wywiad z trybuną brudu – non stop 10/1989

Zastanawiałem się, czy w ogóle wychodzą jeszcze jakieś pisma muzyczne, ale Tomasz Budzyński, który wrzucił na Facebooku zdjęcie z „Teraz Rocka” (poproszono go o podanie pięciu ulubionych płyt), oraz Irek Swoboda, który pochwalił się wywiadem z jego Columbus Duo w „Metal Hammerze”, rozwiali moje wątpliwości.

Tak czy siak, nie czytam magazynów, które wychodzą obecnie; lubię jednak wracać do starych, np. do „Non Stopu”. Ten miesięcznik wychodził od 1972 do 1990 roku. Najbardziej cenię go z okresu, gdy pisali w nim tacy autorzy, jak Jan Skaradziński, Filip Łobodziński czy Krzysztof Wacławiak. Co ciekawe, świetne pióro miał też redaktor naczelny w latach 1988-1989, Zbigniew Hołdys, choć już wtedy dało się u niego znaleźć lekko egzaltowane kawałki.

W numerze 10/1989 (fajny motyw z ceną pisma widoczną na okładce) można przeczytać arcyciekawy wywiad z Jackiem Wiśniewskim, wokalistą Trybuny Brudu, który przeprowadził Tomasz Ryłko, więc postanowiłem go tu wrzucić:

Najlepiej kliknąc W TEN LINK

Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiły na mnie teksty zespołu. Wyobrażałem sobie, że kapela, która śpiewa takie rzeczy, musi grać może nie jak Dead Kennedys, ale chociaż jak Dezerter czy przynajmniej Moskwa. W końcu, gdy dorwałem kasetę Trybuny (pierwsze wydawnictwo w historii QQRYQ Productions), nie mogłem uwierzyć w przeciętniactwo tego grania.

„Demokracja wyłazi mi bokiem / propaganda wyżera mózg / faceci broniący pokoju / szczują gołębiami tłum” – ale teksty wciąż robią wrażenie.

nick cave & the bad seeds – gliwice, 7 sierpnia 2022

Po koncertach wielkich zespołów, które trzymają formę i mają na koncie bogatą dyskografię, zawsze pozostaje niedosyt; mnie się np. marzyło „Fifteen Feet of Pure White Snow” (o „Babe, I’m on Fire” nawet nie śniłem). Ale jak wczoraj Nick Cave & the Bad Seeds dokurwili takim „From Her to Eternity”, to nie miałem pytań. Plus bardzo miłe zaskoczenie, czyli „Vortex” na bis.

Arena Gliwice, sektor któryś tam. Ale i tak było warto. „Into My Arms” teraz będzie za mną chodzić przez miesiąc.

morze – orka [2022]

morze.audio

„zespół, ale też rodzaj energii, jak morze”

morze zwróciło moją uwagę przy okazji pierwszej płyty, noszącej tytuł „zgrzyty”, genialną w swej prostocie nazwą zespołu, minimalistyczną okładką oraz – co najważniejsze, wiadomo – muzyką (wtedy podobała mi się zwłaszcza gra perkusisty, Jacka Jewuły), bowiem ta – po pierwsze – była więcej niż słuchalna, po drugie – psychodelia wciąż nie należy do najczęściej uprawianych przez rodaków gatunków, choć nie jest to już ziemia tak jałowa, jak kiedyś.

Zacznijmy od opakowania: drugi album zespołu, „orka”, ma najlepszą – obok „two songs” xPINKxTINGx – tegoroczną okładkę (jej twórcą jest Piotr Czerski). Widać, że ludzie stojący za morzem (czy raczej w morzu – nazwa zespołu oraz tytuł płyty wręcz prowokują do – paradoksalnie – suchych metafor) mają pomysł na swój projekt – również, jeżeli chodzi o stronę graficzną. Nawet taki szczegół, jak pisownia nazwy zespołu i tytułów płyt, układa się w intrygującą całość.

No dobra, ale jak śpiewał klasyk: „Nie ukrywajmy, liczy się muzyka”. Pytanie: czemu skoro „orkę” dostałem w połowie czerwca, dopiero teraz o niej piszę? Ano temu, że choć słuchanie tych sześciu numerów sprawiało mi przyjemność, to po tym, jak wybrzmiewał ostatni – „alasvegas (revisited), w mojej głowie nie zostawało nic (to pewnie wina głowy).

Teraz też uświadomiłem sobie, że „orka” trwa 44 minuty, i trochę mnie to zdziwiło. Ten materiał tak szybko przelatywał przez uszy, nie nudząc ani przez chwilę, że miałem wrażenie, iż trwa góra pół godziny.

„Szybko przelatuje przez uszy”, „niczego z niej nie pamiętam” – nie brzmi to zachęcająco. Sam się zastanawiam, jak to jest, że ta muzyka (instrumentalna, co w przypadku polskich kapel może być błogosławieństwem), którą możesz nazwać rockiem psychodelicznym, heavy psychem czy free rockiem (bardzo mi się podoba to określenie), nie zostawała w moim łbie. Pozwalając sobie na osobistą rozkminę (w końcu to blog), uważam, że to starość plus za dużo bodźców muzycznych. Płyt do odsłuchania mam tyle, że nie wyrabiam nie tylko czasowo, ale i poznawczo – że tak to ujmę.

Patrzę na to jednak pozytywnie, bowiem za każdym razem, gdy włączałem „orkę”, miałem wrażenie, że po raz pierwszy słucham nowej, świetnej płyty.

Ale w końcu zatrybiło: teraz, gdyby ktoś mnie zaczepił, umiałbym mu opowiedzieć, co gra morze na „orce”. Mimo to wciąż słyszę na niej coś nowego. Jak w tej chwili, gdy poprawiam literówki, dopisuję co nieco i zachwycam się tytułowym utworem.

Nie przeceniam wpływu miejsca, w którym żyje artysta, na muzykę, jaką tworzy. Gdyby taka zależność była oczywista, na Górnym Śląsku mielibyśmy od groma zespołów grających miażdżący industrial, a tu nawet punka nikt nie umie zagrać. Lubię jednak, słuchając nowej płyty Piotra Czerskiego, Jacka Jewuły i Pawła Wojciechowskiego (gościnnie pojawili się Tomek Gadecki i Karol Schwarz), myśleć, że taka muzyka mogła powstać tylko nad morzem.

I tylko szkoda, że „orka” – podobnie jak „zgrzyty” – dostępna jest wyłącznie w plikach.

PS Ponoć jednak płytę można kupić – proszę zerknąć w komentarz.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

PPS Udało mi się nie porównać morza do innych zespołów, ale jednak ten nawyk jest silniejsze ode mnie: „shah met” to White Hills w najwyższej formie.

melatony – droga do rem [pawlacz perski; 2022]

pawlacz perski

hubert zemler

motyw

Zdjęcie pochodzi z facebooka Huberta Zemlera

Niedawno miałem problemy z zasypianiem, postanowiłem więc kłaść się z ambientem na uszach. William Basinski, Noveller, Stars of the Lid, Tim Hecker i inni pomagali zasnąć. Bodaj jedyna płyta, która nie wykonała powierzonego jej zadania, to „Ambient 1: Music For Airports” Briana Eno, według Pitchforka ambientowy album wszech czasów. Na drugi dzień, przy pierwszej możliwej okazji, gdy mogłem w spokoju posłuchać muzyki, wracałem do tego, co pomagało mi zasnąć, albo i – w jednym przypadku – nie pomagało.

Po co ten wtręt osobisty? Już tłumaczę cytatem z bandcampowego opisu płyty Melatonów „Droga do REM”: „Tytuł projektu i albumu Huberta Zemlera sugerują, że autorowi nie będzie za bardzo przeszkadzało jeśli uderzycie przy nim w kimę. Musi się z tym liczyć tworząc muzykę oniryczną i hipnotyzującą. Jeśli jednak wam się to przydarzy nie zapomnijcie wrócić do Melatonów na drugi dzień, by przekonać się, że dziwne zwroty akcji wcale się wam nie przyśniły”.

Przy okazji pierwszego materiału Melatonów czytaliśmy o „Niewątpliwie relaksującym potencjale pierwszej części płyty, wypełnionej monotonnymi, krautrockowymi motywami (…)”, co mnie skierowało ku refleksji: jakże łatwo uznajemy kraut jako synonim awangardy. Czytamy „kraut”, myślimy „Can”, „Faust”, „Neu!” A jak się trafi na jakąś składankę zespołów krautrockowych, to podczas jej słuchania ma się ochotę założyć sandały i zapuścić wąsy, bo gros tych kapel to niemiecki rock regresywny. Ale to tak na marginesie.

„Melatony” były bardziej spójne i bardziej poważne niż „Droga do REM”. Czemu bardziej spójne – za chwilę. A dlaczego bardziej poważne? Może dlatego, że na nowej płycie Huberta Zemlera za gwiazdę większą niż inni goście, czyli Todd Barton, Antonina Nowacka i Emiter, robi dzięcioł, który „dostaje lekkiego szału”. Może zabawny bandcampowy opis zawartości też sprawia, że z automatu myślę o nowym materiale Melatonów jako o będącym mniej na serio.

Ponoć nazwa tego projektu oraz tytuł płyty wskazują na to, że Zemlerowi nie będzie przeszkadzać, gdy uderzysz podczas słuchania w kimę. Tylko jak przy tym dzięciole to zrobić? Równie dobrze można by zasnąć przy zwierzaku z „The Muppet Show”.

Jakoś dziwnie mi się słuchało „Drogi do REM”, nie do końca umiałem się skupić na tej muzyce. Zaczynający całość „Hamakiem”, choć trwa prawie sześć minut, wydaje mi się góra dwuminutowy; potem ten dzięcioł; w „Via Saterna” kobiecy wokal; „Corriendo Galarreta” to niemal dub techno, ładnie złagodzone gitarą (lekkie skojarzenie z Rozwodem), przechodzące w ambient czy raczej w coś, jakby Spiritualized robili wstęp do swej odmiany gospel (poniosło mnie); na koniec tytułowy numer, wykorzystujący oklepany motyw jadącego pociągu. No, ale jak Artysta bierze na warsztat oklepany motyw, i tak wychodzi coś nieprzeciętnego. Zresztą głos Antoniny Nowackiej sprawia, że robi się pięknie i poważnie, i chyba nawet boję spytać, wolę nie wiedzieć, dokąd jedzie ten pociąg.

No i co? Kiedyś, przy takim miszmaszu, pisało się „postmodernizm” – i cześć. Dziś tego słowa nie używają chyba nawet ci, co je wymyślili (abstrahując od tego, czy wciąż żyją).

Nie wiem, czy podoba mi się nowy materiał Melatonów jako całość, czy tylko polubiłem każdy utwór z osobna. W grę wchodzi raczej ta druga możliwość. Wracał będę raczej do „jedynki”.

***

W czerwcu Pawlacz Perski sięgnął do kabury i od razu oddał trzy strzały. Oprócz Melatonów można więc cieszyć się tym, co nagrali Emiter:

i Antek Cholewiński (tytuł jego płyty, „Kotek”, zabawnie został nazwany „clickbaitowym”):

Okładki wszystkich trzech nowych kaset to dzieło podlinkowanego wyżej motywu, co powoduje, że można patrzeć na czerwcowe wydawnictwa Pawlacza jak na całość czy tam trylogię. Podejrzewam, że miło je mieć, choćby po to, by sięgnąć po nie po latach. Tak jak dziś fajnie jest znaleźć na półce muzykę wydaną na kasetach np. przez Obuha.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

the trigger quintet – the trigger quintet + 2 [1995] / dave heath

name your price

twistworthy records

Jedna z moich ulubionych składanek to „Ground Rule Double”. Wydały ją w 1996 Divot i ActionBoy 300, a znaleźli się na niej m.in. Shellac i Mineral, a także wiele mniej znanych kapel. W tym The Trigger Quintet, zespół z Houston, który pozostawił po sobie siódemkę z trzema utworami (Twistworthy Records – ostatni post na fejsie pochodzi z 2019) oraz dwa numery umieszczone na kompilacjach: „Slept for Seven Days” na wspomnianej „Grand Rule Double” i „Crash Course” na „Use This Coupon” (Slave Cut; 1996).

The Trigger Quintet grali absolutnie wspaniałe emo, z którego lata 90. napieprzają jak z „Clerks” albo flanela. To rzecz wchodząca na poziom Hoover, nie czarne grzywki.

Zespół istniał od sierpnia 1994 do lipca 1995 roku. Przynajmniej trzech z czterech jego członków grało w innych kapelach, ale albo ich nie znam, albo nie pamiętam.

Jest nawet koncert, ale kiepsko słychać:

***

Dave Heath (1931-2016). Warto obejrzeć krótki film o nim i poszukać innych materiałów na jego temat, bowiem David Martin Heath miał nieco większe ambicje niż zrobić fajną fotkę. Magia czarno-białej fotografii. Na zdjęciu nr 2 widzimy Roberta De Niro.

debbie harry: face it [kagra; 2021]

W „Please kill me” Debbie Harry ukazana została jako stroniąca od kokainy nieśmiała dziewczyna, być może – obok Toma Verlaine’a i Elvisa Costello – jedyna normalna osoba w tym towarzystwie. W „Face It” Angela Tremble sama buduje swój obraz – ostrej punkówy, która kocha ten sport. Żadna ze mnie konserwa, ale trochę dziwnie się czułem, czytając teksty typu „przeleciałam go w budce telefonicznej”. I fakt, że autorka jest kobietą, nie ma tu nic do rzeczy. Gdyby autobiografię napisał wspomniany wyżej Thomas Miller, też wolałbym nie dowiedzieć się, że np. „zerżnął kogoś w szafie”.

(o)(o)

Czasem głupek opowie historię z morałem (zazwyczaj nieświadomie), niekiedy osoba mądra kończy swe dzieło i nic z niego nie wynika. Debbie Harry jest niewątpliwie inteligentną starszą panią (1 lipca skończyła 77 lat), która przeżyła więcej niż zwykły śmiertelnik, lecz jej książka rozczarowuje. Ot, mamy ciąg zdarzeń – od dzieciństwa (to chyba najciekawszy fragment) po reaktywację Blondie – z którego niewiele wynika. To nie tak, że Debbie nie sili się na refleksję, to nie tak, że gada głupoty – po prostu jej dzieło jest nijakie. Im bliżej końca, tym gorzej. Nie pomaga też tłumacz.

Niby atrakcją są zdjęcia, ale ciekawsze znajdziesz na fanpejdżach poświęconych Blondie i Debbie Harry. Prace artystyczne fanów wokalistki to w większości koszmarki. No, ale fakt, że wokalistka zamieściła je w „Face It”, to miły gest.

(o)(o)

Czytałem gorsze biografie, ta mnie po prostu rozczarowała. Ale jeśli komuś nigdy za wiele kawałków o punku, CBGB, Ramonesach i Iggym, pewnie będzie zadowolony.

Może trochę przesadzam: opowieści o sesji zdjęciowej w spalonej kuchni (w sukience Marilyn Monroe!) i o współpracy z HR Gigerem czy Davidem Cronenbergiem mogą zaciekawić. Tak czy siak, całość jest trochę jak nudnawy film, który chce się jednak zmęczyć do końca (bo aktorka ładna albo muzyka dobra).

(o)(o)

Nie lubię kopać, ale muszę to napisać: Kagra to gówniane wydawnictwo. Liczba błędów, zwłaszcza interpunkcyjnych, które można znaleźć w „Face It”, po prostu poraża. Jeszcze gorzej było w „Decybelowym obszarze radiowym”. Wziąłem na chwilę do ręki „Wszyscy kochają nasze miasto”: pierwsze dwie-trzy strony i już żałowałem, że wydałem kasę na tę książkę. Dajcie sobie siana albo nauczcie się pisać po polsku.

6 na 10 dla Debbie, dwója dla Kagry.

the velvet underground [todd haynes; 2021]

Velveci to najważniejszy dla mnie – obok Dezertera, Shellaca i Joy Division – zespół. Gdy w ubiegłym roku, niemal z wypiekami na twarzy, słuchałem jakiegoś sążnistego bootlega VU, na którym gówno było słychać, stwierdziłem, że powinienem się leczyć.

Film Todda Haynesa jest może nieco zbyt „artystyczny”. Czasem irytuje – gdy ktoś ciekawie opowiada, a obok lecą nie mniej ciekawe archiwalia. A w związku z moją żenującą znajomością angielskiego oglądałem „The Velvet Underground” z napisami, więc uwagę musiałem dzielić w trójnasób. Oczywiście chodzi o napisy angielskie. Film jest na Apple TV+, ale najwyraźniej nie u nas.

OK, nie ma się co rozpisywać. Ten dokument to cudowne archiwalia i gadające głowy. Zaskakująco sympatyczny John Cale (czytałem, że to kawał buca); wspaniała Moe Tucker; Jonathan Richman (Modern Lovers), który – niemal 70-letni, lecz wyglądający o 20 lat młodziej – z gówniarskim zakochaniem opowiada o Velvetach: że się żarli, ale jemu pozwalali kręcić się w pobliżu; imponująca urodą – mimo że czas stawia na karku ósmy krzyżyk – i intelektem Mary Woronov; La Monte Young, Marian Zazeela… We łbie się kręci.

Ci, którzy odeszli, też się pojawiają. I szkoda tylko, że nie ma wciąż żywego Douga Yule’a – (nie)sławnego velveta.

„Where’s Doug Yule?” a DJ asked Lou Reed in 1972, during an interview with WLIR radio.

There was a pregnant pause. Lou answered: „Dead, I hope.”

Cale grający siekierą na pianinie w akademii muzycznej; Lou Reed szokujący wierszami o pedalskim seksie przy pisuarach, zszokowanego kolegę wyzywający od republikanów. Plus to cudowne, pokazujące wręcz chłopięcą stronę Lou, zakończenie. Nigdy nie jest pięknie, zawsze było.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

przepych – i inne zabawne rzeczy [fonoradar records; 2022]

przepych

fonoradar records

素晴らしさ- tak w języku japońskim zapisujemy (przynajmniej według tłumacza Google) słowo „przepych” (chyba że nazwa zespołu nie oznacza – według definicji PWN-u – „rzucającego się w oczy bogactwa” lub „wielkiej ilości, różnorodności czegoś”, lecz pochodzi od czasownika „przepychać”).

Piszę o tym, gdyż wrocławskie trio przypomina mi – gdy akurat nie słychać polskiego wokalu – szalone zespoły japońskiej awangardy rockowej: słuchasz jednego utworu, trwającego cztery minuty, a masz wrażenie, że właśnie zaliczyłeś z pięć płyt różnych kapel. Masz wrażenie, że owi Japończycy zaraz wyskoczą z głośników i zaczną, dziwnie poprzebierani, odbywać dziwny performance w twoim pokoju. Dadzą krótki koncert za friko i znikną. Otwierająca „i inne zabawne rzeczy” „Kuchnia fusion” jest jakby streszczeniem płyty.

Pobawię się jeszcze w skojarzenia, bo lubię. Słuchając „i innych zabawnych rzeczy”, pomyślałem, że Przepych mógłby nieco przypominać Deerhoof, gdyby ekipa z San Francisco, zamiast flirtować z popem, zbliżyła się do punka. Co jeszcze? Może szaleńcy z Cardiacs, gdy atakowali słuchacza cięższymi fragmentami. I najprzyjemniejsze skojarzenie: świetny i zapomniany zespół Ameba – gdy łączą się wokal Ewy Głowackiej i jej gra na klawiszach. Jak kogoś interesuje, z czym kojarzy mi się zamykający całość utwór tytułowy – niech pisze na priv.

Mogę się tak bawić jeszcze jakiś czas, ale tak czy siak – Przepych to… Przepych. Tego post- czy artpunkowego tria nie pomylisz z żadnym innym. Niezależnie, czy słuchasz debiutu „Regresarabas”, czy „i innych zabawnych rzeczy”.

Przepych bywa męczący i irytujący. Męczący i irytujący maniakalnie powtarzanymi motywami, męczący i irytujący wokalem – obu „męczarni” najlepszym przykładem jest bodaj „Dron Dron Dron” (świetna jest tu zwłaszcza gitara). Oczywiście słowa „męczący” i „irytujący” robią tu za komplement. Alternatywa ma wkurzać, nie pozwalać usiedzieć, a nie szlajać się po Męskich Graniach.

Przepych bywa też wręcz kojąco przyjemny dla ucha. Jak w „In Europe”, i to mimo świetnych, „nerwowych” bębnów, które teoretycznie powinny zrobić z tego numeru rozpierduchę. No i może trochę pod koniec robią.

To, co się dzieje na „i innych zabawnych rzeczach”, może wprawić w kompleksy niejeden zespół. Myślę, że to nie fair ze strony Ewy Głowackiej (wokal, klawisze, sampler), Jakuba Majchrzaka (wokal, bas, gitara, sampler) i Łukasza Platy (wokal, perkusja, drum pad) [w trzech utworach pojawia się gościnnie Szymon Szwarc] – mieć tyle pomysłów i nie podzielić się nimi z mniej zdolnymi przedstawicielami polskiej alternatywy. Aż mi się przypomniał Ciaran McLaughlin z That Petrol Emotion mówiący: „Gdyby ktoś inteligentny, na przykład Prince, zechciał nam podpowiedzieć, co robić, posłuchalibyśmy. Nikt jednak nie kwapi się, by nam pomóc, nasze utwory kleimy więc z tych lichych, wątłych pomysłów, jakie wpadają nam czasem do głów”. Kurczę, pomyśleć, że kiedyś byłem na tyle wredny, by wymienić parę kapel, które powinny się zgłosić do Przepychu po parę wskazówek.

Ale pisząc całkiem serio – szkoda, że próbując mniej lub bardziej udolnie oddać to, czym jest Przepych, robię tu niejako za kronikarza rodzimego undergroundu.

„i inne zabawne rzeczy” to ostatnia płyta tria. Czasy trudne, więc wychodzi tylko na CD. Na winylu niedługo wyłącznie Adele i Depeche Mode.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o) 1/2

tomasz lada: zagrani na śmierć. mroczne ścieżki polskiego undergroundu [czarne; 2022]

Coraz więcej przyjemności z czytania, coraz mniej z pisania. Poczułem jednak niemal obowiązek, by zrecenzować „Zagranych na śmierć” Tomasza Lady.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio z taką niecierpliwością czekałem na jakąś książkę. Powód był prosty: nowa publikacja Czarnego miała dotyczyć nieoczywistych bohaterów naszej sceny muzycznej: Janusza Rołta, Dariusza „Skandala” Hajna i Roberta Sadowskiego. Spotkałem się co prawda z kontrą na Facebooku, że co to za nieoczywiści bohaterowie. No, ale jak żyjesz w swojej bańce, to i kapela sąsiada, która istniała przez jedną próbę, wyda się popularna i oczywista.

Apetyt na „Zagranych” rozbudziły dodatkowo te fragmenty „Dzikiej rzeczy” Rafała Księżyka, w których autor opisywał to, co robił Skandal po opuszczeniu Dezertera. Dodajmy do tego poprzednią, bardzo ciekawą książkę Lady, „Apteka. Psychodeliczni kowboje”. Trzeba mu oddać, że mimo pewnych kontrowersji, o których wspominałem w recenzji, została ona napisana z biglem. No i autor nie poszedł na łatwiznę – nie zrobił Kodyma głównym bohaterem. Chwilami nawet za takowego może uchodzić tragicznie zmarły perkusista Apteki, Maciej Wanat. Ci, którzy jej nie czytali, „bo Kodym to szmaciarz”, niech żałują.

***

Spotkałem się z opinią, że biografia twórców „Mendy” byłaby lepsza, gdyby Lada użył metody, którą można nazwać „narracyjną historią mówioną” (czyli coś jak „Please kill me. Punkowa historia punka” albo „Przenikliwe światło, słońce i cała reszta”). Mówisz i masz – przy „Zagranych” autor poszedł tą drogą, odbywając kilkaset spotkań z ludźmi, którzy kręcili się wokół Jasia, Skandala i Sadka, i z rozmów z nimi stworzył „Zagranych”.

Nie wszyscy znajomi wymienionej trójki chcieli z Ladą gadać – przykładem Dariusz Malejonek, który grał z Sadowskim w Houku. Niektórzy już, niestety, nie żyją – choćby Paweł „Kelner” Rozwadowski, więc autor, siłą rzeczy, przywołuje fragmenty ich książek czy stare wypowiedzi. „Zagrani” zaczynają się zresztą pięknym cytatem z „To zupełnie nieprawdopodobne” Kelnera: obrazem Rołta jadącego na rowerze, we fraku, pilotce i goglach, z kontrabasem na plecach. Czasem możemy przeczytać i aktualne wypowiedzi muzyków, i dawne – przykład to choćby Krzysztof Grabowski z Dezertera i cytaty z jego biograficznej „Poronionej generacji?”, wymieszane z dzisiejszymi wspomnieniami i opiniami.

***

No właśnie, Janusz Rołt – Jasio. Jemu poświęcona została pierwsza część „Zagranych”. I chyba ta jest najlepsza, a przynajmniej tę lubię najbardziej.

Opole 86, koncert Lecha Janerki. Jedyny profesjonalny zapis filmowy, na którym widać Rołta

Namalowano w niej piękny obraz perkusisty Brygady Kryzys. Już wstęp – wspomniany, niemal bajkowy opis Kelnera, wprowadza nas w historię człowieka o zniszczonym ciele, ale pięknej duszy.  Chyba nikt złego słowa nie mówi na Jasia, nawet zasadniczy, wręcz surowy Janerka, u którego perkusista jakiś czas mieszkał (warunkiem było zero ćpania).

To, co się rzuca w oczy podczas lektury, to fakt, że Rołt był… nazbyt lubiany. Tak jakby jego rozbrajająca wszystkich osobowość powstrzymywała ludzi (poza Janerką), żeby go wziąć za twarz i spróbować jakoś wyciągnąć z bagna. Jasio ćpa? OK. Jasio napieprza w bębny, aż słychać na pół miasta? W porządku, to przecież Jasio. Ktoś może pomyśleć, że Rołt był postrzegany trochę jak wioskowy głupek. Nic bardziej mylnego. Raczej robi tu za dobrego ducha, któremu wybacza się wszystko. No bo przecież, jak krzywdził, to tylko siebie. I tylko dysonans wprowadza m.in. taka wypowiedź genialnego basisty, Tomasza „Kciuka” Jaworskiego: „Janek już wtedy nie miał zębów, a przecież to był młody chłopak. Wyglądał jak stara babcia. Jego wygląd mnie przerażał”.

Postać Rołta przypomina mi nieco wspomnianego Wanata. Tak jak o Krzysztofie Kłosowiczu – czyli słynnym Kamanie, w którego kapeli Rołt grał na basie – można pomyśleć jako o łagodniejszej wersji Kodyma. Upraszczając: z tyłu (albo z boku – z Kamanem Rołt grał na basie) mniejszy lub większy wrażliwiec, z przodu mniejszy lub większy kutas.

Popatrzcie na ten film z Opola. Jakby Rołt tańczył z tymi bębnami.

***

Jasio – dusza człowiek. Dariusz Hajn, zwany Skandalem – też wrażliwy gość, ale trochę cwaniak. No i kto nie chciałby mieć takiego kumpla?

Nie siedziałem przez ostatnich dwadzieścia lat pod kamieniem, ale muszę przyznać, że fragmenty „Dzikiej rzeczy”, opisujące byłego wokalistę Dezertera jako didżeja, propagatora rave i techno, zupełnie mnie zaskoczyły. Historia Skandala przypomina mi to trochę tę Johna Frusciante, który w pewnym momencie zostawił rock na rzecz muzyki elektronicznej. Zresztą czytałem kiedyś wywiad z gitarzystą Red Hot Chili Peppers: o swojej fascynacji elektroniką opowiadał, jakby pisał doktorat o jungle lub breakbeacie. To nie była chwilowa fascynacja czy poza rockmana. Zasadnicza różnica jest taka, że Frusciante w przeciwieństwie do Skandala z nałogu wyszedł. U nas jego szanse, by wyzdrowieć byłyby o wiele mniejsze. Aż się przypomina piosenka Big Cyca: „Woody Allen to miał szczęście / że urodził się w tych Stanach / bo nad Wisłą chlałby czystą / i miał tylko jeden krawat”.

Rozdział o ekswokaliście Dezertera przypomina mi też nieco, ale tylko chwilami – przez jego wyjazd do Berlina – „Ćpałem, chlałem i przetrwałem” Maleńczuka. Trzeba jednak zaznaczyć, że Darek Hajn, choć miał swoej wady, nie był takim fiutem, jak lider Homo Twist.

Szkoda, że nie dało się bardziej pociągnąć tematu dzieciństwa Skandala (był w bidulu, potem wychowywał go dziadek). I nie o sensację tu idzie, tylko o zrozumienie ludzkich losów. Przecież – jak mówi jedna z narratorek „Zagranych” – ćpanie to pochodna traumy. Dużą wartością tej książki jest zresztą spojrzenie jej narratorów na nałóg, dzięki któremu można sobie uzmysłowić niby prosty fakt, ale taki, który często umyka: że ćpanie, chlanie i wiele innych czynności niszczących ciało i psychikę nie biorą się znikąd. Bywają, wiadomo, zabawą, ale też czymś, co ma zagłuszyć lęk, ból, który nie pozwala normalnie żyć. Może to oczywistości, ale jest coś budującego w wielu tych opowieściach. Zwłaszcza kobiet, które potrafią z wielką wrażliwością opowiadać o Rołcie, Skandalu i Sadowskim; generalnie – o ludziach.

Wracając do dzieciństwa Skandala – on sam nie chciał o nim opowiadać – ani kumplom, ani dziewczynom. Pewnie już nigdy nie dowiemy się, jak ono dokładnie wyglądało i jak duży wpływ miało na smutne losy Darka.

A żeby nie było przesadnie poważnie – dla mnie hitem drugiej części książki jest fragment, w którym dowiadujemy się, ze zarówno Skandal, jak i Robert Matera (gitarzysta Dezertera, który został też głównym wokalistą po tym, jak Hajn opuścił zespół), chodzili na lekcje śpiewu do Tadeusza Konadora, który pracował chociażby z Korą, a lata później z siostrami Przybysz czy Michałem Szpakiem. „(…) kiedy ich zobaczyłem, widziałem, jak się napinają, to powiedziałem: «Jakie to szczęście, że po półtorej piosenki wysiadło światło». Byłem pewien, że po trzeciej wysiadłyby im gardła. (…) A Skandal był niesamowitym frontmanem. Wystarczyło półtorej piosenki, by miał publiczność w ręku. Nie było nikogo, kto na koncercie stałby z boku i gadał ze znajomymi. To nie wchodziło w grę. On przyciągał pod scenę. Wszyscy go słuchali. Nie było siły, żeby nie zareagowali, bo był autentyczny i promieniał jakąś siłą. Robił z publicznością, co chciał”.

Choćby dla tej historii trzeba po „Zagranych” sięgnąć.

Gdy któryś z byłych chłopaków Pati Yang w niezbyt korzystnym świetle przedstawia jej charakter, zacząłem o historii Sadka i Kobonga myśleć jak o… filmie noir, który zazwyczaj polega na tym, że wszystko kończy się źle, a niebagatelny, jeśli nie decydujący, wpływ na to ma femme fatale. Nic z tego. Jeśli ktoś robi tu za czarny charakter, to prędzej Malejonek.

Czytając to, co inni mówią o Sadowskim i jego wypowiedzi, które też znajdują się w książce, uświadomiłem sobie, że w sumie nawet dobrze nie pamiętam, jak on wyglądał, choć przecież grał w czasach, gdy media powoli zaczęły artystom wchodzić do dupy. Kojarzyłem go jako przystojnego gościa w długich włosach, i tyle. Był – jak by to banalnie nie zabrzmiało – pełen sprzeczności. Czytamy, co o nim mówią znajomi, i wychodzi na to, że pociągał go tzw. rokendrolowy styl życia, ale nie pchał się na afisz; że był potwornie wrażliwy, lecz umiał zachowywać się fatalnie; wybitny gitarzysta, mający problemy z rytmem (grając w Kobongu!)… Pamiętam, jak dawno temu dałem koledze do przegrania kasetę „Chmury nie było”. „Kurwa, daj mi spokój, co za pojebana muzyka! Nie wiadomo, kiedy się kończy jeden kawałek, a drugi zaczyna. Nie wiem, czy strona B zaczyna się od nowego numeru, czy leci ten sam”. No, ale przegrał. Nie mając kasy, katowało się Kobonga z przegrywanej kasety, dziś można sobie włączyć winylowe wznowienie.

Dużą wartością wspomnień o Sadowskim jest to, że jego żona, Magdalena, zgodziła się opowiedzieć o swoim małżeństwie, które bywało koszmarem. Daje po głowie fragment, w którym Sadowska opisuje znajomych męża: „Robert przywiózł stamtąd (z Wiednia – dop. mój) Igora i Evę. Jezu, co to była za dziewczyna. Cała, łącznie z wygoloną czaszką, wytatuowana. Zamiast brwi – węże, a we wnętrzach dłoni – grafika dłoni z drugiej płyty Kobonga. Jej krocze świeciło – ufarbowała włosy łonowe czymś fluorescencyjnym. I Robert przyprowadził ich do naszego mieszkania – pokoju z kuchnią – w którym mieszkała też nasza mała córka. A oni, już niezależnie od tego, jak wyglądali, potwornie śmierdzieli, jakby od dawna się nie myli. Potem, kiedy zaczęła z nich schodzić chemia, ten smród był już nie do zniesienia. To było obrzydliwe. Po dwóch dniach wyrzuciłam ich z domu”. Piękny chłop, wspaniały artysta, przez wielu uwielbiany kumpel, ale mąż kiepski.

(Gdy czytałem „Zagranych”, przyszła mi do głowy myśl, którą uważam za niezbyt mądrą, ale mam też poczucie, że muszę się nią podzielić: im bliżej naszych czasów, tym trudniejsze, gorsze charaktery bohaterów książki. Rołt – dusza człowiek, Skandal – cwaniak, ale jednak świetny gość, Sadowski – choć wiele osób mówi o nim wręcz z zachwytem, widać, ze to najbardziej mroczna postać z całej trójki. Czytając któryś z numerów „Non Stopu”, w którym można było poczytać, jak zachowywali się polscy muzycy za komuny [zwłaszcza gdy pojawiła się okazja na zarobienie paru dolarów], sam zacząłem się śmiać ze swojej tezy: że im bliżej naszego zgrzebnego kapitalizmu, tym ludzie sztuki zachowują się gorzej, ale może jest to jednak temat na dyskusję).

Czytając trzecią część książki, miałem wrażenie, że zmienia się ona w opowieść nie tyle o Sadowskim, ile o Kobongu. Wiadomo, ten wspaniały zespół to dzieło jego życia, w którym najbardziej rozwinął swój ogromny talent, ale jeśli miałbym się do czegoś w robocie Lady przyczepić, to właśnie do położenia zbytniego nacisku na historię Kobonga, chwilami kosztem Sadka. Może lepiej było coś więcej napisać o Tadeuszu Kaczorowskim, basiście Houku, którego również wykończyło ćpanie, a mniej „biografizować” kapelę? Inna sprawa, że kapitalnie czyta się o tym, jak wyglądał proces tworzenia u Sadowskiego, Bogdana Kondrackiego, Wojciecha Szymańskiego i Macieja Miechowicza, więc może mój zarzut jest nietrafiony.

A skoro zacząłem się czepiać, to na chwilę przy czepianiu zostanę. Książka ma naprawdę – jak na standardy Czarnego – kiepską okładkę.

Część dotycząca Sadowskiego wydaje się być najbardziej mroczna i mająca też największy potencjał na osobną książkę.  I tak, jak wspaniałe opowieści Brylewskiego o tym, jak na „czarnej” Brygadzie grał Rołt, sprawiły, że niejako na nowo odkryłem tę płytę, tak „Zagrani na śmierć” pozwolili mi polubić Houk, za którym nigdy nie przepadałem. To, jak na „Soul Ammunition” i „Transmission Into Your Heart” grał Robert, wywołuje uczucie zachwytu połączone z niemal fizycznym bólem, gdy pomyślisz, jak skończył.

***

Historie wielu z bohaterów undergroundu czy po prostu sceny muzycznej doczekały się wywiadów rzek (tu należy się ukłonić Rafałowi Księżykowi, który zresztą w zabawnym kontekście pojawia się w „Zagranych na śmierć”), biografii, autobiografii, monografii. Zdarzały się książki świetne („Dzika rzecz” i zwłaszcza „Kryzys w Babilonie” Księżyka); bardzo ciekawe, choć wzbudzające mieszane uczucia („Ćpałem, chlałem i przetrwałem” – wywiad rzeka z Maleńczukiem przeprowadzony przez jego partnerkę, Barbarę Burdzy; to jakaś dziwna „moda” – artysta gada ze swoją lepszą połową na potrzeby książki); również fatalne („Polski punk 1978-1984” Anny Lyons-Dąbrowskiej, kabotyński „Gościu” z Grabażem z Pidżamy Porno).

„Zagranych na śmierć” stawiam zaraz za „Kryzysem w Babilonie”, choć wzbudzili we mnie pewien niedosyt; tak naprawdę chciałbym o każdym z jej bohaterów przeczytać osobną pozycję. Pytanie, czy starczyłoby materiału (na marginesie, ponoć ma się ukazać książka poświęcona Rołtowi). Może Lada mógł pociągnąć te historie, ale czy wtedy nie byłoby to męczenie buły? Dobrze jest, jak jest.

***

„Zagranych” dostałem wpierw w pliku PDF. Ja naprawdę nie trawię e-booków. Pamiętam, że gdy już nie szło kupić w ludzkiej cenie papierowej „Chłepcąc ciekły hel”, bardzo ciekawej przecież pozycji, czytałem jej wersję elektroniczną chyba z rok. „Zagranych na śmierć”, też elektronicznych, pochłonąłem niczym „czarną” Brygadę, „Underground Out of Poland” bądź „Chmury nie było”. Niech to wystarczy za całą recenzję.

***

W do pewnego momentu bardzo ciekawym serialu „The Affair” (potem zapada na chorobę, która dotyka większości tego typu produkcji: ciągnie się w nieskończoność) widzimy wydarzenia z punktu widzenia różnych bohaterów. Zapadła mi w pamięć taka oto scena: oto główny bohater, Noah (Dominic West), odwiedza swoją kochankę, Alison (Ruth Wilson). Patrzymy na scenę jego oczami: jest miły, ochoczo naprawia cieknący kran; ona jest nieprzyjemna, ma na sobie dżinsy. To samo wydarzenie z punktu widzenia Alison: ona, w sukience, jest do rany przyłóż; on, chamidło, robi łaskę, wcielając się w rolę hydraulika.

A może z tą sukienką i dżinsami było na odwrót? No właśnie, sam nie pamiętam. Ludzie do tego stopnia kiepsko zapamiętują to, co się wydarzyło, że można by postawić tezę, iż wszelkie wspomnienia są o kant dupy potłuc („Historie powstają w ludzkich głowach. To, co bierzemy za historyczne fakty, to tylko przemijające wydarzenia, a historia rodzi się z amnezji” – tak „To zupełnie nieprawdopodobne” zaczął Kelner). Byłaby jednak przesadzona. Nasz obraz, zbudowany ze wspomnień kumpli, dziewczyn, tych wszystkich, którzy nas lubili, i tych, którzy nie umieli na nas patrzeć, nie jest prawdziwy sensu stricto, ale też wiele o nas mówi. Zapewne kumpel, który przypomina stare czasy, nie zawsze był wtedy trzeźwy, na dodatek mówi o sprawach sprzed stu lat. Nie jest to jednak ksiądz na pogrzebie, robiący z sadysty „kochającego męża i ojca”.

Wspomnienia nie mówią prawdy, ale przedstawiają prawdziwy obraz. Nawet jeśli wykrzywiony bądź upiększony.

Tomasz Lada: „Zagrani na śmierć. Mroczne ścieżki polskiego undergroundu” (Czarne; premiera: 25 maja 2022)

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

karen dalton – it’s hard to tell who’s going to love you the best [1969]

linki w komentarzach / links in comments

wirz.de

Karen Dalton i Tim Hardin w Boulder, Kolorado; lata 60. (fot. Dan Hankin). KD grała ze swoim mężem, gitarzystą Richardem Tuckerem. Czasem tworzyło się trio, gdy dołączał do nich właśnie Hardin

Zakochałem się w płycie „It’s Hard to Tell Who’s Going to Love You the Best”, więc pomyślałem, że jej autorka, Karen Dalton, powinna pojawić się na blogu. Kobiet z gitarami nigdy za wiele, o ile nie jest to np. Maryla Rodowicz.

Wcześniej czyjś wygląd tak bardzo nie pasował mi do głosu, gdy zorientowałem się, że „Where have they been?” nie śpiewa facet po czterdziestce, lecz dwudziestoparolatek. No więc wpierw Ian Curtis, potem Karen Dalton. Nazywano ją „Billie Holiday folku”, co wiele tłumaczy.

Należała do tej samej sceny folkowej, co m.in. Bob Dylan (bardzo ją cenił, występowali razem). Grała na dwunastostrunowej gitarze i bandżo z długim gryfem; jej głos – cytując Janusza Reichela – czasem chwyta za serce, a czasem za jaja (zwłaszcza gdy na koniec wersu wibruje). Sukcesu komercyjnego nie odniosła, dopiero po śmierci zyskała uznanie; i tak zbyt małe. Zyskała je dzięki m.in. Nickowi Cave’owi, który jest nieoceniony – podobnie jak Jason Pierce ze Spiritualized – w przypominaniu folkowych pieśniarzy i pieśniarek.

Myślę: „Karen Dalton” i w głowie pojawia mi się też inna tragiczna postać amerykańskiej kultury, pisarka Carson McCullers.

Mająca problemy z piciem i dragami Dalton, zmarła w wieku 55 lat na chorobę powiązaną z AIDS. Przez długi czas panowało przekonanie, że odeszła jako bezdomna. Wychodzi jednak na to, że ktoś się nią zaopiekował nim zmarła.

Wydała dwie płyty. Oprócz „It’s Hard…” „In My Own Time” (1971). Ta pierwsza robi na mnie większe wrażenie, może dlatego, że jest bardziej surowa. Szkoda tylko, że kosztuje tyle, jakby ją dotknęła nasza inflacja.

Dwa lata temu nakręcono film o tej artystce z Teksasu – „In My Own Time: A Portrait of Karen Dalton” (gdzie go można obejrzeć?). Pojawia się w nim wspomniany Cave. Wiele lat po śmierci autorka „In My Own Time” zaczyna być rozpoznawalna.

W Polsce Karen Dalton może kojarzyć się może co najwyżej z braćmi Daltonami z kreskówki o Luckym Luke’u.

%d blogerów lubi to: