zwanych Koniem”, 10 osób w środku (nie licząc muzyków), dobry set na gitarę i zestaw perkusyjny, potem piwo. Następnie nastał „Black Mirror” i tyle było z koncertów.

***

Nad „npm” czasem unosi się trochę zappowski klimat. Myślę, że takie coś mógłby też nagrać Macio Moretti, choć nie mam pojęcia, co robi obecnie, a bębnienie Kurka odpowiada mi bardziej niż jego. Świetny perkusista – i free, i uporządkowany. Lubię też granie Doskocza, który sprawdza się w jazzowej awangardzie, ale gdyby przyszło mu do głowy nagrać psychodeliczno-garażową płytę (oczywiście z Kurkiem), odrobinę piosenkową, to efekt również mógłby być więcej niż zadowalający .

***

Najlepsza na płycie jest chyba „Mogielica”, kojarząca się z niepiosenkowym Sonic Youth z domieszką mroku serwowanego przez obłąkańców z Les Rallizes Dénudés.

Pod koniec można poczuć zmęczenie „npm”, wynikające z dotychczasowej intensywności nagromadzenia dźwięków, nie ze słabości ostatnich numerów – „Kopy Kondrackiej” i „Świnicy”.

I dobrze. Po to jest awangarda: by wkurwiać i męczyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ciśnienie – radio edit [2021]

bandcamp

facebook

Wymyśliłem recenzję podczas spaceru z psem, ale potem nie chciało mi się jej zapisać. Napisałem nową i przez głupotę ją usunąłem. Jak mi zniknie ta, wkleję fotkę Charliego ze spaceru i wystawię samą ocenę.

***

Po czym poznać więcej niż dobry zespół? Między innymi po tym, że potrafi trzymać słuchacza w napięciu, grając utwory trwające kilkanaście czy nawet 20 minut.

Świetny przykład to otwierający całość „Czarodziej”.  Panowie najpierw powoli rozwijają ten kawałek, by w końcu wygenerować nieliche emocje. Co ciekawe, zaczynają, jakby byli początkującymi muzykami, patrzącymi na swoje ręce, żeby się nie pomylić. Nie wiem, czy był to świadomy zabieg, ale świetnie to wyszło, zwłaszcza że część z nich (albo całość – nigdy nie pamiętam) to wykształceni muzycy.

Równie dobry jest inny kawałek, którego z uwagi na czas trwania też raczej nie puszczą w radiu – „Calm the fuck down”. Chwilami – jakby japońskie Mono grało – niebezpiecznie ładny, ale świetny.

***

Ciśnienie tworzy post-rock, a będąc bardziej dokładnym – „violin and french horn ridden, jazz influenced, experimental, apocalyptic post rock”, jak sam kwartet określa swoje dzieło.

Można by tu jeszcze dodać to i owo, jeżeli chodzi o opis muzyki zawartej na „Radio Edit” (świetny tytuł). Mnie ucieszył ewidentny wpływ krautrocka w „Zeroku”, numerze chwilami również niemal funkowym.

***

Muzyka Ciśnienia – nagrana na żywo, bez publiczności – został wygenerowana za pomocą basu, klawiszy, bębnów i instrumentów raczej niekojarzących się z rockiem – skrzypiec oraz rogu (imponująca robota Michała Zdrzałka). Gitara elektryczna pojawia się jedynie we wspomnianym „Calm the Fuck Down”, choć ja słyszę ją w również we wspomnianym „Zeroku” oraz zamykającym płytę bonusie „Reisefieber”. Zostałem jednak poinformowany przez osobą dość kompetentną, bo basistę zespołu – Michała Paducha, że to jednak „stara, dobra, czechosłowacka Jolana Diamant Bas”.

***

Ciśnienie potrafi zagrać i lirycznie, i przypierdolić (zwłaszcza na żywo z udziałem publiczności – wiem, bo widziałem kilka razy). A „Radio Edit” to na razie najlepsza polska płyta w tym roku, choć przecież „Pleń” Plenia, „ZZZU” ZZZU i „SERP” Motyli i Maszyn też są rewelacyjne. Tylko za granicą – nie licząc wznowień – się opierdalają. ;)

***

„Radio Edit” dostępne jest w tej chwili jedynie na Bandcampie w formacie cyfrowym. Gdy zespół znów będzie mógł grać koncerty, pojawi się CD.

(o)(o)(o)(o) (o)(o) (o)(o) (o)(o)

freedom fighters – my scientist friends [1997] / iness rychlik

linki w komentarzach / links in comments

amrep

i heart noise

Zespół, o którym nie dowiesz się za wiele z netu (zdjęcia też nie znajdziesz). W katalogu Amphetamine Reptile napisano, że to „dwie gitary i przyjazny typ na bębnach”, dzięki Discogsowi zobaczysz, kto grał w FF i czy również w innych kapelach (bardzo skromne to info).

Wydali jeden LP – „My Scientist Friends” (wspomniany AmRep), siódemkę „Bell or Bat” (Meat Records, 1996), której niestety nie znam, kawałek „Slim Sissy” pojawił się na składance wydanej przez No Alternative w 1999 r., a „Deliver Us” na jednej z odsłon kultowej „Dope-Guns-‚N-Fucking In The Streets” (czy może być piękniejszy tytuł?). I to chyba wszystko.

I Heart Noise odsyła nas do nieistniejącej już recenzji na Ink19, w której ktoś, pisząc o FF, posłużył się ponoć zdaniami „Experimental punk rock, reminiscent of the groups such as Helmet, Cosmic Psychos, and Today is the Day” oraz „F² takes a nod from such former acts as Naked Raygun and Reagan Youth and resurrects the spirit of punk when it still had the capacity to break fresh, new, and often weird ground”.

Miło, że nie wszyscy słyszymy to samo, ale jeśli miałbym szukać odnośników – wskazałbym na Drive Like Jehu (a przy „Crows Nest” na Chokebore – można się tak pobawić, jeśli ktoś lubi). Chwilami nawet wokal Franka Bevama przypomina nieco to, co z gardła wydobywa Rick Froberg.

Świetna, pełna energii, posthardkorowa, chwilami noiserockowa, płyta. Za chwilę gitary przestały cokolwiek znaczyć.

CD do kupienia za 55 zł w Dodaxie.

***

Iness Rychlik

Średnio pasują te zdjęcia urodzonej w Polsce artystki do w sumie pogodnej muzyki Freedom Fighters, ale tak bardzo mi podeszły, że je wrzucam, nie czekając na lepszą okazję.

tonus – intermediate obscurities III – live at spontaneous music festival 2019 [spontaneous music tribune; 2020]

To nie recenzja, lecz polecanka.

***

Ilu muzyków potrzeba, by nagrać skrajnie minimalistyczną muzykę (o ile coś może być „skrajnie minimalistyczne)? Na przykład ośmioro.

***

„Proszę państwa, przed państwem:

Szanowni państwo, to będzie prawdziwa uczta! Delektujmy się!”.

Tak 5 października 2019 r. występ TONUS-a zapowiadał – nie zapomnę tej chwili – Marcin Kydryński. Miał on, występ, miejsce podczas Spontaneous Music Festival w poznańskim Klubie Dragon.

***

„Intermediate Obscurities III – Live At Spontaneous Music Festival 2019” trwa 40 minut i przynosi – jak zaznaczyłem wyżej – minimalistyczne granie, do którego trzeba przysiąść na spokojnie i w skupieniu. Nie jest to rzecz, która byłaby dobra pod codzienne czynności typu strofowanie dzieci bądź kłótnia z żoną. Warto się wsłuchać, co przygotowała ww. ósemka; jak sobie pograła z towarzyszeniem ciszy.

maszyny i motyle – sepr [2021]

bandcamp

facebook

Maszyny i Motyle z gitarami

„Album jest wynikiem przygody z niezwykłymi samplami ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Odłożyliśmy na chwilę gitary, cały materiał opierając na tych inspirujących dźwiękach” – czytamy na Bandcampie zespołu.

Maszyny i Motyle to Grzegorz Chudzik i Radosław Łuszczyk. Efekt ich pracy, „SEPR”, jest zadziwiający.

Wbrew temu, co widać na zdjęciu, płyta trafiła do mnie w stanie idealnym

Zadziwiający, bowiem opisywany materiał, bazujący – jak czytamy wyżej – na samplach z PR, skojarzył mi się z geniuszem Neu! i z tymi bardziej awangardowymi kawałkami Tortoise oraz jeszcze może z najambitniejszymi produkcjami sceny techno lat 90.

Pewnie mało który artysta lubi, gdy jego twórczość porównuje się do tego, co robią inni artyści. No ale też większość o takim komplemencie, jak ten wyżej, może sobie jedynie pomarzyć.

Tu nie ma co pisać, tu trzeba słuchać.

Pięć kawałków świadczących o tym, że choć w wielu aspektach codziennego życia jesteśmy wciąż – jak ujął to Jay w „Clerks” – zawszonym zadupiem, to jeżeli chodzi o muzykę – dzięki m.in. Maszynom i Motylom, LOTTO, Columbus Duo, Titanic Sea Moon czy Wacławowi Zimpelowi – tak bardzo wstaliśmy z kolan, że pod każdą szerokością geograficzną wyglądamy najpiękniej.

„SEPR” będzie miał premierę 16 kwietnia.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

shorty – thumb days [1993] / jody frost

linki w komentarzach / links in comments

skin graft

grunner rocks

discogs

Jeśli komuś Shorty kojarzy się trochę z genialnymi dekonstruktorami rockowej formuły z U.S. Maple, to całkiem słusznie, bowiem w mającym na koncie zaledwie jeden LP – „Thumb Days” – zespole grali Al Johnson i Mark Shippy, którzy potem współtworzyli band,który nagrał m.in. „Long Hair in Three Stages”.

„Thumb Days” to świetna płyta, ale mam wrażenie, że lepsze są single Shorty. Panowie pokusili się nawet o scoverowanie na jednym z nich „Hot for Teacher” Van Halen.

Chociaż… Włączyłem LP jeszcze raz i muszę przyznać, że jednak Johnson, Shippy, Luke Frantom i Todd Lamparelli przypierdolili po głośnikach niczym narodowi socjaliści z PiS-u w prawa kobiet. Wszystko, co nagrali, to mus – jak piwo do meczu.

Dałbym sobie rękę uciąć, że „Thumb Days” wydał Skin Graft, a to jednak było Gasoline Boost. Nikt tego nie wznowił i teraz ceny są trochę z dupy.

A przed Shorty była kapela Snailboy, w której grała cała ekipa z „Thumb Days”.

***

Jody Frost. Fotografka, która z lubością robi zdjęcia również sobie samej. Pojawiła się w książce „The New Erotic Photography” wydawnictwa Taschen.

wieża ciśnień: v-oices [ckis konin; 2019]

ckis konin

Od Roberta Brzęckiego, Kuratora Galerii Centrum Kultury i Sztuki „Wieża Ciśnień” w Koninie, dostałem trzy cedeki (jeden podwójny) i pomyślałem, że warto coś napisać na ich temat. Nie chciałem jednak wrzucać jednego suchego, pobieżnego postu o wszystkich wydawnictwach, więc pomyślałem, że skupię się na jednym z nich.

Padło na materiał noszący tytuł „V-OICES” (pod tym linkiem można posłuchać całości). Pozostałe również mają całkiem intrygujące nazwy: „Strings – Theory + Tao” oraz „RST_”, i być może na nie też przyjdzie pora. No a gdybym zauważył, że na „RST_” jest Blimp, pewnie zacząłbym od niej.

Folklor, ambient, klasyka, jazz, drone’y… Czego tu nie ma? Imponuje – przy takiej rozpiętości stylistyk – fakt, że płyta jest spójna. Autorzy składanki (idea, koordynacja opracowanie płyty – Robert Szumigalski i Robert Brzęcki) musieli zapewne chwilkę posiedzieć nad doborem i układem utworów.

„V-OICES” to 14 utworów. Mamy tu kawałki zarówno niepublikowane wcześniej, jak i pochodzące z płyt Requiem Records, Gusstaff Records czy Hevhetii.

Nazwa wskazuje na to, że jest to – po pierwsze – piąta płyta w serii „Wieża Ciśnień”, ale mówi nam też przede wszystkim, iż bohaterem wydawnictwa jest głos. Jak pisze sam Brzęcki:

Artur Rimbaud, jak również Stanisław Ignacy Witkiewicz marzyli o znalezieniu jedności w wielości. Podobny wysiłek, ale w obszarze praktyk dźwiękowych przyświecał nam podczas układania tego albumu. Ten eklektyczny zestaw nagrań „zszyty” został dzięki oczywistym lub dyskretnym manifestacjom głosu, a różnicowany przez strategie, postawy, konwencje czy wreszcie różne estetyki w taki sposób, aby naszkicować obszar rozpięty pomiędzy kompozycją a improwizacją, zmysłową recepcją a aspektem ideowym w aurze nie/skrępowanej wolności. To, co łączy je ponadto, to próba wypracowania łagodnej równowagi między dystansem a bliskością, introwertycznym a ekstrawertycznym charakterem wszystkich nagrań.

„Dziewczyny kontra chłopcy / Nikt nigdy nie wygrywa” – śpiewał zespół Partia. No, tym razem wygrały dziewczyny. I to wyraźnie. Wokalna przewaga kobiet na „V-OICES” jest zdecydowana.

Po przesłuchaniu całej płyty, widzimy, że budowanie owej przewagi zaczęło się już od utworu pierwszego – „Veshamru”, autorstwa Vocal Varshe (z towarzyszeniem Jacaszka), w którym prym wiodą sopran Anny Woźnickiej oraz mezzosopran Olgi Wądołowskiej (tu jeszcze udanie, choć w tle, honoru panów broni tenor Jakuba J. Sitarskiego).

Trzeci kawałek „Знову” to wokalny popis Svitlany Nianio. Warto tu zwrócić uwagę na warstwę muzyczną, za którą odpowiada Vllkutan (Sergii Khotiachuk), bo to niezwykle intrygujące połączenie drone’ów z folkiem.

Kolejny, „Błogosławiony Człowiek” Anny Gadt, to mój ulubiony – obok „AbySsusa” Anny Marii Huszczy – utwór na płycie. Co ciekawe, zupełnie nie mogę się przekonać do wokalu Gadt słuchając jej płyt. Nie podeszła mi „Still I Rise”, na którym śpiewa do ułożonego jazzu, „Gombrowicz” nagrany z Marcinem Olakiem ani nawet „Renaissance”, z którego pochodzi wspomniany „Błogosławiony Człowiek”. Za jakiś czas trzeba będzie znów spróbować zapoznać się z twórczością wokalistki.

Jej utwór mógłby potrwać chwilę dłużej. Nie ma się jednak jak przyczepić do długości „AbySsusa” Anny Marii Huszczy (pojawia się tu również m.in. Adam Strug). Ta niemal 14-minutowa perła z „wydziwiAnki” Requiem Records to – jak wspomniałem – jeden z dwóch najmocniejszych momentów na płycie. „AbySsus”, dzięki bębnom, robi się kapitalnie intensywny w pewnym momencie.

***

Wracając do wspomnianego pojedynku wokalnego – zwycięstwo pań jest, jak pisałem, wyraźne. Jeszcze może Grabek nie oddaje pola bez walki, ale Michał Pepol, biorąc na warsztat Kate Bush, nie zachwyca, a Wojciech Brzoska z tria Brzoska/Marciniak/Markiewicz męczy swoją manierą zblazowanego poety. Muzycznie „Egzotarium” może się podobać, ale wokal to nieporozumienie.

Chwaląc „V-OICES”, muszę wspomnieć jeszcze o świetnym klarnecie Michała Górczyńskiego w „Cieple” Danki Milewskiej.

Mam też wrażenie, że pierwsza połowa płyty, kończąca się na „Oddala mene…” Maniuchy i Ksawerego, jest znacznie ciekawsza od drugiej. Druga zaczyna się od nieprzekonującej interpretacji „Among Angels” Kate Bush i choć ma dobre momenty, już nie zachwyca.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Wydawnictwo – jak dowiadujemy się ze strony CKiS – ma charakter promocyjny, nie zostało przeznaczona na sprzedaż. Dostać można je było na koncertach organizowanych w Galerii CKiS „Wieża Ciśnień”. Po więcej informacji na temat tego niezwykłego, jak sądzę, miejsca zapraszam do linku na początku tekstu. Trzeba je będzie w lepszych czasach odwiedzić.