vineland – vineland (1996) / aaron bunge

linki w komentarzu / links in comments

freadweaver.com

discogs

Ech, kurde faja, wejść w posiadanie takiej kasety…

Vineland – jeden z miliona projektów, przez który przewinął się Doug Scharin (inne to m.in. Codeine, June of 44 i Rex). Discogs wymienia dziewięciu członków zespołu, który ma na koncie zaledwie dwa single i niewydany album (na szczęście można znaleźć w necie) oraz składankę i split.

W necie jest bodaj jedno zdjęcie Vineland – jako kwartetu z Dougiem Scharinem (drugi od lewej)

Na „Vineland” zagrali: Fred Weaver, Jon Fine i znany z chociażby z Maserati perkusista Jerry Fuchs, który zginął w listopadzie 2009 r. Straszna historia.

Szkoda, że ten materiał nigdy się nie ukazał. Typowe dla lat 90. granie, dziś trudne do powtórzenia. Jeśli ktoś lubi Bitch Magnet albo Bastro, na pewno podejdzie mu Vineland. Jest tu parę zagrywek, które postawią na nogi każdego, kto tęskni za najlepszą dekadą XX wieku.

O kapeli krótko i ciekawie opowiedział Weaver (link wyżej). Jest tam również wywiad z Fine’em, który sam siebie określa mianem „fiuta”, co może dać odpowiedź na pytanie o częste zmiany składu i rozpad Vineland mimo nagrania płyty, i to pod okiem Steve’a Albiniego.

Może ktoś kiedyś zremasteruje i wyda „Vineland”. Fajnie by było.

Dodałem również do paczki dwa single (na „Obsidian” bębni Scharin).

***

Aaron Bunge – niby zwykłe fotki na ulicy, a tak mnie wciągnęły, że najchętniej wrzuciłbym ich tu ze 200.

„gonna sing an old song to you right now” – podsumowanie 2021 (cz. II)

Chętnie napisałbym coś ciekawego o koncertach, o tym, że byłem tu i tam, ale tak naprawdę koncertowo miniony rok uratował mi jeden zespół.

W Katowicach rzadko kiedy gra coś ciekawego, na wyjazdy czasem nie ma czasu, czasem chęci, cały czas szaleje ten jebany kowid – nie dziwne, że w przeciwieństwie do czasów przedpandemicznych, nie ma się czym pochwalić, jeżeli chodzi o imprezy.

A ten jeden zespół to Titanic Sea Moon. Najpierw wybraliśmy się na niego do Wyjścia Awaryjnego w Opolu (19.06). O tym, jakim jestem ultrasem twórców „Exit No. 2020” świadczy fakt, że olałem z ich powodu mecz Polska – Hiszpania. Teraz Polskę olał Paulo Sousa, choć z z bardziej opłacalnych powodów. Przynajmniej finansowo.

Po raz drugi pojechaliśmy na TSM do Krakowa, do Bazy (11.12). I okazało się – jak komuś się ładnie napisało – że każdy kolejny koncert tria jest jego najlepszym koncertem. Jest to absolutnie wspaniała kapela, unikalna. Ale jeśli zagrają gdzieś w pobliżu podczas finału Ligi Mistrzów, to się pogniewamy.

27 stycznia Fonoradar wyda nowy album Titanic Sea Moon.

OK, jedziemy z ulubionymi płytami 2021:

(o)

neil young & crazy horsebarn (reprise records)

W czasie pandemii Neil Young prowadzi ożywioną działalność wydawniczą. Poprzedni rok zakończył świetną płytą, na której znajduje się utwór, który powinien stać się jednym z klasyków Kanadyjczyka (sam śpiewa o sobie, że jest „Canerican”), „Welcome Back”. Wspaniały album. Wyrzuciłbym tylko jedną piosenkę, „Shape of You”.

(o)(o)

hedonistsepulchral lacerations [demo]

Nie ma jak klasyczny death metal. Niczego nie wiem o tym zespole, jego członkowie nie są zbyt wylewni.

Inny death wart polecenia, prosto od weteranów z Cannibal Corpse:

(o)(o)(o)

predatorspiral unfolds (total punk records)

Długich siedem lat kazał Drapieżca czekać na nową płytę. Nie oznacza to jednak, że Brannon Greene niczego nie robił, choć wygląda na to, że akurat w 2021 się ożywił: oprócz „Spiral Unfolds” nagrał jeszcze płyty z zespołami Hospice i Nag. Predator to garażowy punk najwyższej próby.

(o)(o)(o)(o)

the exzorzist IIIgospel jamming vol. 1

Zastanawiałem się, co robią ludzie z The Psychic Paramount, i dzięki wywiadowi w magazynie „Lizard” dowiedziałem się, że Drew St. Ivany gra w The Exorzist III. To trio zdaje się niewiele robić, by trafić do masowego odbiorcy. Muzyka bardziej niż ta The Psychic Paramount idącą w stronę psychodelii.

(o)(o)(o)(o)(o)

rudimentary penigreat war (sealed records)

Przy bodaj dwóch pierwszych przesłuchaniach byłem zachwycony. Potem jednak zaczęła mnie męczyć nie najlepsza realizacja płyty. Tak czy siak, „Great War” jest miłą niespodzianką od Nicka Blinko, bo to bardzo dobry materiał. Nie wiadomo, kiedy został nagrany, ale chyba nie są to odrzuty ani inne starocie. Sealed Records wyda arcydzieło Rudimentary Peni, „Death Church”.

A sam Blinko jest tak fascynującą postacią, że zasługuje na film, serial, balet i operę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

facspresent tense (trouble in mind)

Jeśli postpunkowcy z Low Life wspomniani w poprzedni poście, w piątek wieczorem idą się najebać, to ci z FACS wolą pewnie wizytę w galerii sztuki współczesnej.

To zespół niemal idealny. Zaczynam ich coraz bardziej podziwiać, ale coraz mniej lubić. Jest coś zimnego w FACS, ale to zimno nie bierze się z -15 na dworze, tylko z włączonej klimy.

Inny post-punk godny polecenia i pozbawiony poczucia humoru:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

cherubsslo blo 4 frnz & sxy (relapse records)

Pięć utworów jednego z najlepszych noiserockowych zespołów w historii. Chyba dlatego, że tylko bodaj trzy razy wysłuchałem „SLO BLO 4 FRNZ & SXY”, znalazła się tak nisko na liście.

Kiedyś, gdy kupiłem pierwszy materiał Dynasonic, nie wiedziałem, czy słuchać go na 33, czy 45 obrotach. Szajbusy z Cherubs wrzucili na Bandcamp swoje kawałki w 33 i w 45 RPM.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

cuttersmodern problems (y.o.f.c. records)

Garażowy punk z Australii. Wpierw bardzo się nim entuzjazmowałem, potem trochę mi przeszło. Pewnie wróci.

Dzień później: w dużym stopniu wróciło.

Cutters wydali w 2021 jeszcze jeden materiał, też bardzo dobry:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

kompozytspells (don’t sit on my vinyl / gusstaff records)

Dubwave. Można się w Kompozycie zakochać. Zupełnie jak w Dynasonic.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

harmonious theloniousinstrumentals! [a collection of outernational music studies] (bureau b)

To chyba powinno trafić do poniższych staroci. W każdym razie te nagrania Stefana Schwandera są rewelacyjne. To niesamowite, jak wspaniale Niemcy korzystają z tradycji awangardy rockowej swojego kraju.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dominik strycharski core | orkiestra dęta ursussymfonia fabryki ursus (audio cave)

„Wyborcza” na liście umieszcza, „Polityka” chyba też, więc jakiś żenadny blog raczej nie powinien. Ale trudno – to świetna płyta, a poczytacie o niej więcej u innych, np. tych, co docenili też chociażby Foo Fighters.

***

Niesamowicie nudne to pisanie, ale niech będzie jeszcze o trzech starociach.

(o)

alice coltranekirtan: turiya songs (impulse! / ume)

Uduchowione nagrania na głos i Wurlitzera. Nagrania pochodzą z 1982, na nośnikach pojawiły się dopiero w roku ubiegłym.

Hipnotyzujące pieśni, śpiewane w sanskrycie. Taką płytę mogłaby nagrać Nico, gdyby udało się jej osiągnąć spokój ducha. Hipnotyzujące pieśni, śpiewane w sanskrycie. Świetna odtrutka na „gimnazjalną” antyreligijność i zwietrzałe memy o płonących kościołach, „Maryjce” i Slayerze.

Amerykańska pianistka, harfistka, organistka i wokalistka to dla mnie osoba równie fascynująca jak jej mąż, John.

(o)(o)

richard hell & the voidoids – destiny street [complete] (omnivore recordings)

W ubiegłym roku dostałem pierdolca na punkcie Television i Toma Verlaine’a. A od niego blisko do Richarda Hella, który z panem Thomasem Millerem wpierw grał w Neon Boys, a potem przez jakiś czas w Television właśnie.

W 1977 roku Richard Hell & the Voidoids nagrali kultowy album „Blank Generation”. Pięć lat później „Destiny Street”, który co prawda nie osiągnął statusu debiutu, ale raczej trudno go uznać za niewypał. Ryszard Piekło uznał jednakowoż, że jego dzieło brzmi chujowo, i postanowił je na stare lata naprawić. W 2009 roku ukazała się „Destiny Street Repaired”, a w tym, tzn. w zeszłym, „Destiny Street (Complete)”, na którą składają się: pierwotna wersja, naprawiona wersja, „Destiny Street Remixed” oraz „Destiny Street Demos”. Uff…

Warto wspomnieć, że genialnego gitarzystę Roberta Quine’a, który nagrywał pierwotną wersję „Destiny Street”, zastąpił przy reperowaniu dzieła Marc Ribot. Quine, niestety, dawno temu odebrał sobie życie.

Rzecz dla maniaków. Czyli dla niżej niepodpisanego. Na marginesie, Quine i Ribot utworzyli onegdaj trio z Ikue Mori, czego owocem była płyta „Painted Desert” (1995).

(o)(o)(o)

john coltrane – a love supreme: live in seattle (impulse! / ume)

Kiepski mix; tak naprawdę to płyta Elvina Jonesa, nie Trane’a; dziwne, że Impulse to w ogóle wydało. Ponarzekali ludzie na „A Love Supreme: Live in Seattle”, a ja się cieszę w takich sytuacjach, że słoń mi nadepnął na ucho, i mogę się cieszyć tą koncertówką. Ot, choćby takim „A Love Supreme, Pt. II – Resolution”.

Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o „The Lost Concert” Milesa Davisa.

***

Miałem jeszcze napisać o rozczarowaniach muzycznych (Luggage…), ale kto wie, czy te płyty za jakiś czas mi nie podejdą. Zresztą nie lubię kopać.

***

Co jeszcze wyszło fajnego w 2021?

„i’m too old to drink in pubs” – podsumowanie 2021 (cz. I)

Przez parę ostatnich pojawiały się płyty, dzięki którym znów czułem się (albo niemal tak się czułem), jakbym był nastolatkiem poznającym te wszystkie zajebiste zespoły. „Jericho Sirens” Hot Snakes, „High Anxiety” Oozing Wound, „Exit No. 2020” Titanic Sea Moon…

W tym roku znów ukazało się mnóstwo świetnych albumów, ale żaden nie wyjebał mnie z butów. Najbliżej tego były bodaj „Czasy” Doli, od których zacząłem zestawienie swoich ulubionych płyt kończącego się roku. Jak zwykle – bez udupiającego podziału na Polskę i zagranicę. Im dalej, tym kolejność coraz bardziej umowna.

Ciekawie jest po paru latach sprawdzić, czy materiały, w których się zasłuchiwałem, wciąż mi się podobają. Pamiętam, jak 11 lat wstecz przeżywałem „My Father Will Guide Me a Rope to the Sky” Swans. Nie włączyłem tej płyty od ładnych paru lat i szczerze wątpię, że dziś przebrnąłbym przez nią.

(Słucham teraz „The Space In Which The Uncontrollable Unknown Resides, Can Be The Place From Which Creation Arises” Work Money Death i myślę o tym, że kompletnie zaniedbałem jazz).

Wydaje mi się, że do każdej z poniższych płyt będę wracał. Czas pokaże.

(o)

dolaczasy (widno)

Furia i Odraza przynudziły, więc najlepszym polskim zespołem metalowym ogłaszam Dolę. Szkoda, że ten materiał nie wyszedł na winylu, bo niesamowity klimat, jaki wygenerowali Grono, Maras i Stempol, aż się prosi o ten nośnik.

recenzja

(o)(o)

mike majkowskifields (audio. visuals. atmosphere.)

Oren Ambarchi od jakiegoś czasu nagrywa rzeczy, które średnio mi podchodzą, ale minimal na najwyższym poziomie znalazłem na „Fields” Mike’a Majkowskiego, jednej trzeciej wybitnego tria Lotto. Pierwszy numer, „Oceans of Fog”, dorównuje najlepszym rzeczom nagranym przez tę formację.

Majkowski wydał w 2021 jeszcze bodaj dwie płyty: „Four Pieces” i „The Glider” (z Nickiem Garbettem), ale posłucham ich dopiero w nowym roku.

(o)(o)(o)

kowloon walled citypiecework (neurot recordings)

Emo-sludge. Uwielbiam tę kapelę; kapitalnie panowie dawkują emocje, jak gdyby chcieli, żeby słuchacz odczuwał niedosyt. I w sumie odczuwam. Soundtrack do trudnego dnia, miesiąca, życia. Bardzo bym chciał zobaczyć ich na żywo, ale tym razem nie jako support (np. Neurosis, od którego i tak wypadli sto razy lepiej).

Inna rzecz w podobnych klimatach godna polecenia:

(o)(o)(o)(o)

low lifefrom squats to lots: the agony & xtc of low life (goner / alter / lulu’s sonic disc club)

Moja ulubiona postpunkowa ekipa nie nagrała płyty równie dobrej jak „Downer Edn” (2019). Ale w końcu do „From Squats to Lots” się przekonałem, choć chwilę to trwało. Jest coś, co bardzo mi podchodzi u tych Australijczyków. Robią wrażenie gości, którym granie sprawia rzeczywiście frajdę, którzy lubią się najebać i rzucić karczemnym dowcipem. Wydają się naturalni niczym poranne postawienie klocka. Oby robili dalej swoje.

Inny post-punk godny polecenia:

(o)(o)(o)(o)(o)

tindersticksdistractions (lucky dog / city slang)

Tutaj to sam się zaskoczyłem. Moja ulubiona z płyt nagranych w 2021 przez nudne zespoły. Nie wiem, czy znalazłaby się na liście, gdyby nie wspaniały cover „A Man Needs a Maid” Neila Younga. Kupiłem nawet winyl żonie na urodziny i zabrzmiał tak genialnie, że równie dobrze mógłbym go kupić sobie.

Inna nudna płyta warta polecenia:

Muzyczny minimalizm i głos wokalisty przywodzą na myśl „Songs for Drella” – nagraną przez Lou Reeda i Johna Cale’a płytę poświęconą Andy’emu Warholowi.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

direct threatdirect threat (iron lung records / quality control HQ)

Punx not dead. Może nie u nas, ale jednak not dead. 8 minut wpierdolu.

Inna płyta z Iron Lung, dzięki której chce się żyć:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

usa/mexicodel rio (12xu / riot season)

Trzej panowie znani z Butthole Surfers, Marriage czy Shit and Shine doprowadzili do ekstremum to, co grają Brainbombs, No Balls czy Orchestra of Constant Distress. Ciekawe, na ile płyt starczy pary.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

white suns the lower way (decoherence records)

7-10 lat temu płyty White Suns były wysoko oceniane nawet na Pitchforku i Tiny Mix Tapes. Lata lecą, a ten noiserockowy (zdecydowanie bardziej „noise” niż „rockowy”) zespół robi swoje. Nie poszedł na kompromis, nie próbował się przypodobać, egzystuje na uboczu. Dla mnie to jedna z najlepszych kapel XXI wieku.

Oprócz „The Lower Way” wydali w tym roku składankę „Modern Preserves”, zawierającą niepublikowane kawałki demo, odrzuty z sesji i improwizacje live.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ostrowskiendless fluctuations (pawlacz perski)

„Od kosmicznych odlotów po bity, które są jak uderzenie młotkiem w głowę”. To ważny dla mnie materiał, ścieżka dźwiękowa do tego złego roku. No i przy jego okazji popełniłem jedną z nielicznych recenzji, z których jestem zadowolony.

Inna rzecz z Pawlacza Perskiego szczególnie godna uwagi:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

zzzuzzzu (głowa konia nagrania)

Paweł Nałyśnik potrafi w ciągu roku wydać więcej ciekawych płyt niż inni grajkowie przez całe życie. Czasem nawet za dużo, jak w przypadku Parampampam Trio, które współtworzy. Dwa albo trzy lata temu PPPT wydało tyle epek, że nie było szans na nadążanie z recenzjami.

Oprócz ZZZU Paweł wydał też materiał jako Sune Soundtracks, za którym stoi wyjątkowo ciekawy koncept.

Nałyśnik zajmuje się również grafiką, o czym możemy się przekonać, podziwiając okładki jego płyt oraz innych artystów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

maszyny i motyle – sepr (wyd. własne)

NEU! spotyka Tortoise w Studiu Eksperymentalnym Polskiego radia.

Wyjątkowy pomysł na płytę i wyjątkowa jego realizacja. No i nie jest to eksperyment dla eksperymentu – świetnie się „SEPR” słucha.

***

Ciąg dalszy obawiam się, że nastąpi. Dorzucę jeszcze najlepsze kawałki 2021:

kkz – se01 [jvdasz iskariota rec.; 2021] / łukasz poleszak – korzenie [nagrania somnambuliczne; 2021] / chore ia – reanimacja [antenna non grata; 2021]

Wszystkie płyty tu przedstawione zasługują na osobny post. O to, że wrzuciłem je do jednego, można winić chodzenie do pracy, sześć kotów, które zawracają dupę, mecze piłkarskie, seriale itd. oraz coraz większe poczucie, że pisanie o muzyce jest dość głupie. Albo po prostu stare, dobre lenistwo.

Notki na temat KKZ i Łukasza Poleszaka pisane były na żywo, podczas słuchania muzyki. Inaczej z Chorym Ia, o którym pisało mi się najtrudniej, i za cholerę nie wiedziałem, co to miałoby być.

***

Kowalski/Kowalski/Zadrużyński – SE01 [Jvdasz Iskariota Rec.; 2021]

Pierwsze wydawnictwo z serii „S3RI4L NVMB3RS”, „która za zadanie ma prezentację i promocję efemerycznych nagrań muzyki improwizowanej i eksperymentalnej dokonanych przez zaproszonych muzyków sceny niezależnej. Podstawą projektu są sesje nagraniowe z udziałem zaproszonych muzyków, instrumentalistów reprezentujących różne środowiska muzyczne, którzy grając ze sobą po raz pierwszy, nawiązują swobodny i konceptualny muzyczny dialog”. Kuratela producencka: Szymon Szwarc.

Brzmi poważnie. I jest poważnie, gdyż tych sześć kawałków wbrew – być może uzasadnionym – obawom, to nie jest improwizacja będąca synonimem nudnawego pitolenia, sztuki dla sztuki, lecz rzecz robiąca wrażenie przemyślanej i nawiązującej do dokonań najciekawszych formacji rodzimej alternatywy: Rozwodu (Damian Kowalski zresztą gra w nim), Dynasonic czy Lotto.

Na mnie największe wrażenie robi bodaj numer „E04”, w którym KKZ osiągają poziom nagrań śp. Jakiego Liebezeita i Burnta Friedmanna z serii „Secret Rhythms”. Zresztą mam wrażenie, że nad robotą perkusyjną na „SE01” unosi się duch genialnego perkusisty Can.

Kapitalny jest również ten fragment zamykającego płytę „E06”, gdy KKZ wchodzą na naprawdę wysoki poziom intensywności. Innym utworom też niczego nie brakuje.

Świetny materiał. Panowie Kowalski, Kowalski i Zadrużyński – ukłony!

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Łukasz PoleszakKorzenie [Nagrania Somnambuliczne; 2021]

Prace nad „Korzeniami” trwały sześć lat – były podróżą od Śląska przez Barcelonę po Zanzibar. Czy wypadałoby w ogóle skrytykować coś, na co artysta poświęcił aż tyle czasu ze swego cennego życia? Oczywiście, że wypadałoby. Na szczęście płytę wydaną przez Nagrania Somnambuliczne można – choć nie bezkrytycznie – polecić.

Słuchając jej, myślę o miejscach, które zapewne są fascynujące, i wiem, że raczej nigdy ich nie odwiedzę. To często niepokojące dźwięki, o czym przekonujemy się już przy „Białych klifach”, drugim utworze na „Korzeniach”. Ale niepokój ten (wyobraźmy sobie, że znajdujemy się gdzieś… nie wiem… dajmy na to przed wielkim, rozłożystym drzewem, z dala od miasta) nie dotyczy uczucia, że może nam się coś stać, lecz tego, że piękno roztaczające się wokół może zniknąć.

Gdy leci chociażby „Księżyc” (nb. utwór najbardziej wpadający w ucho), mam wrażenie, że Poleszak faktycznie nagrał płytę o czymś, czego zaraz nie będzie.

Nie podzielałem opinii Jarka Szczęsnego z Nowamuzyka.pl, że dobrym posunięciem było dodanie wokali do „Korzeni”, bowiem te nie są mocnym punktem płyty. Wolałem zresztą, żeby w miejscach przywoływanych muzyką Poleszaka nie było ludzi.

Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem doszedłem do wniosku, że niektóre utwory bez głosu pewnie wiele by straciły (np. „Wilcze tropy” i „Serce lasu”). Podsumowując: czasem wokal przeszkadza, czasem pomaga.

„Pozyskiwałem je (dźwięki – 10fs) w bardzo różny sposób. Na przykład bardzo lubiłem chodzić na całodniowe wycieczki w góry, albo do lasu, gdzie wchodziłem najgłębiej jak się dało, tak, żeby żaden człowiek nie przechodził w pobliżu, i zostawiałem w możliwie najdzikszym miejscu rejestrator. Oddalałem się i po kilku godzinach wracałem po sprzęt. Dopiero w domu sprawdzałem, co się złapało. Czasami siedziałem obok i słuchałem natury, co stało się moją formą medytacji”opowiada Poleszak Aleksandrze Wojcińskiej. Do stworzenia nagrań użył m.in. nagrań terenowych, syntezatora analogowego, mis tybetańskich oraz dzwonków zaphir.

A mnie ciekawi, czy pojawiły się głosy zarzucające Poleszakowi, że przerobił egzotykę na zbyt przystępne dźwięki, na ambient i elektronikę dla mniej wymagającego słuchacza. Przysłuchując się niektórym fragmentom tej ciekawej płyty (za którą stoi nawet ciekawsza od niej historia), wcale bym się nie zdziwił. Inna sprawa, że sam Poleszak „rozbraja” takie zarzuty w wyżej wspomnianym wywiadzie, który gorąco polecam.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Chore IaReanimacja [Antenna Non Grata / Wanatka; 2021]

Robiąc porządki w kasetach, natrafiłem na prawdziwą perełkę: materiał „Neologizmowa” Chorego IA, wydany w 1995 r. przez OBUH Records (na zdjęciu głównym). Ładnie, trochę baśniowo to wygląda, pasując do hasła „Muzyka jakiej świat nie widzi”, będącego tytułem płyty sztandarowego zespołu OBUH-a, Za Siódmą Górą.

Spotkałem się ostatnio z opinią, że polski underground przeżywa kryzys, również wydawniczy. Najwyraźniej nie dotknął on Antenny Non Grata, bo w tym roku ta ma na koncie bodaj 13 wydawnictw (wliczając składanki). Sam pisałem o trzech: Szpetach, Sambarze i dosłownie przez chwilą o Trio_io.

Chore IA to solowy projekt Jacka Wanata, „filozofa, basisty, miłośnika awangardy rockowej”, od lat generującego dziwne dźwięki, wydawane przez wspomniany OBUH czy Requiem Records. Trzeba przyznać, że chłop prowadzi dość ożywioną działalność, gdyż oprócz „Reanimacji”(jest też na jego Bandcampie, ale z inną okładką niż antennowa) nagrał w tym roku bodaj trzy płyty.

W przypadku Poleszaka jego opowieść wpływa korzystnie na odbiór „Korzeni”. Frywolna gadka Wanata („Raczej trudno ją [„Reanimację” – 10fs] nucić i z pewnością nie można przy niej rytmicznie poklaskać. No i ten niemodny temat: umieranie. A jednak – jeśli się jej słucha – to wpada do ucha. Bo do tego właśnie służy muzyka: do słuchania – nie do latania.”) – niekoniecznie. Nie chodzi mi o to, żeby autor nagrał film, na którym przez godzinę smutno patrzy w czarną ścianę, ale rola kpiarza, którą przybrał, średnio mi tu pasuje. A stwierdzenie, że nie da się do „Reanimacji” rytmicznie poklaskać, jest już w ogóle niepotrzebne. Jak wiemy, Polacy nie umieją rytmicznie klaskać do niczego, o czym przekonuje się każdy muzyczny gwiazdor z zagranicy, który próbuje ich (czyli nas) do tego namówić na koncertach, na których gra z playbacku. Tak przynajmniej zawsze twierdzili dziennikarze muzyczni. Czyżby tylko zagraniczny odbiorca twórczości Chorego IA może nie klaskać z sensem przy jego nagraniach?

Miałem – co może widać – problem, żeby napisać cokolwiek o „Reanimacji” („20 utworów w pięciu aktach – jedna opowieść”), będącej na CD jednym kawałkiem, trwającym niecałe 70 minut. Znalazłem jednak prosty sposób na ten problem: ściągnąłem ją sobie ze wspomnianego Bandcampa Wanata i proszę – od razu lepiej, gdy wiem, kiedy dany utwór się zaczyna, a kiedy kończy.

Zarówno „Neologizmowa”, jak i późniejsza o 26 lat „Reanimacja” mają w sobie pewien amatorski klimat; jakby Wanat nie chciał zabrzmieć do końca poważnie. Mam wrażenie, że choć śmierć z „Reanimacji” to zazwyczaj ta Bergmanowska, od szachów, to często artysta zwraca się do słuchacza: „patrzcie, robię coś na poważnie, o umieraniu, ale żeby nie wystraszyć was wszystkich do końca (i siebie samego?), zaprosiłem też Pana Śmierć z Monty Pythona” (tego, od „bo wy, Angole, jesteście tacy, kurwa, pompatyczni”)..

Miałem ostatnio do czynienia ze śmiercią – nie ma do niej dobrego soundtracku. Horror ambient, który zafundowało Chore IA, trochę mnie przeraża, ale też doceniam elementy – choć to może zbyt mocne slowo – frywolne (w muzyce, nie w opisie zawartości płyty; choć kto wie, czy gdyby nie ów opis, usłyszałbym pewną dezynwolturę w dźwiękach). Dobrze się przy „Reanimacji” zasypia, choć biorąc pod uwagę dźwięki pojawiające się przykładowo w „Phobii” – było to może tylko moje zmęczenie.

Warto – głównie dzięki „Agonii” – spróbować się zmierzyć z tym, co proponuje Wanat. Pytanie, czy będzie się chciało do tego wracać.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

trio_io – new animals [2021; antenna non grata]

trio_io

antenna non grata

Niby „New Animals”, a bohaterami płyty są zwierzęta dobrze znane z telewizji, może nawet z kontaktów osobistych: oposy, wieloryby, lamy, mrówki, dzięcioły, słonie oraz pszczoły. Nie można ufać awangardzistom.

***

Trio_io widziałem w marcu ub.r. w Katowicach. Koncert odbył się przy okazji katowickiego JazzArtu (by być dokładnym: w ramach Before Katowice JazzArt Festival 2020), więc frekwencja była konkretna. Chwilę później ogłoszono pandemię, więc przepadł mi chociażby występ Hioba Dylana i Vermona Kids w Drzwiach Zwanych Koniem. O Full of Hell i Eye Flys we Wrocławiu nie wspominając.

Nie żebym wierzył w negatywną moc sprawczą Zofii Ilnickiej (flet), Łukasza Marciniaka (gitara elektryczna) i Jakuba Wosika (skrzypce), ale gdy cała trójka ponownie, w listopadzie br., zawitała do Katowic, znów wiązało się to ze straszeniem obywatela obostrzeniami, lockdownem itp.

Tym razem (17 listopada) Trio_io zagrało w Bazarze „niezależnej mody, sztuki i muzyki” (niedawno wystąpił tam chociażby typ z Zs). Frekwencja mniejsza niż przed ponad rokiem (bo to przecież żaden JazzArt, tylko zwykły koncert), ale i tak według mnie niezła, jak na Katowice (czemu nie zrobiłem żadnego zdjęcia?).

***

Porównywanie czegoś, co miało miejsce kilkanaście miesięcy wstecz, z tym, co odbyło się przed chwilą, nie ma wielkiego sensu, bo pamięć nas oszukuje, ale mam wrażenie, że Ilnicka, Marciniak i Wosik na bazarowym koncercie lepiej współbrzmieli niż półtora roku temu.

Kapitalnie patrzyło się na to, jak cała trójka „znęca się” nad swoimi instrumentami – jak Marciniak robi swoje czary-mary na gitarze, a Ilnicka i Wosik używają fletu i skrzypiec nie tylko w klasyczny sposób, ale też szarpią struny albo używają ich jako instrumentów perkusyjnych (na płycie słychać to najlepiej chyba w „Woodpeckers”). To nieklasyczne podejście do fletu, skrzypiec i gitary nie ma nic wspólnego z popisywaniem się. Przeciwnie – Trio_io gra minimalistycznie. Podobnie jak recenzowani niedawno El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra zdaje się wyznawać zasadę, że lepiej jeden dźwięk za mało niż jeden za dużo.

A ja z pierwszym odsłuchem „New Animals” czekałem właśnie do momentu, gdy obejrzę Trio_io na żywo, choć w takich przypadkach zawsze jest ryzyko, że powie się: „Eee… To nie to samo, co live”.

***

 „Nasza muzyka jest wypadkową trzech umysłów, trzech różnych języków muzycznych, trzech różnych źródeł pochodzenia. Nasze spotkanie przyniosło otwarte formy, czerpiące z tradycji muzyki kompozytorów współczesnych, eksperymentów z preparacją instrumentów oraz elementów free jazzu i muzyki ludowej. Nasza muzyka może być określana po prostu jako nowa muzyka” – pisze o sobie – zwięźle i z sensem – Trio_io.

Jak zwykle, słuchając czegoś, co z rockiem zdaje się nie mieć niczego wspólnego (nawet mimo obecności gitary elektrycznej), najbardziej lubię te momenty, gdy to awangardowe coś granie rockowe przypomina. W przypadku Trio_io można chociażby pomyśleć o radykalnych postrockowcach ze Storm & Stress (chaos w „Whales”). Pojawiają się na „New Animals” też echa niemal industrialu (gitara w „Llamas”) czy psychodelii.

Trio nie gra muzyki łatwej (podobnie jak na koncercie, na płycie dalekie jest od konwencjonalnego traktowania instrumentów), przy goleniu raczej tego nie zanucisz (w każdym razie raczej bym nie próbował), choć też nie jest to drapanie styropianem po szybie. Każdy, kto ma umysł otwarty na niecodzienne dźwięki, powinien poznać „New Animals”. No i poprzedni materiał, „Waves”.

Przeszkadza mi może tylko jedno: niemal przy każdym odsłuchu mam wrażenie, że tak jak każdy z utworów podoba mi się osobno („Llamas”, „Woodpeckers” czy „Bees” to rzeczy – jak mówią mądrzy ludzie – arcydzielne), tak nie do końca – mimo że za płytą stoi jasna koncepcja przedstawienia zwierząt za pomocą dźwięków – potrafię odebrać ją jako całość. Może w ten sposób: poprzez muzykę Ilnickiej, Marciniaka oraz Wosika, przejawia się różnorodność świata przyrody? W końcu co ma wspólnego mrówka ze słoniem. OK, koniec z tanim filozofowaniem.


Kot (cat) – zwierzę pominięte na „New Animals”

Jeden z najciekawszych polskich zespołów nagrał świetną płytę (gustownie wydaną na CD przez Antennę Non Grata). I tą mało efektowną konstatacją kończymy.

PS Choć półtora roku temu widziałem na koncercie Trio_io więcej osób niż teraz, mam wrażenie, że wreszcie Ilnicka, Marciniak i Wosik zostali jako tako zauważeni. A może to tylko moja, facebookowa bańka.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

pan sonic – a [1999] / elina brotherus

linki w komentarzach / links in comments

pan sonic (kiepska strona, ale dobrze, że jest)

mika vainio

ilpo väisänen

Pan Sonic (każdy wie, że nazywali się Panasonic, ale dojebał się do tego Panasonic) był chyba pierwszym zespołem niemającym nic wspólnego z szeroko pojętym rockiem, którego muzyka wywołała u mnie ciarki na plecach.

W latach 90. można się było zastanawiać, czy muzyka elektroniczna – w Polsce jej największym propagatorem (przynajmniej w mainstreamie) był Rafał Księżyk, przy okazji ględzący o kryzysie gitarowego grania i… zachwycający się wieloma zespołami gitarowymi – wytrzyma próbę czasu, czy utwory opiewanych wtedy artystów za 10-20 lat nie będą brzmieć jak gówno.

Jak zwykle najmądrzejszy okazał się czas, który udowodnił, że niektórzy z jego próby wyszli zwycięsko: np. „Biokinetics” Porter Ricks to wciąż arcydzieło, a nagrania Pan Sonic – czyli Miki Vainio (zm. 12.04.2017) i Ilpo Väisänena – wciąż stanowią radykalną operację nie tyle na bębenkach, co na mózgu słuchacza. Tak więc, czytelniku miły, załóż sobie słuchawki, włącz „A”, skup się i poczuj przyjemność z bólu, jaki zadają utwory „Askel”, „Ahdin” czy „Rajatila”.

To był wielki zespół, jedyny w swoim rodzaju. Po śmierci Vainio (będąc na klifie, spadł z sześciu metrów do morza) interesowałem się jedynie pośmiertnymi płytami Pan Sonic. Nie przyszło mi do głowy, by sprawdzić, co robi Väisänen. Pojebane jest zresztą to, że przez długi czas byłem pewien, że nie żyją obaj. Może to jakaś projekcja z Coil – wszak ten padół opuścili już i Jhonn Balance, i Peter Christopherson. Pora nadrobić.

W początkowej fazie działalności Pan Sonic był triem, które uzupełniał Sami Salo.

Nawiązując do drugiego akapitu – nie zestarzało się. „A” to wciąż minimalistyczne arcydzieło.

Mogli wszystko. Nagramy najlepszy ambient? Ok. Dojebane techno? Nie ma sprawy. Coś, co wygoni z klubu wszystkich pozerów? Zrobione.

***

Elina Brotherus, czyli My Dog is Cuter Than Your Ugly Baby.

el pricto & degenerative spontaneous orchestra – spontaneous live series 008 [spontaneous music tribune; 2021]

bandcamp

trybuna muzyki spontanicznej

dragon social club

„Czego może chcieć od poważki taki kmiot jak ja?” – że strawestuję tekst Jacka Cygana, wspaniale zaśpiewany przez Ryszarda Rynkowskiego.

Mój jedyny kontakt z muzyką poważną to niedawny Konkurs Chopinowski, nadawany w radiowej Dwójce i włączany podczas jazdy samochodem przez moją cudowną żonę (osobiście liczyłem na Kodyma w Trójce). I obejrzane ponownie arcydzieło Miloša Formana, „Amadeusz”.

***

Paweł Doskocz i Diego Caicedo (gitary elektryczne), Ostap Mańko (skrzypce), Witold Oleszak (fortepian), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Vasco Trilla (perkusja), Paweł Sokołowski (saksofon sopraninowy) oraz Jasper Stadhouders (mandolina w „Karol Szymanowski – String quartet No. 2 – II. Vivace scherzando [degenerated into a mandolin concerto]”) – jak widać, za powstaniem „Spontaneous Live Series 008: El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra” stało kilka osób, których talenty ogarniał tytułowy El Pricto – „dyrygent i spontaniczny degenerator” (czy to słowo ma jakieś sensowne polskie tłumaczenie?).

Doskocz wykupił abonament na 10 fucking stars, Mańko i Oleszak też już się tu pojawili, dla reszty to debiut.

***

Co ciekawe, choć skład wygląda bogato, muzyka jest raczej minimalistyczna. Artyści grają tak, jakby trzymali się zasady, że lepiej zagrać trzy nuty za mało niż o jedną za dużo. Zdarzają się jednak rozbuchane momenty.

***

Gdyby każdego oceniać z osobna, wyróżnią się zwłaszcza Mańko – np. we wspomnianym „Karol Szymanowski – String quartet No. 2 – I. Moderato dolce e tranquilo (very degenerated)” i „Fryderyk Chopin – Largo in Eb for piano (grotesquely degenerated)”; jest chyba najjaśniejszą postacią na płycie. 

***

A gdybym miał wskazać ulubiony jej fragment, to bliski memu sercu jest zwłaszcza ten od 3:45 do 4:01 w drugim utworze.

***

Na marginesie, świetne są te – ironiczne, jak mi się wydaje –  dopiski do tytułów w nawiasach: „very degenerated”, „grotesquely degenerated”…

***

Najlepszy utwór to bodaj „Mieczysław Karłowicz – Romans from serenata for strings, Op. 3 (degenerated)”. I w nim chyba najlepiej słychać to, jak świetnie koncert został nagrany. Posłuchałoby się go z winylu, choć i CD to dobry nośnik.

Całość została zarejestrowana przez Bartka Olszewskiego podczas „Degenerative 4th Spontaneous Music Festival” (10.10.2020, poznański Dragon Social Club).

***

Są na „Spontaneous Live Series 008: El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra” takie pierdolnięcia, że na trzeciego gitarzystę El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra mogliby wziąć Steve’a Albiniego z okresu „At Action Park”.

***

Kolejne odsłuchy tego materiału dają poczucie, że recenzowanie go pozbawione jest sensu, bowiem co rusz wzbudza on nieco inne odczucia; co innego się podoba.

Tak więc może nie Mańko, a  Müller. Może nie „Mieczysław Karłowicz”, lecz „Fryderyk Chopin”. Za każdym razem co innego albo też wszystko naraz.

Nieprzewidywalność wrażeń w muzyce improwizowanej – to ma sens.

***

Poprzednie wydawnictwo ze „Spontaneous Live Series”, oznaczone numerem numerem 007 „El Pricto Electric Guitar Quintet (version 2020)”, to materiał być może na inną opowieść.

***

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

a czasem nawet

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

staszek fungus – bloudit [pawlacz perski; 2021]

staszek fungus – bandcamp

staszek fungus – facebook

pawlacz perski – bandcamp

pawlacz perski – facebook

„Psychoakustyczne halucynacje” – sprawdzamy, czy warto im ulec.

***

Mam wrażenie, że Pawlacz Perski, kładąc nacisk na psychodeliczny charakter „Bloudit”, podkreśla odrębność materiału Staszka Fungusa od tego, co ten szacowny kasetowy label wydał wcześniej.

Mnie jednak owe utwory, które „(…) umieszczają nas wewnątrz miejsc będących dźwiękowymi halucynacjami opatrzonymi ścieżką dźwiękową” (Lech Nienartowicz), nie wydają się czymś bardzo odmiennym od wielu innych wydawnictw Pawlacza; zwłaszcza skojarzenie z „wodną psychodelią” Wojtka Kurka, którą mogliśmy podziwiać na „Buoyancy”, jest żywe.

***

Na chwilę z innej beczki. Do łba przyszła mi też poboczna refleksja, mająca się nijak do tego, co nagrał Staszek Fungus. Słuchając trzeciego utworu – „216 metrów, za oknem”, pomyślałem o tych wszystkich przeciętnych lub kiepskich zespołach rockowych, które nudę swej muzyki próbują przykryć psychodelizującymi zagrywkami. Problem ten występuje zapewne wszędzie, ale patriotycznie wymienię tu nasz Myslovitz. Z perspektywy czasu zabawnym wydaje się fakt, że jego lider Artur Rojek pozował na jedynego eksperymentatora w mysłowickiej grupie. Zabawnym, gdy skonfrontuje się dawne ambicje z nędzą jego obecnych, solowych dokonań. „Psychodeliczne ozdobniki jako narzędzie mające ukryć nudę muzyki rockowej i popowej” – temat, nad którym chyba warto się kiedyś bardziej pochylić.

Ale to tak na marginesie. Zostawmy szmirę, wróćmy do sztuki.

***

„Systematycznie odkształcane klimatyczne syntezatorowe pasaże” (znów Lenartowicz), wkomponowane głosy z otaczającego nas świata, niepokojący ambient i puls miasta. Staszek Fungus (trzeba wspomnieć, że za tym pseudonimem kryje się Michał Lejczak) zabiera nas w miejsca, które niewątpliwie warto zwiedzić, choć będąc tam, od czasu do czasu wypada zerknąć przez ramię, czy nie czai się za nami coś podejrzanego. Jest w tej muzyce dużo mroku.

***

„Bloudit” pozostawia lekki niedosyt, zrobiło na mnie nieco mniejsze wrażenie niż „Buoyancy” Kurka czy zwłaszcza kapitalne (i, jak znam życie, niedocenione i niezauważone) „Endless Fluctuations” Ostrowskiego, ale ta muzyka to i tak kolejny dowód na to, że Pawlacz Perski jest wydawcą z wybitnym gustem.

Inna sprawa, że przy tego typu graniu każde kolejne przesłuchanie tylko pomaga w jego odbiorze, więc niewykluczone za jakiś czas tego, co nagrał Lejczak vel Fungus, będę słuchał z równie dużą przyjemnością, jak materiałów Kurka czy Ostrowskiego.

***

Warto również zwrócić uwagę na świetną grafikę Lidii Wnuk, zdobiącą okładkę „Bloudit”. Tym, jak Pawlacz wydaje kasety, też można się pozachwycać.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dawno temu – automatic reply [jvdasz iskariota; 2021]

iskariota.bandcamp.com

iskariota.com

dawnotemu.bandcamp.com

facebook

fot. Karolina Borkowska

Firma, w której w każdy poniedziałek, wtorek, środę, czwartek oraz piątek marnuję po kilka godzin życia, postanowiła swego czasu się unowocześnić. Zainstalowano nam więc w komputerach – cytuję za Wikipedią – „aplikację internetową stworzoną w 2009 roku przez polskiego programistę Kamila Rudnickiego do monitorowania komputerowej aktywności jej użytkowników”. A do mejli, pisanych polszczyzną gorszą nawet od tej wikipediowskiej, dodano nowoczesne koszmarki językowe, w tym mój ulubiony – słowo „dedykowany”.

***

Jak się nie ma nic nowego do powiedzenia, zawsze można się powtórzyć. Powtórzę więc, że bardzo lubię, gdy artyści obudowują swoją twórczość jakąś historią, zwłaszcza gdy zajmują się muzyką instrumentalną (by być dokładnym: na „Automatic Reply” pojawiają się wokale). Pozwala ona na przyjemną zabawę: skonfrontowanie historii, które pojawiają się w mojej głowie podczas odsłuchu, z tym, co widzi artysta albo wydawca (pozdrawiam Pawlacza Perskiego i Patalax).

***

Na pomysłowym i bardzo ładnym zdjęciu, które możecie zobaczyć nieco wyżej, widnieje Ago Calipso, która jako Dawno Temu nagrała „Automatic Reply”. Muzykę wydaną na CD i kasecie przez Jvdasza Iskariotę można określić po prostu jako ambient, ale sama artystka czy też wydawca nazywa(ją) ją również soundtrack for dreams czy avant-bedrooming. Fajnie i oryginalnie.

***

Przejdźmy jednak do historii stojącej za „Automatic Reply”, co przy okazji wytłumaczy mój wstęp:

„prace nad tym albumem rozpoczęłam dwa lata temu (dokładnie w październiku 2019), jednocześnie rozpoczynając nową pracę. jest to o tyle kluczowe, że miejsce pracy zainspirowało mnie w sposób, który w efekcie przerósł moje oczekiwania. praca w dużej korporacji jest trudna, z wielu względów: począwszy od struktury, obowiązków, idąc przez narzędzia, harmonogramy, rutyny, mijając nowych ludzi, języki, a skończywszy na sumieniu, tożsamości i wątpliwościach. co warte dodania, dzielę to doświadczenie z wieloma osobami w moim wieku (tak zwanymi millenialsami) – wiele z tych osób to również artystki i artyści. i nie mówię przez to, że jest to dobre lub złe – stwierdzam tylko fakt. doprowadziło mnie to do wielogodzinnych rozmyślań o kondycji współczesnego człowieka, a które to rozmyślania postanowiłam zawrzeć w muzyce.

dlaczego automatic reply? każdy, kto pracował, lub pracuje w dużej korporacji prawdopodobnie przekonał się o tym, jak bardzo istotnym jest pozostawienie automatycznej zwrotki na swojej skrzynce mailowej podczas dłuższej nieobecności. fenomen ten, bycia częścią systemu w sposób cyborgiczny, odbił się znacząco na moich zmysłach. informowanie kogoś o tym, że cię nie ma, jest dla mnie równie symboliczne: co dziś znaczy nie bycie? do jakiego stopnia nasze życia są zautomatyzowane? gdzie jest granica? czy w ogóle jest?”.

Wrzucam, zachowując oryginalną pisownię, fragment tzw. zestawu prasowego (używając sformułowania press kit, stanąłbym po stronie tych od „dedykowanego” i „destynacji”), dodany do „Automatic Reply”, bo jest ciekawy. A od siebie dodam, nawiązując do końcówki pierwszego akapitu: jest to złe.

***

Dobry, nawet bardzo, jest natomiast ten materiał. Co ciekawe, choć bazuje na abstrakcji, jaką jest ambient, przemawia – dzięki historii opowiedzianej przez Ago – w sposób bezpośredni niczym… nie wiem… kaseta „Ciekawość cierpienia” punkowego zespołu Niech Będzie?, której słuchałem w środowy wieczór.

***

A muzyka broni się niezależnie od opowieści o korpo. I można byłoby do niej dopisać inną historię. Albo po prostu słuchać jej i nie myśleć o niczym.

***

Biorąc pod uwagę kontekst „Automatic Reply”, to nawet zabawne: napisałem tę recenzję w pracy.

sune soundtracks [głowa konia nagrania; 2021]

bandcamp

facebook

To taka nisza, że od północy do rana ustalałem, co tu jest nazwą zespołu, a co tytułem płyty. Oczywiście z przerwą na sen. Aż tak bardzo nie poświęcam się dla undergroundu.

***

Wyszło, że „Sune” to nazwa Artysty, a „Soundtracks” – płyty. A może jednak jest inaczej? „(…) Sune Soundtracks to w ogóle tytuł płyty. Nawet bez nazwy” – informuje Artysta. Proste.

***

Pierwsza sekunda „Sune Soundtracks” i ciekawe, czy – mam nadzieję, że liczni – słuchacze zaczynają, podobnie jak ja, nucić :

Does death come alone or with eager reinforcements?

***

Na Bandcampie Sune Soundtracks  czytamy (autorem tekstu twórca płyty, Paweł Nałyśnik): – „(…) nagrywając pomysły wyłuskałem z nich te zupełnie nieprzystające, niewygodne, monotonne, dziwne, minimalistyczne i hałaśliwe. (…) Postanowiłem nazwać te dźwięki rytuałami bo po pierwsze mają wprowadzać w trans, przyjemny paraliż ciała, a po drugie chciałbym, żeby te rytuały były powtarzane raz na jakiś czas, żeby używać ich cyklicznie”.

Nałyśnik (gitara, bas, organy, efekty) pisze również, że do wyłuskanych dźwięków chciał coś jeszcze dograć, ale w końcu doszedł do wniosku, że dobrze jest jak jest.

***

No i fajnie, że niczego nie dogrywał. Ta płyta – mimo że minimalistyczna, surowa – nie robi wrażenie brudnopisu, czegoś, co wyszło tylko dlatego, że Nałyśnik musi koniecznie pochwalić się wszystkim, co stworzył. Mnie ten minimalizm bardzo odpowiada.

***

Astralny, coilowski trip w „Ritual First” (płyta jest zresztą przesiąknięta coilowskim klimatem); industrial w bodaj najlepszym „Ritual Second”; „Ritual Third” kojarzący się z nagraniami Pawlacza Perskiego…

Każdy z „rytuałów” żyje na „Sune Soundtracks” osobnym życiem, stanowiąc element sensownej całości. Zdecydowanie coś dla siebie znajdą tu chociażby miłośnicy ambientu, tyle że nie takiego, który usypia na bite 16 godzin.

***

„Sune Soundtracks” – no, nie jest to produkt, który mógłby zostać ozdobą następnego „Męskiego Grania”, „OFF Country Clubu” czy „Dni Mysłowic”. Podobnie zresztą jak inna tegoroczna Głowy Konia Records – „ZZZU”.

***

Paweł Nałyśnik życzy „przyjemnego paraliżu”, a ja się do życzeń dołączam.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

„Sune Soundtracks” na razie są dostępne tylko w plikach, ale powinny się ukazać również na jakimś fizycznym nośniku. Sprawdzajcie na fejsie Głowy Konia.

%d blogerów lubi to: