milkmine – braille [1994] / pedro meyer

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Noise rock z Cincinnati. Zespół, o którym w sumie nic nie wiadomo, ale przynajmniej jest fotka. Szkoda, bo lubię poczytać o tym, co robią ludzie ze starych kapel.

Grali na dwa basy – to na pewno ich wyróżnia; pytanie, czy to dobrze, czy źle. Na „Braille” są zajebiste momenty, są też takie, dzięki którym można by się do Milkmine zniechęcić („Snapshot”, „Snotboy”, „Loddy”); jest tu odrobinę średnio fascynującego rocka i grunge’u. No ale ważne, że minusy nie przysłoniły plusów. W każdym razie nie mamy tu do czynienia z sytuacją wiewiórki, która nie potrafi ani zasłonić fortepianu, ani na nim zawiewiórczyć.

Na pewno nie zniechęcił się nikt, kto zaczął słuchanie tego tria od siódemki „Super M”. Milkmine ma również na koncie split z Liquor Bike.

Chętnie bym coś więcej napisał o zespole czy dalszych losach jego członków, ale – jak wspomniałem – nie znalazłem żadnego info.

„Braille” kupiłem za 12,90 zł na Allegro. Wkładka do płyty nie przynosi żadnych ciekawych informacji na temat Milkmine.

Fani Cherubs znajdą tu coś dla siebie.

***

Pedro Meyer

swob – dyskografia / marcel mariën

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Zdjęć kapeli nie ma w necie. Tzn. jedno niby jest, ale – po pierwsze- zamazane, a po drugie kiedyś fotka zespołu Johnboy okazało się być fotką zespołu Johnboy, tyle że innego, nie tego z Trance Syndicate. Tak więc wrzucam plakat z koncertu

Kolejny noiserockowy zespół z lat 90., który nie zostawił po sobie wielu nagrań. Choć w sumie nie jest źle, bo do trzech „siódemek” (ostatnia, „The Explosion of Scilence”, to chyba biały kruk) dochodzi niewydany LP „Persis Hussey”.

Rzecz trochę różni się od poprzednich. Może label, który miał to wydać, uznał, że dziwadło nie zejdzie. Z drugiej strony, wychodziły wtedy bardziej pojebane rzeczy. Z trzeciej, to już były czasy, gdy gitarowe granie przestawało być modne, a Księżyk bredził, że nie ukazują się dobre, gitarowe płyty, tera tylko tekno. A może ktoś przeleciał czyjąś dziewczynę albo przepił kasę? Summa summarum, nie wiem, czemu w końcu LP nie wyszedł (na jakimś forum znalazłem info na ten temat, ale to było raczej gdybanie, że Project a Bomb coś tam, coś tam).

Nie mam też pojęcia, czy tytuły utworów są prawdziwe (zakładam, że tak, biorąc pod uwagę te z „prawdziwych” płyt. Inna sprawa, że pierwszy jest urwany, ale gdy próbowałem dociec, co powinno być zamiast kropek, wyskoczyło mi Męskie Granie, więc wolę już nie sprawdzać) i czy te kawałki to ostateczna wersja tego, co miało się ukazać. W sumie, kurdefaja, szkoda, że nie wyszło.

Nie wiem też, co robili panowie ze Swob po tym, jak zespół skończył grać. Trudno nawet powiedzieć, czy posługiwali się prawdziwymi nazwiskami. Poza Toddem Doehringiem, związanym z kilkoma nieznanymi mi kapelami. Ale tagi typu „math rock” czy „post-hardcore” sprawiają, że trzeba je sprawdzić.

A najlepsza, jeżeli chodzi o nagrania Swob, jest epka „Neutrinos”. Nie wiem, czy 10/10, ale tak z 9,5 na pewno. ;)

***

Marcel Mariën – kapitalny surrealista, który potem został sytuacjonistą, ale jak idzie o izmy to słaby jestem, więc się nie wypowiem.

jonestown – all day sucker [1991] / larsen sotelø

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Jonestown – coś jakby zmieszać The Ex, Alice Donut, Circus Lupus. Oprócz zwyczajnego, rockowego instrumentarium słyszymy na „All Day Sucker” puzon, bandżo, kastaniety czy melodykę. „All Day Sucker” nie jest płytą wybitną, ale warto ją poznać (single też są w cyc).

Na koncie Jonestown widnieje tylko jeden LP (bez problemu można go kupić chociażby via Discogs), ale bodaj siedem singli, w tym split z Dog Faced Hermans.

Nie ma w necie zbyt wielu informacji na temat tego, co poza Jonestown robili członkowie zespołu. Wokalista Dan Gannon nagrywał jakąś elektronikę i folk, Tom Greenwood współtworzy Jackie-O Motherfucker, ale on na „All Day Sucker” nie grał. Albo informacji na temat Jonestown nie ma, albo giną wyniki wyszukiwania wśród tekstów dotyczących The Brian Jonestown Massacre i jakichś ponurych metalowców. No i oczywiście pojawia się Jonestown Jima Jonesa. Nie znalazłem nawet zdjęcia kapeli.

Greenwood prowadził też wydawnictwo Project a Bomb, które wydało jedyny LP Jonestown oraz singiel „Sugar Ship”. Poza tym m.in. Dog Faced Hermans, Guzzard i parę mniej znanych kapel.

***

Larsen Sotelø. Wrzucam go po raz drugi. Nie dlatego, że jest taki dobry – po prostu zapomniałem, że pojawił się tu przy okazji płyty Pitchfork.

struggler – it was a very long conversation but at the end we didn’t shake hands [1982] / martine franck

linki w komantarzach / links in comments

bandcamp

Kilkanaście lat temu można było spędzić cały dzień na przeglądaniu blogów. Na Blogspocie było ich od groma. Najbardziej lubiłem chyba „Commercial Zone”, dotyczący muzyki post-punkowej. Jezu, ile tam było genialnych rzeczy. Później zaczęto bez uprzedzenia blogi usuwać, w tym mój – na szczęście (?) zrobiłem backup i wrzuciłem zawartość na WordPressa.

Odwiedzałem też inny (nie pamiętam nazwy) z mnóstwem płyt w (około)postpunkowym klimacie, ale zespołów raczej mi nieznanych. Zwrócił na nim moją uwagę belgijski Struggler z uwagi na kapitalny tytuł płyty: „It Was a Very Long Conversation but at the End We Didn’t Shake Hands”.

Lubię czasem wracać do tego ponuractwa. Są tu lepsze i gorsze momenty, ale podoba mi się całość, najbardziej „Persecute”.

Winyl do kupienia, ale cena odstrasza, co można sprawdzić na Discogsie.

Struggler gra do dziś. W ubiegłym roku wydał niezłą płytę „Wilma (Determined Protector)”, wykonując na niej też nowe wersje dwóch kawałków z „It Was…”. Ze starego składu został tylko Rene Hulsbosch, a prowadzenie blogu stało się niegroźnym dziwactwem.

***

Martine Franck (na zdjęciu nr 1) – belgijska fotografka, tak wspaniała, że trudno było zrobić selekcję jej zdjęć. Żona Henriego Cartier-Bressona, związana z Magnum Photos.

We własnej osobie
Town and Wear County. Village of Skinningrove. Workers’ Club Carnival.
FRANCE. Clamart. Library for children. Built by the „Atelier de Montrouge”: Jean Renaudie, Pierre Riboulet, Gerard Thurnauer and Jean-Louis Veret. Ile de France. Haut de Seine. 1965.
Town of Newcastle on Tyne.
SWITZERLAND. Rossinière. French painter BALTHUS at home. 1999.
USA. Long Island. Amagansett. Family of fishermen. 1983.
NEPAL. Bodnath. Shechen Monastery. Tulku KHENTRUL LODRO RABSEL (12 years old) with his tutor LHAGYEL. At the age of 5, KHENTRUL decided that he had lived enough with his parents and that it was time for him to enter the monastery. Two or three years after their death, important lamas are reincarnated in the body of a child. The search for this child is based on the information left by the lama himself: dreams, visions and the intuition of other lamas. The Tulkus are discovered at 3 or 4 years of age, declared at about 4 or 5 and then enter the monastery at the age of 6. According to the rules of the monastery, each Tulku is instructed by a tutor and is either prevented or restricted from seeing other young monks from their age group. All the Tulkus are called Rinpoche which means „the precious one”. 1996.

freedom fighters – my scientist friends [1997] / iness rychlik

linki w komentarzach / links in comments

amrep

i heart noise

Zespół, o którym nie dowiesz się za wiele z netu (zdjęcia też nie znajdziesz). W katalogu Amphetamine Reptile napisano, że to „dwie gitary i przyjazny typ na bębnach”, dzięki Discogsowi zobaczysz, kto grał w FF i czy również w innych kapelach (bardzo skromne to info).

Wydali jeden LP – „My Scientist Friends” (wspomniany AmRep), siódemkę „Bell or Bat” (Meat Records, 1996), której niestety nie znam, kawałek „Slim Sissy” pojawił się na składance wydanej przez No Alternative w 1999 r., a „Deliver Us” na jednej z odsłon kultowej „Dope-Guns-‚N-Fucking In The Streets” (czy może być piękniejszy tytuł?). I to chyba wszystko.

I Heart Noise odsyła nas do nieistniejącej już recenzji na Ink19, w której ktoś, pisząc o FF, posłużył się ponoć zdaniami „Experimental punk rock, reminiscent of the groups such as Helmet, Cosmic Psychos, and Today is the Day” oraz „F² takes a nod from such former acts as Naked Raygun and Reagan Youth and resurrects the spirit of punk when it still had the capacity to break fresh, new, and often weird ground”.

Miło, że nie wszyscy słyszymy to samo, ale jeśli miałbym szukać odnośników – wskazałbym na Drive Like Jehu (a przy „Crows Nest” na Chokebore – można się tak pobawić, jeśli ktoś lubi). Chwilami nawet wokal Franka Bevama przypomina nieco to, co z gardła wydobywa Rick Froberg.

Świetna, pełna energii, posthardkorowa, chwilami noiserockowa, płyta. Za chwilę gitary przestały cokolwiek znaczyć.

CD do kupienia za 55 zł w Dodaxie.

***

Iness Rychlik

Średnio pasują te zdjęcia urodzonej w Polsce artystki do w sumie pogodnej muzyki Freedom Fighters, ale tak bardzo mi podeszły, że je wrzucam, nie czekając na lepszą okazję.

wuhling – extra 6 [1996] / jens kohlen

touch and go

discogs

„Była świetna, prawda?” – zapytał Steve Albini po występie Allroh, która zagrała przed Shellakiem (Wrocław, 4 maja 2008 r.). „No, nie za bardzo” – pomyślałem, bowiem za Chiny Ludowe nie mogę się przekonać do głosu Anne Rolfs, która wtedy występowała solo właśnie jako Allroh.

Wuhling gra coś, co lubię, nawet bardzo. Amerykański, „alternatywny rock”, w którym można usłyszeć Sonic Youth czy The Breeders. Jedenaście bardzo dobrych numerów (zdecydowanie najlepszy to „Enno”), nagranych w sześć dni w Electrical Audio pod okiem Albiniego. Powtórzę: bardzo dobrych, tylko ten wokal co prawda nie w każdym numerze, ale jednak przeszkadza.

Obecnie Rolfs gra w duecie AUF.

Po „Extra 6”, wydanym przez Touch and Go, ukazał się jeszcze płyta „Spacebeige” (City Slang).

***

Jens Kohlen

płyty 2021 (2). dezerter, sleaford mods, echoplain, frack!

Tylko cztery płyty, choć zaczęło wychodzić ich od groma. Znów człowiek gubi się w obfitości nowych materiałów do posłuchania, nie wie, nad którymi się skupić, albo brakuje mu czasu.

Poniższe notki były pisane jeszcze w momencie, gdy miałem do czynienia z typowo noworocznym oczekiwaniem, aż coś rzeczywiście ciekawego zacznie się dziać. No i po chwili zaczęło. Ale o tym może następnym razem.

(o)(o)

Dezerter – Kłamstwo to nowa prawda [2021; Mystic Production / Pasażer]

Jeszcze na ostatnim LP Dezertera „Większy zjada mniejszego” (2014) zdarzały się sensowne momenty. Co prawda trudno znieść protekcjonalny ton tekstu „Hodowla głupków” (choć w sumie, czy to słowo tu pasuje? Protekcjonalność cechuje m.in. „pobłażliwa przychylność”, my mamy do czynienia z mędrcem wyśmiewającym tytułowych głupków). Potem, po dość długiej przerwie, przyszła kiepska epka „Nienawiść 100%” (2019). Teraz pojawił się nowy, doraźny materiał „Kłamstwo to nowa prawda”. Nie wiem, dlaczego „nowa”, skoro świat polityki zawsze był mniej lub bardziej skurwiały.

W Polsce źle się dzieje i Dezerter postanowił zareagować. Najbardziej obrzydliwy rząd po tzw. komunie, Trybunał Konstytucyjny zaklepujący nieludzkie prawo antyaborcyjne, państwem z rozmokłego kartonu trzęsie jeden pierdziel z Żoliborza, a na schedę po nim czyhają katoliccy fundamentaliści… Wygląda to fatalnie.

Tak więc cel słuszny. Tylko płyta słaba.

Proste (często prostackie) kompozycje, proste (często prostackie) teksty. Nawet jeśli na „Kłamstwie” zdarzają się ciekawe fragmenty, zostają zduszone przez ograniczone możliwości wokalne Roberta Matery (choć akurat na tej płycie realizator dobrze ustawił jego wokal). Chwilami te nagrania niemal wywołują zażenowanie – gdy wchodzi refren w tytułowym kawałku, mam wrażenie, że o tym „wejściu” wiedziałem, zanim PiS doszedł do władzy. A „apokaliptyczny” „Idziemy po was” nie wystraszyłby nawet Suskiego.

Gdyby te nagrania miały otworzyć komukolwiek oczy na to, co się dzieje w Kraju Kwitnącej Czereśni, mógłbym dać im nawet ocenę 10/10. Przeglądam jednak internet. Przekonani, że jest chujowo, są wciąż przekonani, że jest chujowo. Debile oskarżają Dezertera o „lewackość”. A protekcjonalny ton Grabowskiego nie pomaga.

Aż dziw, że to ten sam człowiek, który pisał takie teksty jak „Chrystus na defiladzie”, „Apokalipsa według św. Mnie” czy „W zakamarkach”. Zresztą nawet jak walił między oczy, to podziwiało się celność ciosu, nie narzekało, że wali cepem. Liryki z najnowszej płyty wyglądają jak pisane na kolanie. No ale w końcu „Kłamstwo” to rzecz doraźna.

Najlepsza w nowym wydawnictwie Dezertera jest okładka.

(o)(o)

Sleaford Mods – Spare Ribs [2021; Rough Trade]

Jak niemal każdy wokół, też jarałem się Sleaford Mods. Ten szczur z lapkiem i browcem w ręce plus nawijający typ, wyglądający jak biseksualny kibic West Hamu – niezłe kino. Trzeba przyznać, że mieli goście z Nottingham pomysł na zespół, jakiego nie miał nikt.

Tylko że jakoś tak trudno było mi zmęczyć w całości jakąkolwiek płytę duetu.

Podobnie jest ze „Spare Ribs”. Coś tu niby jest inaczej, gościnnie pojawia się m.in. Billy Nomates, ale jak muzyka leci, to w sumie myślę o tym, że mogłaby się już skończyć.

Słuchałem niedawno „Tehno Terroru” Maxa i Kelnera i trochę mi się to skojarzyło ze Sleaford Mods. Kelner, podobnie jak Jason Williams, nie miał głosu, ale to, co stworzył z Brylewskim, jest o niebo ciekawsze.

(o)(o)

Echoplain – Polaroid Malibu [2021; Atypeek Music + Zéro égal petit intérieur + Araki Records + Pied De Biche]

Słychać Shellaca, Unwound, Dopplera, Thurstona Moore’a, Truly i pewnie inne mniejsze lub większe gwiazdy gitarowej alternatywy (również, niestety dość tandetny, post-hardcore); czasem wręcz można odnieść wrażenie, że Echoplain kogoś dosłownie cytuje.

I nawet te niby cytaty mi nie przeszkadzają. Problem w tym, że „Polaroid Malibu” jest jak większość nowych płyt noiserockowych: niby OK, ale jednak masz poczucie, że lepiej włączyć coś innego. Ten materiał wydaje się być poza tym wyzbyty energii – jakby ktoś chciał poprawnie odrobić zadanie domowe.

(o)(o)

Frack! – Accelerant [2021; Forbidden Place Records]

Na Bandcampie Forbidden Place widzimy kilka tagów opisujących muzykę Frack!, lecz żadnym z nich nie jest „hardcore” – określenie będące chyba najbliższe temu, co gra ten zespoł. Poza tym zamykający
całość cover bodaj najsłynniejszego kawałka Black Flag „Rise Above” nakierowuje w dość oczywisty sposób.

Można przy okazji zapytać o sens nagrywania kawałka innego wykonawcy, skoro jest sto razy lepszy od tego, co sam spłodziłeś.

The Jesus Lizard attempts to resurrect Lemmy by having Henry Rollins finally beat the living hell out of Greg Ginn while NoMeansNo drinks beer and cheers – czytamy na wspomnianym Bandcampie. Jest to, delikatnie mówiąc, zbyt przychylna opinia.

Niezła płyta, do której pewnie nigdy nie wrócę. Za mało tu zwracających uwagę momentów, za dużo średniawki. Choć jest w tym klimat starych kapel, których słuchało się z kaset, więc kto wie. Może po paru piwach.

om – live at jerusalem [2008] / jonathan higbee

linki w komentarzach / links in comments

om

southern lord

Siedząc tydzień na L4, słuchałem zespołu OM: „God is Good” oraz chyba każdej płyty niebędącej „normalnym” LP. Łącznie z tymi wspaniałymi dubami, o których istnieniu nie miałem pojęcia.

No więc słuchałem muzyki OM, którą trudno w sumie nazwać, i uświadomiłem sobie, że choć uwielbiam ten zespół, to nie wzbudza we mnie jego granie wielkich emocji. I chyba właśnie na tym to ma polegać. Coś jak picie albo ćpanie w samotności, które ma spowodować, że wchodzisz w taki stan jakby cię nie było.

Pamiętam najradośniej chwile / w których mnie nie było. Pora też wrócić do La Monte Younga.

Dwa lata temu zagrali na Off Festivalu. W na nowo programowanym świecie może już nie będzie takich atrakcji.

(o)(o)(o)

Jonathan Higbee. Rewelacyjny typ.

noisesession – demo [200?]

linki w komentarzach / links in comments

hard-core/punk dla ciebie i dla mnie

patryk cannon – soundcloud

O Noisesession przypomniał mi kilka tygodni temu mój nieoceniony kolega Kuba Kunysz. Przy okazji podesłał mi trzy nagrania demo zespołu (ja dorzuciłem czwarte, w gorszym bitrejcie).

Oddaję głos Patrykowi Cannonowi (który wcześniej wyprowadził na nowe tory zespół La Aferra):

„Zespół Noisesession istniał około trzech lat. W składzie Marcin Pałęcki (perkusja), Karol Kryjom (bass) i Patryk Cannon (gitara i wokal) (2000-2003). Te cztery nagrania to najlepiej zarejestrowane kawałki, jakie mam na dysku. Poza utworem »Couch« pozostałe 3 zostały zarejestrowane w Sopocie. Nie pamiętam, kiedy dokładnie”.

Noisesession grało mieszankę post-hardcore’a i noise rocka, w sumie grunge też tu słychać („Mate!”) czy post-rock („Couch”). Generalnie, amerykańskie gitarowe granie na wysokim poziomie (mnie najbardziej chyba podeszła instrumentalna „Końcówka”). Krótki, ale wart poznania epizod polskiego undergroundu.

Słychać na tych nagraniach, że pewnie bardzo byśmy nie ucierpieli, gdyby Noisesession nie był jedynie efemerydą.

Więcej info na podlinkowanym wyżej blogu Kuby.

płyty 2021 (1). koza, dew, warstone, the klf, celestial swarm

Z nudów, siedząc w robocie, wrzucam po jednym, dwóch zdaniach na temat nowych płyt. Na razie nie słyszałem niczego, co wywaliłoby mnie z butów, ale całkiem przyzwoite rzeczy się zdarzyły, zwłaszcza DEW mi podeszło.

Początek roku to chyba nigdy nie jest ten czas, gdy kapitalne albumy wychodzą hurtowo, ale – jak znam życie – zaraz ludziska dopierdolą potężną dawką rewelacyjnych płyt.

(o)(o)

KOZACalcification of the Human Ghost [2021]

Na newalbumreleases.net ktoś wrzucił płytę zespołu KOZA (co to w ogóle za pokraczna nazwa dla metaluchów?) i dołączył do niej klip polskiego rapera xD.

Stoner/doom/sludge metal razy osiem. Brzmienie takie, że myślałem, iż ściągnąłem uszkodzone pliki mp3. Ale jednak nie: taki sound niechcący wyszedł albo miał wyjść. Mnie się podoba. W jednej z recenzji „Calcification of the Human Ghost” został on określony jako muddy. Ładnie i trafnie.

Dobra rzecz, do której w tym roku jeszcze wrócę.

(o)(o)

DEWRau. [2021; Pogorecords / Mörtel Sounds]

Oldskulowy, surowy, prosty (są tacy, co uznaliby, że prostacki) post-punk z ekspresyjnym wokalem oraz beatami zamiast perkusji, nagrany na żywo. Muzyka DEW ma w sobie również posmak noise rocka i industrialu i jest lepsza niż granie wielu nachalnie promowanych „nowych zespołów”.

Może i kandydat do zestawienia najlepszych płyt 2021. Ma „Rau.” w sobie coś pociągająco desperackiego, bez popadania w egzaltację.

(o)(o)

WarstoneWhose Roots Know Whence They Sprang [2021; Damien Records + MA Glory]

Battle grind, czyli grind plus odgłosy bitewne. Plus jeden akustyczny numer. Brzmi to niepoważnie, ale jednak Warstone wyróżnia się z tej całej grindowej sieczki.

Nie sądzę, żebym długo pamiętał o „Whose Roots”, ale kasetę chętnie bym przytulił.

(o)(o)

The KLF ‎– Solid State Logik 1 [2021; KLF Communications]

Muszę przyznać, że historia z martwą owcą, którą członkowie tego duetu wielu aliasów chcieli rzucić w tłum, średnio mi się podoba, choć doceniam symbolikę. Tak czy siak, jest to jedno z najoryginalniejszych zjawisk w historii popkultury, które chyba bez wielkiej przesady można postawić obok The Residents. Warto poczytać, czym był i jest duet tworzony przez Billa Drummonda oraz Jimmy’ego Cauty’ego.

THE KLF tworzyło utwory czasem niemal obrzydliwie taneczne, czasem awangardowe, czasem jest to miszmasz. Ta składanka z singlami (w zestawie wspaniałe klasyki „What Time Is Love?” i „3AM Eternal”) jest na to dobrym przykładem, bowiem nim całość kończy się wspólnym numerem z Extreme Noise Terror, możemy usłyszeć „Justified & Ancient” z wokalistką country Tammy Wynette na pokładzie.

The KLF zakończyli działalność, żeby pokazać środkowy palec przemysłowi muzycznemu. Dziś ich składanki można posłuchać m.in. na dymającym muzyków Spotify. I mam wrażenie, że ten krótki materiał – choć bardzo fajny – to nie jest idealny wstęp do poznania twórczości Brytyjczyków. Lepiej zacząć od „normalnych” płyt.

(o)(o)

Celestial SwarmGateways to the Necroverse [2021]

Udeathowiony black czy ublackowiony death – wszystko jedno. Ważne, że stereo jest – chyba sam szatan maczał w tym paluchy. Co ciekawe, wygląda na to, że płyta została nagrana w trzech różnych krajach (Australia, Francja, USA), więc cała czwórka sierściuchów, którzy za nią stoją, nie spotkała się w studiu. Na dodatek nie ma tu żywej perkusji. W związku z tym, że w Nowym Lepszym Świecie nie uświadczysz koncertów, nie padnie często powtarzane pytanie: „ciekawe, jak by to zabrzmiało na żywo?”.

Ciężki, brutalny materiał, trzymający poziom od początku do końca, wliczając niemal ośmiominutowy „The Harvesters”.