bellini – the precious prize of gravity [2009] / signe vilstrup

linki w komentarzach / links in comments

bellini (piękny oldskul – oglądajcie, nim zniknie)

bandcamp

temporary residence ltd.

Zespół Bellini przed Teatro Massimo Bellini w Katanii (fot. Maria Vittoria Trovato)

Głos Giovanny Caccioli sprawia, że Bellini może być trudno w pierwszej chwili odróżnić od innego włoskiego zespołu, mianowicie od Uzedy, w którym ta pani również śpiewa (a Agostino Tilotta, mąż donny Caccioli, w obu grupach gra na gitarze). Swoją drogą, zastanawiam się, czy The Precious Prize of Gravity nie byłaby lepsza, gdyby ten specyficzny wokal pojawiał się rzadziej. No, ale ok: artysta ma męczyć odbiorcę.

Dawno temu, gdy muzykę poznawało się z zapartym tchem, ta nazwa, Uzeda, wydawała mi się nieco dziwna, działała na wyobraźnię. Plus fakt, że Steve Albini ponoć poleciał do Włoch, by nagrać drugi album, Waters, za darmo.

Wtedy w sumie połowa nazw wydawała się osobliwa, najbardziej chyba Calexico. Nim po raz pierwszy włączyłem ich muzykę (kiedyś od poznania nazwy kapeli do usłyszenia jej twórczości mogło minąć trochę czasu), spodziewałem się Bóg wie, jakich niesamowitości. Nie wiem, czy kiedykolwiek dźwięki tak bardzo nie pasowały mi do nazwy wykonawcy (nie wiedziałem, czym jest to całe Calexico – kojarzyło mi się z czymś, nie wiem, industrialnym, nie z tym, czym w rzeczywistości jest). Na szczęście zacząłem bodaj od Hot Rail, więc się nie rozczarowałem.

Bellini też nagrywał Albini, co od razu, od otwierającego The Precious Prize of Gravity Wake Up Under a Truck, słychać. Mnie ta, niczym z At Action Park, gitara niespecjalnie przeszkadza. Uzeda jest bardziej rockowa (choć zależy co, bo np. 4, które tu wrzucałem, brzmi dużo ciężej niż np. debiut), w Bellini więcej noise rocka. Ważne, że oba zespoły świetne. Uzeda włoska, Bellini włosko-amerykańskie (na pierwszej płycie bębnił Damon Che z Don Caballero, potem już Alexis Fleisig z Girls Against Boys).

Na marginesie, co do Stevena Franka Albiniego, ciekawa jest ta część Wszyscy kochają nasze miasto Marka Yarma, w której słynny inżynier dźwięku opowiada, że przez współpracę z Nirvaną niemal nie splajtował. Dobrze znać, mimo gównianej korekty w polskim wydaniu.

(o)(o)

Monica Bellucci w obiektywie Signe Vilstrup.

Upiększanie piękna to zazwyczaj nie jest dobry pomysł. Musiałby się za to wziąć fotograf naprawdę wybitny, z poczuciem humoru. Guy Bourdin co prawda nie żyje, ale ma utalentowanych naśladowców, kilku zresztą pojawiło się na 10fs. Zauważyłem, że często aktorki, generalnie gwiazdy, są tak „ulepszane” (vide jakaś koszmarna sesja Kate Winslet) – i przez profesjonalistów, i przez fotografów amatorów – że czasem trudno je poznać. No, ale ludzie pieją z zachwytu. Dograjmy może solówki Yngwiego Malmsteena do Revolver albo The Velvet Underground & Nico.

Yngwie Malmsteen GIF - Find & Share on GIPHY

Nagminnie poprawiana przez czarodziei Photoshopa Monica Bellucci jest trochę jak wielkie płyty nagrywane po latach przez gorszy zespół. Signe Vilstrup czasem też popełnia to faux pas (rozumiem, że takie są wymogi fotografii „okładkowej”), ale – nie licząc nie zamieszczonych tu przypadków – bez wiochy.

maryna boryna szczygieł peleryna (podsumowanie 2022, cz. 1)

Rok się kończy, więc pora na zestaw ulubionych płyt. „Ulubionych”, nie „najlepszych”. Zdarza się, że wysoko oceniam jakiś materiał w recenzji, ale żebym go bardzo lubił – trudno stwierdzić.

Kolejność nie ma większego znaczenia. Może poza miejscem pierwszym, bo drugi album Titanic Sea Moon jest mi najbliższy – jeśli można tak powiedzieć – duchowo.

Żadnego krytykowania w tym podsumowaniu. Jezus patrzący z obrazu kupionego w Domach Tkaczy w Chełmsku Śląskim mówi, że nie warto.

A cały ten post wygląda paskudnie i nieczytelnie. Pora pomyśleć o jakichś zmianach graficznych.

(o)

titanic sea moontitanic sea moon [fonoradar records]

maść na szury

maść na szury

szur jebnięty jest

z natury

Mój ulubiony zespół stąd, więc się trochę poegzaltowałem w recenzji, ale wszystko podtrzymuję. Również to, że pierwsze 3-4 utwory mogły wyjść jako epka – żeby płyta była krótsza i bardziej spójna. Aha, Darek Dudziński wspaniałym perkusistą jest.

Prawdziwą ucztą dla tak wrażliwych osób jak ja są koncerty Titanica. Niestety, z powodu choroby żona i ja nie mogliśmy pojechać do Czech na te czary-mary.

egzaltacja recenzenta

(o)(o)

coagulantarchival recordings for paolo monti [antenna non grata]

Gdyby nie Marcin Olejniczak z Antenny Non Grata, może w życiu bym nie trafił na Coagulant (-a?), projekt Fabia Kubica. Bardzo cenię to wydawnictwo, regularnie dostarczające nam eksperymentalnych dźwięków na cedekach. Działające, podejrzewam, na granicy zwątpienia.

hipnotyczne drone’y

Poświęcając czas Antennie, nie zapomnijcie o emiterze i jego Five tracks from a single source:

(o)(o)(o)

deathcrashreturn [untitled (recs)]

Ekipa zaprzyjaźniona z Black Country, New Road. Muzycznie jednak to zupełnie co innego. Slint, Codeine, lata 90., ale bez stylizacji. Naturalne i doskonałe. Długie, a mimo to bez dłużyzn. Chciałbym deathcrash na żywo.

Podobne nudziarstwo:

(o)(o)(o)(o)

water damagerepeater [12xu] / but the rat was very smart [sophomore lounge]

(o)(o)(o)(o)(o)

Absolutnie wspaniałe. Trudno, żeby było inaczej, gdy spotykają się ludzie z Marriage, Black Eyes czy USA/Mexico. Najpierw wyszła Repeater, potem Rat – efekt tej samej sesji. Warto poznać obie. Minimalny maksymalizm, repetytywność, brud, geniusz. U nas w podobne rejony zapuszcza się chwilami morze. Daję obie płyty, bo choć chyba bardziej podoba mi się druga, kto wie, czy bym je odróznił.

(o)(o)(o)(o)(o)

nina nastasiariderless horse [temporary residence ltd.]

Historia tragicznej miłości Niny Nastasii, którą można przeczytać na jej Bandcampie, daje po łbie. Amerykańska artystka doszła do siebie (przynajmniej w dużym stopniu) i po kilkunastu latach wróciła z bardzo surową, minimalistyczną płytą. Nie jest to jej najlepszy materiał, ale wobec tego, co przeżyła, nie ma to wielkiego znaczenia. Zresztą jest to po prostu świetna płyta. Najmocniejszy utwór to This Is Love, który stał się obok A Dog’s Life moim ulubionym tej artystki.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

oren ambarchi, johan berthling & andreas werliinghosted [drag city]

Australijsko-szwedzka współpraca, której efektem jest to cudo. Łeb mnie napierdala, gdy pomyślę, że istnieje taki artysta, jak Oren Ambarchi.

No i która lepsza, Ghosted czy trochę „thenecksowa” (gra tu Chris Abrahams) Shebang? Tak czy siak, 2022 rokiem Ambarchiego.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

burnt friedman & joão pais filipeautomatic music vol. 1 – mechanics of waving [nonplace]

Nie ma już z nami Jakiego Liebezeita, lecz Burnt Friedman wciąż jest królem w świecie mechanicznych rytmów i nie pracuje z przypadkowymi ludźmi. João Pais Filipe mówi o tym, że CAN z Liebezeitem miało na niego ogromny wpływ. Więc to, że tworzy z Friedmanem, to piękna kontynuacja tego, co znamy z Secret Rhythms.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

immolationacts of god [nuclear blast]

Są tacy, co twierdzą, że Immolation znów zagrało to samo i że Acts of God to płyta zdecydowanie zbyt długa. Jebać ich.

Ten zespół to potęga. Zabija nawet z mp3. Aż boję się włączyć winyl.

Będąc przy death metalu, trzeba wspomnieć o epce Malefic Throne (Hells Headbangers), który tworzy m.in. Steve Tucker z Morbid Angel. Trzy wpierdole plus cover Sodom. No i zapowiedziana na przyszły rok duża płyta. Oby bolało.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

morzeorka [nasiono records]

W recenzji pisałem o tym, że lubię myśleć, iż taka muzyka mogła powstać tylko nad morzem. Gdy słucham orki, zdarza mi się pomyśleć też o Water Damage. I odwrotnie. Chyba już napisałem coś podobnego.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

faustdaumenbruch [erotox decodings]

To faust Zappiego Diermaiera, który odróżniamy od innych Faustów (w świecie niemieckiego krautocka też się kłócą) poprzez to, że nazwa zapisywana jest małą literą. Faust Joachima Irmlera to Faust, natomiast Faust Jean-Hervé’a Perona (do 2021 r. z Zappim) to FaUSt. Tak więc faust to w sumie nowy zespół, bowiem na koncie ma tylko Daumenbruch. Proste jak sprawy premii w polskiej kadrze.

Te trzy utwory nagrali Diermaier, Dirk Dresselhaus i Elke Drapatz. Dostali je inni muzycy (m.in. dwaj z Einstürzende Neubauten) i nie wiedząc, co kto robi, dograli swoje. Mistrzostwo.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

aleksandra słyżvibrant touch [warm winters ltd.]

Polska artystka mieszkająca w Norwegii wydaje płytę w słowackim labelu. Kiedyś dałoby to asumpt do rozważań na temat globalnej wioski itp., dziś dziwi to w takim samym stopniu, jak Hiszpan w polskiej ekstraklasie. Dość późno poznałem Vibrant Touch, nie wysłuchałem jej tyle razy, ile bym chciał, ale zachwyt jest.

I jeszcze jedna płyta, w której nie znajdziesz za wiele rocka, monka narren (Opus Elefantum):

I to na tyle. Może pojawi się druga część.

KONCERTY

Bywało się, choć rzadko. Za to na jakich.

The Cure (Kraków, 22.10.2022)

Ostatnio byłem na nich w katowickim Spodku. Kawał czasu. Pamiętam, że koleżanka wysyłała mi SMS-y z relacją z meczu Ligi Mistrzów Roma – Real (to była chyba druga kadencja Fabia Capello, więc trochę zleciało). Było ostro i bez klawiszy. Długo i wspaniale.

Teraz było czasem ciężko i głośno, no i były klawisze. Co najważniejsze, było długo i wspaniale. Początkowo jakoś to wszystko średnio mi brzmiało, lecz nie musiało minąć dużo czasu, żebym poczuł się jak w niebie i wzruszył parę razy.

A w klimat koncertu wprowadzały mnie wspomnienia, nieustająca miłość do Kjurów oraz stare „Non Stopy”.

Nick Cave and the Bad Seeds (Gliwice, 6.08.2022)

Cave (jest w wybitnej formie) nie jest dla mnie tak istotnym artystą jak Smith, ale w sumie niewielu jest, których bym bardziej lubił i podziwiał niż Australijczyka. Problem podobny jak z The Cure: zbyt wiele genialnych numerów, by nie znaleźli się rozczarowani setlistą. No i w sumie ja do nich należę, choć np. Vortex był przemiłą niespodzianką.

Dziwne wrażenie: na The Cure wydawało mi się, że jestem w tym samym miejscu, w którym byłem na Cave’ie. Te koszmarne Tauron Areny niczym się nie różnią. Siedząc w takim, pozbawionym wyrazu molochu, jeszcze bardziej docenia się fantastyczny budynek NOSPR-u. Tam zresztą widziałem w tym roku jaimie branch, której już nie ma z nami.

Pytanie (w obu przypadkach), na ile to zaangażowanie w granie, biorąc pod uwagę wysiłek fizyczny i psychiczny, jaki trzeba włożyć w trasy, jest kwestią kreacji pod publikę.

Aleksandra Słyż (Katowice, 12.11.2022)

Witamy panią ponownie.

Znów na siedząco, tym razem w Kinoteatrze Rialto. Najlepsze w Katowicach są właśnie kina: Rialto, Światowid i mój ulubiony Kosmos, w których można zobaczyć ambitne filmy współczesne, ale też starocie.

Podczas występu Słyż myślałem o tym, że mógłby się nigdy nie skończyć. Wsiąknałęm w tego typu granie (pętle, drone’y etc. w 2022 głównie dzięki Disintegration Loops Williama Basinskiego).

Starzy Singers (Łódź, 16.12.2022)

Po raz ostatni Starych widziałem 15 lat temu, na mysłowickim Off Festivalu. Co to był za koncert! Tzn. ten teraz, w Łodzi. W Mysłowicach też. W takim razie: co to były za koncerty! Pomyśleć, że w jednym roku zobaczyłem The Cure i Starych Singers. Było naprawdę doskonale. Miejsce świetne, ludzi pełno. Jak oni w ogóle grają – kłaniam się nisko, szacunek. Aż człowiek zapomniał w ten piątkowy wieczór o tym, że na dworze panuje pogoda nieprzyjazna dla żywych organizmów.

man sized action – claustrophobia [1983] / robby müller

linki w komentarzach / links in comments

garage d’or

reflex records

Co wiemy o Man Sized Action? Na przykład to, że z uznaniem o zespole mówił Steve Albini („to jeden z najlepszych zespołów z Minneapolis albo skądkolwiek”; jego autorstwa jest równie fotka zespołu). Albo że Brian Poulson (grał tylko na drugiej płycie, Five Story Garage) nagrywał arcydzieło Slint, Spiderland. Nagrywał też wspomniany drugi album Man Sized Action (pierwszy – Bob Mould; Grant Hart, perkusista Hüsker Dü, zaprojektował okładkę).

Za wiele o zespole nie ma w sieci. Niemal wszędzie podobne, krótkie notki. Tu warto kliknąć, zwłaszcza że jest nagranie na żywo z reunionu.

Serio, niczego ciekawego nie idzie znaleźć. Albo źle szukam, więc jeśli ktoś ma jakiś dobry tekst o bohaterach tego wpisu, niech da znać. Czytam na Trouser Press artykulik jakiegoś gościa, który wyżej stawia Five Story Garage (wyszło też poszerzone o w sumie średnio fascynujące nagrania live; wydawcą Garage d’Or). Według mnie lepszym materiałem jest Claustrophobia.

Warto poznać też dwie składanki, na których pojawili się Man Sized Action: Barefoot & Pregnant i Kitten: A Compilation.

Mieli, będąc przecież jedną z miliona (post)punkowych kapel, coś w sobie. Ich pierwszy materiał ma z jednej strony gówniarską, nerwową energię, z drugiej – dojrzałość. Dla mnie bomba.

Obie płyty wyszły w Reflex Records, wytwórni założonej przez Terry’ego Katzmana (inżynier dźwięku, producent, właściciel sklepu muzycznego, później zawiadywał wspomnianą Garage d’Or) i Hüsker Dü w celu promowania zespołów z Minneapolis.

Wspaniała płyta. Nic tylko wznawiać.

***

Piękne są te polaroidy Robby’ego Müllera, autora zdjęć do filmów Wima Wendersa, Petera Bogdanovicha czy Jima Jarmuscha. Więcej do obejrzenia tu.

water damage

bandcamp

12xu

sophomore lounge

Gdyby nie Nadajnik (jest też blog), kto wie, czy trafiłbym na ten zespół. Pewnie tak, bowiem w składzie pojawiają się muzycy z m.in. Black Eyes (wracają do grania!), Marriage, When Dinosaurs Ruled the Earth, USA/MEXICO czy Spray Paint. Albo trafiłbym na teksańczyków przez wydawców ich nagrań.

Water Damage to w sumie psychodelia, ale nie kojarząca się z kwiatkami i słońcem, lecz przywołująca na myśl raczej to, co The Velvet Underground mówili o hipisach. Wspaniałe.

„Repeater” wyszedł w kwietniu na winylu (12XU), a „But The Rat Was Very Smart” (utwory z tej samej sesji) w lipcu na kasecie (Sophomore Lounge).

Na Bandcampie zespołu można tez znaleźć parę innych nagrań.

Minimal maximalism, repetition and squall”.

Chwilami podczas słuchania Water Damage zdarza mi się pomyśleć o naszym, rewelacyjnym składzie morze.

oren ambarchi – quixotism [2014] / herbert list

linki w komentarzach / links in comments

oren ambarchi

black truffle

Od dawna chciałem wrzucić coś Orena Ambarchiego. Problem w tym, że ten australijski multiinstrumentalista ma dość pokaźną dyskografię, więc trudno się zdecydować. Padło na Quixotism (czyli donkiszoterię), choć pewnie mogło też na coś innego, ale ile można się próbować zdecydować.

To cudo powstało dzięki nielichej liczbie muzyków, bowiem do ósemki, wśród której znajduje się chociażby Jim O’Rourke (syntezatory), trzeba doliczyć Sinfóníuhljómsveit Íslands, czyli islandzką orkiestrę pod batutą izraelskiego dyrygenta, Ilna Volkova. Ambarchi gra na Quixotism na gitarze i instrumentach perkusyjnych. Muzykę nagrywano w czterech krajach, w latach 2012-2014. Polecam zresztą tekst z Bandcampa na temat tej płyty.

Mam wrażenie, że Ambarchi – mimo że jest artystą wybitnym, nagrywającym z wielkimi postaciami awangardy (Keiji Haino, Stephen O’Malley, Richard Pinhas, Alvin Lucier…) – nie jest tak znany i ceniony, jak powinien być (w sumie – jak to zmierzyć?). Pewnie gdyby był z Londynu, nie z Sydney, wyglądałoby to inaczej. A może mnie się tylko tak wydaje.

Pierwszym instrument Australijczyka, który nagrywa też ze swoją partnerką – crys cole (pojawia się zresztą na Quixotism), to perkusja, więc być może dobrym podsumowaniem jego działań jest stwierdzenie Philipa Sherburne’a w pitchforkowej recenzji tegorocznej płyty Shebang: „Jako kompozytor Oren Ambarchi myśli jak perkusista”.

Quixotism to doskonała płyta. Przy pobieżnym odsłuchu nie dzieje się nic, przy uważnym – wszystko.

Może to ten przypadek, gdy muzyki lepiej słuchać z kompaktu, nie z winylu, bowiem wtedy leci ona bez przerwy, a Quixotism można traktować – mimo podzielenia na pięć części – jako jeden utwór.

W tym roku Ambarchi wydał jeszcze Shebang, ਚੈਨਲKAANALचैनलRÁÐעָרוּץ (z Charlemagne Palestine i Erikiem Thielemansem), «Caught in the dilemma of being made to choose» This makes the modesty which should never been closed off itself continue to ask itself: «Ready or not?» (z – nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę dość długi tytuł – Keiji Haino oraz Jimem O’Rourkiem) i Ghosted (podpisali się też Johan Berthling i Andreas Werliin).

No i weź to wszystko ogarnij.

Tymczasem. Idę posłuchać jakiegoś rocka.

PS Właśnie widzę, że Ambarchi jednak pojawił się na moim blogu. W 2017 r. wrzuciłem tu Tikkun, który nasz bohater nagrał wspólnie z Richardem Pinhasem. Rzecz też z 2014 r.

***

Herbert List

ativin – german water [1997] / francis giacobetti

linki w komentarzu / links in comments

facebook

bandcamp

secretly canadian

discogs

Zespół Chrisa Carothersa i Dana Burtona (obaj z Early Day Miners) plus różni perkusiści (na „German Water” gra Rory Leitch, też z EDM; był zresztą– wraz z Carothersem – współzałożycielem Ativin).

Trzy albumy, dwie epki, jeden singiel. Nie licząc pierwszego materiału, epki „Pills Versus Planes” wydanej przez Polivinyl, wszystko nagrali dla Secretly Canadian.

Nie mam pojęcia, skąd taki tytuł płyty – „German Water”. Udało mi się znaleźć informację, że Niemcy ponoć słynęli z kranówy wysokiej jakości.

Muzyka to post-rock (słychać Slint – ze „Spiderland”, choć jest taki moment, który przywodzi na myśl „Tweez”), z naleciałościami math-rocka i emo (ale delikatnymi). Ot, lata 90.; tu we wspaniałym wydaniu. Takie granie chyba nigdy mi się nie znudzi.

CD niby do kupienia w ludzkiej cenie (ze Szwecji, jest na Discogsie), gorzej z LP, bo tu Niemce życzą sobie 50 euro.

W 2004 roku Ativin – w składzie: Burton, Carothers i Mark Rice – nagrał coś, co nazywa się „’Night Mute’ Live Practice Recording”, i jest za darmo do ściągnięcia z Bandcampa.

W 2021 r. panowie skończyli nowy materiał, „Austere” (z Chrisem Brokawem na bębnach). Podobnie jak pierwszą ep-kę, pod okiem Steve’a Albiniego. Nie wiem, czy i kiedy oraz gdzie ta płyta wyjdzie (od paru miesięcy ani na Facebooku, ani na Instagramie nie ma żadnych informacji na ten temat; ani na żaden inny).

(o)(o)

Francis Giacobetti

Chyba padła mu normalna strona i jest tylko Instagram. Kapitalne zdjęcia. Trudno zrobić selekcję, więc wrzucam więcej niż zazwyczaj.

Ma też na koncie jeden film, „Emmanuelle 2”, stąd zdjęcie z Sylvią Kristel.

the trigger quintet – the trigger quintet + 2 [1995] / dave heath

name your price

twistworthy records

Jedna z moich ulubionych składanek to „Ground Rule Double”. Wydały ją w 1996 Divot i ActionBoy 300, a znaleźli się na niej m.in. Shellac i Mineral, a także wiele mniej znanych kapel. W tym The Trigger Quintet, zespół z Houston, który pozostawił po sobie siódemkę z trzema utworami (Twistworthy Records – ostatni post na fejsie pochodzi z 2019) oraz dwa numery umieszczone na kompilacjach: „Slept for Seven Days” na wspomnianej „Grand Rule Double” i „Crash Course” na „Use This Coupon” (Slave Cut; 1996).

The Trigger Quintet grali absolutnie wspaniałe emo, z którego lata 90. napieprzają jak z „Clerks” albo flanela. To rzecz wchodząca na poziom Hoover, nie czarne grzywki.

Zespół istniał od sierpnia 1994 do lipca 1995 roku. Przynajmniej trzech z czterech jego członków grało w innych kapelach, ale albo ich nie znam, albo nie pamiętam.

Jest nawet koncert, ale kiepsko słychać:

***

Dave Heath (1931-2016). Warto obejrzeć krótki film o nim i poszukać innych materiałów na jego temat, bowiem David Martin Heath miał nieco większe ambicje niż zrobić fajną fotkę. Magia czarno-białej fotografii. Na zdjęciu nr 2 widzimy Roberta De Niro.

karen dalton – it’s hard to tell who’s going to love you the best [1969]

linki w komentarzach / links in comments

wirz.de

Karen Dalton i Tim Hardin w Boulder, Kolorado; lata 60. (fot. Dan Hankin). KD grała ze swoim mężem, gitarzystą Richardem Tuckerem. Czasem tworzyło się trio, gdy dołączał do nich właśnie Hardin

Zakochałem się w płycie „It’s Hard to Tell Who’s Going to Love You the Best”, więc pomyślałem, że jej autorka, Karen Dalton, powinna pojawić się na blogu. Kobiet z gitarami nigdy za wiele, o ile nie jest to np. Maryla Rodowicz.

Wcześniej czyjś wygląd tak bardzo nie pasował mi do głosu, gdy zorientowałem się, że „Where have they been?” nie śpiewa facet po czterdziestce, lecz dwudziestoparolatek. No więc wpierw Ian Curtis, potem Karen Dalton. Nazywano ją „Billie Holiday folku”, co wiele tłumaczy.

Należała do tej samej sceny folkowej, co m.in. Bob Dylan (bardzo ją cenił, występowali razem). Grała na dwunastostrunowej gitarze i bandżo z długim gryfem; jej głos – cytując Janusza Reichela – czasem chwyta za serce, a czasem za jaja (zwłaszcza gdy na koniec wersu wibruje). Sukcesu komercyjnego nie odniosła, dopiero po śmierci zyskała uznanie; i tak zbyt małe. Zyskała je dzięki m.in. Nickowi Cave’owi, który jest nieoceniony – podobnie jak Jason Pierce ze Spiritualized – w przypominaniu folkowych pieśniarzy i pieśniarek.

Myślę: „Karen Dalton” i w głowie pojawia mi się też inna tragiczna postać amerykańskiej kultury, pisarka Carson McCullers.

Mająca problemy z piciem i dragami Dalton, zmarła w wieku 55 lat na chorobę powiązaną z AIDS. Przez długi czas panowało przekonanie, że odeszła jako bezdomna. Wychodzi jednak na to, że ktoś się nią zaopiekował nim zmarła.

Wydała dwie płyty. Oprócz „It’s Hard…” „In My Own Time” (1971). Ta pierwsza robi na mnie większe wrażenie, może dlatego, że jest bardziej surowa. Szkoda tylko, że kosztuje tyle, jakby ją dotknęła nasza inflacja.

Dwa lata temu nakręcono film o tej artystce z Teksasu – „In My Own Time: A Portrait of Karen Dalton” (gdzie go można obejrzeć?). Pojawia się w nim wspomniany Cave. Wiele lat po śmierci autorka „In My Own Time” zaczyna być rozpoznawalna.

W Polsce Karen Dalton może kojarzyć się może co najwyżej z braćmi Daltonami z kreskówki o Luckym Luke’u.

luca brasi – to the tooth [1997] / mark shaw

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Luca Brasi to australijski zespół z Lauceston w Tasmanii, grający melodyjnego punk rocka amerykański zespół z Bostonu w Massachusetts grający noise rocka, ale potrafiący również odnaleźć się w noise’ie („Bach’s Car”), psychodelii („Day Lit Bottle”), drone’ach („Tired Parade”) czy stonerowym zamykaczu („Phone”). Znalazłem go swego czasu, sprawdzając, gdzie grali ludzie z Red Bliss. No i przez Briana McGilivraya trafiłem do Luki Brasiego.

Wykonawców mających taką nazwę jest od groma; w końcu LB to postać z „Ojca chrzestnego”. W związku z tym, że nie ma w necie zdjęcia bostończyków, wrzucam podobiznę przydupasa Vita Corleone, którego, przydupasa, w filmie Coppoli zagrał Lenny Montana.

Nie ma zdjęć zespołu, nie ma nawet porządnych fotek okładki. Dobrze, że ktoś sfotografował swój egzemplarz płyty i wrzucił na Discogs.

„To the Tooth” (oraz dwa single) wydało Reproductive Records (słyszałem „Creeper/Gout” – zajebisty; bardziej agresywne oblicze zespołu), mające w katalogu m.in. Harveya Milka. Split Luki Brasiego z Kudgel (jako Team Kudgel) puściło w świat bostońskie Super 8 Records.

Część składu LB grała razem w Anodyne i Windmills by the Ocean.

„To the Tooth” nie idzie kupić. Pozostałe wydawnictwa zespołu – owszem.

Fantastyczny kawałek grania z drugiej połowy mojej ulubionej dekady.

***

Mark Shaw, czyli m.in. Nico z jamnikami, piękny uśmiech Natalie Wood oraz milion zdjęć Audrey Hepburn.

kerosene 454 – came by to kill me [1996] / camberley kate

linki w komentarzach / links in comments

POMAGAMY UKRAINIE

polyvinyl records

discogs

Odnalezienie na półce kasety „Dischord 4 Poland” skończyło się oczywiście wysłuchaniem jej – z ogromną przyjemnością, za którą stoi nie tylko sentyment do najpiękniejszej dekady w historii ludzkości, ale również po prostu genialna muzyka. Co prawda chyba nigdy nie przekonam się do Slant 6 i Smart Went Crazy, natomiast The Crownhate Ruin, Regulator Watts, Lungfish i rzecz jasna Fugazi to zespoły, których będę słuchać z ekstatycznym zachwytem, póki nie wybiorę się do Abrahama na piwo.

Dołączoną w 1998 do „Brumu” składankę warto było włączyć również z uwagi na Kerosene 454, czyli zespoł, który tak naprawdę znałem kiepsko.

Waszyngtoński band grał w latach 1993-1998. Ma na koncie trzy albumy, z których najbardziej polubiłem drugi, „Came by to Kill Me” (pierwsza piosenka, „Tracer”, otwierała też D4P).

Właśnie znalazłem krótką recenzję płyty na stronie „Washington Post” – autor przywołuje w niej Roberta Frippa i Philipa Glassa. Ja bym – w kontekście mojego może ulubionego numeru, „Injection” – przywołał June of 44.

Darren Zentek wraz z Erikiem Denno gra (albo grał) w zespole Vica Bondiego Report Suspicious Activity. Chyba „grał”, bowiem ostatni wpis na Facebooku RSA pochodzi z 2018 r. Zresztą czy ja mam ochotę słuchać tego, co obecnie nagrywa Bondi? Wczesniej Zentek i Denno mieli niezłą kapelę Oswego.

Jest na „Came by to Kill Me” niemal wszystko, co najbardziej lubię w muzyce, lubiłem i zapewne będę lubił, choć poziom Lungfish, Regulator Watts czy Hoover to nie jest. Fugazi gra w ogóle w innej lidze.

Może wznowią, choć brak K454 na bandcampie Dischordu nie nastraja optymistycznie.

***

W tych paskudnych czasach warto poczytać o pozytywnych postaciach. Oto Kate Ward, znana jako Camberley Kate. Kobieta, która w ciągu swego życia wzięła pod opiekę ponad 600 psów. Koty też lubiła. Nie kryła swej niechęci do ludzi (dzień dobry!), co nie przeszkadzało jej nieść anonimowo pomocy potrzebującym, a mnie prowadzi do mało oryginalnej refleksji, że są na świecie takie osoby, jak pani Ward, i takie chuje, jak np. Kurwin. O gorszych nie wspominając. Warto poszukać w necie artykułów na Jej temat.

%d blogerów lubi to: