the trigger quintet – the trigger quintet + 2 [1995] / dave heath

name your price

twistworthy records

Jedna z moich ulubionych składanek to „Ground Rule Double”. Wydały ją w 1996 Divot i ActionBoy 300, a znaleźli się na niej m.in. Shellac i Mineral, a także wiele mniej znanych kapel. W tym The Trigger Quintet, zespół z Houston, który pozostawił po sobie siódemkę z trzema utworami (Twistworthy Records – ostatni post na fejsie pochodzi z 2019) oraz dwa numery umieszczone na kompilacjach: „Slept for Seven Days” na wspomnianej „Grand Rule Double” i „Crash Course” na „Use This Coupon” (Slave Cut; 1996).

The Trigger Quintet grali absolutnie wspaniałe emo, z którego lata 90. napieprzają jak z „Clerks” albo flanela. To rzecz wchodząca na poziom Hoover, nie czarne grzywki.

Zespół istniał od sierpnia 1994 do lipca 1995 roku. Przynajmniej trzech z czterech jego członków grało w innych kapelach, ale albo ich nie znam, albo nie pamiętam.

Jest nawet koncert, ale kiepsko słychać:

***

Dave Heath (1931-2016). Warto obejrzeć krótki film o nim i poszukać innych materiałów na jego temat, bowiem David Martin Heath miał nieco większe ambicje niż zrobić fajną fotkę. Magia czarno-białej fotografii. Na zdjęciu nr 2 widzimy Roberta De Niro.

karen dalton – it’s hard to tell who’s going to love you the best [1969]

linki w komentarzach / links in comments

wirz.de

Karen Dalton i Tim Hardin w Boulder, Kolorado; lata 60. (fot. Dan Hankin). KD grała ze swoim mężem, gitarzystą Richardem Tuckerem. Czasem tworzyło się trio, gdy dołączał do nich właśnie Hardin

Zakochałem się w płycie „It’s Hard to Tell Who’s Going to Love You the Best”, więc pomyślałem, że jej autorka, Karen Dalton, powinna pojawić się na blogu. Kobiet z gitarami nigdy za wiele, o ile nie jest to np. Maryla Rodowicz.

Wcześniej czyjś wygląd tak bardzo nie pasował mi do głosu, gdy zorientowałem się, że „Where have they been?” nie śpiewa facet po czterdziestce, lecz dwudziestoparolatek. No więc wpierw Ian Curtis, potem Karen Dalton. Nazywano ją „Billie Holiday folku”, co wiele tłumaczy.

Należała do tej samej sceny folkowej, co m.in. Bob Dylan (bardzo ją cenił, występowali razem). Grała na dwunastostrunowej gitarze i bandżo z długim gryfem; jej głos – cytując Janusza Reichela – czasem chwyta za serce, a czasem za jaja (zwłaszcza gdy na koniec wersu wibruje). Sukcesu komercyjnego nie odniosła, dopiero po śmierci zyskała uznanie; i tak zbyt małe. Zyskała je dzięki m.in. Nickowi Cave’owi, który jest nieoceniony – podobnie jak Jason Pierce ze Spiritualized – w przypominaniu folkowych pieśniarzy i pieśniarek.

Myślę: „Karen Dalton” i w głowie pojawia mi się też inna tragiczna postać amerykańskiej kultury, pisarka Carson McCullers.

Mająca problemy z piciem i dragami Dalton, zmarła w wieku 55 lat na chorobę powiązaną z AIDS. Przez długi czas panowało przekonanie, że odeszła jako bezdomna. Wychodzi jednak na to, że ktoś się nią zaopiekował nim zmarła.

Wydała dwie płyty. Oprócz „It’s Hard…” „In My Own Time” (1971). Ta pierwsza robi na mnie większe wrażenie, może dlatego, że jest bardziej surowa. Szkoda tylko, że kosztuje tyle, jakby ją dotknęła nasza inflacja.

Dwa lata temu nakręcono film o tej artystce z Teksasu – „In My Own Time: A Portrait of Karen Dalton” (gdzie go można obejrzeć?). Pojawia się w nim wspomniany Cave. Wiele lat po śmierci autorka „In My Own Time” zaczyna być rozpoznawalna.

W Polsce Karen Dalton może kojarzyć się może co najwyżej z braćmi Daltonami z kreskówki o Luckym Luke’u.

luca brasi – to the tooth [1997] / mark shaw

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Luca Brasi to australijski zespół z Lauceston w Tasmanii, grający melodyjnego punk rocka amerykański zespół z Bostonu w Massachusetts grający noise rocka, ale potrafiący również odnaleźć się w noise’ie („Bach’s Car”), psychodelii („Day Lit Bottle”), drone’ach („Tired Parade”) czy stonerowym zamykaczu („Phone”). Znalazłem go swego czasu, sprawdzając, gdzie grali ludzie z Red Bliss. No i przez Briana McGilivraya trafiłem do Luki Brasiego.

Wykonawców mających taką nazwę jest od groma; w końcu LB to postać z „Ojca chrzestnego”. W związku z tym, że nie ma w necie zdjęcia bostończyków, wrzucam podobiznę przydupasa Vita Corleone, którego, przydupasa, w filmie Coppoli zagrał Lenny Montana.

Nie ma zdjęć zespołu, nie ma nawet porządnych fotek okładki. Dobrze, że ktoś sfotografował swój egzemplarz płyty i wrzucił na Discogs.

„To the Tooth” (oraz dwa single) wydało Reproductive Records (słyszałem „Creeper/Gout” – zajebisty; bardziej agresywne oblicze zespołu), mające w katalogu m.in. Harveya Milka. Split Luki Brasiego z Kudgel (jako Team Kudgel) puściło w świat bostońskie Super 8 Records.

Część składu LB grała razem w Anodyne i Windmills by the Ocean.

„To the Tooth” nie idzie kupić. Pozostałe wydawnictwa zespołu – owszem.

Fantastyczny kawałek grania z drugiej połowy mojej ulubionej dekady.

***

Mark Shaw, czyli m.in. Nico z jamnikami, piękny uśmiech Natalie Wood oraz milion zdjęć Audrey Hepburn.

kerosene 454 – came by to kill me [1996] / camberley kate

linki w komentarzach / links in comments

POMAGAMY UKRAINIE

polyvinyl records

discogs

Odnalezienie na półce kasety „Dischord 4 Poland” skończyło się oczywiście wysłuchaniem jej – z ogromną przyjemnością, za którą stoi nie tylko sentyment do najpiękniejszej dekady w historii ludzkości, ale również po prostu genialna muzyka. Co prawda chyba nigdy nie przekonam się do Slant 6 i Smart Went Crazy, natomiast The Crownhate Ruin, Regulator Watts, Lungfish i rzecz jasna Fugazi to zespoły, których będę słuchać z ekstatycznym zachwytem, póki nie wybiorę się do Abrahama na piwo.

Dołączoną w 1998 do „Brumu” składankę warto było włączyć również z uwagi na Kerosene 454, czyli zespoł, który tak naprawdę znałem kiepsko.

Waszyngtoński band grał w latach 1993-1998. Ma na koncie trzy albumy, z których najbardziej polubiłem drugi, „Came by to Kill Me” (pierwsza piosenka, „Tracer”, otwierała też D4P).

Właśnie znalazłem krótką recenzję płyty na stronie „Washington Post” – autor przywołuje w niej Roberta Frippa i Philipa Glassa. Ja bym – w kontekście mojego może ulubionego numeru, „Injection” – przywołał June of 44.

Darren Zentek wraz z Erikiem Denno gra (albo grał) w zespole Vica Bondiego Report Suspicious Activity. Chyba „grał”, bowiem ostatni wpis na Facebooku RSA pochodzi z 2018 r. Zresztą czy ja mam ochotę słuchać tego, co obecnie nagrywa Bondi? Wczesniej Zentek i Denno mieli niezłą kapelę Oswego.

Jest na „Came by to Kill Me” niemal wszystko, co najbardziej lubię w muzyce, lubiłem i zapewne będę lubił, choć poziom Lungfish, Regulator Watts czy Hoover to nie jest. Fugazi gra w ogóle w innej lidze.

Może wznowią, choć brak K454 na bandcampie Dischordu nie nastraja optymistycznie.

***

W tych paskudnych czasach warto poczytać o pozytywnych postaciach. Oto Kate Ward, znana jako Camberley Kate. Kobieta, która w ciągu swego życia wzięła pod opiekę ponad 600 psów. Koty też lubiła. Nie kryła swej niechęci do ludzi (dzień dobry!), co nie przeszkadzało jej nieść anonimowo pomocy potrzebującym, a mnie prowadzi do mało oryginalnej refleksji, że są na świecie takie osoby, jak pani Ward, i takie chuje, jak np. Kurwin. O gorszych nie wspominając. Warto poszukać w necie artykułów na Jej temat.

v/a – nothing short of total war (part one) [blast first; 1989] / karl hutton

linki w komentarzach / links in comments

POMAGAMY UKRAINIE

blast first

touch and go records

Drugiej części chyba nie było.

Zawsze byłem fanem składanek (nawet samemu chciało mi się je robić), ale w tym roku mam lekki kryzys. Jednej nowej nie zmęczyłem, druga czeka.

Tak czy siak, lubiłem spędzić pół dnia na odsłuchiwaniu kompilacji: najlepiej, gdy znałem ze trzy zespoły, a resztę poznawałem dzięki danej płycie.

Wychodzi tego od groma. Najczęściej miałem do czynienia z postpunkowymi rzeczami i sceną indie z Wielkiej Brytanii, miliardem indie- czy tweepopowych kapel stamtąd. Jakiś zespół wydał jednego singla w 82, a ja z satysfakcją odkrywam informację, że wokalistka Susan obecnie uczy w szkole w Leicester. W sumie przyjemny sposób na marnowanie życia.

Jak wspomniałem, mam lekki kryzys składankowy, ale jak sobie włączyłem „Nothing Short of Total War”, pomyślałem, że można by ją wrzucić. Obok gwiazd są tu zespoły pewnie niektórym nieznane, przez innych zapomniane. Zamula trochę Sonic Youth.

Ta płyta może z jednej strony rozczarowywać, z drugiej – imponować totalną wyjebką. Przepiękny zapis lat 80. i jednocześnie kolejnej dekady.

A kompilacje wciąż mają się dobrze. Dziś – ze smutnych przyczyn – może lepiej niż kiedykolwiek.

Wspomnijmy też z należytym szacunkiem Blast First. Kurde, ile oni wspaniałych rzeczy wydali.

Również w 1989 wyszedł materiał „The Devil’ Jukebox” – to poszerzona wersja „Nothing Short of Total War”.

***

Wspaniały Kurt Hutton, panie i panowie. Nie znalazłem porządnej strony o nim. Mnóstwo zdjęć jest na Getty Images. Niestety każde zostało sprofanowane przez ich logo.

nina nastasia – live at peel acres (10 czerwca 2004)

POMAGAMY UKRAINIE

linki w komentarzach / links in comments

nina nastasia

john peel

touch and go records

Czytając o Stevie Albinim, zazwyczaj trafia się na banały o tym, że nagrywał Nirvanę, Pixies i PJ Harvey; że to „lider” zespołu Shellac, który wcześniej grał w „kontrowersyjnych” zespołach Big Black i Rapeman;  czasem – gdy ktoś się bardziej postara – można się dowiedzieć, że jest niezgorszym pokerzystą. Jakoś jednak nie widzę, żeby podkreślało się rolę Albiniego w promowaniu tworzących muzykę kobiet – by wymienić chociażby Ninę Nastasię i Shannon Wright. A jak wiadomo – w świecie rocka, czyli świecie spoconych kretynów, te łatwo nigdy nie miały.  

Przeczytałem gdzieś, że o Nastasii opowiedział Albiniemu śp. John Peel (o którym sam gitarzysta Shellaca powiedział – na wzruszającym koncercie poświęconym Jego pamięci – że był „hell of a man”). Zaowocowało to współpracą słynnego inżyniera dźwięku z urodzoną w Los Angeles artystką i bodaj moją ulubiona płytą w kategorii singer/songwriter (dość kretyński tag), zresztą jedną z najukochańszych w ogóle – „Dogs”. W ubiegłym roku udało mi się ją kupić na winylu w normalnej cenie.

(Choć z wypowiedzi artystki wychodzi na to, że to Albini wysłał jej nagrania Peelowi).

Polecam – wypowiada się tu żona Peela, Sheila Ravenscroft

56-letnia dziś Nastasia ostatni – „Outlaster” – materiał wydała w 2010 r. (w 2018 pojawiła się piosenka pt. „Handmade Card”, w międzyczasie nic). W tym popierdolonym 2022 ma wyjść nowy album. 

Wrzuciłem utwory zagrane na jednej z sesji u wspomnianego Peela. Jego głos i śmiech Nastasii – kojąco wpływają te nagrania na człowieka.

Nina grała niejednokrotnie u słynnego radiowca, ale to niemal na stówę sesja z 10 czerwca 2004 r., z udziałem Huun Huur Tu – najpopularniejszej grupy muzycznej z Tuwy (sam Peel też się chyba załapał na wokale). Widzę, że grali 1 marca we Wrocławiu.

No, nie jest to Jopek z Kydryńskim. Piękna sprawa.

red bliss – gateway to joy [1991] / dennis stock

linki w komentarzach / links in comments

UKRAINA

discogs

Red Bliss – jedna z miliona grup noiserockowych (jest też w jej graniu trochę grunge’u i metalu, ale proszę się nie bać) z lat 90. Daleka od pierwszej ligi, zapomniana, ale warta poznania.

Z dwóch dużych płyt zdecydowanie bardziej podoba mi się druga, „Gateway to Joy” (szkoda, że nie wyszła na winylu). Red Bliss zrobili w krótkim czasie niesamowity postęp (oba materiały dzielił zaledwie rok; no i drugi album jest 100 razy lepiej nagrany niż „Fishkill”). OK, powiedzmy to wprost: pierwszą płytę trudno zmęczyć, druga jest zajebista.

Na temat tria z Bostonu (Brian McGillivray, Mike Carreiro, Mike Rulli) trudno cokolwiek znaleźć w necie (nawet fotki). Info o dwóch albumach na koncie i split z Brickbat, wszystko wydane w Axis Records. Zero wywiadów. Albo źle szukam.

Po Red Bliss panowie grali w nieznanych mi zespołach: Tool Master i Luca Brasi. Utwór „Towels” z płyty „Fishkill” scoverował zespół Spore. Tyle można się dowiedzieć z Discogsu. All Music też nic nie mówi, za to po wyłączeniu AdBlocka pojawiła mi się reklama banknotu z Janem Pawłem II.

Są za to koncerty na YouTubie. No i płyty można bez problemu kupić. Na Allegro za 7 dych ktoś sprzedaje „Fishkill”.

Ech, i jak tu nie kochać lat 90.

(o)(o)(o)

Dennis Stock – wspaniały był to fotograf. No i kto nie kojarzy zdjęcia z Jamesem Deanem?

USA. New York City. 1955. James DEAN haunted Times Square. For a novice actor in the fifties this was the place to go. The Actors Studio, directed by Lee STRASBERG, was in its heyday and just a block away.
USA. New York, NY. 1954. Dutch actress Audrey HEPBURN during the filming of „Sabrina” by Billy WILDER.
CALIFORNIA.Pacifist demonstrating at Santa Monica. „Waste more land” aludes to the name of the US Commander- in- Chief in Vietnam, General Westmoreland.
USA. California. 1968. Man holding a surfboard on beach steps in Corona Del Mar.
USA. New Mexico. 1971. Resting in a hippie commune in New Mexico. In the latter half of the sixties, a generation with an energy and a vision appeared on the horizon – a dramatic force that brought the American conservative scene to a halt. The young decided to take destiny into their own hands, and shape a future of love and caring. Many groups formed communes throughout the nation.
USA. California. 1968. Venice Beach Rock Festival.

theoretical girls – theoretical record [acute records; 2002] / dirk reinartz

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

acute records

Lubię słuchać składanek z zespołami post-punkowymi i no wave (dużo ich wychodzi) i sprawdzać, jak się potoczyły losy ludzi, którzy w nich grali. Od tych, którzy szybko zniknęli ze sceny, po tych, którzy zrobili karierę w popie, jak chociażby Simple Minds czy INXS.

Jeżeli chodzi o Theoretical Girls, najbardziej znanym członkiem zespołu był Glenn Branca. Legendarny, niezwykły muzyk, który współpracował m.in. z Rhysem Chathamem i Sonic Youth. Zmarł na raka gardła w maju 2018 r.

Jeżeli chodzi o innych członków i członkinie Theoretical Girls, to Margaret de Wys komponuje muzykę filmową, jest też instalatorką dźwięku (o ile tak to można przetłumaczyć). W 2001 r. wydała płytę w Ecstatic Peace!, wytwórni założonej przez Thurstona Moore’a. Strony internetowe, które podlinkowała na Facebooku (ostatni wpis z 2018 r.), padły, trudno więc stwierdzić, jak się ma i co robi.

Wharton Tiers, który wyprodukował chociażby „Meantime” Helmet, ma bardzo dobrą – co dziś jest rzadkością – stronę internetową, więc łatwo sprawdzić, co u niego.

Najtrudniej coś znaleźć na temat Jeffreya Lohna. Ale coś można. No i z Bandcampa Theoretical Girls można się dowiedzieć, że jest artystą, kompozytorem, pisarzem, nauczycielem i hydraulikiem. Był też najważniejszą postacią Theoretical Girls. „Theoretical Record” – na to wygląda – zawiera wyłącznie jego kompozycje, może stąd brak „You Got Me” Branki.

Za życia Theoretical Girls wydały singla „U.S. Millie / You Got Me”, i to by było na tyle. Nagrania tego zespołu (i The Static) można było znaleźć na kompilacji Branki „Songs ‘77’-’79” (merlin.pl sprzedawał ją jako muzykę klasyczną). Lepsza jest jednak „Theoretical Record” (na Bandcampie widnieje jako self-titled).

Jak to w przypadku tego typu wydawnictw, są tu nagrania w lepszej i gorszej, są też właściwie szkice utworów. Nie zmienia to faktu, że ten wybitny zespół w niektórych utworach po prostu jest rewelacyjny – czasem brzmi jakby ożenić Shellaca z „At Action Park” (w „A Minute” chicagowskie trio nawiązuje zresztą do „Computer Dating”) z This Heat. Są to chwile nieprzyzwoicie wręcz intensywnej zajebistości. Końcowe numery, w tytułach których widnieje („Second version”) emanują podskórną energią na granicy rozjebania głośników.

Część utworów brzmi jak poważka grana przy użyciu rockowego instrumentarium, ale nie ma na „Theoretical Record” nudy, akademizmu ani wymyślania kwadratowych jaj. Sama surowa energia zespołu, którego wpływ na gitarowe granie lat późniejszych jest aż nadto słyszalny.

Gdyby zrobić konkurs na najbardziej niedoceniony zespół w historii rocka, pewnie Theoretical Girls zająlby wysokie miejsce. Z drugiej strony, jak docenić coś, co wydało zaledwie singiel.

***

Dirk Reinartz

vineland – vineland (1996) / aaron bunge

linki w komentarzu / links in comments

freadweaver.com

discogs

Ech, kurde faja, wejść w posiadanie takiej kasety…

Vineland – jeden z miliona projektów, przez który przewinął się Doug Scharin (inne to m.in. Codeine, June of 44 i Rex). Discogs wymienia dziewięciu członków zespołu, który ma na koncie zaledwie dwa single i niewydany album (na szczęście można znaleźć w necie) oraz składankę i split.

W necie jest bodaj jedno zdjęcie Vineland – jako kwartetu z Dougiem Scharinem (drugi od lewej)

Na „Vineland” zagrali: Fred Weaver, Jon Fine i znany z chociażby z Maserati perkusista Jerry Fuchs, który zginął w listopadzie 2009 r. Straszna historia.

Szkoda, że ten materiał nigdy się nie ukazał. Typowe dla lat 90. granie, dziś trudne do powtórzenia. Jeśli ktoś lubi Bitch Magnet albo Bastro, na pewno podejdzie mu Vineland. Jest tu parę zagrywek, które postawią na nogi każdego, kto tęskni za najlepszą dekadą XX wieku.

O kapeli krótko i ciekawie opowiedział Weaver (link wyżej). Jest tam również wywiad z Fine’em, który sam siebie określa mianem „fiuta”, co może dać odpowiedź na pytanie o częste zmiany składu i rozpad Vineland mimo nagrania płyty, i to pod okiem Steve’a Albiniego.

Może ktoś kiedyś zremasteruje i wyda „Vineland”. Fajnie by było.

Dodałem również do paczki dwa single (na „Obsidian” bębni Scharin).

***

Aaron Bunge – niby zwykłe fotki na ulicy, a tak mnie wciągnęły, że najchętniej wrzuciłbym ich tu ze 200.

„gonna sing an old song to you right now” – podsumowanie 2021 (cz. II)

Chętnie napisałbym coś ciekawego o koncertach, o tym, że byłem tu i tam, ale tak naprawdę koncertowo miniony rok uratował mi jeden zespół.

W Katowicach rzadko kiedy gra coś ciekawego, na wyjazdy czasem nie ma czasu, czasem chęci, cały czas szaleje ten jebany kowid – nie dziwne, że w przeciwieństwie do czasów przedpandemicznych, nie ma się czym pochwalić, jeżeli chodzi o imprezy.

A ten jeden zespół to Titanic Sea Moon. Najpierw wybraliśmy się na niego do Wyjścia Awaryjnego w Opolu (19.06). O tym, jakim jestem ultrasem twórców „Exit No. 2020” świadczy fakt, że olałem z ich powodu mecz Polska – Hiszpania. Teraz Polskę olał Paulo Sousa, choć z z bardziej opłacalnych powodów. Przynajmniej finansowo.

Po raz drugi pojechaliśmy na TSM do Krakowa, do Bazy (11.12). I okazało się – jak komuś się ładnie napisało – że każdy kolejny koncert tria jest jego najlepszym koncertem. Jest to absolutnie wspaniała kapela, unikalna. Ale jeśli zagrają gdzieś w pobliżu podczas finału Ligi Mistrzów, to się pogniewamy.

27 stycznia Fonoradar wyda nowy album Titanic Sea Moon.

OK, jedziemy z ulubionymi płytami 2021:

(o)

neil young & crazy horsebarn (reprise records)

W czasie pandemii Neil Young prowadzi ożywioną działalność wydawniczą. Poprzedni rok zakończył świetną płytą, na której znajduje się utwór, który powinien stać się jednym z klasyków Kanadyjczyka (sam śpiewa o sobie, że jest „Canerican”), „Welcome Back”. Wspaniały album. Wyrzuciłbym tylko jedną piosenkę, „Shape of You”.

(o)(o)

hedonistsepulchral lacerations [demo]

Nie ma jak klasyczny death metal. Niczego nie wiem o tym zespole, jego członkowie nie są zbyt wylewni.

Inny death wart polecenia, prosto od weteranów z Cannibal Corpse:

(o)(o)(o)

predatorspiral unfolds (total punk records)

Długich siedem lat kazał Drapieżca czekać na nową płytę. Nie oznacza to jednak, że Brannon Greene niczego nie robił, choć wygląda na to, że akurat w 2021 się ożywił: oprócz „Spiral Unfolds” nagrał jeszcze płyty z zespołami Hospice i Nag. Predator to garażowy punk najwyższej próby.

(o)(o)(o)(o)

the exzorzist IIIgospel jamming vol. 1

Zastanawiałem się, co robią ludzie z The Psychic Paramount, i dzięki wywiadowi w magazynie „Lizard” dowiedziałem się, że Drew St. Ivany gra w The Exorzist III. To trio zdaje się niewiele robić, by trafić do masowego odbiorcy. Muzyka bardziej niż ta The Psychic Paramount idącą w stronę psychodelii.

(o)(o)(o)(o)(o)

rudimentary penigreat war (sealed records)

Przy bodaj dwóch pierwszych przesłuchaniach byłem zachwycony. Potem jednak zaczęła mnie męczyć nie najlepsza realizacja płyty. Tak czy siak, „Great War” jest miłą niespodzianką od Nicka Blinko, bo to bardzo dobry materiał. Nie wiadomo, kiedy został nagrany, ale chyba nie są to odrzuty ani inne starocie. Sealed Records wyda arcydzieło Rudimentary Peni, „Death Church”.

A sam Blinko jest tak fascynującą postacią, że zasługuje na film, serial, balet i operę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

facspresent tense (trouble in mind)

Jeśli postpunkowcy z Low Life wspomniani w poprzedni poście, w piątek wieczorem idą się najebać, to ci z FACS wolą pewnie wizytę w galerii sztuki współczesnej.

To zespół niemal idealny. Zaczynam ich coraz bardziej podziwiać, ale coraz mniej lubić. Jest coś zimnego w FACS, ale to zimno nie bierze się z -15 na dworze, tylko z włączonej klimy.

Inny post-punk godny polecenia i pozbawiony poczucia humoru:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

cherubsslo blo 4 frnz & sxy (relapse records)

Pięć utworów jednego z najlepszych noiserockowych zespołów w historii. Chyba dlatego, że tylko bodaj trzy razy wysłuchałem „SLO BLO 4 FRNZ & SXY”, znalazła się tak nisko na liście.

Kiedyś, gdy kupiłem pierwszy materiał Dynasonic, nie wiedziałem, czy słuchać go na 33, czy 45 obrotach. Szajbusy z Cherubs wrzucili na Bandcamp swoje kawałki w 33 i w 45 RPM.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

cuttersmodern problems (y.o.f.c. records)

Garażowy punk z Australii. Wpierw bardzo się nim entuzjazmowałem, potem trochę mi przeszło. Pewnie wróci.

Dzień później: w dużym stopniu wróciło.

Cutters wydali w 2021 jeszcze jeden materiał, też bardzo dobry:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

kompozytspells (don’t sit on my vinyl / gusstaff records)

Dubwave. Można się w Kompozycie zakochać. Zupełnie jak w Dynasonic.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

harmonious theloniousinstrumentals! [a collection of outernational music studies] (bureau b)

To chyba powinno trafić do poniższych staroci. W każdym razie te nagrania Stefana Schwandera są rewelacyjne. To niesamowite, jak wspaniale Niemcy korzystają z tradycji awangardy rockowej swojego kraju.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dominik strycharski core | orkiestra dęta ursussymfonia fabryki ursus (audio cave)

„Wyborcza” na liście umieszcza, „Polityka” chyba też, więc jakiś żenadny blog raczej nie powinien. Ale trudno – to świetna płyta, a poczytacie o niej więcej u innych, np. tych, co docenili też chociażby Foo Fighters.

***

Niesamowicie nudne to pisanie, ale niech będzie jeszcze o trzech starociach.

(o)

alice coltranekirtan: turiya songs (impulse! / ume)

Uduchowione nagrania na głos i Wurlitzera. Nagrania pochodzą z 1982, na nośnikach pojawiły się dopiero w roku ubiegłym.

Hipnotyzujące pieśni, śpiewane w sanskrycie. Taką płytę mogłaby nagrać Nico, gdyby udało się jej osiągnąć spokój ducha. Hipnotyzujące pieśni, śpiewane w sanskrycie. Świetna odtrutka na „gimnazjalną” antyreligijność i zwietrzałe memy o płonących kościołach, „Maryjce” i Slayerze.

Amerykańska pianistka, harfistka, organistka i wokalistka to dla mnie osoba równie fascynująca jak jej mąż, John.

(o)(o)

richard hell & the voidoids – destiny street [complete] (omnivore recordings)

W ubiegłym roku dostałem pierdolca na punkcie Television i Toma Verlaine’a. A od niego blisko do Richarda Hella, który z panem Thomasem Millerem wpierw grał w Neon Boys, a potem przez jakiś czas w Television właśnie.

W 1977 roku Richard Hell & the Voidoids nagrali kultowy album „Blank Generation”. Pięć lat później „Destiny Street”, który co prawda nie osiągnął statusu debiutu, ale raczej trudno go uznać za niewypał. Ryszard Piekło uznał jednakowoż, że jego dzieło brzmi chujowo, i postanowił je na stare lata naprawić. W 2009 roku ukazała się „Destiny Street Repaired”, a w tym, tzn. w zeszłym, „Destiny Street (Complete)”, na którą składają się: pierwotna wersja, naprawiona wersja, „Destiny Street Remixed” oraz „Destiny Street Demos”. Uff…

Warto wspomnieć, że genialnego gitarzystę Roberta Quine’a, który nagrywał pierwotną wersję „Destiny Street”, zastąpił przy reperowaniu dzieła Marc Ribot. Quine, niestety, dawno temu odebrał sobie życie.

Rzecz dla maniaków. Czyli dla niżej niepodpisanego. Na marginesie, Quine i Ribot utworzyli onegdaj trio z Ikue Mori, czego owocem była płyta „Painted Desert” (1995).

(o)(o)(o)

john coltrane – a love supreme: live in seattle (impulse! / ume)

Kiepski mix; tak naprawdę to płyta Elvina Jonesa, nie Trane’a; dziwne, że Impulse to w ogóle wydało. Ponarzekali ludzie na „A Love Supreme: Live in Seattle”, a ja się cieszę w takich sytuacjach, że słoń mi nadepnął na ucho, i mogę się cieszyć tą koncertówką. Ot, choćby takim „A Love Supreme, Pt. II – Resolution”.

Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o „The Lost Concert” Milesa Davisa.

***

Miałem jeszcze napisać o rozczarowaniach muzycznych (Luggage…), ale kto wie, czy te płyty za jakiś czas mi nie podejdą. Zresztą nie lubię kopać.

***

Co jeszcze wyszło fajnego w 2021?

%d blogerów lubi to: