Posts Tagged ‘indie rock’

popsysze – kopalino [nasiono records; 2017]

21/05/2017

bandcamp

facebook

nasiono

Kiedyś, gdy dostęp do płyt był najpierw niemal żaden, a później taki sobie, lubiłem czytać recenzje. Dziś trudno mi jakąkolwiek zmęczyć. Ludzie piszą coraz gorzej (żadnego Łobodzińskiego czy nawet Księżyka nie widać), a niemal każdy album można albo kupić, albo odsłuchać, więc nie ma już fascynacji połączonej z zazdrością („ja pierdolę, ale bym tego posłuchał”).

Na dodatek człowiek się napoci, stara się wspierać rzępolenie kapel znanych pięciu osobom na krzyż, a potem wydawca czy zespół nawet nie podlinkuje recenzji. Do tego dochodzą fochy gości, którym wydaje się, że nagrali nową „In on the Kill Taker”, gdy ty stwierdzasz, że ich arcydzieło jest co najwyżej niezłe. Boże…

Popsysze z miejsca chciałem skreślić, gdy usłyszałem wokal. Później przestał mi przeszkadzać, choć trzeba przyznać, że jest dość – powiedzmy – kontrowersyjny; Jarosław Marciszewski ma głos miły dla ucha, ale dziwnie kładzie akcent (Adam Miauczyński, leżąc na plaży, miałby swoje do powiedzenia na ten temat). No i głos jest za bardzo wysunięty, ale to grzech trzech czwartych polskich płyt. Inna sprawa, że w najlepszym (i najdłuższym) numerze, „Latarni”, Marciszewski sprawdza się świetnie. Gdy śpiewa: „od północy wieje wiatr”, robi się naprawdę przyjemnie. To zresztą najlepszy fragment na płycie: psychodeliczne gitarowe spiętrzenie przechodzi w rozmarzone zakończenie.

To właśnie lubię: płyty, które przy pierwszym kontakcie odrzucają mnie na kilometr, a potem trzymają przy sobie niemal od początku do końca przy każdym odsłuchu („niemal”, bo zdarzają się słabsze momenty).

Popsysze bezpretensjonalnie żeni delikatną psychodelię z, niech stracę, indie rockiem. Zdarzają się tu też inne patenty, jak chociażby postpunkowe rytmy w „Lini numer osiem” i „Pobrzeżach”. Płyta chwialmi kojarzy się mi też ze starymi filmami. Nad całością rozprzestrzenia się, niech stracę ponownie, polskość zespołu. Tak, można być stąd, niewątpliwie inspirować zespołami z Zachodu i nie udawać, że jest się z Londynu czy Nowego Jorku.

„Nadmorska psychodelia” – tak można by nazwać to, co gra Popsysze na „Kopalino”. Gdy leci ostatni – najdłuższy i najlepszy jednocześnie – numer, „Latarnia”, ma się ochotę pierdolnąć wszystkim i pojechać nad morze.

chavez – gone glimmering [1995] / mateusz hajman

28/01/2017

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

facebook

matador

10fuckingstars-wordpress-com

Na pierwszym LP Chavez znajduje się niemal wszystko, co najlepsze w gitarowych graniu lat 90. Ten miks tzw. alternatywnego rocka z posthardcore’em, przyprawiony math rockiem, pięknie kopie po ponad 20 latach. Gitary brzmią jak Pan Bóg przykazał. Można powiedzieć, że „Gone Glimmering” w dużym stopniu zbiera do kupy to, co w muzyce lat 90. lubię najbardziej.

Po dwudziestu jeden latach Chavez wydał nowy materiał, EP-kę „Cockfighters”. Oby to było słuchalne.

***

Mateusz Hajman. Głośne, brainbombsowe „YES!” dla tego pana.

1

2

3

4

5

6

rainer maria – past worn searching [1997] / betsy schneider

20/06/2015

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

rainer maria

polyvinyl records

10fuckingstars.wordpress.com

Tak jak w przypadku American Football, ktoś może zapytać: indie rock czy emo? Rainer Maria wydał więcej albumów niż AM i słychać na nich, że czasem bliżej mu do emo, czasem do indie rocka. I raczej ta uwaga dotyczy konkretnych LP, a nie poszczególnych utworów. Zresztą, co za różnica? Dobra płyta.

Mogliby wystąpić na Off Festivalu, bo wciąż grają po reaktywacji, ale raczej Rojek nie słyszał o nich. Pewnie nie odjebaliby chujni, jak The Jesus and Mary Chain.

***

Betsy Schneider

1

2

3

4

5

6

va – touch and go w antenie krzyku #6/2000-1/2001 / kate moss by mario sorrenti

02/05/2015

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

tracklista

antena krzyku

touch and go / quarterstick records

Padł mi komp, więc muzyki słuchałem tylko z winyli i CD. No i przeglądając półkę z płytami, trafiłem na tę składankę, dawno temu dołączoną do „Anteny Krzyku”. Od Don Caballero do Skull Kontrol.

Ponoć Steve Albini miał powiedzieć, że każdemu, kto wskaże lepszą wytwórnię niż T&G, zrobi laskę. Uwielbiałem wchodzić na touchandgorecords.com za starych czasów, gdy zaczynałem korzystać z netu. Różnorodność tych kapel działała na wyobraźnię. Zresztą do dziś tak jest.

***

Nie jestem pewien, czy piękna, ale do bólu fotogeniczna Kate Moss. Wszystkie – chyba – zdjęcia autorstwa Maria Sorrentiego.

1

2

3

4

5

6

the spouds – fear is the new self-awareness [2015]

11/04/2015

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

1

Jedziemy z cyklem: „Nie mam czasu na pisanie recenzji”.

Mam wuja generała kolegę, dzięki któremu co drugi zespół wydaje mi się być emo. Kiedyś każdy brzmiał dla mnie jak The Beatles albo The Cure.

The Spouds są powiązani personalnie z Brooks Was Here – i słychać to chwilami.

Pierwsze dwa odsłuchy – bez rewelacji. Ale właśnie trwa trzeci i muszę powiedzieć, że ten materiał jest naprawdę dobry. Jest tu parę momentów, dla których mógłbym odrzucić zaloty Scarlett Johansson (gdyby nie była nachalna).

Ściągać, wspierać (finansowo i na inne sposoby), zapraszać na koncerty.

A za zakończenie mają u mnie dozgonne uwielbienie.

PS Sorry za ten college rock.

scrawl – velvet hammer [1993] / léa seydoux i adèle exarchopoulos

31/03/2014

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

simple machines records

discogs

1

Indie rock też może brzmieć dumnie. „Seamonsters”, „It’ll Be Cool”, „Crazy Rhythms”… Dziś niekoniecznie. Jeśli coś jest tagowane jako „indie rock”, można z góry założyć, że będzie chujowe, a zespół zabrzmi, jakby wygrał casting prowadzony przez Boya George’a.

Scrawl gra jak Pan Bóg przykazał, może dlatego, że nagrywał go Steve Albini. Spokojna muzyka, w której czai się drapieżność. Bomba, choć może chwilami nazbyt kojarząca się z The Breeders.

W 2012 panie tworzące Scawl grały na ATP. Fajnie, jakby przyjechały na Off Festival.

***

Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos

a

aa

b

c

d

e

owls – owls [2001] / amílcar moretti

07/03/2014

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

fb

jade tree

polyvinyl records

owls

Kolejny zespół Tima Kinselli. Na płycie grali również: jego brat – Mike oraz Sam Zurick i Victor Villareal. Cała czwórka tworzyła wcześniej Cap’n Jazz, no i Joan of Arc.

Więcej tu nerwowych zagrań i niepokoju niż na „American Football”. Jest tez dużo mathrockowych zagrywek. Płyta nagrana przez Steve’a Albiniego. Jak ci się nie podoba, to wypierdalaj. :)

O kurde, zespół się reaktywował. Grają koncerty, wkrótce nowa płyta.

***

Amílcar Moretti

1

2

3

4

amilcar-moretti-febrero-2014-1_995

6

american football – ep [1998] i lp [1999]

03/03/2014

ep

lp

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

polyvinyl records

Nienawidzę podróżować. Do tego stopnia, że czasem nie chce mi się wsiąść w autobus do Katowic (20-25 minut drogi). No ale czasem muszę i zawsze zabieram ze sobą dwie płyty: „Title TK” The Breeders i self-titled American Football. Dlaczego akurat te? Nie wiem. Oczywiście należą do moich ulubionych, ale takich jest przecież mnóstwo. Myślę, że wynika to z tego, że jestem przesądny: jak piłkarz, który na murawę wchodzi zawsze prawą nogą albo nie goli się w dniu meczu. Może jednak ma to sens. W końcu, mając przy sobie LP American Football, zawsze dojeżdżam, a potem wracam w jednym kawałku. Nawet z Łodzi.

Piękna, spokojna płyta. W sam raz dla tych, którzy niczego nie zmieniają i niczego już nie zmienią w swoim życiu.

W American Football grali: Mike Kinsella (m.in. Cap’n Jazz, Owls, Joan of Arc), Steve Holmes (The Geese), Steve Lamos (DMS, The Geese, Braid, The One Up Downstairs).

1

2

3

4

5

imaad wasif – the voidist [2009] / marc blackie

05/09/2013

1

linki w komentarzach / links in comments

fb

blogspot

ImaadWasif
Imaad Wasif, jak widać, został artystą

Swego czasu zaatakował mnie i zamordował zespół Lowercase płytą „Kill The Lights”. Imaad Wasif to 1/2 tej kapeli. „The Voidist” to w sumie fajna rzecz; przyjemny indie rock z folkowymi naleciałościami. Niby dobre (zwłaszcza gdy chwilami brzmi ciężej i przypomina o Lowercase), ale jeśli będę wracał do tej płyty, to tylko po to, żeby poszukać w niej czegoś, czego nie ma.

Nie wiem, co gorsze: fryzura czy publika

***

Współautorem posta znów znany dewiant Biedrzyn. Tym razem fotki Marca Blackiego:

1

2

3

4

5

6

universe seed – portray [2013]

01/07/2013

1

Z przyjemnością informuję, że można kupić CD „Portray” zaprzyjaźnionego z 10fs zespołu Universe Seed. Cena to 15 zł (20 z wysyłką). Materiał można zamawiać pod tym adresem: universeseed@gmail.com.

Jeśli ktoś lubi bezpretensjonalne gitarowe granie, może na „Portray” znaleźć coś dla siebie.

fb

bc


%d blogerów lubi to: