Posts Tagged ‘post-rock’

parampampam trio – ep23 [2019] / ostrowski – further fluctuations [pawlacz perski; 2019]

16/05/2019

bandcamp

facebook

***

pawlaczperski.org

bandcamp

facebook

***

Czasu brak, więc wrzucam dwóch artystów do jednego postu. Myślę, że ani Parampampam Trio, ani pan Ostrowski do spółki z Pawlacz Records się nie obrażą. W końcu, poniekąd, cała trójka gra w jednej drużynie: najlepszej emanacji rodzimego undergroundu.

***

Mam ostatnio fazę – jakby to głupio nie zabrzmiało – na niesłuchanie Ewy Braun (nadmierna poważka i wokal pana Dymitera zaczęły mi przeszkadzać). Podobnie miałem, przez kilka lat, z Sonic Youth; chyba po wydaniu „The Eternal”. Ale ostatnio, dzięki wspaniałym, pośmiertnym koncertówkom, odkryłem na nowo geniusz nowojorczyków.

Parampampam Trio zastępuje mi Ewę Braun. Nie daje co prawda tych samych emocji – bo i bez tekstów, i ja nie mam już 17 lat – ale to obecnie jedna z moich ulubionych gitarowych drużyn. Zanim zaczną się nią zachwycać portale i dziennikarze, których – delikatnie rzecz ujmując – nie cenię, traktuję PPPT jako swoje.

Mam nadzieję wkrótce zobaczyć ich u siebie – gwarantuję obecność co najmniej pięciu osób. Reszta na chujowym HC kilometr dalej.

***

Na muzyce elektronicznej znam się słabo (to, czy można się na niej znać – to temat na inną opowieść), ale od dłuższego czasu śledzę to, co wydaje Pawlacz Perski. I kiedy mam ochotę odpocząć od gitar, włączam geniuszy z Autechre czy Pan Sonic, ale też rzeczy wydawane na kasetach właśnie przez bohaterów tego postu.

Nie wiem, co w tym jest, ale nagrania udostępniane przez Pawlacz Perski świetnie sprawdzają się podczas jazdy tramwajem. Podobnie jest z „Further Fluctuations” Ostrowskiego. Może działa to jedynie na krótkiej trasie „Wełnowiec Kościół – Katowice Rynek”. Ale chyba nie, bo po przesiadce do autobusu też nie było najgorzej.

Osiem gęstych, poszarpanych kawałków Krzysztofa Freeze’a Ostrowskiego daje – chwilami niemal bolesną od tej gęstości – przyjemność. Do tagowania muzyki zawartej na tym materiale zapraszam ekspertów.

Jak zwykle w przypadku wydawnictwa Pawlacza Perskiego, warto wczytać się w opis muzyki udostępniony na Bandcampie.

razy – modła. [głowa konia nagrania; 2017]

14/04/2019

bandcamp

facebook

Przeglądam folder z płytami do zrecenzowania i widzę takie coś, że nie wiem, co jest nazwą zespołu, a co tytułem płyty. Szybkie śledztwo wykazało, że zespół nosi nazwę „Razy” (Darek Dzwolak – bębny, Paweł Nałysnik – gitara i saksofon), a płyta ma tytuł „Modła.”. Underground undergroundu.

Pierwotnie miałem Razy wrzucić tu, ale tak bardzo mi się spodobały, że postanowiłem zrobić o nich osobny post.

***

Post-rock (ale „awangardowy”, nie mogwaiowy), freejazzowy saksofon, transowe, nachalne wręcz bębny – wszystko, co lubię, zawarte w nagraniach, których pewnie nigdy bym nie usłyszał, gdyby życzliwa osoba ich nie podesłała.

Nie chcę się tu bawić w banalne rozkminy o tysiącach nieodkrytych płyt, które są dużo ciekawsze niż duża część tego, na co się wpada na co dzień, ale „Modła.” (bardzo ładna okładka!) do tego typu rozmyślań mnie sprowokowała.

***

Trzecie na płycie, kapitalne „Tysiące.” – tak mogłaby brzmieć Ewa Braun, ale nie związana wokalem Dymitera, a mająca więcej swobody dzięki saksofonowi.

***

Wrzucone wyżej wideo zapowiada ponoć nowe nagrania. Czekam z niecierpliwością.

columbus duo – schein [dead sailor muzic; 2019]

05/04/2019

bandcamp

dead sailor

spacefest


Zdjęcie z Klubu Desdemona, autor nieznany

Columbus Duo poleciało w kosmos.

Miałem ułożoną w swym pustym łbie prawie całą recenzję tego materiału i nagle ktoś zapytał, czy może zrecenzować „Schein” dla 10 fucking stars. „Oczywiście!” – odpowiedziałem. Recenzji nie dostałem, a to, co miałem w głowie, wywietrzało. Średnio się pisze drugi raz o czymś, co z grubsza miało się ułożone.

***

Gdy rozmawiałem z Irkiem Swobodą z Columbus Duo przed wydaniem ostatniego, studyjnego LP „À Temps” (2017), powiedział, że będę nim zaskoczony. Kolega, który miał okazję widzieć duet na żywo, stwierdził, że panowie teraz to właściwie krauta grają. Na wspomnianej płycie zmiany były widoczne, ale nie radykalne, jednak „Schein” faktycznie ukazuje inne oblicze duetu: wpływ Kosmische Musik jest słyszalny, już bębny w pierwszym numerze, „BSS”, charakteryzuje krautowa motoryka. W piątym utworze, „BTT”, słychać echa Neu!

Na Bandcampie czytamy, że „Instrumentarium wcześniejszego albumu [„À Temps”] – perkusja, sampler, oscylator – zostaje tu zachowane i poddane próbie grania na żywo”. Próba okazała się więcej niż udana.

***

Ciekawe, dokąd popłynie Columbus Duo na nowej, studyjnej płycie. Jeśli krautowym kursem, na pewno się nie zmartwię. Jeśli go zmieni – też. Jestem pewny, że znów będzie co najmniej intrygująco.

***

„Schein” nie ukazał się niestety na żadnym fizycznym nośniku.

ghosts and vodka – addicts and drunks [2003] / simone rosenbauer

31/03/2019

linki w komentarzach / links in comments

sixgunlover

bandcamp

Ponoć mężczyzna powinien mieć hobby, żeby nie zwariować albo się nie zapić. Od lat moje hobby to wynajdywanie kapel noise-, math- i postrockowych bądź emowych czy posthardcore’owych, które grały krótko i nagrały singiel albo dwa, EP-kę lub – to szczyt szczęścia – LP. Sprawdza się, kto grał w takiej kapeli i znajduje kolejne, i tak dalej, i tak dalej.

Biorąc pod uwagę, że do takich rozkmin pasuje każda ilość piwa, a widząc, że nie da się rady kupić choćby jednej setnej ze znalezionych płyt, można zwariować – w tezie o hobby jako antidotum na alkoholizm lub pierdolca pojawia się pewna luka.

Ghosts and Vodka wydali tylko jeden LP oraz singiel i składankę, którą wrzuciłem (LP + 7″ + bonusowy numer). Nie jest to w sumie złym rozwiązaniem, jeżeli chodzi o zespół mathrockowy. Z tymi bywa tak, że męczą podobne motywy na zbyt wielu płytach.

W SixGunLover można kupić „Addicts and Drunks”, „Precious Blood” nie jest już dostępny (w sumie, jaki sens byłby to wznawiać, pewnie każdy i tak wziąłby kompilację). Emo, Oh wydało to na kasecie w 2017 r., ale zmieniło się chyba w Ten Toes Records i na Bandcampie nie widzę tego materiału.

***

Simone Rosenbauer

„Złamane kody, masz lody lody lody”. Wspaniały pomysł pani Simone.

rex – c [1996] / helen levitt

22/03/2019

southern records

discogs

W Rex udzielał się m.in. Doug Scharin z Codeine czy June of 44, więc nie ma mowy o szalonych solówkach rockmana czy o skaczącym małpoludzie w bandanie. Slowcore, post-rock, folk – pięknie się wlecze ta płyta. Najbardziej podoba mi się chyba trzeci numer, 10-minutowy „New Son”. Albo „New Dirge”. Zresztą po co wybierać, skoro całość rozpierdala.

Rok po roku Rex wydał trzy płyty. Dyskografię kończy split z Songs: Ohia.

***

Helen Levitt. Chwilowo znudziłem się współczesną, wykoncypowaną fotografią. Pora na klasykę.

 

caspar brötzmann massaker – the tribe [1989] / chas ray krider

09/03/2019

linki w komentarzach / links in comments

caspar brötzmann massaker

southern lord

discogs

6 marca Peter Brötzmann skończył 78 lat, ale akurat naszła mnie ochota, żeby wrzucić skład jego syna, Caspara. Zresztą całkiem niedawno na blogu pojawiła się płyta obu panów, „Last Home”.

Mięczaki, które nie dają rady z Brötzmannem seniorem, niech się „The Tribe” nie boją. Np. numer „Time” brzmi trochę jak Slint. Wspaniała płyta.

***

Chas Ray Krider

wracam do domu i włanczam muzykę [1/2019] (ni., swervedriver, mono, leśniewski / nowacki, hank wood and the hammerheads, marriage + cancer, próchno, sun ra)

29/01/2019


Charlie słucha Mono

Postanowiłem pisać co miesiąc po parę słów na temat płyt, których udało mi się uważnie wysłuchać. Pewnie chęci nie starczy mi już na luty, ale zobaczymy. Może to mi pomoże lepiej się odnaleźć w bajzlu, jaki powoduje milion wydawanych albumów miesięcznie.

Oczywiście wciąż zapraszam do podsyłania swoich wydawnictw – wtedy jest szansa na zrobienie o nich osobnego postu. Warunek: nośnik (może być nawet kaseta) i/lub pliki, które można pobrać na dysk.

Pozdrowienia dla tych, którzy wiedzą, skąd wzięła się nazwa cyklu.

ni. – noble impulse. + normal insanity. [tenzenmen; 2019]

Materiał wyszedł gdzie indziej w ubiegłym roku, ale jeden z moich ulubionych labeli – Tenzenmen – wydał go również teraz, więc czemu by o nim nie napisać.

Dziwaczna nazwa zespołu, pojebany tytuł płyty – to musi być Japonia. Na „nOBLE iMPULSE. + nORMAL iNSANITY.” ni. najdłuższy numer trwa 35 sekund. To hardcore, ale bez Simple Jacków z bandanami i groźnymi minami.

Leci konkret wpierdol ze szczekającymi wokalami i nagle mamy niemal funkowy fragment, że aż ma się ochotę włączyć Big Boys.

Garstka Polaków.

Czule pomyślę o .ni podczas kolejnego nudnego koncertu HC/punk.

(o)(o)(o)

swervedriverfuture ruins [dangerbird records; 2019]

Klasycy shoegaze’u – chociażby Ride – czasem udowadniają, że swoje kariery powinni zakończyć w latach 90., czasem – jak Slowdive – że nie muszą być przykrym archaizmem.

Jeżeli chodzi o najnowsze wydawnictwo Swervedriver (na pitchforkowej liście 50 najlepszych shoegaze’owych płyt znalazły się dwa dzieła kapeli z Oksfordu: „Raise” na 15. miejscu, „Mezcal Head” na 10.), słuchałem go bez bólu, chwilami z przyjemnością, ale nie sądzę, bym do niego wracał.

Z drugiej strony, gdy słyszę chociażby „Everybody’s Going Somewhere & No-One’s Going Anywhere” (bardziej w klimacie Morphine niż shoegaze’u) albo brzdąkanie przesterowanej gitary w tytułowym kawałku, nie żałuję tych kilku odsłuchów.

Pewnie na żadnej liście „Future Ruins” się nie znajdzie, ale jest to niezła płyta. I może dzięki niej w dwójnasób słychać świeżość debiutu, „Raise”.

(o)(o)(o)

mononowhere now here [temporary residence limited; 2019]

„God Bless”, „Nowhere, Now Here”, „Meet Us Where the Night Ends” … Jak widać po tytułach, Mono nie zmieniło poetyki. Wciąż raczej nie jest to zespół, który można by postawić obok Cosmic Psychos albo Starych Singers.

Nowa płyta Japończyków przynosi patetyczny post-rock, od którego – gdy go odpowiednio podkręcić – mogą popękać ściany. Nie brakuje na „Nowhere Now Here” również spokojniejszych, chwilami niemal ambientowych fragmentów. Wygląda na to, że autorzy „One Step More and You Die” wykonali swoje zadanie w 120 procentach. Mnie najbardziej podszedł chyba wspomniany „Meet Us…” z tym fajnym „gruchaniem”, dzięki czemu ten kawałek się wyróżnia. No i jest noise w finale.

Złośliwy powie, że „Nowhere Now Here” to imponująca ścieżka dźwiękowa pod spienione fale, zachmurzone niebo i burzę oraz kapiący deszczyk, gdy wchodzi pianinko. Ale ma to swój klimat. Chętnie poszedłbym na dobrze nagłośniony, siedzący koncert.

A to, że słuchając tego trwającego około dwóch tygodni materiału, mam wrażenie, że obcuję z czymś anachronicznym (podobny casus to Mogwai, choć Szkoci – z lepszym lub gorszym skutkiem – kombinują) oraz fragmentami nudnym niczym rock progresywny (zresztą Mono czasem jest tagowane jako progressive rock) – to już materiał na zupełnie inną historię.

Możesz włączyć tę płytę Mono, ale równie dobrze jakąś inną. W ogóle to mam wrażenie, że Mono ratuje to, że nagrywają się u Albiniego. „Lepszy” producent mógłby z ich materiału zrobić coś, co mogłoby zabrzmieć potężniej, ale jednocześnie ma się wrażenie, że rozwaliłoby to jedynie ściany z kartongipsu.

(Tak, wiem, że rock progresywny nie zawsze jest nudny).

(o)(o)(o)

leśniewski / nowacki – ślęża [2019]

Prawie jak Morawski / Waglewski / Nowicki / Hołdys he, he.

link

(o)(o)(o)

hank wood and the hammerheadsheads [2019]

Singiel nieocenionego Hanka Wooda i jego The Hammerheads. Po więcej niż udanej zeszłorocznej płycie panowie nie zwalniają tempa. Dwa szlagi w pysk jak się patrzy. Punk nie umarł, przynajmniej w Nowym Jorku. Zapętliłem jak zły.

(o)(o)(o)

marriage + cancerbro [self sabotage records; 2019]

Zupełnie nie ruszyła mnie zeszłoroczna płyta tych noiserockowców. Na dodatek najpierw ucieszyłem się, że to split zespołu Marriage z zespołem Cancer, a potem dowiedziałem się, że Marriage zakończył działalność.

Tegoroczny singiel to miła niespodzianka. Dwa bardzo dobre numery, którymi portlandczycy nie odkrywają Ameryki, ale daleko im też do epigoństwa. Nie jest to kolejny zespół, który nieudolnie próbuje grać jak Shellac, The Jesus Lizard czy nie daj Boże Unsane. Czekam na LP.

(o)(o)(o)

próchno – z kosą przez las [2019]

„Singiel zapowiada płytę długogrającą «Próchno», która ukaże się 22 marca 2019 roku. Płytę CD wydaje Gusstaff Records, a winyl Don’t Sit On My Vinyl”.

Pierwszy numer to lo-fi kraut (kurde, myślałem, że wymyśliłem coś oryginalnego, ale widzę, że sami się tak otagowali) z szatańskim wokalem, drugi to „brudny” ambient, który pewnie mógłby służyć jako otwieracz albo zamykacz albumu.

Przed państwem supergrupa (ktoś chyba na poważnie użył tego określenia, jakby to był Velvet Revolver) Próchno. Czekamy na więcej.

(o)(o)(o)

sun racrystal spears [modern harmonic; 2018]

Materiał nagrany w 1973 r. i ponoć zbyt kakofoniczny, żeby chciała go wypuścić Impulse!, która wydawała już Sun Ra. Coś tam się zmieniło w labelu należącym do ABC i płyta, która miała gotowy numer katalogowy, nie ukazała się na rynku. Trzeba było czekać na to oficjalne wydanie ponad 40 lat.

Szczerze mówiąc, nie widzę na tej płycie niczego – jak na tę chyba najbardziej kolorową postać w historii jazzu – wielce nieprzystępnego.

Free jazz w granicach rozsądku, z bardzo ciekawym wykorzystaniem minimooga. Jedyne, czego bym nie zalecał, to słuchanie „Crystal Spears” na słuchawkach. Minimoog leci jedynie w prawym kanale i troszkę to może męczyć.

Kolejne ze wznowień arcybogatego dorobku Hermana Poole’a Blounta. W ubiegłym roku Modern Harmonic wydało to na CD i LP, w styczniu „Crystal Spears” pojawił się na Bandcampie. Wcześniej był chyba tylko bootleg włoskiego Sinner Lady Gloria (2014 r.).

obiekty – midnight city [invisible snake city records; 2018]

30/03/2018

bandcamp

facebook

Obiekty to zespół, w którym udziela się m.in. Bartosz Leśniewski z Artykułów Rolnych, noiserockowo-psychodelicznego składu, który bodaj trzy raz pojawił się na 10 fucking stars.

Spodziewałem się gitarowego noise/ambientu. Pewnie z uwagi na to, że Leśniewski wraz z Maciejem Nowackim nagrał materiał właśnie w tym klimacie, noszący tytuł… „Obiekty”.

Pierwszy numer, „Midnight City”, w sumie oscyluje w tych rejonach, choć jest też trochę „porządkowany” najpierw oszczędnymi, później bardziej zdecydowanymi bębnami. Utwór płynnie przechodzi w – przepraszam za wyrażenie – emocjonalny post-rock – gdy najpierw jedna gitara wciąż ambientowo plumka, a druga staje się cięższa. Po chwili pierwsza dołącza do drugiej.

Drugi kawałek, „Uber”, przypomina trochę to, co grają Artykuły Rolne, czyli połączenie noise rocka z psychodelią. Mniej więcej tak grał Mugstar, nim zaczął przynudzać. Obecnie lepiej posłuchać Obiektów.

To na tyle dobry materiał, że znalazłem dla niego czas między między dwudziestym dziewiątym a trzydziestym odsłuchem nowego materiału Hot Snakes.

Inna sprawa, że za każdym razem, gdy pan Leśniewski z którymś ze swych zespołów gra w Krakowie, ja akurat do miasta Grzegorza Turnaua nie mogę skoczyć, bo byłem parę dni wcześniej albo pojadę kilka dni później. Tym razem też będę parę dni po koncercie Artykułów Rolnych i duetu Leśniewski/Nowacki z Lonker See. Szkoda.

Aha, „Midnight City” świetnie brzmi. Wciąż nie jest to norma, jeżeli chodzi o gitarowe płyty z naszego kraju, ale zjawisko coraz częstsze.

katie caulfield – mutual dreaming [music is the weapon; 2018]

21/03/2018

bandcamp

facebook

instagram

mitw

Zaczyna się zaskakująco. „Mutual Dreaming I” to udane nawiązanie do amerykańskiego post-rocka z lat 90.: Storm & Stress oraz innych kapel, które dekonstruowały rockową formę za pomocą tradycyjnego zestawu instrumentów.

Katie Caulfield nie idzie jednak w tę stronę. Muzyka staje się bardziej poukładana, porządkowana również przez wokal. Z początkowego, kontrolowanego chaosu wyłania się tzw. alternatywny rock (dość koszmarne określenie, w sumie mówiące niewiele, pod które można wszystko podpiąć, ale wydaje się mi, że adekwatne i chyba każdy wie, o co mi chodzi), przywodzący na myśl chociażby – nie jest to szczególnie oryginalne skojarzenie – Sonic Youth czy Rein Sanction. Da się też usłyszeć naszą Kristen. Tak, płyta jest mocno osadzona w latach 90., co słychać chociażby w lekko nirvanowym zamykaczu „Mutual Dreaming III (Katie’s Death”).

Jest w tym materiale coś, co cechowało inne tegoroczne wydawnictwo Music is the Weapon, również opisywane niedawno przeze mnie Good Night Chicken: pewna niekonkretność, brak spójności, który sprawia, że jednym razem można się „Mutual Dreaming” niemal zachwycić, a drugim – zdziwić, że muzyka przestała grać i nie pamięta się żadnego dźwięku.

Być może jednak ten fakt pozwolił mi docenić nową płytę Katie Caulfield, dając jej kilka szans, nie potraktować jej jako jednej z wielu.

Gitarowe spiętrzenie w „Wedding”, „Baloon” brzmiący jak Bailterspace w najlepszych momentach, niby nudnawa „Wzajemność”, w której nagle, około szóstej minuty pojawia się świetna gitara, a sam utwór przy końcu zupełnie się zmienia… Jest czego słuchać.

„Mutual Dreaming” (zdecydowany krok do przodu w porównaniu z udaną przecież „Sow-thistles” z 2015) świetnie brzmi, co nie jest oczywiste w przypadku polskich kapel. Gitary są bardzo dobrze nagrane (basowi i bębnom też niczego nie brakuje), a wokal nie jest tu najważniejszym instrumentem.

W kwietniu będę mógł sprawdzić to, jak Katie Caulfield sprzedaje na żywo swój pomysł na granie. Co prawda jej katowicki koncert koliduje z JazzArt Festival, ale na szczęście nie w tym dniu, gdy grają Zu czy Fire! Orchestra.

czechoslovakia – malimy [2017]

06/02/2018

bandcamp

facebook

„Podglądacze dzików, perfekcjoniści niedoskonałości, piewcy codzienności, miłośnicy miłości, dzieciństwa, lasów, kąpieli w morzu i jeziorze oraz kosmosu”.

***

Czechoslovakia kojarzy mi się odrobinę z inną trójmiejską kapelą, Popsysze. Może to taki trójmiejski klimat, tworzący jakąś mentalno-muzyczną wspólnotę między tamtejszymi kapelami. Ekspertem od klimatów nie jestem, wszak całe życie spędziłem w mieście, w którym najlepszym zespołem był – trudno uwierzyć – Myslovitz, raczej – niestety – uciekający od lokalnych klimatów w stronę brit-popu.

Popsysze na „Kopalino” flirtowało mniej lub bardziej z psychodelią, Czechoslovakia na „Malimy’ („Malimach”?) też, ale nawiązuje może i bardziej do post-rocka granego przez Ewę Braun na „Esion” (nie każda płyta Ewci była noiserockowa, jak i nie każdy film Woody’ego Allena to komedia). Sekcja przypomina o tym doskonałym materiale nawet częściej niż gitara.

Paradoks mojego podejścia do drugiego albumu Czechoslovakii polega na tym, że z jednej strony nie mogę się przekonać do wokalu, z drugiej – nie mam pewności, czy „Malimy”, gdyby były płytą wyłącznie instrumentalną, przykułyby moją uwagę (może jednak tak – w końcu najlepsze są dłuższe, postrockowo-psychodeliczne fragmenty płyty).

Być może bardziej schowany, może bardziej „przesterowany” głos lepiej by zrobił temu materiałowi. Nie kumam, czemu wokal – chociażby w „Wersalu” – niemal zagłusza instrumenty. Ale to problem bodaj większości polskich płyt rockowych. Wracając do Popsysze – na „Kopalino” śpiew również bywał, że tak powiem, kontrowersyjny.

Słucham „Malimy” („Malim”?) z przyjemnością, jednocześnie myśląc, czego to bym na tej płycie w swojej mądrości nie poprawił. Jak Czechoslovakia wyda trzeci album, chętnie go sprawdzę. Zwłaszcza że zamykający płytę numer jest najlepszy – obok „Nielegalnego” – na płycie. Im więcej przestrzeni w tej muzyce, im panowie bardziej dają się jej ponieść – tym lepiej.


%d blogerów lubi to: