wieża ciśnień: v-oices [ckis konin; 2019]

ckis konin

Od Roberta Brzęckiego, Kuratora Galerii Centrum Kultury i Sztuki „Wieża Ciśnień” w Koninie, dostałem trzy cedeki (jeden podwójny) i pomyślałem, że warto coś napisać na ich temat. Nie chciałem jednak wrzucać jednego suchego, pobieżnego postu o wszystkich wydawnictwach, więc pomyślałem, że skupię się na jednym z nich.

Padło na materiał noszący tytuł „V-OICES” (pod tym linkiem można posłuchać całości). Pozostałe również mają całkiem intrygujące nazwy: „Strings – Theory + Tao” oraz „RST_”, i być może na nie też przyjdzie pora. No a gdybym zauważył, że na „RST_” jest Blimp, pewnie zacząłbym od niej.

Folklor, ambient, klasyka, jazz, drone’y… Czego tu nie ma? Imponuje – przy takiej rozpiętości stylistyk – fakt, że płyta jest spójna. Autorzy składanki (idea, koordynacja opracowanie płyty – Robert Szumigalski i Robert Brzęcki) musieli zapewne chwilkę posiedzieć nad doborem i układem utworów.

„V-OICES” to 14 utworów. Mamy tu kawałki zarówno niepublikowane wcześniej, jak i pochodzące z płyt Requiem Records, Gusstaff Records czy Hevhetii.

Nazwa wskazuje na to, że jest to – po pierwsze – piąta płyta w serii „Wieża Ciśnień”, ale mówi nam też przede wszystkim, iż bohaterem wydawnictwa jest głos. Jak pisze sam Brzęcki:

Artur Rimbaud, jak również Stanisław Ignacy Witkiewicz marzyli o znalezieniu jedności w wielości. Podobny wysiłek, ale w obszarze praktyk dźwiękowych przyświecał nam podczas układania tego albumu. Ten eklektyczny zestaw nagrań „zszyty” został dzięki oczywistym lub dyskretnym manifestacjom głosu, a różnicowany przez strategie, postawy, konwencje czy wreszcie różne estetyki w taki sposób, aby naszkicować obszar rozpięty pomiędzy kompozycją a improwizacją, zmysłową recepcją a aspektem ideowym w aurze nie/skrępowanej wolności. To, co łączy je ponadto, to próba wypracowania łagodnej równowagi między dystansem a bliskością, introwertycznym a ekstrawertycznym charakterem wszystkich nagrań.

„Dziewczyny kontra chłopcy / Nikt nigdy nie wygrywa” – śpiewał zespół Partia. No, tym razem wygrały dziewczyny. I to wyraźnie. Wokalna przewaga kobiet na „V-OICES” jest zdecydowana.

Po przesłuchaniu całej płyty, widzimy, że budowanie owej przewagi zaczęło się już od utworu pierwszego – „Veshamru”, autorstwa Vocal Varshe (z towarzyszeniem Jacaszka), w którym prym wiodą sopran Anny Woźnickiej oraz mezzosopran Olgi Wądołowskiej (tu jeszcze udanie, choć w tle, honoru panów broni tenor Jakuba J. Sitarskiego).

Trzeci kawałek „Знову” to wokalny popis Svitlany Nianio. Warto tu zwrócić uwagę na warstwę muzyczną, za którą odpowiada Vllkutan (Sergii Khotiachuk), bo to niezwykle intrygujące połączenie drone’ów z folkiem.

Kolejny, „Błogosławiony Człowiek” Anny Gadt, to mój ulubiony – obok „AbySsusa” Anny Marii Huszczy – utwór na płycie. Co ciekawe, zupełnie nie mogę się przekonać do wokalu Gadt słuchając jej płyt. Nie podeszła mi „Still I Rise”, na którym śpiewa do ułożonego jazzu, „Gombrowicz” nagrany z Marcinem Olakiem ani nawet „Renaissance”, z którego pochodzi wspomniany „Błogosławiony Człowiek”. Za jakiś czas trzeba będzie znów spróbować zapoznać się z twórczością wokalistki.

Jej utwór mógłby potrwać chwilę dłużej. Nie ma się jednak jak przyczepić do długości „AbySsusa” Anny Marii Huszczy (pojawia się tu również m.in. Adam Strug). Ta niemal 14-minutowa perła z „wydziwiAnki” Requiem Records to – jak wspomniałem – jeden z dwóch najmocniejszych momentów na płycie. „AbySsus”, dzięki bębnom, robi się kapitalnie intensywny w pewnym momencie.

***

Wracając do wspomnianego pojedynku wokalnego – zwycięstwo pań jest, jak pisałem, wyraźne. Jeszcze może Grabek nie oddaje pola bez walki, ale Michał Pepol, biorąc na warsztat Kate Bush, nie zachwyca, a Wojciech Brzoska z tria Brzoska/Marciniak/Markiewicz męczy swoją manierą zblazowanego poety. Muzycznie „Egzotarium” może się podobać, ale wokal to nieporozumienie.

Chwaląc „V-OICES”, muszę wspomnieć jeszcze o świetnym klarnecie Michała Górczyńskiego w „Cieple” Danki Milewskiej.

Mam też wrażenie, że pierwsza połowa płyty, kończąca się na „Oddala mene…” Maniuchy i Ksawerego, jest znacznie ciekawsza od drugiej. Druga zaczyna się od nieprzekonującej interpretacji „Among Angels” Kate Bush i choć ma dobre momenty, już nie zachwyca.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Wydawnictwo – jak dowiadujemy się ze strony CKiS – ma charakter promocyjny, nie zostało przeznaczona na sprzedaż. Dostać można je było na koncertach organizowanych w Galerii CKiS „Wieża Ciśnień”. Po więcej informacji na temat tego niezwykłego, jak sądzę, miejsca zapraszam do linku na początku tekstu. Trzeba je będzie w lepszych czasach odwiedzić.

„dziękujemy rodzicom za to, że nie ulegli pokusie aborcji” – podsumowanie 2020, cz. I

Powoli żegnamy ten pojebany rok. Oto jego szalenie potrzebne podsumowanie.

***

Zacznijmy od najlepszej okładki. W zeszłym roku była to „High Anxiety” Oozing Wound (to również moja ulubiona płyta 2019; szkoda, że Thrill Jockey tak kiepsko wydał winyl), w tym zdecydowanie wyróżnia się obrazek ze „Still Laughing” GAG (swoją drogą, bardzo dobra rzecz). OFF Festival 2018, „Tylko kiedy się śmieję”.

***

Zanim wymienię swoje ulubione (niekoniecznie najlepsze) płyty 2020, słówko o rozczarowaniach. Na pewno nie wrócę do dziwadła, które wydali wspomniani Oozing Wound. Daniel Blumberg po fantastycznej „Minus” przynudził na „On&On”. June of 44 wydali nowe wersje starych kawałków (w tym dwa potrzebne jak relaxy na Wyspach Kanaryjskich remixy) – jakieś to mięciutkie, zwłaszcza wokal; przykra niespodzianka. Wacław Zimpel oczywiście super, ale wciąż czekam na coś, co podejdzie mi tak bardzo, jak „Lines” czy LAM. Coriky mnie nie rozczarowało, bo nie licząc Ataxii, nie podchodzą mi rzeczy, które nagrywają byli członkowie Fugazi. À propos Ataxii, John Frusciante znów nagrał średnio fascynującą, elektroniczną płytę. Nie dał też wiele radości Thurston Moore, ocierający się o autoplagiat na „By the Fire” – gdy leci „Hashish”, czekam, aż dryblas z Florydy zacznie śpiewać „Sunday comes alone again…”. OK, koniec.

Pewnym – bo niewiele się spodziewam – rozczarowaniem jest postępujący upadek dziennikarstwa muzycznego. Do jego głównego atrybutu, nudy, doszedł kolejny: polityczna poprawność. Oto dziennikarz „Polityki” kończy recenzję płyty Siksy puentą: „Jeśli wam się podoba, to właśnie o to chodziło. Jeśli wam się nie podoba – tym bardziej”. Tak więc, czytelniku miły, jeśli nie cieszy cię wyżej wzmiankowana pozycja fonograficzna, to nie dlatego, że jest pretensjonalnym, asłuchalnym gniotem – po prostu masz, chłopie (damy, jakżeby inaczej, a priori lubią Siksę), problem ze sobą, z kobietami, może chciałbyś wstąpić do Straży Narodowej. Wspaniała dialektyka. Niech już ten dziennikarz zostanie lepiej przy wygłaszaniu laudacji dla Dawida Podsiadły.

Nie ma już – poza wyjątkami – gdzie poczytać o muzyce. Tak jak nie ma gdzie poczytać o piłce nożnej.

À propos czytania, oto trzy najlepsze książki o muzyce, jakie zmęczyłem w tym roku:

Pisałem o drugiej i trzeciej.

Aha, była jeszcze „Please Kill Me”, ale ona wyszła u nas wcześniej, w 2018.

***

OK, oto ulubione płyty:

(o)

lottohours after [endless happiness; 2020]

Najlepsza płyta najlepszego obecnie zespołu.

recenzja

(o)(o)

titanic sea moonexit no. 2020 [fonoradar records; 2020]

Bałem się rozczarowania, jednak okazało się, że panowie nagrali fantastyczny materiał. Koncert TSM we Wrocławiu był ostatnim, jaki zobaczyłem w 2020, i jednocześnie najlepszym. Gdyby nie było kowidu i zaliczyłbym więcej występów artystycznych, pewnie i tak sztuki tria Dudziński – Sulik – Szymański nikt by nie przebił.

Tu miał się pojawić wtręt na temat niedoszłego wydawcy TSM, ale nie lubię kopać, więc omijam temat.

(o)(o)(o)

próchnoniż [gusstaff records; don’t sit on my vinyl; 2020]

Zespół, mam wrażenie, niedoceniany. Wierzę, że kiedyś to się zmieni.

recenzja

(o)(o)(o)(o)

świetliki – wake me up before you fuck me [karrot komando; 2020]

Pod tym niespodziewanym tytułem kryje się kontynuacja ponuractwa „Sromoty”, w tym trzy mocne, depresyjne szlagiery („Monochron”, „Welocyped”, „Śmiertelne piosenki”). Gdyby jeszcze ta płyta została lepiej nagrana… Wydanie z pretensjonalną pocztówką zamiast tekstów.

Ale za to piosenka roku:

I fragment wywiadu roku:

(o)(o)(o)(o)(o)

brainbombscold case [skrammel records; 2020]

Seryjny morderca jest zmęczony, wręcz cierpiący („In sunshine or rain / I don’t go out / I’m in pain”), ale wciąż wwierca się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

geldbeyond the floor [iron lung records, static shock records; 2020]

Choć zdarzają się wyjątki (pierwszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to Torpur), polski punk muzycznie wciąż stanowi pojarocińską, dezerterową traumę, tekstowo zaś uskutecznia moralizatorstwo, które za serce może chwycić co najwyżej albo jednostkę co prawda dorosłą, lecz niezbyt żwawą intelektualnie, albo małego Jasia odmrażającego uszy na złość mamie.

Czy punk musi być drętwy? Czy Szymek musi się zgadzać z Krzychem, sprawdzając po drodze, co myśli Darek i inne GWpunki? Niekoniecznie, o czym świadczy pierwsza z brzegu płyta Iron Lung Records. Chociażby tegoroczny materiał australijskiego GELD. Wpierdol. Aha, to nie jest „album pierwszy z brzegu”, to doskonała płyta.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

moron’s moronslooking for danger [slovenly records; 2020]

Gdy pierwszy raz włączyłem mp3 z tym materiałem, pomyślałem, że tylko omyłkowo zapisałem go w folderze do ewentualnych recenzji z polską muzyką. Moron’s Morons są zupełnie pozbawieni tutejszych smętnych przyległości, ale nie są podróbą: są autentyczni i pojebani. Garażowy punk najwyższej próby.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

sprainas lost through collision [flenser records; 2020]

Wehikuł czasu z LA. Trudno uwierzyć, że ten materiał nie jest znaleziskiem z lat 90. Jeden z nielicznych zespołów czerpiących garściami z tamtej dekady, który nie odstaje od najwybitniejszych przedstawicieli amerykańskiego, alternatywnego grania tamtych czasów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

the microphonesmicrophones in 2020 [p.w. elverum & sun, ltd., 7 e.p.; 2020]

Po kilkunastu latach Phil Elvrum nagrał znów coś pod szyldem The Microphones. Słyszałem, że nudzi i zamienił się w Kozelka. Po pierwsze – nie nudzi, po drugie – daleko mu do pretensjonalności byłego lidera Red House Painters.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dynasonic#2 [instant classic; 2020] / bootleg [czarny kot rec., dym recordings; 2020]

Ci to co chwilę goszczą u mnie na blogu albo na fejsie, więc wrzucę tylko linki do recenzji obu tegorocznych wydawnictw „klasyków dubwave’u”: „#2” i „Bootleg”.

***

2020 to również czas wielu wznowień. Mnie bardzo ucieszył winyl mojego ulubionego francuskiego zespołu Doppler, „Si nihil aliud”, wydany przez Bigoût Records. Trzeba było czekać na to 16 lat.

cdn.

pullman – viewfinder [2001] / pierre bonnard

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

thrill jockey

Myślę, że to zespół, który mógł niejednego rozczarować. W składzie panowie z Tortoise, Codeine czy Slint, a bliżej mu do folku niż do postrockowych eksperymentów, choć i te słychać. Ja początkowo też byłem rozczarowany, ale… mi przeszło.

Ostatnio, żeby odpocząć od rzężących gitar i drących japę wokalistów, włączam solowe płyty Chrisa Brokawa (Codeine, Come). W związku z tym, że ma on dyskografię długości przemówienia Chomejniego, nie wiedziałem, którą płytę wybrać (mniej więcej z tego samego powodu na blogu nie pojawił się do tej pory Oren Ambarchi). Pomyślałem więc, że wrzucę Pullman, w którym Brokaw maczał palce.

Dałem materiał z 2001 roku, wcześniejszy – „Turnstyles and Junkpiles” – został wydany w 1998. Biorąc pod uwagę tę częstotliwość, można mieć nadzieję, że Pullman coś jeszcze nagra.

Ciekawostka: wersja winylowa ma więcej utworów niż wersja CD. Zajebista płyta. Takie utwory jak „Isla mujeres” czy „Brewster Road” sprawiają, że człowiek ma ochotę wypierdolić jeszcze dziś.

***

Pierre Bonnard – francuski malarz postimpresjonistyczny. Cykał fotkę, a potem na jej podstawie malował kapitalne obrazy. Nie stronił od aktów, więc nic tylko pozazdrościć pomysłu i pracy, jaką wykonywał.

hiob dylan – muzyka krajowa [2019]

bandcamp

facebook

instagram

Jak słuchałem (i oglądałem, bo ma zajebistą maskę) Hioba Dylana na koncercie w krakowskiej Alchemii, pomyślałem, że jest trochę skrzyżowaniem Patyczaka z… No właśnie, z kim. Zapomniałem, o kim wtedy myślałem, a wydało mi się fajne to zestawienie.

Pijąc kiepskie piwo, myślałem też o tym, że ciekawe, co dalej z nim, Hiobem, będzie: duet z Grabażem (jak u Patyczaka)? oswojenie dziwaka przez występ na Off Festivalu?

(o)(o)

Country, gdy byłem dzieckiem, nie kojarzyło mi się dobrze, bo z Korneliuszem Pacudą i z Mrągowem, które pokazywano w tv. Podobnie było z bluesem: Sławomir Wierzcholski w Trójce, Dżem… No, raczej trudno było polubić te gatunki muzyczne. Później okazało się, że jest mnóstwo kapitalnych wykonawców grających country czy bluesa.

Teraz należy do nich m.in. Hiob Dylan. Gra na bandżo i kojarzy mi się z folkowcami sprzed 100 lat, których można posłuchać chociażby na składankach polecanych przez Jasona Pierce’a ze Spiritualized – „Life Is a Problem” (to też tytuł jednej z piosenek Spiritualized) czy „I Don’t Feel at Home in This World Anymore”. Warto zapoznać się z tym starym folkiem, choćby po to, żeby zobaczyć, ile znaczy chociażby dla takiego Nicka Cave’a.

Oczywiście, życzę Hiobowi, żeby wystąpił kiedyś z Cave’em, nie z Grabażem.

No dobra, mamy chłopa z bandżo i fajną maską – coś jeszcze by się przydało, bo tylko na tych dwóch atrybutach daleko nie zajedziesz. To coś – to teksty. Hiob pisze kawałki ocierające się chwilami o lujstwo (zamierzone, wiadomo), a chwilami będące boleśnie kumatą diagnozą polskiej rzeczywistości. O „prekariuszach wyklętych” nie może śpiewać byle cymbał.

Na dodatek te teksty są często zajebiście śmieszne. Takie wersy jak:

Rafi i Adi te ćpuny, te zjeby
Już nawet aspiryny nie biorą bez potrzeby

albo:

Nie mogę w nocy dziś spać
Myślę o tym, że sprułaś się na psach

poprawiłyby mi humor nawet wtedy, gdyby moja drużyna wjebała z Legią.

I tylko dwa ostatnie numery – „Robert Makłowicz” oraz „Pamiętam” – mniej mi podeszły. I muzycznie, i tekstowo – bo są nieco suche i studenckie, że tak to ujmę. Ale w tym przypadku za liryki nie odpowiada Hiob Dylan.

(o)(o)

Aha, wspomniany koncert był bardzo udany, choć sam artysta nie był z niego zbytnio zadowolony. Jak gdzieś będzie okazja, koniecznie się wybierzcie.

(o)(o)

(…) Są miasta w których nie ma nic lepszego
Niż założyć kapelę i grać panka z kolegą
Miasta, w których marazm zżera ciało do kości
Szyld monopolu wyróżnia się z szarości

Grają tam kapele, które są najlepsze
Grają złe piosenki, które są najlepsze
Grają dla nikogo, bo nikt słuchać ich nie chce
Ale grają dalej, aż zejdzie z nich powietrze

rex – c [1996] / helen levitt

southern records

discogs

W Rex udzielał się m.in. Doug Scharin z Codeine czy June of 44, więc nie ma mowy o szalonych solówkach rockmana czy o skaczącym małpoludzie w bandanie. Slowcore, post-rock, folk – pięknie się wlecze ta płyta. Najbardziej podoba mi się chyba trzeci numer, 10-minutowy „New Son”. Albo „New Dirge”. Zresztą po co wybierać, skoro całość rozpierdala.

Rok po roku Rex wydał trzy płyty. Dyskografię kończy split z Songs: Ohia.

***

Helen Levitt. Chwilowo znudziłem się współczesną, wykoncypowaną fotografią. Pora na klasykę.

 

ex-chittle – moving solves everything [1997] / scarlett johansson

linki w komentarzach / links in comments

Efemeryczna formacja, mająca na koncie jedną siódemkę i jeden LP. Grali w niej Rob Sieracki z -dis (bas), Mike Greenlees z Tar (bębny) i Greg Betzweiser (wokal, gitara), który – oprócz tego, że zagrał w innej efemerydzie, Travis – to nie wiem, co robił.

„undervalued and overlooked genius neo-folk masterpiece, featuring Tar’s mighty drummer…poignant and oftentimes profound poetry delivered with an adroit and understated voice — intricate, punctuated guitar that transports one to a wide variety of emotional states in rapid succession…..” – entuzjazmuje się solarbloom na Discogsie. Faktycznie, płyta fajna (w jej powstaniu maczał palce m.in. Jim O’Rourke). Choć gdyby ją obciąć o 2-3 numery, raczej by jej to nie zaszkodziło.

Dużo tu gadania. Betzweiser to chwilami trochę taki Kozelek, który nie sra marmurem.

Nie znalazłem zdjęcia zespołu, nie wiem, czy koncertował.

A to numer chyba z 1998 roku. Wychodzi więc na to, że Ex-Chittle – poza siódemką i LP – coś jeszcze nagrał.

***

Jeśli Scarlett Johansson osiągnęła wiek chrystusowy, to pora chyba sobie zbijać trumnę.

ascending order – flower [2017]

bandcamp

To jest zmowa wszystkich polskich artystów, których zna od trzech do 10 osób, bo albo nie dostaję żadnych płyt do recenzji przez dłuższy czas, albo nagle e-maile przychodzą jak (tu wymyśl sobie efektowne porównanie).

Ascending Order przykuło z miejsca mą uwagę bardzo ładną okładką – trochę jakby Mark Rothko namalował coś pod wpływem „Twin Peaks” (ale tylko tych rozśmieszających fragmentów).

Wcześniej nie słyszałem o tej grupie, a jeżeli chodzi o „Flower”, to zupełnie nie pamiętałem, skąd wziął się na moim dysku. Sprawdziłem gmaila, a tam:

„Witaj,
Chcemy przedstawić pierwszy przekaz od Ascending Order. Jest to grupa, która od jakiegoś czasu zaczęła się komunikować z planetą, nazywaną przez nas „Ziemią”. Nasi odbiorcy nawiązali z nimi połączenie i w sierpniu 2017 roku dostaliśmy konkretny przekaz, który zatytułowaliśmy „Flower”. Jest to pierwszy kontakt z Ascending Order, ale zostaliśmy poinformowani o kontynuacji sygnałów. Całość znajduję się w linku poniżej, zapraszamy do słuchania.

https://ascendingorder.bandcamp.com/releases”.

„Flower” to idealny pod zadumę i relaks lub wypalenie delikatnego reefera gitarowy ambient (w „Midi Village” słychać również folkowe granie).

Dobra płyta, miła niespodzianka. Zwłaszcza zamykający całość numer tytułowy może utkwić w pamięci.

batu kán pesti rokona – dunántúli etűdök [hudini records; 2015]

10fuckingsstars.wordpress.com

bandcamp

hudini records

facebook

Węgry chyba po raz pierwszy. Jest w tym trochę Johna Faheya. Fajne.