vineland – vineland (1996) / aaron bunge

linki w komentarzu / links in comments

freadweaver.com

discogs

Ech, kurde faja, wejść w posiadanie takiej kasety…

Vineland – jeden z miliona projektów, przez który przewinął się Doug Scharin (inne to m.in. Codeine, June of 44 i Rex). Discogs wymienia dziewięciu członków zespołu, który ma na koncie zaledwie dwa single i niewydany album (na szczęście można znaleźć w necie) oraz składankę i split.

W necie jest bodaj jedno zdjęcie Vineland – jako kwartetu z Dougiem Scharinem (drugi od lewej)

Na „Vineland” zagrali: Fred Weaver, Jon Fine i znany z chociażby z Maserati perkusista Jerry Fuchs, który zginął w listopadzie 2009 r. Straszna historia.

Szkoda, że ten materiał nigdy się nie ukazał. Typowe dla lat 90. granie, dziś trudne do powtórzenia. Jeśli ktoś lubi Bitch Magnet albo Bastro, na pewno podejdzie mu Vineland. Jest tu parę zagrywek, które postawią na nogi każdego, kto tęskni za najlepszą dekadą XX wieku.

O kapeli krótko i ciekawie opowiedział Weaver (link wyżej). Jest tam również wywiad z Fine’em, który sam siebie określa mianem „fiuta”, co może dać odpowiedź na pytanie o częste zmiany składu i rozpad Vineland mimo nagrania płyty, i to pod okiem Steve’a Albiniego.

Może ktoś kiedyś zremasteruje i wyda „Vineland”. Fajnie by było.

Dodałem również do paczki dwa single (na „Obsidian” bębni Scharin).

***

Aaron Bunge – niby zwykłe fotki na ulicy, a tak mnie wciągnęły, że najchętniej wrzuciłbym ich tu ze 200.

„gonna sing an old song to you right now” – podsumowanie 2021 (cz. II)

Chętnie napisałbym coś ciekawego o koncertach, o tym, że byłem tu i tam, ale tak naprawdę koncertowo miniony rok uratował mi jeden zespół.

W Katowicach rzadko kiedy gra coś ciekawego, na wyjazdy czasem nie ma czasu, czasem chęci, cały czas szaleje ten jebany kowid – nie dziwne, że w przeciwieństwie do czasów przedpandemicznych, nie ma się czym pochwalić, jeżeli chodzi o imprezy.

A ten jeden zespół to Titanic Sea Moon. Najpierw wybraliśmy się na niego do Wyjścia Awaryjnego w Opolu (19.06). O tym, jakim jestem ultrasem twórców „Exit No. 2020” świadczy fakt, że olałem z ich powodu mecz Polska – Hiszpania. Teraz Polskę olał Paulo Sousa, choć z z bardziej opłacalnych powodów. Przynajmniej finansowo.

Po raz drugi pojechaliśmy na TSM do Krakowa, do Bazy (11.12). I okazało się – jak komuś się ładnie napisało – że każdy kolejny koncert tria jest jego najlepszym koncertem. Jest to absolutnie wspaniała kapela, unikalna. Ale jeśli zagrają gdzieś w pobliżu podczas finału Ligi Mistrzów, to się pogniewamy.

27 stycznia Fonoradar wyda nowy album Titanic Sea Moon.

OK, jedziemy z ulubionymi płytami 2021:

(o)

neil young & crazy horsebarn (reprise records)

W czasie pandemii Neil Young prowadzi ożywioną działalność wydawniczą. Poprzedni rok zakończył świetną płytą, na której znajduje się utwór, który powinien stać się jednym z klasyków Kanadyjczyka (sam śpiewa o sobie, że jest „Canerican”), „Welcome Back”. Wspaniały album. Wyrzuciłbym tylko jedną piosenkę, „Shape of You”.

(o)(o)

hedonistsepulchral lacerations [demo]

Nie ma jak klasyczny death metal. Niczego nie wiem o tym zespole, jego członkowie nie są zbyt wylewni.

Inny death wart polecenia, prosto od weteranów z Cannibal Corpse:

(o)(o)(o)

predatorspiral unfolds (total punk records)

Długich siedem lat kazał Drapieżca czekać na nową płytę. Nie oznacza to jednak, że Brannon Greene niczego nie robił, choć wygląda na to, że akurat w 2021 się ożywił: oprócz „Spiral Unfolds” nagrał jeszcze płyty z zespołami Hospice i Nag. Predator to garażowy punk najwyższej próby.

(o)(o)(o)(o)

the exzorzist IIIgospel jamming vol. 1

Zastanawiałem się, co robią ludzie z The Psychic Paramount, i dzięki wywiadowi w magazynie „Lizard” dowiedziałem się, że Drew St. Ivany gra w The Exorzist III. To trio zdaje się niewiele robić, by trafić do masowego odbiorcy. Muzyka bardziej niż ta The Psychic Paramount idącą w stronę psychodelii.

(o)(o)(o)(o)(o)

rudimentary penigreat war (sealed records)

Przy bodaj dwóch pierwszych przesłuchaniach byłem zachwycony. Potem jednak zaczęła mnie męczyć nie najlepsza realizacja płyty. Tak czy siak, „Great War” jest miłą niespodzianką od Nicka Blinko, bo to bardzo dobry materiał. Nie wiadomo, kiedy został nagrany, ale chyba nie są to odrzuty ani inne starocie. Sealed Records wyda arcydzieło Rudimentary Peni, „Death Church”.

A sam Blinko jest tak fascynującą postacią, że zasługuje na film, serial, balet i operę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

facspresent tense (trouble in mind)

Jeśli postpunkowcy z Low Life wspomniani w poprzedni poście, w piątek wieczorem idą się najebać, to ci z FACS wolą pewnie wizytę w galerii sztuki współczesnej.

To zespół niemal idealny. Zaczynam ich coraz bardziej podziwiać, ale coraz mniej lubić. Jest coś zimnego w FACS, ale to zimno nie bierze się z -15 na dworze, tylko z włączonej klimy.

Inny post-punk godny polecenia i pozbawiony poczucia humoru:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

cherubsslo blo 4 frnz & sxy (relapse records)

Pięć utworów jednego z najlepszych noiserockowych zespołów w historii. Chyba dlatego, że tylko bodaj trzy razy wysłuchałem „SLO BLO 4 FRNZ & SXY”, znalazła się tak nisko na liście.

Kiedyś, gdy kupiłem pierwszy materiał Dynasonic, nie wiedziałem, czy słuchać go na 33, czy 45 obrotach. Szajbusy z Cherubs wrzucili na Bandcamp swoje kawałki w 33 i w 45 RPM.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

cuttersmodern problems (y.o.f.c. records)

Garażowy punk z Australii. Wpierw bardzo się nim entuzjazmowałem, potem trochę mi przeszło. Pewnie wróci.

Dzień później: w dużym stopniu wróciło.

Cutters wydali w 2021 jeszcze jeden materiał, też bardzo dobry:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

kompozytspells (don’t sit on my vinyl / gusstaff records)

Dubwave. Można się w Kompozycie zakochać. Zupełnie jak w Dynasonic.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

harmonious theloniousinstrumentals! [a collection of outernational music studies] (bureau b)

To chyba powinno trafić do poniższych staroci. W każdym razie te nagrania Stefana Schwandera są rewelacyjne. To niesamowite, jak wspaniale Niemcy korzystają z tradycji awangardy rockowej swojego kraju.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dominik strycharski core | orkiestra dęta ursussymfonia fabryki ursus (audio cave)

„Wyborcza” na liście umieszcza, „Polityka” chyba też, więc jakiś żenadny blog raczej nie powinien. Ale trudno – to świetna płyta, a poczytacie o niej więcej u innych, np. tych, co docenili też chociażby Foo Fighters.

***

Niesamowicie nudne to pisanie, ale niech będzie jeszcze o trzech starociach.

(o)

alice coltranekirtan: turiya songs (impulse! / ume)

Uduchowione nagrania na głos i Wurlitzera. Nagrania pochodzą z 1982, na nośnikach pojawiły się dopiero w roku ubiegłym.

Hipnotyzujące pieśni, śpiewane w sanskrycie. Taką płytę mogłaby nagrać Nico, gdyby udało się jej osiągnąć spokój ducha. Hipnotyzujące pieśni, śpiewane w sanskrycie. Świetna odtrutka na „gimnazjalną” antyreligijność i zwietrzałe memy o płonących kościołach, „Maryjce” i Slayerze.

Amerykańska pianistka, harfistka, organistka i wokalistka to dla mnie osoba równie fascynująca jak jej mąż, John.

(o)(o)

richard hell & the voidoids – destiny street [complete] (omnivore recordings)

W ubiegłym roku dostałem pierdolca na punkcie Television i Toma Verlaine’a. A od niego blisko do Richarda Hella, który z panem Thomasem Millerem wpierw grał w Neon Boys, a potem przez jakiś czas w Television właśnie.

W 1977 roku Richard Hell & the Voidoids nagrali kultowy album „Blank Generation”. Pięć lat później „Destiny Street”, który co prawda nie osiągnął statusu debiutu, ale raczej trudno go uznać za niewypał. Ryszard Piekło uznał jednakowoż, że jego dzieło brzmi chujowo, i postanowił je na stare lata naprawić. W 2009 roku ukazała się „Destiny Street Repaired”, a w tym, tzn. w zeszłym, „Destiny Street (Complete)”, na którą składają się: pierwotna wersja, naprawiona wersja, „Destiny Street Remixed” oraz „Destiny Street Demos”. Uff…

Warto wspomnieć, że genialnego gitarzystę Roberta Quine’a, który nagrywał pierwotną wersję „Destiny Street”, zastąpił przy reperowaniu dzieła Marc Ribot. Quine, niestety, dawno temu odebrał sobie życie.

Rzecz dla maniaków. Czyli dla niżej niepodpisanego. Na marginesie, Quine i Ribot utworzyli onegdaj trio z Ikue Mori, czego owocem była płyta „Painted Desert” (1995).

(o)(o)(o)

john coltrane – a love supreme: live in seattle (impulse! / ume)

Kiepski mix; tak naprawdę to płyta Elvina Jonesa, nie Trane’a; dziwne, że Impulse to w ogóle wydało. Ponarzekali ludzie na „A Love Supreme: Live in Seattle”, a ja się cieszę w takich sytuacjach, że słoń mi nadepnął na ucho, i mogę się cieszyć tą koncertówką. Ot, choćby takim „A Love Supreme, Pt. II – Resolution”.

Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o „The Lost Concert” Milesa Davisa.

***

Miałem jeszcze napisać o rozczarowaniach muzycznych (Luggage…), ale kto wie, czy te płyty za jakiś czas mi nie podejdą. Zresztą nie lubię kopać.

***

Co jeszcze wyszło fajnego w 2021?

„i’m too old to drink in pubs” – podsumowanie 2021 (cz. I)

Przez parę ostatnich pojawiały się płyty, dzięki którym znów czułem się (albo niemal tak się czułem), jakbym był nastolatkiem poznającym te wszystkie zajebiste zespoły. „Jericho Sirens” Hot Snakes, „High Anxiety” Oozing Wound, „Exit No. 2020” Titanic Sea Moon…

W tym roku znów ukazało się mnóstwo świetnych albumów, ale żaden nie wyjebał mnie z butów. Najbliżej tego były bodaj „Czasy” Doli, od których zacząłem zestawienie swoich ulubionych płyt kończącego się roku. Jak zwykle – bez udupiającego podziału na Polskę i zagranicę. Im dalej, tym kolejność coraz bardziej umowna.

Ciekawie jest po paru latach sprawdzić, czy materiały, w których się zasłuchiwałem, wciąż mi się podobają. Pamiętam, jak 11 lat wstecz przeżywałem „My Father Will Guide Me a Rope to the Sky” Swans. Nie włączyłem tej płyty od ładnych paru lat i szczerze wątpię, że dziś przebrnąłbym przez nią.

(Słucham teraz „The Space In Which The Uncontrollable Unknown Resides, Can Be The Place From Which Creation Arises” Work Money Death i myślę o tym, że kompletnie zaniedbałem jazz).

Wydaje mi się, że do każdej z poniższych płyt będę wracał. Czas pokaże.

(o)

dolaczasy (widno)

Furia i Odraza przynudziły, więc najlepszym polskim zespołem metalowym ogłaszam Dolę. Szkoda, że ten materiał nie wyszedł na winylu, bo niesamowity klimat, jaki wygenerowali Grono, Maras i Stempol, aż się prosi o ten nośnik.

recenzja

(o)(o)

mike majkowskifields (audio. visuals. atmosphere.)

Oren Ambarchi od jakiegoś czasu nagrywa rzeczy, które średnio mi podchodzą, ale minimal na najwyższym poziomie znalazłem na „Fields” Mike’a Majkowskiego, jednej trzeciej wybitnego tria Lotto. Pierwszy numer, „Oceans of Fog”, dorównuje najlepszym rzeczom nagranym przez tę formację.

Majkowski wydał w 2021 jeszcze bodaj dwie płyty: „Four Pieces” i „The Glider” (z Nickiem Garbettem), ale posłucham ich dopiero w nowym roku.

(o)(o)(o)

kowloon walled citypiecework (neurot recordings)

Emo-sludge. Uwielbiam tę kapelę; kapitalnie panowie dawkują emocje, jak gdyby chcieli, żeby słuchacz odczuwał niedosyt. I w sumie odczuwam. Soundtrack do trudnego dnia, miesiąca, życia. Bardzo bym chciał zobaczyć ich na żywo, ale tym razem nie jako support (np. Neurosis, od którego i tak wypadli sto razy lepiej).

Inna rzecz w podobnych klimatach godna polecenia:

(o)(o)(o)(o)

low lifefrom squats to lots: the agony & xtc of low life (goner / alter / lulu’s sonic disc club)

Moja ulubiona postpunkowa ekipa nie nagrała płyty równie dobrej jak „Downer Edn” (2019). Ale w końcu do „From Squats to Lots” się przekonałem, choć chwilę to trwało. Jest coś, co bardzo mi podchodzi u tych Australijczyków. Robią wrażenie gości, którym granie sprawia rzeczywiście frajdę, którzy lubią się najebać i rzucić karczemnym dowcipem. Wydają się naturalni niczym poranne postawienie klocka. Oby robili dalej swoje.

Inny post-punk godny polecenia:

(o)(o)(o)(o)(o)

tindersticksdistractions (lucky dog / city slang)

Tutaj to sam się zaskoczyłem. Moja ulubiona z płyt nagranych w 2021 przez nudne zespoły. Nie wiem, czy znalazłaby się na liście, gdyby nie wspaniały cover „A Man Needs a Maid” Neila Younga. Kupiłem nawet winyl żonie na urodziny i zabrzmiał tak genialnie, że równie dobrze mógłbym go kupić sobie.

Inna nudna płyta warta polecenia:

Muzyczny minimalizm i głos wokalisty przywodzą na myśl „Songs for Drella” – nagraną przez Lou Reeda i Johna Cale’a płytę poświęconą Andy’emu Warholowi.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

direct threatdirect threat (iron lung records / quality control HQ)

Punx not dead. Może nie u nas, ale jednak not dead. 8 minut wpierdolu.

Inna płyta z Iron Lung, dzięki której chce się żyć:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

usa/mexicodel rio (12xu / riot season)

Trzej panowie znani z Butthole Surfers, Marriage czy Shit and Shine doprowadzili do ekstremum to, co grają Brainbombs, No Balls czy Orchestra of Constant Distress. Ciekawe, na ile płyt starczy pary.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

white suns the lower way (decoherence records)

7-10 lat temu płyty White Suns były wysoko oceniane nawet na Pitchforku i Tiny Mix Tapes. Lata lecą, a ten noiserockowy (zdecydowanie bardziej „noise” niż „rockowy”) zespół robi swoje. Nie poszedł na kompromis, nie próbował się przypodobać, egzystuje na uboczu. Dla mnie to jedna z najlepszych kapel XXI wieku.

Oprócz „The Lower Way” wydali w tym roku składankę „Modern Preserves”, zawierającą niepublikowane kawałki demo, odrzuty z sesji i improwizacje live.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ostrowskiendless fluctuations (pawlacz perski)

„Od kosmicznych odlotów po bity, które są jak uderzenie młotkiem w głowę”. To ważny dla mnie materiał, ścieżka dźwiękowa do tego złego roku. No i przy jego okazji popełniłem jedną z nielicznych recenzji, z których jestem zadowolony.

Inna rzecz z Pawlacza Perskiego szczególnie godna uwagi:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

zzzuzzzu (głowa konia nagrania)

Paweł Nałyśnik potrafi w ciągu roku wydać więcej ciekawych płyt niż inni grajkowie przez całe życie. Czasem nawet za dużo, jak w przypadku Parampampam Trio, które współtworzy. Dwa albo trzy lata temu PPPT wydało tyle epek, że nie było szans na nadążanie z recenzjami.

Oprócz ZZZU Paweł wydał też materiał jako Sune Soundtracks, za którym stoi wyjątkowo ciekawy koncept.

Nałyśnik zajmuje się również grafiką, o czym możemy się przekonać, podziwiając okładki jego płyt oraz innych artystów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

maszyny i motyle – sepr (wyd. własne)

NEU! spotyka Tortoise w Studiu Eksperymentalnym Polskiego radia.

Wyjątkowy pomysł na płytę i wyjątkowa jego realizacja. No i nie jest to eksperyment dla eksperymentu – świetnie się „SEPR” słucha.

***

Ciąg dalszy obawiam się, że nastąpi. Dorzucę jeszcze najlepsze kawałki 2021:

pan sonic – a [1999] / elina brotherus

linki w komentarzach / links in comments

pan sonic (kiepska strona, ale dobrze, że jest)

mika vainio

ilpo väisänen

Pan Sonic (każdy wie, że nazywali się Panasonic, ale dojebał się do tego Panasonic) był chyba pierwszym zespołem niemającym nic wspólnego z szeroko pojętym rockiem, którego muzyka wywołała u mnie ciarki na plecach.

W latach 90. można się było zastanawiać, czy muzyka elektroniczna – w Polsce jej największym propagatorem (przynajmniej w mainstreamie) był Rafał Księżyk, przy okazji ględzący o kryzysie gitarowego grania i… zachwycający się wieloma zespołami gitarowymi – wytrzyma próbę czasu, czy utwory opiewanych wtedy artystów za 10-20 lat nie będą brzmieć jak gówno.

Jak zwykle najmądrzejszy okazał się czas, który udowodnił, że niektórzy z jego próby wyszli zwycięsko: np. „Biokinetics” Porter Ricks to wciąż arcydzieło, a nagrania Pan Sonic – czyli Miki Vainio (zm. 12.04.2017) i Ilpo Väisänena – wciąż stanowią radykalną operację nie tyle na bębenkach, co na mózgu słuchacza. Tak więc, czytelniku miły, załóż sobie słuchawki, włącz „A”, skup się i poczuj przyjemność z bólu, jaki zadają utwory „Askel”, „Ahdin” czy „Rajatila”.

To był wielki zespół, jedyny w swoim rodzaju. Po śmierci Vainio (będąc na klifie, spadł z sześciu metrów do morza) interesowałem się jedynie pośmiertnymi płytami Pan Sonic. Nie przyszło mi do głowy, by sprawdzić, co robi Väisänen. Pojebane jest zresztą to, że przez długi czas byłem pewien, że nie żyją obaj. Może to jakaś projekcja z Coil – wszak ten padół opuścili już i Jhonn Balance, i Peter Christopherson. Pora nadrobić.

W początkowej fazie działalności Pan Sonic był triem, które uzupełniał Sami Salo.

Nawiązując do drugiego akapitu – nie zestarzało się. „A” to wciąż minimalistyczne arcydzieło.

Mogli wszystko. Nagramy najlepszy ambient? Ok. Dojebane techno? Nie ma sprawy. Coś, co wygoni z klubu wszystkich pozerów? Zrobione.

***

Elina Brotherus, czyli My Dog is Cuter Than Your Ugly Baby.

tanker – tanker [2011] / stanko abadžić

free download

mihael bele – yt

Bardzo dobra płyta, chyba jedyna rzecz, jaką Tanker nagrał czy wydał. Zespół pochodził z Zagrzebia, a grał w nim m.in. Mihael Bele, znany z noiserockowego Joe 4 (który chyba padł na amen) oraz z eksperymentalno-postrockowego Peach Pit (jw.).

Sześć świetnych numerów, wydanych na CD przez Remorker Records, który powstał chyba tylko po to, by wypuścić w świat „Tanker”.

To, że Chorwaci umieją grać noise rocka, to żadna niespodzianka – wyżej widzimy nazwę Joe 4, pamiętamy też doskonałą kapelę SexA.

Fajnie byłoby mieć to CD, ale szanse na to pewnie są żadne.

***

Tak bardzo mi podeszły zdjęcia Stanko Abadžicia, że aż wrzuciłem więcej niż mam w zwyczaju.

taba – sen o czarnej drodze [enjoy life; 2021]

enjoy life

taba

Czasem w pracy potrzebuję czegoś od Kierownika, więc przerywam mu na chwilę opierdalanie się w jego kanciapie. Zawsze ma tam włączony telewizor, w którym zazwyczaj leci jakaś telewizja muzyczna. Do moich ulubionych wideoklipów należą te, w których goście wycinają na gitarach, choć w kawałku, który leci, ni chuja nie usłyszysz gitary. Ostatnio również nie mogłem się oderwać od wideo, na którym Shakira wykonywała quasi-seksowne ruchy, przybierając maksymalnie niewygodne pozy na… desce surfingowej. Poziom skretynienia w tym przypadku mógł zaskoczyć nawet kogoś, kto widział już wszystko.

Piszę o tym, gdyż w poniedziałek, 24 sierpnia, miałem już kłaść się spać, ale w związku z tym, że wcześniej zasnąłem na meczu West Ham – Leicester (był bardzo ciekawy [wyróżnił się zwłaszcza Michail Antonio] – kimnąłem z powodu całodniowego zmęczenia), dałem sobie jeszcze pół godzinki, by obejrzeć klipy nagrane do płyty Taby „Sen o Czarnej Drodze” (to żadna nowość – kaseta trafiła do mnie jako bonus do materiału, o którym słówko niżej).

Jadwiga Taba to ½ Nac/Hut Report, dziwacznego duetu, który kilka razy pojawił się na 10 fucking stars – ostatnio przy okazji świetnej, tegorocznej płyty „DOM 1919”.

Muzyka JT na „Śnie” – dziwaczny indie pop (?), jak gdyby w zwolnionym tempie – przypomina – co nie stanowi zaskoczenia – Nac/Hut Report. Jest to jednak rzecz nieco mniej zgrzytliwa, ale może nawet bardziej niepokojąca, i jednocześnie w pewnym sensie dziecięca. Panuje tu klimat, jakby Muminki zabłądziły i znalazły się w lesie w Twin Peaks.

Muzyka sama w sobie jest intrygująca, ale tak naprawdę zyskuje w połączeniu z klipami (każdy utwór ma swoje wideo). Co więcej, gdy obejrzysz obrazy, które powstały na potrzeby „Snu o czarnej Drodze”, lepiej się słucha później tego materiału już bez włączania YouTube’a.

Niepokojące, psychodelizujące wizje, które można poznać, wchodząc na kanał Polish Hauntology Stories. Dobry przykład na to, że dziś nie trzeba kasy. Wystarczy wyobraźnia. Przynajmniej, jak idzie o sztukę.

Szusować po lesie na desce surfingowej – oto pomysł na nowe wideo.

***

„Sen o Czarnej Drodze” bardzo ładnie wydało na kasecie enjoy life.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

nac/hut report – dom 1919 [crunchy human children records; 2021]

nac/hut report

crunchy human children records

Taking Drugs to Make Music to Take Drugs To

Zabierałem się do płyty „DOM 1919” jak pies do jeża. Bardzo lubię Nac/Hut Report, ten dziwaczny duet z Krakowa, i obawiałem się, że jeśli nie zmienił czegoś w swoim graniu, przyjdzie mi napisać, że równie dobrze zamiast nowych nagrań, można posłuchać wcześniejszych. 

Okazało się, że zmianę osiągnięto w prosty sposób: nieco łagodząc brzmienie.

Na użytek poprzednich recenzji określiłem granie Nac/Hut Report jako „dream noise”. No więc na „DOM 1919” jest trochę więcej „dreamu” i trochę mniej „noise’u”. Tyle że jest to noise specyficzny – jak gdyby połamany czy okaleczony. A dream w sumie (vide chociażby „Odblask północy”) raczej niespokojny.

Oczywiście nie ma mowy o jakiejkolwiek chęci przypodobania się czy koniunkturalizmie twórców. To, co robią tajemniczy J.T. i L.M., ma mniej więcej takie szanse na to, by trafić do mas, jak recenzowane tu w tym roku Szpety albo Sambar. À propos Szpetów – to właśnie z nimi Nac/Hut Report przegrywa w moim prywatnym rankingu walkę o miano najdziwniejszego polskiego zespołu.

„DOM 1919” – jak to brzmi? Jakby ktoś połączył dream pop/shoegaze (we wspaniałym „Już błyska się” słychać My Bloody Valentine) z noise’em i wrzucił w to dźwięki jakiejś spreparowanej pozytywki i Bóg wie czego. Niezwykle oryginalnym pomysłem było wykorzystanie nagrań zarejestrowanych przez fonografy cylindrowe – nagrań z lat 1901-1919, autorstwa zazwyczaj anonimowych muzyków. Dodajmy do tego ten kojący, eteryczny wokal (posłuchajcie choćby niesamowitych „Ech fal”) i mamy coś, co na papierze wygląda jak jakiś przegięty miszmasz, a w rzeczywistości jest uporządkowanym chaosem, który ma ogromne szanse chwycić za serce każdego, kogo mózgownica potrafi wyjść poza schemat zwrotka-refren tudzież paździerz Męskiego Grania.

Nac/Huc Report nagrał bodaj najłatwiejszą w odbiorze płytę i jednocześnie najlepszą. Jak widać, złagodzenie brzmienia nie musi oznaczać spadku formy muzycznej i skapcanienia.

Zgrzyty i słodycz w niemal idealnej symbiozie.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

paul newman – frames per second [1997] / herb ritts

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Pozostajemy w klimacie, w który wprowadza ostatnio wrzucony przez mnie zespół, Dianogah, ale przenosimy się z Chicago do Austin. Paul Newman również grał coś, co można by określić jako mieszankę post– i math rocka, choć tym razem tego drugiego jest mniej.

Nazwa kojarzy się od razu ze wspaniałym amerykańskim aktorem. Na marginesie, jakiś czas temu przypomniałem sobie film „The Sting” George’a Roya Hilla – no, nie da się tego chłopa nie lubić. Paul A. Newman to również basista zespołu Paul Newman. Łapiecie, nie? Bodaj najbardziej znaną postacią z tej kapeli jest Edward Robert, basista indierockowego I Love You But I’ve Chosen Darkness (bardzo lubię ich płytę „Fear Is On Our Side” (2006).

„Frames Per Second” – ale to jest dobre. Jedna z lepszych pozycji w katalogu Trance Syndicate, labelu Kinga Coffeya z Butthole Surfers, w którym znajdziemy również takich mistrzów jak Johnboy, Pain Teens, Cherubs czy Bedhead.

Cztery LP na koncie plus single, split, kompilacja… Zresztą można sprawdzić na Discogsie, co wydał Paul Newman. Ostatnia płyta, „This Is How It Is Lost” (2005), nie trzymała poziomu poprzednich. Nie pomógł w jego utrzymaniu chociażby wokal.

Tak czy siak, był to wspaniały zespół. Podobnie jak Dianogah, niedoceniony.

Przerobiłem całą dyskografię Paula – zdecydowanie warto. Nawet na ostatniej płycie jest mnóstwo ciekawych momentów.

***

Herb Ritts (ten w okularach, obcinający sprzęt modela; 1952-2002) – autor m.in. słynnego zdjęcia Madonny. Nie przepadam za tą raszplą, więc je tylko linkuję. Piękna robota (fotografia jako przejaw eskapizmu), za krótkie życie.

milkmine – braille [1994] / pedro meyer

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Noise rock z Cincinnati. Zespół, o którym w sumie nic nie wiadomo, ale przynajmniej jest fotka. Szkoda, bo lubię poczytać o tym, co robią ludzie ze starych kapel.

Grali na dwa basy – to na pewno ich wyróżnia; pytanie, czy to dobrze, czy źle. Na „Braille” są zajebiste momenty, są też takie, dzięki którym można by się do Milkmine zniechęcić („Snapshot”, „Snotboy”, „Loddy”); jest tu odrobinę średnio fascynującego rocka i grunge’u. No ale ważne, że minusy nie przysłoniły plusów. W każdym razie nie mamy tu do czynienia z sytuacją wiewiórki, która nie potrafi ani zasłonić fortepianu, ani na nim zawiewiórczyć.

Na pewno nie zniechęcił się nikt, kto zaczął słuchanie tego tria od siódemki „Super M”. Milkmine ma również na koncie split z Liquor Bike.

Chętnie bym coś więcej napisał o zespole czy dalszych losach jego członków, ale – jak wspomniałem – nie znalazłem żadnego info.

„Braille” kupiłem za 12,90 zł na Allegro. Wkładka do płyty nie przynosi żadnych ciekawych informacji na temat Milkmine.

Fani Cherubs znajdą tu coś dla siebie.

***

Pedro Meyer

swob – dyskografia / marcel mariën

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Zdjęć kapeli nie ma w necie. Tzn. jedno niby jest, ale – po pierwsze- zamazane, a po drugie kiedyś fotka zespołu Johnboy okazało się być fotką zespołu Johnboy, tyle że innego, nie tego z Trance Syndicate. Tak więc wrzucam plakat z koncertu

Kolejny noiserockowy zespół z lat 90., który nie zostawił po sobie wielu nagrań. Choć w sumie nie jest źle, bo do trzech „siódemek” (ostatnia, „The Explosion of Scilence”, to chyba biały kruk) dochodzi niewydany LP „Persis Hussey”.

Rzecz trochę różni się od poprzednich. Może label, który miał to wydać, uznał, że dziwadło nie zejdzie. Z drugiej strony, wychodziły wtedy bardziej pojebane rzeczy. Z trzeciej, to już były czasy, gdy gitarowe granie przestawało być modne, a Księżyk bredził, że nie ukazują się dobre, gitarowe płyty, tera tylko tekno. A może ktoś przeleciał czyjąś dziewczynę albo przepił kasę? Summa summarum, nie wiem, czemu w końcu LP nie wyszedł (na jakimś forum znalazłem info na ten temat, ale to było raczej gdybanie, że Project a Bomb coś tam, coś tam).

Nie mam też pojęcia, czy tytuły utworów są prawdziwe (zakładam, że tak, biorąc pod uwagę te z „prawdziwych” płyt. Inna sprawa, że pierwszy jest urwany, ale gdy próbowałem dociec, co powinno być zamiast kropek, wyskoczyło mi Męskie Granie, więc wolę już nie sprawdzać) i czy te kawałki to ostateczna wersja tego, co miało się ukazać. W sumie, kurdefaja, szkoda, że nie wyszło.

Nie wiem też, co robili panowie ze Swob po tym, jak zespół skończył grać. Trudno nawet powiedzieć, czy posługiwali się prawdziwymi nazwiskami. Poza Toddem Doehringiem, związanym z kilkoma nieznanymi mi kapelami. Ale tagi typu „math rock” czy „post-hardcore” sprawiają, że trzeba je sprawdzić.

A najlepsza, jeżeli chodzi o nagrania Swob, jest epka „Neutrinos”. Nie wiem, czy 10/10, ale tak z 9,5 na pewno. ;)

***

Marcel Mariën – kapitalny surrealista, który potem został sytuacjonistą, ale jak idzie o izmy to słaby jestem, więc się nie wypowiem.

%d blogerów lubi to: