Archive for the ‘dl’ Category

fury – resurrection [1989] / sarah lawrie

09/02/2019

linki w komentarzach / links in comments

jade tree

discogs

Krótko istniejący zespół, z panami z m.in. Circus Lupus i Dag Nasty w składzie.

O taki hardcore nudzę się na hardcore’owych koncertach. Chris Thomson to chyba mój ulubiony, punkowy wokal. Chłop mógłby uratować być może nawet ostatnią płytę 19 Wiosen.

Fury wydało jedynie „Resurrection”. W 1989 materiał ukazał się nakładem THD, w 2002 r. wznowiło go – z brzydszą okładką – Jade Tree.

***

Sarah Lawrie

wracam do domu i włanczam muzykę [1/2019] (ni., swervedriver, mono, leśniewski / nowacki, hank wood and the hammerheads, marriage + cancer, próchno, sun ra)

29/01/2019


Charlie słucha Mono

Postanowiłem pisać co miesiąc po parę słów na temat płyt, których udało mi się uważnie wysłuchać. Pewnie chęci nie starczy mi już na luty, ale zobaczymy. Może to mi pomoże lepiej się odnaleźć w bajzlu, jaki powoduje milion wydawanych albumów miesięcznie.

Oczywiście wciąż zapraszam do podsyłania swoich wydawnictw – wtedy jest szansa na zrobienie o nich osobnego postu. Warunek: nośnik (może być nawet kaseta) i/lub pliki, które można pobrać na dysk.

Pozdrowienia dla tych, którzy wiedzą, skąd wzięła się nazwa cyklu.

ni. – noble impulse. + normal insanity. [tenzenmen; 2019]

Materiał wyszedł gdzie indziej w ubiegłym roku, ale jeden z moich ulubionych labeli – Tenzenmen – wydał go również teraz, więc czemu by o nim nie napisać.

Dziwaczna nazwa zespołu, pojebany tytuł płyty – to musi być Japonia. Na „nOBLE iMPULSE. + nORMAL iNSANITY.” ni. najdłuższy numer trwa 35 sekund. To hardcore, ale bez Simple Jacków z bandanami i groźnymi minami.

Leci konkret wpierdol ze szczekającymi wokalami i nagle mamy niemal funkowy fragment, że aż ma się ochotę włączyć Big Boys.

Garstka Polaków.

Czule pomyślę o .ni podczas kolejnego nudnego koncertu HC/punk.

(o)(o)(o)

swervedriverfuture ruins [dangerbird records; 2019]

Klasycy shoegaze’u – chociażby Ride – czasem udowadniają, że swoje kariery powinni zakończyć w latach 90., czasem – jak Slowdive – że nie muszą być przykrym archaizmem.

Jeżeli chodzi o najnowsze wydawnictwo Swervedriver (na pitchforkowej liście 50 najlepszych shoegaze’owych płyt znalazły się dwa dzieła kapeli z Oksfordu: „Raise” na 15. miejscu, „Mezcal Head” na 10.), słuchałem go bez bólu, chwilami z przyjemnością, ale nie sądzę, bym do niego wracał.

Z drugiej strony, gdy słyszę chociażby „Everybody’s Going Somewhere & No-One’s Going Anywhere” (bardziej w klimacie Morphine niż shoegaze’u) albo brzdąkanie przesterowanej gitary w tytułowym kawałku, nie żałuję tych kilku odsłuchów.

Pewnie na żadnej liście „Future Ruins” się nie znajdzie, ale jest to niezła płyta. I może dzięki niej w dwójnasób słychać świeżość debiutu, „Raise”.

(o)(o)(o)

mononowhere now here [temporary residence limited; 2019]

„God Bless”, „Nowhere, Now Here”, „Meet Us Where the Night Ends” … Jak widać po tytułach, Mono nie zmieniło poetyki. Wciąż raczej nie jest to zespół, który można by postawić obok Cosmic Psychos albo Starych Singers.

Nowa płyta Japończyków przynosi patetyczny post-rock, od którego – gdy go odpowiednio podkręcić – mogą popękać ściany. Nie brakuje na „Nowhere Now Here” również spokojniejszych, chwilami niemal ambientowych fragmentów. Wygląda na to, że autorzy „One Step More and You Die” wykonali swoje zadanie w 120 procentach. Mnie najbardziej podszedł chyba wspomniany „Meet Us…” z tym fajnym „gruchaniem”, dzięki czemu ten kawałek się wyróżnia. No i jest noise w finale.

Złośliwy powie, że „Nowhere Now Here” to imponująca ścieżka dźwiękowa pod spienione fale, zachmurzone niebo i burzę oraz kapiący deszczyk, gdy wchodzi pianinko. Ale ma to swój klimat. Chętnie poszedłbym na dobrze nagłośniony, siedzący koncert.

A to, że słuchając tego trwającego około dwóch tygodni materiału, mam wrażenie, że obcuję z czymś anachronicznym (podobny casus to Mogwai, choć Szkoci – z lepszym lub gorszym skutkiem – kombinują) oraz fragmentami nudnym niczym rock progresywny (zresztą Mono czasem jest tagowane jako progressive rock) – to już materiał na zupełnie inną historię.

Możesz włączyć tę płytę Mono, ale równie dobrze jakąś inną. W ogóle to mam wrażenie, że Mono ratuje to, że nagrywają się u Albiniego. „Lepszy” producent mógłby z ich materiału zrobić coś, co mogłoby zabrzmieć potężniej, ale jednocześnie ma się wrażenie, że rozwaliłoby to jedynie ściany z kartongipsu.

(Tak, wiem, że rock progresywny nie zawsze jest nudny).

(o)(o)(o)

leśniewski / nowacki – ślęża [2019]

Prawie jak Morawski / Waglewski / Nowicki / Hołdys he, he.

link

(o)(o)(o)

hank wood and the hammerheadsheads [2019]

Singiel nieocenionego Hanka Wooda i jego The Hammerheads. Po więcej niż udanej zeszłorocznej płycie panowie nie zwalniają tempa. Dwa szlagi w pysk jak się patrzy. Punk nie umarł, przynajmniej w Nowym Jorku. Zapętliłem jak zły.

(o)(o)(o)

marriage + cancerbro [self sabotage records; 2019]

Zupełnie nie ruszyła mnie zeszłoroczna płyta tych noiserockowców. Na dodatek najpierw ucieszyłem się, że to split zespołu Marriage z zespołem Cancer, a potem dowiedziałem się, że Marriage zakończył działalność.

Tegoroczny singiel to miła niespodzianka. Dwa bardzo dobre numery, którymi portlandczycy nie odkrywają Ameryki, ale daleko im też do epigoństwa. Nie jest to kolejny zespół, który nieudolnie próbuje grać jak Shellac, The Jesus Lizard czy nie daj Boże Unsane. Czekam na LP.

(o)(o)(o)

próchno – z kosą przez las [2019]

„Singiel zapowiada płytę długogrającą «Próchno», która ukaże się 22 marca 2019 roku. Płytę CD wydaje Gusstaff Records, a winyl Don’t Sit On My Vinyl”.

Pierwszy numer to lo-fi kraut (kurde, myślałem, że wymyśliłem coś oryginalnego, ale widzę, że sami się tak otagowali) z szatańskim wokalem, drugi to „brudny” ambient, który pewnie mógłby służyć jako otwieracz albo zamykacz albumu.

Przed państwem supergrupa (ktoś chyba na poważnie użył tego określenia, jakby to był Velvet Revolver) Próchno. Czekamy na więcej.

(o)(o)(o)

sun racrystal spears [modern harmonic; 2018]

Materiał nagrany w 1973 r. i ponoć zbyt kakofoniczny, żeby chciała go wypuścić Impulse!, która wydawała już Sun Ra. Coś tam się zmieniło w labelu należącym do ABC i płyta, która miała gotowy numer katalogowy, nie ukazała się na rynku. Trzeba było czekać na to oficjalne wydanie ponad 40 lat.

Szczerze mówiąc, nie widzę na tej płycie niczego – jak na tę chyba najbardziej kolorową postać w historii jazzu – wielce nieprzystępnego.

Free jazz w granicach rozsądku, z bardzo ciekawym wykorzystaniem minimooga. Jedyne, czego bym nie zalecał, to słuchanie „Crystal Spears” na słuchawkach. Minimoog leci jedynie w prawym kanale i troszkę to może męczyć.

Kolejne ze wznowień arcybogatego dorobku Hermana Poole’a Blounta. W ubiegłym roku Modern Harmonic wydało to na CD i LP, w styczniu „Crystal Spears” pojawił się na Bandcampie. Wcześniej był chyba tylko bootleg włoskiego Sinner Lady Gloria (2014 r.).

plows – those people [2007] / johan nieweunburg

18/01/2019

linki w komentarzach / links in comments

Duet z Louisville, którym ma na koncie: tę płytę (chyba nie da się jej kupić), drugi materiał „I Hate My Car and I Want to Drive” (2010 r., pojawił się tylko w necie), ponoć split z Prideswallower, no i ten z Young Widows.

David Brooks z Plows gra obecnie w Same/Same.

Dawały radę chłopaki, i to jak. Niewątpliwie jest to dużo lepsze niż to, co dziś grają Young Widows.

***

Johan Nieweunburg

Trochę mu brakuje do naszego Hajmana, ale fotki całkiem fajne.

leśniewski / nowacki – ślęża [2019]

12/01/2019

bandcamp

facebook

Duet Leśniewski/Nowacki miałem przyjemność zobaczyć w ubiegłym roku we Wrocławiu. Poruszająca recenzja występu, zamieszczona przeze mnie na Facebooku, miała ogromny wpływ na karierę duetu. Pisałem w niej, że panowie dokonali trudnej sztuki: utrzymali uwagę słuchacza, taplając się w estetyce gitarowego noise’u.

Na „Ślęży” mamy patent, który stosuje chociażby noiserockowo-protopunkowy (wiem, że w 2019 r. to „protopunkowy” może brzmieć bezsensownie) zespół No Balls: jedna z gitar gra „normalnie”, druga generuje rzężenie, za które równie dobrze mogłaby odpowiadać jakaś elektroniczna aparatura.

Jeśli miałbym szukać porównania, które ma ukazać nie tylko zastosowane środki, ale też muzyczny klimat, to chwilami ten 13-minutowy kawałek przypomina Sutcliffe Jügend z płyty „Shame”.

Uwaga słuchacza, który czeka na więcej, utrzymana.

Obaj panowie grają także w zespole Obiekty, który również miałem okazję zobaczyć na żywo. Rewelacyjnie wypadli przez Alamedą 4 w krakowskim Warsztacie.

hot snakes – suicide invoice [2002] / ryan mcginley

05/01/2019

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

swami records

sub pop

Spośród płyt wydanych w 2018 r. najwięcej radości przyniosła mi „Jericho Sirens” Hot Snakes (poprzedni materiał tego zespołu wyszedł kilkanaście lat wcześniej). Słuchałem jej ze sto razy – z płyty, z mp3, w domu, w drodze do pracy, na spacerze z psem…

A że zespołu z San Diego nie było jeszcze na 10fs, wrzucam starą płytę obecnych 50-latków, którym młodzież może sprzęt nosić co najwyżej.

***

Ryan McGinley

będzie kontratak, wjebiemy im gole [lista 100 najlepszych płyt, 50 filmów i 30 książek 2018]

24/12/2018

W 2018 r. widziałem dość dużo koncertów. Najlepiej zapamiętam chyba Distorted Pony w Poznaniu – nie dość, że genialny gig, to na dodatek w moje urodziny. Pięknie było też zobaczyć The Breeders, ale również koncerty dla pięciu osób na krzyż: THCulture w Nowym Sączu albo drugi dzień festiwalu Music is the Weapon we Wrocławiu. No i też Kena Vandermarka w Łodzi w dość specyficznym otoczeniu – krawaciarzy i pań, które wolałyby pewnie Perfect albo Budkę Suflera. Ściągnąć parę buchów przy minus 10 z kolegą przed koncertem, a potem zobaczyć Vandermarka i najebaną panią Irenę – mój żez. xD

Widziałem też mnóstwo złych rzeczy, ale je pominę. Choć mnie korci. Niezmiennym hitem są dla mnie goście grający w jeszcze gorszych zespołach niż te, z których się śmieją.

W Katowicach, gdzie mieszkam, dobre imprezy, jeśli się odbywają, to raczej w ramach jakiegoś festiwalu. BNNT z Matsem Gustafssonem uratowało przeciętny JazzArt Festival, Marc Ribot’s Ceramic Dog zagrał w ramach „JaZZu i okolic”. Swoją drogą, genialny koncert. Zabawnie też wypadł, biorąc pod uwagę zaangażowanie polityczne Ribota, gościnny występ Marcina Świetlickiego i jego nawijka: „Nie chodzę na wasze manifestacje antyrządowe / nie chodzę na wasze manifestacje prorządowe / / (…) łatwo mnie policzyć / jestem jeden)”. To „łatwo mnie policzyć” – to jest piękny pojazd. No i zobaczyć na żywo, jak gra Ches Smith – genialny chłop.

Specyfika katowickich, festiwalowych koncertów polega na tym, że często przychodzą na nie ludzie, którzy nie wiedzą, na co idą. Świetnie było to widać na Danielu Blumbergu w ramach też czegoś tam. Gość swoim miodowym głosem śpiewał smutne teksty do programowo rzężącego folku, wywołując konsternację u starych dziadów i młodzieńców w wyfiokowanych brodach.

Czyli, upraszczając, jest u mnie na co pójść, jeśli to coś odbywa się w ramach jakiegoś festiwalu. Jeśli chodzi o gitarowe koncerty klubowe – dramat. Trzecioligowy punk i HC dla emerytów (tylko czasem zdarzy się coś dobrego). Plus świetny koncert Katie Caulfield – dla pięciu osób na krzyż – w sraczu pod nazwą „Faust”, na wyrost zwanym „klubem muzycznym”.

Gdybym miał wybrać najlepszy koncert polskiego zespołu, byłaby to chyba Alameda 4 w krakowskim Warsztacie.

Rozczarował też zeszłoroczny Off Festival. Miał chyba najgorszy line-up w historii.

Świetnych płyt wyszło od groma i nie rozumiem tych, którzy narzekają na to, że nie ma czego słuchać. Sam wyselekcjonowałem 20 ulubionych, z bólem serca odrzucając parę innych. Od francuskiego Krautrocka po polski black metal (w końcu mi się nie zmieściły tu) – mnóstwo kapitalnych albumów. A nie słuchałem jeszcze nowych materiałów Big’n i Burmese, z trzech płyt, w których maczał palce Oren Ambarchi, zdążyłem raz przesłuchać jednej.

Zrobiłem też składankę, wybierając po jednym kawałku z 15 płyt, bo tak robię co roku, żeby mieć potem wgląd w to, czego słuchałem. Potem tylko jestem przerażony, że ta niby nowa płyta ma już np. sześć lat.

(o)(o)

Jestem z niej dumny. Tak jak kiedyś na innej indie pop Fear of Men pięknie współgrał z retard rockiem Przyzwoitości, tak tu post-rap (?) Synów płynnie przechodzi w akustyczne granie Mount Eerie.

Zmiana tematu na chwilę. Jeżeli chodzi o seriale, o których bardzo ładnie pisze ten oto Sympatyczny Redaktor, to mnie się zdecydowanie najbardziej podobały „Mindhunter” i „Sześć stóp pod ziemią”, który obejrzałem nie wiadomo czemu dopiero w tym roku.

Najlepsza postać to oczywiście Emilian z „Umbre” grany przez najlepszego aktora, Laurentiu Bãnescu.

OK, już mi się nie chce pisać.

Życząc spełnienia marzeń w 2019, zapraszam do śledzenia blogu, konta na Facebooku, komentowania postów, przesyłania materiałów do recenzji. Jeśli ktoś ma ochotę napić się ze mną piwa na jakimś koncercie, informuję, że tego akurat nigdy nie odmawiam.

A to lista (podwójne standardy – do zagranicznych płyt podlinkowałem mp3, do polskich nie):

Hot Snakes, Jericho Sirens
Spiritualized, And Nothing Hurts
Fire!, The Hands
Sleep, The Sciences
A Place to Bury Strangers, Pinned
Alameda 4, Czarna woda
THCulture, Individual
Thou, Magus
Mount Eerie, (after)
Syny, Sen
Kikagaku Moyo, Masana Temples
Shopping, The Official Body
Daniel Blumberg, Minus
The Hand, Vol. 4
Structure, Structure
Rashōmon, Pathogen X
The Necks, Body
Trys Saulės, ***
Mika Vainio & Franck Vigroux, Ignis
The Breeders, All Nerve

fertile hump – kiss kiss or bang bang / guiding lights – not much war / zwidy – szum

16/12/2018

Krzysiek Kwiatkowski wrzucił niedawno na swoje Trzy Szóstki tekst o pisaniu – uproszczę – recenzji. Ze swojej strony dodam, że chętnie marudziłbym o każdej płycie – od najlepszej do najgorszej – i to dużo, i może nawet z sensem, ale po pierwsze – czasem po pracy nie chce mi się nawet piwa odkapslować, po drugie – robienie czegoś regularnie i profesjonalnie za darmo, to raczej średnia atrakcja.

Zwłaszcza że artyści wrażliwi. Raz napisałem coś w sumie miłego o jakiejś posthardcore’owej średniawce i członek zespołu się nafuczył, bo chyba mu się wydawało, że spłodził nową „In on the Killtaker” albo „Lurid Traversal of Route 7”, a ja nie byłem wystarczająco entuzjastyczny.

Napisałem dziś na fejsie, że wrzucę na blog tekst analizujący kondycję polskiego rocka. W związku z tym, że okrasiłem to żenującym memem z Lady Pank, wydawało mi się, że widać, że to żart.

Tak czy siak, nie martwi mnie kondycja polskiego rocka (czy po prostu muzyki, której słucham), gdyż nasza alternatywa nie jest w niczym gorsza od zagranicznej. W miarę możliwości staram się wspierać na swym biedablogu ludzi z szeroko rozumianego undergroundu – czasem z własnej inicjatywy, czasem na czyjąś prośbę. Jeśli mam czas, chęć i nie uważam, że jakieś wydawnictwo promuje rzeczy autentycznie szkodliwe i gwałcące gusta, a przyklepywane przez znajomych na zasadzie wyśpiewanej przez Lecha Janerkę: „Lubią nas a my lubimy znowu innych / Lubią nas drabina głupich sięga nieba / Lubią nas i więcej nic już nie potrzeba nam / Bo lubią nas”.

***

Poniżej krótko o trzech świetnych polskich płytach. Ideałem krótkiego pisania był Tomek Ryłko. Raz napisał w paru pierwszych zdaniach, że jakieś meble przywieźli do sklepu, a w ostatnim, że słuchał też nowego Wire, ale płyta rozczarowuje.

***

Fertile Hump, „Kiss Kiss or Bang Bang” (wyd. własne; 2018]

bandcamp

8merch

facebook

Dawno, dawno temu, gdy zaczynałem swą przygodę czytelnika pism muzycznych, mokrym snem niektórych dziennikarzy był polski zespół grający jak amerykański i przy okazji równie dobry jak amerykański. Próbowano uskuteczniać te próby. Najpierw powstał Lessdress, potem Incrowd. Obie grupy muzyczne pomińmy milczeniem. Był jeszcze Houk, ale mnie on – może przez Darka Malejonka, który zawsze wyglądał trochę jak zjarany przypałowiec, który dosiada się w knajpie i męczy bułę – chyba zawsze wydawał się bardziej słowiański niż amerykański. Gdyby Fertile Hump przenieśli się w czasie do przełomu lat 80. i 90., wspomnieni dziennikarze oszaleliby z radości.

„Polski rock” nie kojarzy mi się najlepiej: z – jak śpiewali Starzy Singers – Dżejmsem Bo albo tym błaznem niepokonanym, który krytykował Neila Younga, bo ten się niby trzęsie. Trzeba więcej takich zespołów, jak Fertile Hump, grających rocka, który nie kojarzy się z wąsami (chyba że Zappy).

Wolę tę kapelę Tomka Szkieli nawet od wcześniejszej – The Stubs, a Magda Kramer awansowała na szczyt moich ulubionych wokalistek z naszego pięknego kraju.

Na Śląsku, gdzie mieszkam, zrobiono wiele (a nawet więcej), by zohydzić bluesa, którego pełno na „Kiss Kiss or Bang Bang”. Jednak Fertile Hump stoi na antypodach gustów tutejszych Heńków, którzy rozbiją ci o głowę kufel z Tyskim za brak szacunku do „Ryśka”.

Jak się komuś nie spodoba chociażby taki „Wise Man”, to niech sobie włączy Radio Złote Przeboje.

***

Guiding Lights, „Not Much War” (Instant Classic; 2018)

bandcamp

facebook

Gdybym umiał grać, chyba chciałbym to robić jak Guiding Lights (mieszkam na Śląsku, więc i tak nie miałbym z kim). Nie licząc sonicznych otwieracza i zamykacza, zespół dokonuje wielkiej sztuki: gra jakby jeden numer (nie licząc fragmentu, gdy się chyba zapomniał i zaczął mieszać jakimś cięższym motywem), ale nie nudzi. Jest coś fascynująco namolnego w tym 30-minutowym materiale, w którym – upraszczając – punk został ożeniony z indie rockiem (słyszę chwilami swych ukochanych The Feelies).

To, co się rzuca w uszy, to jak „Not Much War” brzmi – zajebiście. Ale to akurat nie dziwi, bo odpowiada za ten fakt gitarzysto-wokalisto-keybordzista Guiding Lights Łukasz Ciszak. Nawet wokale – wciąż rzadkość na polskich płytach – słychać jak trzeba, czyli nie 50 razy głośniej niż instrumenty.

Przebojowa płyta bez przebojów. Tak to widzę.

***

Zwidy, „Szum” (Trzy Szóstki; 2018)

bandcamp

facebook


fot. Agata Hudomięt

Zespół chyba najbliższy mi muzycznie (i jedyny, gdzie mam ochotę się przyczepić do wokali). No i ze zdecydowanie najlepszą nazwą. Nie musiałem wziąć tygodnia wolnego, żeby się jej nauczyć.

Zwidy najlepsze są, gdy swym połamanym „alternatywnym rockiem” wchodzą na tereny, na których króluje Polvo. Słuchając „Szumu”, zastanawiałem się nad odnośnikiem do tej muzyki, bowiem coś mi cały czas chodziło po głowie, i w końcu zatrybiłem: idzie o autorów „Today’s Active Lifestyle”. Słychać też na tym materiale – jak niemal wszędzie – Sonic Youth (vide „Dość”).

Plusem są niewątpliwie teksty – o czymś, ale nie takie, co walą kijem po łbie, pozbawione też pretensjonalności i poetyckiego zadęcia. „(…) odpocznij, by pracować wydajniej / jesteś potrzebny, a wyglądasz fatalnie / / Pierwszy wyjazd od siedmiu lat / w to samo miejsce, co zawsze / to wszystko, na co jest go stać / to wszystko, o czym może pomarzyć / / I znowu o świcie musi wstać / i znowu w tłoku gdzieś przepadnie / za parawanem schowa fakt, że ciągle wygląda fatalnie (…)” – no, niemal jak Kwasek w PRL.

Wracając do wokali – przy pierwszych dwóch odsłuchach „Szumu” strasznie mi przeszkadzały, za trzecim i czwartym stwierdziłem, że czasem mają swój nieco gówniarski urok i pasują do danego numeru (np. „Ostatnie pięć lat”), a czasem mniej (np. „Dzień dobry”).

Wracając do muzyki – jak wchodzi chociażby taki „Zwycięzca (Przegrany)”, wiele więcej mi do szczęścia nie trzeba.

***

„I tylko czasem kiedy zsikam się / Wątpię czy lubią mnie”.

poino – moan loose [2010] / brendon burton

09/12/2018

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

facebook

horse arm

Poino – londyńskie trio, grające bardzo dobry (co nie jest takie oczywiste w dzisiejszych czasach, jak w latach 90.) noise rock; w składzie m.in. Gaverick de Vis z Giddy Motors.

W 2016 r. Poino wrzuciło na Bandcamp numer „Zil Konig”, ale to chyba na tyle. Zespół zakończył działalność.

***

Brendon Burton

Coraz trudniej znaleźć mi jakieś fajne zdjęcia na blog. Drugi raz tych samych artystów nie chce mi się wrzucać, a jeśli znajduję jakichś nowych (fotografów jest od groma, w końcu dziś może być nim każdy), to zazwyczaj na 100 zdjęć, ciekawych można znaleźć kilka. Inaczej jest z Brendonem Burtonem. Niby nic odkrywczego, ale jego fotki mają kapitalny klimat.

24-letni artysta z Portland dzieciństwo spędził w odizolowanej społeczności, co pewnie ma wpływ na ów klimat.

august landmesser – august landmesser [2018]

02/12/2018

bandcamp

abnegat

beskid punkowy

zima records

d.i.y koło records

Widziałem Augusta Landmessera dwa razy na żywo. Za pierwszym razem dał radę we Wrocławiu, grając przed The Dog i Unsane, za drugim był chyba jedynym jasnym punktem jakiegoś rozbudowanego punkowego koncertu w Katowicach, z którego uciekłem mniej więcej o godzinie 20 po niemłodym zespole, który w jednej ze swych kompozycji płynnie przechodził od chujowego punka do chujowego reggae.

Rzadko trafiam na współczesne dobre punkowe płyty z Polski, więc miałem obawy przed włączeniem LP Augusta. Nadzieję – poza koncertami – w me wątpiące serce wlała lektura tekstów, odbiegających od punkowych pierwszych czytanek – może nie tyle w treści, ile w formie.

Ładnie wydanego (mam CD, wyszedł również winyl) materiału słucha się z przyjemnością (i w cięższych numerach, i w niemal nowofalowej „Wyspie”). Ta byłaby jeszcze większa, gdyby muzyka została nieco lepiej nagrana. Przyczepić można się głównie do „przytłumionego” brzmienia bębnów i basu.

I tylko „techno” remix „Kurew z piekieł” wydaje się zbędny. Coś podobnego zrobił lata temu Dezerter z „Bestią” i na tym styka.

Im jestem starszy, tym większe mam wrażenie, że nowe, polskie punkowe płyty pochodzą ze świata, z którym właściwie nic mnie nie łączy. Ale August jest OK.

caspar brötzmann & peter brötzmann ‎– last home [1990] /

01/12/2018

linki w komentarzach / links in comments

caspar brötzmann

peter brötzmann

discogs

Wrzuciłem niedawno wspaniałą płytę zespołu Marriage „For Brötzmann”, dedykowaną Peterowi Brötzmannowi. Pomyślałem, że dobrze byłoby też uhonorować samego niemieckiego saksofonistę, klarnecistę, tarogacistę i pewnie kogoś jeszcze. Oczywiście brodaty (choć, jak się dobrze przyjrzeć, to bardziej pasowałoby słowo „wąsaty”) muzyk naprodukował tyle płyt, że łatwiej byłoby znaleźć katowiczanina, którego nie wkurwia COP24, niż wybrać jeden materiał. Pomyślałem, że okej będzie wrzucenie płyty, którą Peter Brötzmann nagrał z synem Casparem.

Napierdalają jak dziki.

***

Igor Posner


%d blogerów lubi to: