„i’m too old to drink in pubs” – podsumowanie 2021 (cz. I)

Przez parę ostatnich pojawiały się płyty, dzięki którym znów czułem się (albo niemal tak się czułem), jakbym był nastolatkiem poznającym te wszystkie zajebiste zespoły. „Jericho Sirens” Hot Snakes, „High Anxiety” Oozing Wound, „Exit No. 2020” Titanic Sea Moon…

W tym roku znów ukazało się mnóstwo świetnych albumów, ale żaden nie wyjebał mnie z butów. Najbliżej tego były bodaj „Czasy” Doli, od których zacząłem zestawienie swoich ulubionych płyt kończącego się roku. Jak zwykle – bez udupiającego podziału na Polskę i zagranicę. Im dalej, tym kolejność coraz bardziej umowna.

Ciekawie jest po paru latach sprawdzić, czy materiały, w których się zasłuchiwałem, wciąż mi się podobają. Pamiętam, jak 11 lat wstecz przeżywałem „My Father Will Guide Me a Rope to the Sky” Swans. Nie włączyłem tej płyty od ładnych paru lat i szczerze wątpię, że dziś przebrnąłbym przez nią.

(Słucham teraz „The Space In Which The Uncontrollable Unknown Resides, Can Be The Place From Which Creation Arises” Work Money Death i myślę o tym, że kompletnie zaniedbałem jazz).

Wydaje mi się, że do każdej z poniższych płyt będę wracał. Czas pokaże.

(o)

dolaczasy (widno)

Furia i Odraza przynudziły, więc najlepszym polskim zespołem metalowym ogłaszam Dolę. Szkoda, że ten materiał nie wyszedł na winylu, bo niesamowity klimat, jaki wygenerowali Grono, Maras i Stempol, aż się prosi o ten nośnik.

recenzja

(o)(o)

mike majkowskifields (audio. visuals. atmosphere.)

Oren Ambarchi od jakiegoś czasu nagrywa rzeczy, które średnio mi podchodzą, ale minimal na najwyższym poziomie znalazłem na „Fields” Mike’a Majkowskiego, jednej trzeciej wybitnego tria Lotto. Pierwszy numer, „Oceans of Fog”, dorównuje najlepszym rzeczom nagranym przez tę formację.

Majkowski wydał w 2021 jeszcze bodaj dwie płyty: „Four Pieces” i „The Glider” (z Nickiem Garbettem), ale posłucham ich dopiero w nowym roku.

(o)(o)(o)

kowloon walled citypiecework (neurot recordings)

Emo-sludge. Uwielbiam tę kapelę; kapitalnie panowie dawkują emocje, jak gdyby chcieli, żeby słuchacz odczuwał niedosyt. I w sumie odczuwam. Soundtrack do trudnego dnia, miesiąca, życia. Bardzo bym chciał zobaczyć ich na żywo, ale tym razem nie jako support (np. Neurosis, od którego i tak wypadli sto razy lepiej).

Inna rzecz w podobnych klimatach godna polecenia:

(o)(o)(o)(o)

low lifefrom squats to lots: the agony & xtc of low life (goner / alter / lulu’s sonic disc club)

Moja ulubiona postpunkowa ekipa nie nagrała płyty równie dobrej jak „Downer Edn” (2019). Ale w końcu do „From Squats to Lots” się przekonałem, choć chwilę to trwało. Jest coś, co bardzo mi podchodzi u tych Australijczyków. Robią wrażenie gości, którym granie sprawia rzeczywiście frajdę, którzy lubią się najebać i rzucić karczemnym dowcipem. Wydają się naturalni niczym poranne postawienie klocka. Oby robili dalej swoje.

Inny post-punk godny polecenia:

(o)(o)(o)(o)(o)

tindersticksdistractions (lucky dog / city slang)

Tutaj to sam się zaskoczyłem. Moja ulubiona z płyt nagranych w 2021 przez nudne zespoły. Nie wiem, czy znalazłaby się na liście, gdyby nie wspaniały cover „A Man Needs a Maid” Neila Younga. Kupiłem nawet winyl żonie na urodziny i zabrzmiał tak genialnie, że równie dobrze mógłbym go kupić sobie.

Inna nudna płyta warta polecenia:

Muzyczny minimalizm i głos wokalisty przywodzą na myśl „Songs for Drella” – nagraną przez Lou Reeda i Johna Cale’a płytę poświęconą Andy’emu Warholowi.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

direct threatdirect threat (iron lung records / quality control HQ)

Punx not dead. Może nie u nas, ale jednak not dead. 8 minut wpierdolu.

Inna płyta z Iron Lung, dzięki której chce się żyć:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

usa/mexicodel rio (12xu / riot season)

Trzej panowie znani z Butthole Surfers, Marriage czy Shit and Shine doprowadzili do ekstremum to, co grają Brainbombs, No Balls czy Orchestra of Constant Distress. Ciekawe, na ile płyt starczy pary.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

white suns the lower way (decoherence records)

7-10 lat temu płyty White Suns były wysoko oceniane nawet na Pitchforku i Tiny Mix Tapes. Lata lecą, a ten noiserockowy (zdecydowanie bardziej „noise” niż „rockowy”) zespół robi swoje. Nie poszedł na kompromis, nie próbował się przypodobać, egzystuje na uboczu. Dla mnie to jedna z najlepszych kapel XXI wieku.

Oprócz „The Lower Way” wydali w tym roku składankę „Modern Preserves”, zawierającą niepublikowane kawałki demo, odrzuty z sesji i improwizacje live.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ostrowskiendless fluctuations (pawlacz perski)

„Od kosmicznych odlotów po bity, które są jak uderzenie młotkiem w głowę”. To ważny dla mnie materiał, ścieżka dźwiękowa do tego złego roku. No i przy jego okazji popełniłem jedną z nielicznych recenzji, z których jestem zadowolony.

Inna rzecz z Pawlacza Perskiego szczególnie godna uwagi:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

zzzuzzzu (głowa konia nagrania)

Paweł Nałyśnik potrafi w ciągu roku wydać więcej ciekawych płyt niż inni grajkowie przez całe życie. Czasem nawet za dużo, jak w przypadku Parampampam Trio, które współtworzy. Dwa albo trzy lata temu PPPT wydało tyle epek, że nie było szans na nadążanie z recenzjami.

Oprócz ZZZU Paweł wydał też materiał jako Sune Soundtracks, za którym stoi wyjątkowo ciekawy koncept.

Nałyśnik zajmuje się również grafiką, o czym możemy się przekonać, podziwiając okładki jego płyt oraz innych artystów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

maszyny i motyle – sepr (wyd. własne)

NEU! spotyka Tortoise w Studiu Eksperymentalnym Polskiego radia.

Wyjątkowy pomysł na płytę i wyjątkowa jego realizacja. No i nie jest to eksperyment dla eksperymentu – świetnie się „SEPR” słucha.

***

Ciąg dalszy obawiam się, że nastąpi. Dorzucę jeszcze najlepsze kawałki 2021:

staszek fungus – bloudit [pawlacz perski; 2021]

staszek fungus – bandcamp

staszek fungus – facebook

pawlacz perski – bandcamp

pawlacz perski – facebook

„Psychoakustyczne halucynacje” – sprawdzamy, czy warto im ulec.

***

Mam wrażenie, że Pawlacz Perski, kładąc nacisk na psychodeliczny charakter „Bloudit”, podkreśla odrębność materiału Staszka Fungusa od tego, co ten szacowny kasetowy label wydał wcześniej.

Mnie jednak owe utwory, które „(…) umieszczają nas wewnątrz miejsc będących dźwiękowymi halucynacjami opatrzonymi ścieżką dźwiękową” (Lech Nienartowicz), nie wydają się czymś bardzo odmiennym od wielu innych wydawnictw Pawlacza; zwłaszcza skojarzenie z „wodną psychodelią” Wojtka Kurka, którą mogliśmy podziwiać na „Buoyancy”, jest żywe.

***

Na chwilę z innej beczki. Do łba przyszła mi też poboczna refleksja, mająca się nijak do tego, co nagrał Staszek Fungus. Słuchając trzeciego utworu – „216 metrów, za oknem”, pomyślałem o tych wszystkich przeciętnych lub kiepskich zespołach rockowych, które nudę swej muzyki próbują przykryć psychodelizującymi zagrywkami. Problem ten występuje zapewne wszędzie, ale patriotycznie wymienię tu nasz Myslovitz. Z perspektywy czasu zabawnym wydaje się fakt, że jego lider Artur Rojek pozował na jedynego eksperymentatora w mysłowickiej grupie. Zabawnym, gdy skonfrontuje się dawne ambicje z nędzą jego obecnych, solowych dokonań. „Psychodeliczne ozdobniki jako narzędzie mające ukryć nudę muzyki rockowej i popowej” – temat, nad którym chyba warto się kiedyś bardziej pochylić.

Ale to tak na marginesie. Zostawmy szmirę, wróćmy do sztuki.

***

„Systematycznie odkształcane klimatyczne syntezatorowe pasaże” (znów Lenartowicz), wkomponowane głosy z otaczającego nas świata, niepokojący ambient i puls miasta. Staszek Fungus (trzeba wspomnieć, że za tym pseudonimem kryje się Michał Lejczak) zabiera nas w miejsca, które niewątpliwie warto zwiedzić, choć będąc tam, od czasu do czasu wypada zerknąć przez ramię, czy nie czai się za nami coś podejrzanego. Jest w tej muzyce dużo mroku.

***

„Bloudit” pozostawia lekki niedosyt, zrobiło na mnie nieco mniejsze wrażenie niż „Buoyancy” Kurka czy zwłaszcza kapitalne (i, jak znam życie, niedocenione i niezauważone) „Endless Fluctuations” Ostrowskiego, ale ta muzyka to i tak kolejny dowód na to, że Pawlacz Perski jest wydawcą z wybitnym gustem.

Inna sprawa, że przy tego typu graniu każde kolejne przesłuchanie tylko pomaga w jego odbiorze, więc niewykluczone za jakiś czas tego, co nagrał Lejczak vel Fungus, będę słuchał z równie dużą przyjemnością, jak materiałów Kurka czy Ostrowskiego.

***

Warto również zwrócić uwagę na świetną grafikę Lidii Wnuk, zdobiącą okładkę „Bloudit”. Tym, jak Pawlacz wydaje kasety, też można się pozachwycać.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ostrowski – endless fluctuations [pawlacz perski; 2021]

bandcamp

facebook

Pawlacz Perski przy okazji wydanego przez siebie – 52. już – materiału kontynuuje piękną tradycję pisania krótkich historii wprowadzających w odbiór jego wydawnictw.

„Endless Fluctuations” jawi się (…) jako posthumanistyczna utopia stworzona przez anarchistyczne maszyny. Pomimo rozpadu dawnego porządku panuje wśród nich dziwnie uspokajająca harmonia. Bity postanowiły porzucić kierat tanecznych struktur, a prosty syntezatorowy riff, zamiast zabawiać spoconych bywalców jakiejś dyskoteki z lat 90-tych, wybrał się na wycieczkę w kierunku bezkresnych kosmicznych sfer, by pooddychać czystą metafizyką”. Ładne, co nie?

Ten zabieg jest ciekawy, bowiem za każdym razem pozwala skonfrontować wizję, którą „sprzedaje” wydawca, z własną.

Ja, słuchając muzyki Krzysztofa Ostrowskiego, myślałem o fraglesach, bohaterach serialu lalkowego Jima Hensona. Próbując przypomnieć sobie na spacerze z psem – z „Endless Fluctuations na słuchawkach – jak nazywały się stworki budujące jadalne konstrukcje we „Fraggle Rock” (byli to duzersi), zauważyłem idącą przed nami postać – niewysoką dziewczynę bądź chłopaka w czapce, spod której sterczały rude włosy – przypominającą Boobera.

Dobrze, że nie byłem pod wpływem – jak to ładnie ujął zespół THCulture – „witamin (dla) kory mózgowej”, bo mógłbym mieć potem problem, żeby wrócić na Ziemię.

***

Tak, zdecydowanie jest to moje techno. Owo „porzucenie kieratu tanecznych struktur” bardzo mi pasuje. Podobnie jak syntezatorowe riffy, nadające muzyce Ostrowskiego nieco ciepła, wręcz przebojowości („Brownian ratchet”). Poza schemat Ostrowski wychodzi również w „Molecular motors”, w którym słyszymy wsamplowany fortepian (chyba).

 „Endless Fluctuations” zostało zrealizowane po mistrzowsku. Materiał daje ogromną przyjemność, gdy włączy się go na słuchawkach: gwarantuję, że twoja wyobraźnia uruchomi się w minutę osiem.  Otwierający całość „Diffusion” i drugi utwór – „Stochastic resonance”, tworzą – jeśli dobrze się wsłuchać – lekko knajpiany klimat, więc jeśli owe anarchistyczne maszyny mają swoje knajpy, to myślę, że płyta Ostrowskiego mogłaby w nich lecieć. Przynajmniej do momentu, nim stali bywalcy uznaliby bity za zbyt ciężkie. Szympansy mają bary, ludzie też, więc i maszyny pewnie będą mieć. Może już mają.

***

Od kosmicznych odlotów po bity, które są jak uderzenie młotkiem w głowę. Krzysztof Ostrowski nagrał kapitalną płytę.

mgr Zenon Skręt

***

Projekt graficzny okładki to dzieło Lidii Wnuk.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(0)

wojtek kurek – buoyancy [pawlacz perski; 2021]

wojtek kurek

pawlacz perski

Pawlacz Perski tak dobrze opisuje wydawaną przez siebie muzykę, że właściwie wystarczyłoby wkleić opis „Buoyancy” z Bandcampa i dodać tylko, że warto ten materiał kupić.

Od paru lat słucham większości rzeczy wypuszczanych przez ten kasetowy label (i jego sublabel Patalax) i nie podeszła mi bodaj jedna. Takich artystów jak bohater tego postu, Fischerle, Mech czy Melatony zdecydowanie warto poznać.

Wróćmy do „Buoyancy”.

U Wojtka Kurka sonorystyczne eksperymenty w duchu współczesnej muzyki poważnej sąsiadują z transowymi rytmami o bardzo pierwotnej proweniencji. Wszystkie te niezwykłości autor wyczarowuje przy pomocy zestawu perkusyjnego wspartego autorskimi efektami stworzonymi w środowisku MAX/MSP, które przetwarzają materiał akustyczny w czasie rzeczywistym – zobaczcie sami: nie da się lepiej tego opisać.

Lubię w kasetach wydawanych przez Pawlacz Perski i zwłaszcza Patalax, że zawarta na nich muzyka pozwala uruchomić wyobraźnię, wymyślać fabułę w nieco nierzeczywistym, zazwyczaj mało przyjaznym świecie.

Kurek łączy zimną, „wodną” psychodelię z industrialnym klimatem (tyle że to raczej industrial kijów i kamieni, nie maszyn). Słuchając „Buoyancy”, przenoszę się do niespecjalnie przyjemnej jaskini.

Przyjemnie – jak wspomniałem – tam nie jest i woda kapie na łeb, ale dzięki temu, co nagrał Wojtek Kurek, chętnie tam posiedzę.

Kwintesencją tej płyty jest kapitalny, tytułowy numer.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

„kto wierzy w szatana, musi być pojebany, nie?” – podsumowanie 2020, cz. II

Pierwsza dycha podsumowania 2020 roku bardzo ładnie się ułożyła, więc nie chciało mi się pisać drugiej części, ale zapomniałem wspomnieć o dwóch wydawnictwach, którym kibicuję, tak że wypada to nadrobić.

FONORADAR RECORDS

Dawno temu dwóch początkujących biznesmenów wydało dwie kasety świetnego niemieckiego zespołu Couch – „Etwas Benutzen” (słuchałem wczoraj – gra jak ta lala) i „Fantasy”. Wydajesz kasety, ale pod szyldem „Vinyl” – można i tak. Na ten nośnik zapotrzebowanie się skończyło i nic poza Couch już się nie ukazało w Vinylu.

W dziwnym, pandemicznym roku panowie wrócili jako Fonoradar Records i, mówiąc krótko, rozjebali – tym razem na winylach i CD. Titanic Sea Moon, wznowienie „Killwater” Thing, nowy June of 44, kapitalny Luggage, Columbus Duo i Guiding Lights… W 2021, który pewnie będzie jeszcze gorszy niż kończący się rok, też pojawią się ciekawe rzeczy.

Zapomniałem wspomnieć nie o dwóch wydawnictwach, lecz trzech, bowiem mamy jeszcze

PAWLACZ PERSKI i PATALAX

Eksperymentalna muzyka na… kasetach, dużo dub techno, którego jestem może nie fanem, ale na pewno sympatykiem.

Jest Pawlacz Perski, ale jest też Patalax, który powstał również chyba po to, by opowiadać krótkie, psychodeliczno-surrealistyczne bajki. A może sublabel Patalax zawładnął Pawlaczem? Ten wydał w tym roku tylko dwa materiały (Jachna/Ziołek/Buhl i Wojtek Traczyk), ten od bajek – cztery . W tym bodaj najciekawszy: „Mulet” Monte Omok. Ale może tylko dlatego najciekawszy, że dopiero czeka u mnie na odsłuch kaseta „Bezruch” Mechu.

Przejdźmy do drugiej dziesiątki mych ulubionych płyt:

(o)

facsvoid moments [trouble in mind records; 2020]

Post-punk i noise rock obok często rozbuchanego napierdalania mają też nurt minimalistyczny. Warto w tym miejscu wymienić australijskie My Disco (świetni byli na „Severe” [2015], na „Environment” [2019] od minimalizmu przeszli do pretensjonalności) oraz Luggage (kapitalna „Shift” [2019] i nie gorsza „Three” [2017], wydana u nas przez wspomniany Fonoradar). FACS grają w tej samej lidze i mniej więcej w tę samą grę, choć mam wrażenie, że na „Void Moments” nieco odeszli od swej surowości. Pytanie, czy słusznie. Tak czy siak, płyta świetna.

(o)(o)

the budos bandlong in the tooth [daptone records; 2020]

Pod tym fajnym tytułem kryje się najlepszy istniejący soundtrack do najlepszego nieistniejącego amerykańskiego sensacyjnego filmu z lat 70.

(o)(o)(o)

pay for painpain [dark medicine; 2020]

Można grać w 2020 tzw. indie rock i nie być miałkim. Ta płyta to – może to krzywdząca opinia – tak naprawdę dwa numery: otwierający całość „Fallen Angel” i zamykający – „Until I Walk Through the Flames”. Paradoksalnie, gdyby Pay for Pain wydali singiel, uznałbym, że to za mało, żeby ich wrzucić do tego zestawienia.

(o)(o)(o)(o)

incantationsect of vile divinities [relapse records; 2020]

Nigdy nie pokocham death metalu z powodu komicznego imidżu oraz debilnego przekazu, ale ta płyta to po prostu 12 doskonałych, ponurych numerów legendarnej kapeli, które fantastycznie wwiercają się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)

oily boyscro memory grin [cool death records, static shock records; 2020]

Brudny jak dupsko szatana punk czy tam hardcore Australijczyków po części związanych z doskonałą postpunkową kapelą Low Life. Dlaczego można grać tak dobrze punka? Chyba nie dlatego, że się nie jest z Polski. A może?

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

odrazarzeczom [godz ov war; 2020]

Chwilami płyta może irytować tym zaśpiewami à la górale, którzy wyszli z siłowni ze śpiewem na ustach, albo gitarami, jakby gościnnym występem raczył nas Grzegorz Skawiński. Ale tak czy siak, Odraza to obecnie bodaj najlepszy metal w tym kraju, z na dodatek niegłupimi tekstami (Furia przegrywa kretyńskimi lirykami Nihila). Inna sprawa, że jak popatrzysz na plecy koszulek Odrazy, widzisz, że jest to jednak, niestety, fucktycznie metal.

A jak bywa tak se na „Rzeczom”, to trzeba się wsłuchać wyłącznie w grę perkusisty – dobry typ. Nie wiem, czy lepsza ta płyta, czy surowa „Esperalem tkane”. Na pewno obejrzałbym krakowski zespół na żywo.

Bardzo ładna okładka. Plus ksywa Stawrogin (oczytani metale odczuwają dumę).

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

młody dzbanżycie na parkingu (edycja żałosna) [2020]

Najpierw miałem tu wrzucić Oranssi Pazuzu, ale jak ostatnio słuchałem tegorocznej płyty Finów – „Mestarin Kynsi”, to w sumie miałem lekkie kino. Ten śmieszny wokal plus to muzyczne zadęcie – co za pierdolety. Więc niech będzie zamiast nich Młody Dzban – za porównania i wsamplowanie bohaterów „Chłopaków z baraków”.

A w ogóle to przecież Smarki wrócił:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

columbus duo and guiding lightscolumbus duo avec guding lights [fonoradar records; 2020]

Głównie z powodu dwóch znakomitych numerów Columbus Duo.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jarsджрc III [pogo records; 2020]

Klasyczny, można powiedzieć, noise rock, ale to po prostu Jars, nie kolejna podróbka Unsane. Żeby tak u nas grano jak w Moskwie… I pomyśleć, że ludzie zachwycają się nową płytą METZ.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

neil young & crazy horsereturn to greendale [reprise records; 2020]

Koncert z 2003 r., prezentujący materiał z płyty „Greendale” wydanej w tym samym roku. Trochę od czapy wydawnictwo w tym zestawieniu, bo archiwalne, ale był to wspaniały występ, zwłaszcza „Be the Rain” chwyta za serce.

Young nagrywa w domu, wydaje archiwalne nagrania (w tym roku ukazało się 10-płytowe „Neil Young Archives Volume II: 1972–1976”, zawierające m.in. materiał z sesji z „Zumy”) – 75-letni Kanadyjczyk zawstydza młodych.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

tarlive i inne

2019 był rokiem koncertówek Sonic Youth. W końcu znudziły mi się te bootlegi, a czarę goryczy przelały kiepskie „Rarities 2”. W tym roku z miłą chęcią odsłuchiwałem za to nagrań live jednej z moich ulubionych kapel lat 90., Tar.

Ach – uwaga, piszę jak Krzysztof Varga – pójść na koncert, i stresować się, czy aby na pewno zagrają „Dark Mark” i „Viaduct Removal”.

Oprócz koncertów (sami twierdzą, że w najwyższej formie byli, gdy grali z The Jesus Lizard), ukazała się płyta z nagraniami z prób „Abogados!” oraz materiał zespołu Luckyj, w których grało bodaj dwóch typów z Tar.

Szanuję za to, że zamiast wydawać te rzeczy na winylach, po prostu wrzucają je za dolara lub za darmo na Bandcamp.

***

Nie rozumiem ludzi, którzy ględzą o tym, że kiedyś było lepiej, że teraz nie ma dobrych płyt itp. Kiedyś było lepiej, kondonie, bo ważyłeś o 20 kilo mniej, a twój kac trwał dwie godziny, nie dwa dni. I tyle. Przecież obecnie świetnych polskich płyt wychodzi tyle w ciągu roku, ile kiedyś przez dekadę. Za granicą też dają radę.

Śmieszą mnie podsumowania z 50 albo setką pozycji, ale sam mógłbym dołożyć do tych swoich dwudziestu płyt wiele innych. Oto parę dodatkowych:

Jest tego od groma.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

fischerle – kaznodzieja [patalax; 2020]

patalax – bandcamp

patalax – facebook

pawlacz perski – bandcamp

pawlacz perski – facebook

mateuszwysocki.com

pawlaczperski.org

Mateusz Wysocki raczej nie należy do gości, którzy wydają płyty od święta. Wystarczy spojrzeć na jego dyskografię wrzuconą na cieszącą oko stronę internetową, by się o tym przekonać. Sam poznałem kilka rzeczy, które nagrał, i stwierdzam, że „Kaznodzieja” to chyba najlepszy materiał, jaki miałem okazję usłyszeć.

Materiał niezwykły. Oddajmy głos Wysockiemu (uwielbiam te opisy na Bandcampie Pawlacza Perskiego i jego sublabelu Patalax – robią pół roboty za mnie, jeżeli chodzi o recenzje).

„Jakiś czas temu poznałem niemieckiego archeomuzykologa, Adje Botha, który w swoich badaniach zajmuje się azteckimi instrumentami z miasta Teotihuacan. Ponieważ – jak się od niego dowiedziałem – aktualnie nauka jest w posiadaniu szczątkowych materiałów faktograficznych dotyczących ich obsługi, czasem zamykających się w jednym graficznym przedstawieniu, większość z tych instrumentów wisi w performatywnej próżni. Taki stan rzeczy, być może nieco naiwnie, wydał mi się czymś niezwykłym – w mojej codziennej przestrzeni prawie wszystko ma jakąś instrukcję, skalę i przypisane hiperłącze, a wirtuozeria przypomina skakanie przez płonącą obręcz muzyki. Piękne brzmienie glinianych rekonstrukcji i brak czytelnych punktów odniesienia zainspirowały mnie do nagrania tego albumu, który stara się łączyć patalaxową plemienność z kompozycyjnymi zabiegami wypracowanymi w miejscach istniejących faktycznie na mapie”.

Tyle autor. Recenzent robi „CTRL + V” i zadanie uznaje za wykonane.

Może co najwyżej dodać, że Wysocki ożenił swoje dub techno (tak można by w uproszczeniu nazwać to, co gra jako Fischerle) z prekolumbijskimi instrumentami, tworząc jedną z najciekawszych płyt tego roku. Niezależnie od tego, czy z „Kaznodziei” wybrzmiewa wyłącznie dub techno („Tłum”), czy etno („Uległość”), czy też oba gatunki akurat są w idealnej symbiozie („Księżycowa maska”, „Nić kłamstwa”).

Kaseta wyprzedana, o czym, lekko wkurwiony, bo się spóźniłem, informuję.

„Kaznodzieja” to trzecie wydawnictwo Patalaxu. Poprzednie – „Tambur” Ifs oraz „Mulet” Monte Omok (Montego Omoka?) – również mają status „sold out”. Czekamy na czwarte.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

foql & fischerle – personal wastelands [paralaxe editions; 2020] / lfs – tambur [patalax; 2020] / monte omok – mulet [patalax; 2020]

To nie recenzje (obecna kondycja intelektualna nie pozwala mi na ich napisanie), lecz krótkie wzmianki o trzech tegorocznych, niezwykle udanych materiałach: pierwszy wyszedł w barcelońskim Paralaxe Editions, dwie kolejne – w Patalaxie, sublabelu Pawlacza Perskiego, stałego gościa 10fs; wszystkie na kasetach. No i pięknie.

paralaxe-editions.com

paralaxe editions – bandcamp

paralaxe editions – facebook

pawlaczperski.org

pawlacz perski – bandcamp

pawlacz perski – facebook

patalax – bandcamp

patalax – facebook

gosia słomska

mateusz wysocki

foql

(o)(o)

foql & fischerle – personal wastelands [paralaxe editions; 2020]

Współpraca Justyny Banaszczyk (FOQL) i Mateusza Wysockiego (Fischerle). Album powstał w warszawskim studiu FOQL. Artyści, improwizując na dwóch identycznych automatach perkusyjnych, nagle „odkryli niezwykle silną wspólną płaszczyznę”, czego efektem jest „Personal Wastelands”. Polecany materiał zabiera nas na „mgliste «pustkowie» ponurej atmosfery, przywoływanej przez hipnotyzujący dub i skorodowane rytmy”.

Czy ten Wysocki nagra kiedyś coś słabego? Osobiście najchętniej słuchałem tych kawałków, gdy duet porusza się po pustkowiu czegoś, co można by nazwać dub techno.

(o)(o)

lfs – tambur [patalax; 2020]

„Dawno temu, kiedy do naszej krainy docierało słabe światło, byłem małym, wystraszonym stworzeniem. Poruszałem się po omacku z rękami wyciągniętymi przed siebie albo pełzałem tuż przy ziemi, wdychając jej mdły zapach. Pewnego razu znalazłem drzewo. Na jego pniu wymacałem narośl, w którą wpiłem się bez zastanowienia. Zmęczenie wędrówką ustąpiło kiedy poczułem lepki płyn w ustach. Następnego dnia obudziłem się w ciele pokrytym gęstą, zwierzęcą sierścią. Od tamtego czasu przemawiam głosem umiejscowiony w brzuchu”.

Bajka jako wprowadzenie do odhumanizowanej muzyki? Czemu nie. To nie pierwszy raz, gdy artyści siedzący w elektronice, za jej pomocą snują tego typu opowieści, nawet jeśli słuchacz ich dźwięki kojarzy raczej z odgłosem fabryk bądź postapokaliptyczną pustką.

Mnie cztery utwory z epki Ifs (Krzysztof Freeze Ostrowski, Mateusz Wysocki, Gosia Słomska) jednak oprowadzają po opuszczonej fabryce. A może jednak – leci „Zapach” – w końcu kierują do jakiegoś spalonego lasu?

„Tambur” to najciekawszy materiał z trzech, które się tu pojawiły. Chyba że…

(o)(o)

monte omok – mulet [patalax; 2020]

I znów bajka; idziemy przez las. Horror ambient i dub techno duetu Mateusz Wysocki – Gosia Słomska; muzyka, jakiej świat nie widzi. Włączyłem sobie „Mulet” w ramach relaksu po śniadaniu, ale myślę, że najlepiej sprawdzi się wieczorem. Uważajcie na basy, nie ma co wkurwiać sąsiadów w tym trudnym czasie.

(o)(o)

Dobrze, że powstał Patalax, bo choć muzycznie nie odbiega od tego, co wydaje Pawlacz Perski, to widać, że mamy tu do czynienia z konceptem, za którym stoi – jak w przypadku Pawlacza – doskonała muzyka, ale też nieco odrębna, zwarta opowieść.

jachna/ziołek/buhl – animated music [pawlacz perski; 2020]

bandcamp

facebook

pawlaczperski.org

Pierwsze tegoroczne wydawnictwo Pawlacza Perskiego przynosi muzykę gwiazdorskiego tria: Wojciech Jachna (trąbka, kornet, fx; m.in. Contemporary Noise Sextet i Inncercity Ensemble), Jakuba Ziołka (gitara akustyczna, syntezator, fx; Innercity Ensemble, różne Alamedy, Stara Rzeka…) oraz Jacka Buhla (perkusja, perkusjonalia; m.in. Alameda 5 i Trytony). „Animated music” – naprowadzi na to bystrego czytelnika – może być interpretowana jako ścieżka dźwiękowa do kreskówek. I tak jest w istocie: w info wydawcy czytamy o polskich filmach animowanych z lat 60 i 70.

„Charakterystyczne dla wielu z takich soundtracków było m.in. zderzanie avant-jazzowego feelingu z nieco sterylną elektroniką w duchu SEPR (zakładam, że chodzi o Studio Eksperymentalne Polskiego Radia – dop. 10fs). Na Animated music akustyczne instrumenty wykorzystywane są w sposób tradycyjny, ale muzycy nie stronią też od sonorystycznych poszukiwań i elektronicznych preparacji. Pole słyszenia rozszerzają syntezatorowe dźwięki”.

Nic dodać, nic ująć. Jak zwykle Pawlacz Perski zapodaje takie press-info, że właściwie można zrobić kopiuj-wklej i pójść na piwo.

Jachna, Ziołek i Buhl to muzycy tej klasy, że pewnie trudno byłoby im nagrać coś kiepskiego. Znają się, pewnie lubią i niejednokrotnie pracowali razem. Mogą co najwyżej rozczarować, lekko znudzić, ale wiochy żadnej nie odstawią.

„Animated music”, nagrana w 2016 r. przez Janusza Czadę w bydgoskim Studiu Mózg, stwarza wrażenie czegoś w rodzaju brudnopisu, spotkania trójki świetnych muzyków, którzy postanowili przy okazji coś zarejestrować, ale nie jest jedynie ciekawostką, płytą, przy okazji której bardziej zwraca się uwagę na nazwiska muzyków niż samą muzykę. Co prawda daleko temu materiałowi do najlepszych wydawnictw Pawlacza, lecz warto go poznać.

(o)(o)

Surowa elektronika i akustyczne brzmienia, „kontrolowane” przez trąbkę Jachny – tak można by w uproszczeniu opisać zawartość tej kasety.

Mnie najbardziej przypadły do gustu psychodelizujący „To Boy and the World” oraz „Yoruba”, której patronem będą raczej nie polskie postacie z filmów animowanych, lecz Żwirek i Muchomorek. Doskonale wyszły im te jagodowe powidła.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

lech nienartowicz – wrażenia i mechanizmy & fischerle – α​-​ribbon [pawlacz perski; 2019]

pawlaczperski.org

pawlacz perski bandcamp

pawlacz perski facebook

fischerle

Pawlacz Perski to kasetowy label, założony przez Lecha Nienartowicza i Mateusza Wysockiego. Label, któremu mocno kibicuję i który ma w swym katalogu tak ciekawych artystów, jak Wojtek Kurek, Hubert Zemler czy Bachorze.

Po dziewięciu latach działalności Pawlacz zaprezentował podwójne wydawnictwo, na które składają się kasety jego założycieli: „Wrażenia i mechanizmy” Lecha Nienartowicza oraz „α-ribbon” Mateusza Wysockiego, czyli Fischerle.

„α-ribbon” (od niego zacząłem słuchanie) to, w uproszczeniu, połamane dub techno, czasem żenione z hiphopowym beatem. Dzieje się tu tyle, że polecam założyć słuchawki i zagłębić się w ten materiał.

Tym, którzy widząc słowo „techno”, z miejsca uprzedzili się do Fischerle, napiszę, że niektóre utwory na tym materiale mają taką strukturę, że mogliby je wymyślić panowie z Tortoise – w czasie, gdy byli awangardzistami post-rocka, nie dziś, gdy są przynudzającymi klasykami. Przyszło mi to do głowy już podczas otwierającego płytę „Inflatone”.

„Wrażenia i mechanizmy” Lecha Nienartowicza są dla mnie zbyt abstrakcyjne i zbyt trudne w odbiorze. Nie jest to zarzut (chyba, że wobec mnie samego), lecz zwykłe stwierdzenie faktu. Jednak coś wyniosłem ze słuchania tego materiału: otwierające go „Mechanizmy” przypomniały mi, że miałem iść pograć w ping-ponga. ;)

Wesprę się press-kitem. „»Wrażenia i mechanizmy« to album będący kolejnym etapem poszukiwań Lecha, rzecz – z jednej strony – korzystająca z osiągnięć muzyki konkretnej i melancholijnego ambientu, z drugiej – poprzetykana szczątkami rytmu i mikrozdarzeń dźwiękowych. Całość brzmi jak Rousselowski mechanizm, odsłonięty spod mchu przez jakieś plemię, które zaczyna posługiwać się nim na swój własny, niekoniecznie zgodny z przeznaczeniem sposób”.

Tyle od mądrych ludzi. Zapraszam do słuchania.

parampampam trio – ep23 [2019] / ostrowski – further fluctuations [pawlacz perski; 2019]

bandcamp

facebook

***

pawlaczperski.org

bandcamp

facebook

***

Czasu brak, więc wrzucam dwóch artystów do jednego postu. Myślę, że ani Parampampam Trio, ani pan Ostrowski do spółki z Pawlacz Records się nie obrażą. W końcu, poniekąd, cała trójka gra w jednej drużynie: najlepszej emanacji rodzimego undergroundu.

***

Mam ostatnio fazę – jakby to głupio nie zabrzmiało – na niesłuchanie Ewy Braun (nadmierna poważka i wokal pana Dymitera zaczęły mi przeszkadzać). Podobnie miałem, przez kilka lat, z Sonic Youth; chyba po wydaniu „The Eternal”. Ale ostatnio, dzięki wspaniałym, pośmiertnym koncertówkom, odkryłem na nowo geniusz nowojorczyków.

Parampampam Trio zastępuje mi Ewę Braun. Nie daje co prawda tych samych emocji – bo i bez tekstów, i ja nie mam już 17 lat – ale to obecnie jedna z moich ulubionych gitarowych drużyn. Zanim zaczną się nią zachwycać portale i dziennikarze, których – delikatnie rzecz ujmując – nie cenię, traktuję PPPT jako swoje.

Mam nadzieję wkrótce zobaczyć ich u siebie – gwarantuję obecność co najmniej pięciu osób. Reszta na chujowym HC kilometr dalej.

***

Na muzyce elektronicznej znam się słabo (to, czy można się na niej znać – to temat na inną opowieść), ale od dłuższego czasu śledzę to, co wydaje Pawlacz Perski. I kiedy mam ochotę odpocząć od gitar, włączam geniuszy z Autechre czy Pan Sonic, ale też rzeczy wydawane na kasetach właśnie przez bohaterów tego postu.

Nie wiem, co w tym jest, ale nagrania udostępniane przez Pawlacz Perski świetnie sprawdzają się podczas jazdy tramwajem. Podobnie jest z „Further Fluctuations” Ostrowskiego. Może działa to jedynie na krótkiej trasie „Wełnowiec Kościół – Katowice Rynek”. Ale chyba nie, bo po przesiadce do autobusu też nie było najgorzej.

Osiem gęstych, poszarpanych kawałków Krzysztofa Freeze’a Ostrowskiego daje – chwilami niemal bolesną od tej gęstości – przyjemność. Do tagowania muzyki zawartej na tym materiale zapraszam ekspertów.

Jak zwykle w przypadku wydawnictwa Pawlacza Perskiego, warto wczytać się w opis muzyki udostępniony na Bandcampie.

%d blogerów lubi to: