fleshworld ‎– the essence has changed, but the details remain [this charming man records; 2019]

11/11/2019 by

fleshworld

bandcamp

facebook

spotify

(o)(o)

this charming man

bandcamp

facebook

(o)(o)

unquiet records


fot. Woda i Pustka

Panowie z Fleshworld napisali, że grają „blackowy post-hardcore”. Gdy muzyka jakiegoś zespołu opisywana jest słowem „blackened”, z góry zakładam, że będzie do niczego. Mam wrażenie, że wielu artystów „ublackowia” swoją twórczość, bo jest po prostu banalna i nie mają na nią pomysłu. Tym razem tak nie jest, o czym za chwilę.

Acha. Mało to istotne, ale niezbyt podoba mi się nazwa „Fleshworld”. Kojarzy mi się z zespołami, które piszą o sobie, że grają „mieszankę różnych stylów”, trochę grunge’u, trochę metalu, trochę nie wiadomo czego. Tym razem tak nie jest, o czym za chwilę.

Kiedy już zdążyłem się lekko uprzedzić do Fleshworld, włączyłem płytę i… od razu mi przeszło. „The Essence Has Changed, but the Details Remain” (bardzo udana okładka Denisse Ariany Pérez) to niezwykle przyjemny dla ucha wpierdol. Osiem dość długich, nieschodzących poniżej czterech minut, kawałków, bardzo dobrze nagranych w Monochrom Studio pod okiem Haldora z Satanic Studio.

To nowocześnie brzmiący hardcore, ale nie odhumanizowany, jak wiele tego typu współczesnych pozycji, które mimo emocjonalnego charakteru, robią wrażenie nieco sztucznych, jakby zagranych przy użyciu poradnika „HC dla zaawansowanych” .

Czuć na „The Essence Has Changed” energię, którą zapewne krakowianie potrafią „sprzedać” na żywo. No, jest w tym sporo szatana, zwłaszcza w moim chyba ulubionym „Out of Context”.

Ta płyta to nie tylko 40 minut energetycznego napierdalania, ale też parę smaczków, dzięki którym słychać, że prędkość emisji dźwięku to nie jedyne, co interesuje Fleshworld.

***

Parę miesięcy temu słuchałem dość dużo HC, także wielu klasycznych rzeczy, więc generalnie rzecz biorąc, były to płyty co najmniej dobre (poza jednym wyjątkiem). Nie mam szczególnie emocjonalnego stosunku do tego typu muzyki (poza emocore’em, he he), więc moja ocena nowych płyt z tego gatunku nie jest obciążona sentymentem do starych (może jedynie Minor Threat to kapela, do której żywię wyjątkowe uczucia). I stwierdzić mogę, bez obciążenia myśleniem, że „kiedyś to się grało”, że Fleshworld na tle (często klasycznych – powtarzam) kapel, które katowałem niedawno, wypada świetnie. Teraz przydałoby się sprawdzić, czy daje radę na żywo.

***

„The Essence Has Changed, but the Details Remain” wydał – na CD i LP – niemiecki label This Charming Man, mający w swym katalogu m.in. Die Nerven, Heads. czy Viagra Boys.

bedhead ‎– beheaded [1996] / jairo alvarez

09/11/2019 by

linki w komentarzach / links in comments

bedheadband.com

bandcamp

the new year

trance syndicate

Klasycy slowcore’a (w sumie lubię to określenie, choć nie jest najmądrzejsze). Wrzuciłem drugą płytę, choć za najlepszy materiał Bedhead uchodzi „WhatFunLifeWas”. Mnie jednak „Beheaded” jest bliższa, choć nie potrafię tego uzasadnić.

Po rozpadzie Bedhead bracia Matt i Bubba Kadana założyli The New Year, który gra do dziś. „Beheaded” to typowy klimat lat 90. Fantastyczny zespół, jeden z najlepszych w katalogu Trance Syndicate.

***

Jairo Alvarez. Czasem jego zdjęcia niebezpiecznie ocierają się o kicz, ale ogólnie rzecz biorąc są bardzo dobre. Niektóre pomysły są naprawdę świetne.

torpur – gobland [dreamland syndicate; 2019]

05/11/2019 by

torpur

facebook

dreamland syndicate records

dreamlandsyndicate.bigcartel.com

Cztery i pół kawałka skrzecząco-warczącego raw punka – bez polskiego, „styropianowego” klimatu – ożenionego z noise’em (pojawiającym się w „Civil War”) i „sonicznym”, ponadsześciominutowym utworem tytułowym, zamykającym EP-kę. Trzeba „Gobland” poświęcić te 19 minut, potem kolejnych parę razy zrobić to samo.

Tyle gadania wystarczy. Jak pisał klasyk: „Tu nie ma miejsca na elaboraty. Tu się dopierdala”.

Płyta do pobrania z Bandcampa. Warto kupić kasetę wydaną przez Dreamland Syndicate.

jesień – błoto [złe litery; 2019]

02/11/2019 by

bandcamp

facebook

instagram

złe litery

mariusze figle

fot. Krzysztof Gałązka

Pewien wydawca, reklamując nową płytę zespołu ze swej stajni, pisał, że jej zaletą jest transformacja muzyki z „generycznego” (co za koszmarek językowy) noise rocka na rzecz noise rocka z elementami post-punka i czegoś tam jeszcze. W domyśle: wreszcie opuścili – cytujać Leo Beenhakkera – drewnianą chatkę. Osobiście lubię rzeczy klasycznie noiserockowe, o ile oczywiście nie są beznadziejną kopią Unsane czy The Jesus Lizard. Jesień, gdy jest „generyczna”, klasycznie noiserockowa, wypada fantastycznie.

(Na marginesie, gdyby Bob Weston brał dolara za to, ile zespołów – świadomie czy nie – zainspirowało się jego basem z kawałka „Wingwalker”, byłby bogatym człowiekiem).

***

Jesień widziałem raz na żywo, ponad rok temu we Wrocławskim DK Luksus. To był doskonały występ, zwłaszcza ten szatan za bębnami robił wrażenie. Ciekawiło mnie, jak chłopaki wypadną na nowej płycie.

***

Jeżeli chodzi o samą muzykę, „Błoto” (piękna okładka!) to bombowa płyta, chyba moja ulubiona z polskich, tegorocznych wydawnictw. Czy panowie jadą noise rockiem (chwilami naprawdę intensywnym), czy idą w spokojniejsze rejony – wszystko gra jak trzeba. „Błoto” brzmi świetnie (to głównie zasługa Jaśka Wrońskiego, który płytę zmiksował, zmasterował i przepuścił przez taśmę), każdy instrument z osobna – i w ostrzejszych fragmentach, i w tych spokojnych (słychać to najpiękniej w postrockowej psychodelii końcówki „Psalmu”, „blues” „Schodzimy z drzew” również urzeka). Na marginesie, Jesień to jedna z nielicznych kapel, w której bas to ważniejsza z gitar.

Gorzej – powtórzę ten sam zarzut, który postawiłem „O” – gdy pojawia się głos. Nie ma szans, bym przekonał się do maniery wokalnej Szymona Szwarca, która co prawda czasem nie przeszkadza („Lobus”), a bodaj raz czy dwa stanowi atut (o tym za chwilę), ale jednak głównie męczy.

Ciekawie wypadają teksty, choć osobiście wolałbym nie usłyszeć zdania „Ojczyzna wdroży nas w swoje cycki”.

***

Na koniec trochę osobistych rozkmin.

Będąc osobą o niespecjalnej predylekcji do zmiany miejsca zamieszkania, niemal całe życie spędziłem na Górnym Śląsku. Jest to miejsce niemal totalnie zjebane, jeżeli chodzi o muzykę (zdarzają się wyjątki, np. Ciśnienie). Ostatnio pewien popularny na lokalnej scenie punkowej wokalista stworzył ankietę, w której można było zagłosować na najlepszy w historii śląski zespół nurtu HC/punk. Widziałem tę listę – tu nawet punka prawie nikt nie umiał grać. Najbardziej bolesną egzemplifikacją chujni tutejszej sceny muzycznej był – czy raczej jest – zespół Dżem. Inni mieli, dajmy na to, Aptekę albo Lecha Janerkę, my – pseudoblues z bezzębnym ćpunem na wokalu.

Pamiętam, gdy jako nastolatek katowałem te różne Crassy, Conflicty albo Nomeansno czy Cows, i np. siedząc w knajpie, słuchałem, jak stare chłopy z namaszczeniem mówiły o „Ryśku”. Czemu o tym piszę? Dlatego, że „Błoto” kończy piosenka „Odbierz”, sklecona z nagrania koncertowego i studyjnego (jedyna, obok „Schodzimy z drzew”, w której wokal może być uznany nawet za atut), w której możemy usłyszeć cytat z piosenki Dżemu „Wehikuł czasu”. Zabieg ryzykowny, ale było warto.

Co za ironia – zespół Jesień, grający muzykę, której nigdy tu, gdzie mieszkam, nie było, a za którą dałbym się pokroić, cytuje zespół Dżem (wiem, że dla jaj), z którego – niezależnie od tego, czy nasza znajomość gitarowej alternatywy kończyła się na Nirvanie, czy szukaliśmy nieco głębiej i trafialiśmy np. na Big Black albo Boss Hog albo nawet na zespoły takie jak For Her Pleasure czy Szfagier – zawsze mieliśmy kino, darliśmy łacha czy jak to jeszcze nazwać.

„Błoto” to świetna płyta, a przez wtrącenie tego jebanego Dżemu pierwszy raz od dawna tak naprawdę chciało mi się o czymś napisać.

***

Nową płytę Jesieni wydały Złe Litery, mikrolabel prowadzony przez basistę zespołu, Michała Supczińskiego.

ex uaj zed – pod rozgwieżdżonym niebem, tuż przed końcem [2019]

23/10/2019 by

bandcamp

facebook

Z tego całego undergroundu najbardziej lubię zespoły, które nawet w jego granicach wydają się osobnym undergroundem, nie należą do żadnego towarzystwa wzajemnej adoracji, tworzącego bańkę facebookowych lajków. Czasem jest to wybór, czasem konieczność (pewnie niejednej grupie marzy się zapełnienie stadionu albo chociaż sto osób na koncercie – normalna rzecz), ale tak czy siak, mam do takich kapel słabość. O ile, oczywiście, umieją grać.

***

EX UAJ ZED gościł już na 10fs. Płyta „Pod rozgwieżdżonym niebem, tuż przed końcem”, którą od recenzowanej przeze mnie kiedyś „4” dzielą cztery lata, podoba mi się chyba bardziej niż poprzedniczka. Może dlatego, że miałem teraz jakiś wybitny nastrój na słuchanie takiej muzyki, może faktycznie jest lepsza. Leci sobie niespiesznie, fragmentami kojarzy się z Dead Meadow (gdy ci nie nudzą), brzmi jednocześnie delikatnie i – z uwagi na produkcję – trochę brudno, chropawo. Jedyne, do czego się przyczepię, to bębny – jak na mój gust, czasem są zbyt głośne, chwilami przeszkadzają w odbiorze muzyki EX UAJ ZED. To jednak nie „At Action Park”, a dość spokojne granie.

Tak jak kiedyś ostatni numer na „Kopalino” Popsysze – „Latarnia” – sprawiał, że miałem ochotę pojechać nad morze, tak nowa płyta EX UAJ ZED powoduje, że chętnie wybrałbym się w Bory Tucholskie. Na razie mogę powiedzieć tyle, że może umilić nawet jazdę tramwajem przez Załęże i Chorzów Batory, choć na tej trasie zapewne bardziej pasowaliby Brainbombs albo Drunks With Guns.

Nie będę wyróżniał poszczególnych utworów. „Pod rozgwieżdżonym niebem, tuż przed końcem” układa mi się w wielce przyjemną całość.


Materiał ukazał się na CD i MC, wydał go sam zespół

rusted shut – rehab [2004] / peter basch

19/10/2019 by

linki w komentarzach / links in comments

facebook

emperor jones

dull knife records

discogs

„I never asked to be born / I wish I would fuckin’ die”.

Brudasy z Houston, aktywne ponoć od 1986 roku do dziś, choć ich dyskografia o tym nie świadczy. Wydawani m.in. przez Load Records, które ma w katalogu chociażby Brainbombs, więc jest to jakaś wskazówka i rekomendacja.

Świetna płyta; jakby ją ktoś nie tyle nagrał, co wyrzygał. Najlepsza jest wersja z ośmioma kawałkami, kończąca się na „Come To The Well”. Potem, od dziewiątego do trzynastego w wersji, którą wrzuciłem, też jest super, ale te numery pochodzą pewnie z innej sesji i nie brzmią już tak ohydnie (całość kończy koncertowe „Borin Fuckin Town”). Niestety, Rusted Shut nie należy do zespołu, który zostałby w necie rozłożony na czynniki pierwsze.

***

Peter Basch (1921-2004). Urodzony w Berlinie, doskonały fotograf. Pstryknął chyba wszystkie gwiazdy świata, ale zwykli śmiertelnicy też się załapali. W ubraniach i bez.

bad light district – lucky blood moon [2019]

15/10/2019 by

badlightdistrict.com

bandcamp

facebook

Nie wiem, jakim cudem nie słyszałem nigdy Bad Light District, zwłaszcza że wydawało ten zespół Music Is the Weapon, którego wydawnictwa nie raz recenzowałem.

***

Chyba wszystkie przymiotniki, używane w recenzjach płyt, brzmią mi albo banalnie, albo pretensjonalnie. „Lucky Blood Moon” to płyta zjawiskowa – jak banalnie by to nie zabrzmiało.

***

Klimaty nowofalowe czy post-punkowe, ożenione z niskim, przyjemnym dla ucha głosem wokalisty, zazwyczaj dają świetny efekt. Słuchając Michała Smolickiego (który nagrał „Lucky Blood Moon” w pojedynkę – szacunek), pomyślałem o Johnie Sharkeyu III (choć nie mają w sumie podobnych barw głosów). Na marginesie, „Lucky Blood Moon” to płyta o wiele ciekawsza niż tegoroczne wydawnictwo zespołu Sharkeya, Dark Blue – nudnawe „Victory Is Rated”.

Nowa płyta Bad Light District co chwilę z czymś się kojarzy (np. lecący w tej chwili „8-Bit Life”) – i to zarówno, jeżeli chodzi o wokal, jak i o muzykę. Jest to jednak miłe uczucie szukania gdzieś w myślach nazw starych kapel, nie poczucie obcowania z czymś wtórnym i żerującym na pomysłach innych.

***

Na nowym materiale „Lucky Blood Moon” jest mnóstwo smaczków, warto mu się uważnie przysłuchać na dwa sposoby: pierwszy to po prostu cieszenie się świetnymi piosenkami, drugi – zwrócenie uwagę na rozwiązania brzmieniowe: żywcem wyjęte z lat 80. klawisze (pojawiające się już w pierwszej piosence, nomen omen „Brother From The Eighties” – jak gdyby nigdy nic, po mrocznym wstępie), kojarzące się z The Cure z najbardziej dołującego okresu bębny w tytułowym numerze itd. Poza tym tu coś zarzęzi (początek „Part-Time Prophets”), tam inaczej zabrzmi (niemal dub techno w „Something’s Not Right Here”)… No, nic tylko założyć słuchawki i skupić się na dźwiękach wygenerowanych przez Smolickiego.

***

Jeśli miałbym się przyczepić do „Lucky Blood Moon”, to o jej długość (może skróciłbym plytę o dwa numery) i o brak jakiegoś wbijającego w fotel hiciora („Part-Time Prophets” ma chyba najbliżej do tego miana).

***

„Jesteśmy samotni w tym zimnym wszechświecie”, ale między innymi takie płyty czynią go bardziej znośnym.

***

W związku ze śmiercią fizycznego nośnika płyta Lucky Blood Moon dostępna jest w formacie cyfrowym na wszystkich platformach streamingowych” – czytamy w notce prasowej. A szkoda, pasowałby do niej czarny winyl.

faraquet – the view from this tower [2000] / david dubnitskiy

05/10/2019 by

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

dischord

discogs

Jak mam zły dzień, mógłbym ten materiał nazwać „math rockiem dla inteligencików” (ma trochę taki klimat, może ktoś skuma, o co mi chodzi), ale jak mam dobry – zachwycam się tą płytą, bo jest czym. Zwłaszcza bębnienie Chada Moltera robi na mnie wrażenie, a gość przecież woli grać na basie.

Jest na „The View From This Tower” parę fragmentów, które mogą wywołać zazdrość o czyjś talent oraz pytanie o to, na chuj się słucha niektórych nowych kapel. Szkoda, że tak mało nagrali (w sumie był to projekt poboczny dwóch trzecich Smart Went Crazy, więc nic dziwnego). Inne dwie trzecie zespołu spotkało się potem w Medications. Wspomniany Molter wrócił do gitary basowej.

Tak swoją drogą, przyjemnie się przegląda stronę Dischordu. Przypominają się czasy, gdy przed tym jebanym Facebookiem zespoły miały swoje strony (czasem lepsze, czasem gorsze), z których można się było wszystkiego dowiedzieć, klikając w odpowiedni link.

***

Nasz Hajman to nie jest, ale David Dubnitskiy czasem (dość często) daje radę. Kicz, ale zamierzony.

lech nienartowicz – wrażenia i mechanizmy & fischerle – α​-​ribbon [pawlacz perski; 2019]

19/09/2019 by

pawlaczperski.org

pawlacz perski bandcamp

pawlacz perski facebook

fischerle

Pawlacz Perski to kasetowy label, założony przez Lecha Nienartowicza i Mateusza Wysockiego. Label, któremu mocno kibicuję i który ma w swym katalogu tak ciekawych artystów, jak Wojtek Kurek, Hubert Zemler czy Bachorze.

Po dziewięciu latach działalności Pawlacz zaprezentował podwójne wydawnictwo, na które składają się kasety jego założycieli: „Wrażenia i mechanizmy” Lecha Nienartowicza oraz „α-ribbon” Mateusza Wysockiego, czyli Fischerle.

„α-ribbon” (od niego zacząłem słuchanie) to, w uproszczeniu, połamane dub techno, czasem żenione z hiphopowym beatem. Dzieje się tu tyle, że polecam założyć słuchawki i zagłębić się w ten materiał.

Tym, którzy widząc słowo „techno”, z miejsca uprzedzili się do Fischerle, napiszę, że niektóre utwory na tym materiale mają taką strukturę, że mogliby je wymyślić panowie z Tortoise – w czasie, gdy byli awangardzistami post-rocka, nie dziś, gdy są przynudzającymi klasykami. Przyszło mi to do głowy już podczas otwierającego płytę „Inflatone”.

„Wrażenia i mechanizmy” Lecha Nienartowicza są dla mnie zbyt abstrakcyjne i zbyt trudne w odbiorze. Nie jest to zarzut (chyba, że wobec mnie samego), lecz zwykłe stwierdzenie faktu. Jednak coś wyniosłem ze słuchania tego materiału: otwierające go „Mechanizmy” przypomniały mi, że miałem iść pograć w ping-ponga. ;)

Wesprę się press-kitem. „»Wrażenia i mechanizmy« to album będący kolejnym etapem poszukiwań Lecha, rzecz – z jednej strony – korzystająca z osiągnięć muzyki konkretnej i melancholijnego ambientu, z drugiej – poprzetykana szczątkami rytmu i mikrozdarzeń dźwiękowych. Całość brzmi jak Rousselowski mechanizm, odsłonięty spod mchu przez jakieś plemię, które zaczyna posługiwać się nim na swój własny, niekoniecznie zgodny z przeznaczeniem sposób”.

Tyle od mądrych ludzi. Zapraszam do słuchania.

parampampam trio – pppt ep#26 [2019]

12/09/2019 by

bandcamp

facebook

Ech, znajomi na fejsie wrzucają jakieś bzdety typu Tool, a nikt nie da Parampampam Trio. Znów po stronie mniejszości – proste.

Słucham kolejnej EP-ki jednego z najciekawszych polskich zespołów i po głowie chodzi mi idiotyczny tag „jarmusch rock” (przypomniało mi się, jak ktoś granie Sonic Youth na „NYC Ghosts & Flowers” określił jako „burroughs rock”, może nawet oficjalna strona SY).

Może dlatego chodzi, że „PPPT EP#26” jakoś mi soundtracki do niektórych filmów Jarmuscha przypomina, albo czuję, że by do nich pasowała. Może też dlatego, że chyba tego samego dnia, gdy zaczałęm swą przygodę z nowym materiałem olsztynian, słuchałem płyty kwartetu Jim Jarmusch, Lee Ranaldo, Marc Urselli, Balázs Pándi. Bardzo płynnie przechodzi jedno w drugie. Może Parampampam Trio powinno nagrać materiał z Krzysztofem Zanussim.

A może wzięło się to stąd, że przymierzam się do nowego filmu amerykańskiego reżysera. Wszyscy go gnoją, a mnie bardziej martwi obecność Iggy’ego Popa, za którym nie przepadam, niż zniżka formy Mistrza.

Fajnie, jakby Parampampam Trio zagrało tu, w Katowicach, bo niewiele się dzieje. Mamy na szczęście Ciśnienie – kapitalne, gdy wychodzi poza ramy „akademickiego” post-rocka. No i Lonker See, grający tak często, jakby mieszkali na Koszutce. Może kiedyś wpadnie PPPT.

A za rok OFF Festival. Już słyszę, jak Anna Gacek potwierdza ogłoszenie Artura Rojka, a ja – w piątek, po pracy – przyjeżdżam na ostatnie trzy minuty koncertu Parampampam.

Z EP-ek opisywanego tria, które słyszałem, „PPPT EP#26” wydaje mi się najbardziej przystępna. Jeśli ktoś nie zna zespołu, może zacząć od niej.


%d blogerów lubi to: