dianogah – battle champions [2000] / whitney hubbs

linki w komenatarzach / links in comments

The band from Chicago that opened for one of your favorite bands circa 1998.

dianogah.com

facebook

bandcamp

southern records

W środku prawdopodobnie Stephanie Morris, która śpiewała w trzech kawałkach na czwartym albumie Dianogah, „Qhnnnl”. Stephanie zmarła 1 czerwca 2009. W lipcu tego samego roku miała z Dianogah wystąpić na Pitchfork Music Festival. Mimo śmierci wokalistki zespół postanowił zagrać, składając jej tym samym hołd

To jedna z kapel z drugiego planu w moim słuchaniu muzyki, ale jak już sobie o niej przypomnę, to włączam i nigdy się nie rozczarowuję.

Dianogah ma na koncie dwie płyty nagrane przez Johna McEntire’a i dwie przez Steve’a Albiniego. Nie najgorzej. Do tego kilka singli i kawałki na paru kompilacjach (m.in. jednej z moich ulubionych, „Ground Rule Double”). Wszystko zresztą do sprawdzenia na ich stronie internetowej. Muszę przyznać, że brakuje mi takich stron. Wszystko teraz jest na tym jebanym Facebooku albo Bandcampie.

Dianogah.com co prawda nie jest aktualizowana, ale można znaleźć na niej parę ciekawych rzeczy, m.in. plakaty z koncertów (szkoda, że nie w większym formacie).

Zespół wciąż gra, o czym możemy się dowiedzieć – a jakże – z Facebooka. Mają się pojawić nowe nagrania.

„Battle Champions” to fantastyczna muzyka. Coś między post-rockiem a delikatnym math rockiem – jakby to głupio nie zabrzmiało. Miasto pochodzenia: Chicago. Więcej nie trzeba pisać.

Jeśli ktoś zechce poznać całą dyskografię Dianogah, niech też sprawdzi Bandcamp DuPage County Hardcore, które dokumentuje scenę chicagowską, m.in. poprzez wrzucenie dema bohaterów tego postu.

***

Whitney Hubbs

ciśnienie – radio edit [2021]

bandcamp

facebook

Wymyśliłem recenzję podczas spaceru z psem, ale potem nie chciało mi się jej zapisać. Napisałem nową i przez głupotę ją usunąłem. Jak mi zniknie ta, wkleję fotkę Charliego ze spaceru i wystawię samą ocenę.

***

Po czym poznać więcej niż dobry zespół? Między innymi po tym, że potrafi trzymać słuchacza w napięciu, grając utwory trwające kilkanaście czy nawet 20 minut.

Świetny przykład to otwierający całość „Czarodziej”.  Panowie najpierw powoli rozwijają ten kawałek, by w końcu wygenerować nieliche emocje. Co ciekawe, zaczynają, jakby byli początkującymi muzykami, patrzącymi na swoje ręce, żeby się nie pomylić. Nie wiem, czy był to świadomy zabieg, ale świetnie to wyszło, zwłaszcza że część z nich (albo całość – nigdy nie pamiętam) to wykształceni muzycy.

Równie dobry jest inny kawałek, którego z uwagi na czas trwania też raczej nie puszczą w radiu – „Calm the fuck down”. Chwilami – jakby japońskie Mono grało – niebezpiecznie ładny, ale świetny.

***

Ciśnienie tworzy post-rock, a będąc bardziej dokładnym – „violin and french horn ridden, jazz influenced, experimental, apocalyptic post rock”, jak sam kwartet określa swoje dzieło.

Można by tu jeszcze dodać to i owo, jeżeli chodzi o opis muzyki zawartej na „Radio Edit” (świetny tytuł). Mnie ucieszył ewidentny wpływ krautrocka w „Zeroku”, numerze chwilami również niemal funkowym.

***

Muzyka Ciśnienia – nagrana na żywo, bez publiczności – został wygenerowana za pomocą basu, klawiszy, bębnów i instrumentów raczej niekojarzących się z rockiem – skrzypiec oraz rogu (imponująca robota Michała Zdrzałka). Gitara elektryczna pojawia się jedynie we wspomnianym „Calm the Fuck Down”, choć ja słyszę ją w również we wspomnianym „Zeroku” oraz zamykającym płytę bonusie „Reisefieber”. Zostałem jednak poinformowany przez osobą dość kompetentną, bo basistę zespołu – Michała Paducha, że to jednak „stara, dobra, czechosłowacka Jolana Diamant Bas”.

***

Ciśnienie potrafi zagrać i lirycznie, i przypierdolić (zwłaszcza na żywo z udziałem publiczności – wiem, bo widziałem kilka razy). A „Radio Edit” to na razie najlepsza polska płyta w tym roku, choć przecież „Pleń” Plenia, „ZZZU” ZZZU i „SERP” Motyli i Maszyn też są rewelacyjne. Tylko za granicą – nie licząc wznowień – się opierdalają. ;)

***

„Radio Edit” dostępne jest w tej chwili jedynie na Bandcampie w formacie cyfrowym. Gdy zespół znów będzie mógł grać koncerty, pojawi się CD.

(o)(o)(o)(o) (o)(o) (o)(o) (o)(o)

pleń – pleń [jvdasz iskariota; 2021] / zzzu – zzzu [głowa konia nagrania; 2021]

„Pleń” można kupić na CD u Jvdasza iskarioty „ZZZU” i na CD, i na winylu u Pawła Nałyśnika.

Jeden post, dwa zespoły. Po pierwsze – lenistwo. Po drugie – chęć zwrócenia uwagi na pewien całkiem przyjemny trend w polskim undergroundzie (czy w czasach Facebooka i nieprzyzwoicie wręcz łatwego dostępu do muzyki, możemy wciąż mówić o undergroundzie? To pytanie na inną okazję).

***

Zdarzały się wyjątki, ale w życiu bym nie pomyślał, że polskie kapele zaczną grać może nie masowo, ale też nie raz na ruski rok muzykę psychodeliczną czy post-rockową – generalnie taką, która daje pole do improwizacji, do wyjścia poza schemat zwrotka-refren. Obecnie mamy dość dużo takich grup: lepszych lub gorszych, wiadomo. Ważne jednak, że są.

Największy wpływ w ostatnich paru latach na rozwój muzyki rockowej, która – że tak to ujmę – rozszerza ramy rocka, miało niezmordowane, koncertujące często nawet na takim wypiździewie muzycznym jak Katowice, Lonker See. I za to należy się twórcom „Hamzy” nisko pokłonić.

Poniżej dwa przykłady zespołów, które w świecie po tzw. pandemii raczej nie zrobią kariery na juwenaliach.

Pleń: „Pleń” (Jvdasz Iskariota Rec.; 2021)

pleń

iskariota.com

PLEŃ (widzimy panów na zdjęciu głównym) to zespół z Łodzi, który od razu chwalę za nazwę. Piękna, polska, zamiast beznadziejnej angielskiej, jakie lubią wybierać rodzime gitarowe drużyny. „Pleń”. Super.

Mało kto chyba lubi być porównywany z kolegami po fachu, ale mnie od razu rzuciło się w uszy (mojej żonie też, więc nie siedzę sam z tym wrażeniem) pewne podobieństwo tria do jednego z nielicznych zespołów z Górnego Śląska, którego można słuchać z przyjemnością – Ciśnienia.

Już na początku albumu łódzkiej grupie udała się niełatwa sztuka: „Rozkład”, który trwa ponad dziesięć minut, prowokuje raczej myśl „szkoda, że się kończy”, niż chęć przeskoczenia do następnego utworu.

Zgodnie z obietnicą, którą otrzymałem od zespołu, jest tu też trochę „noiserockowej patologii”. Drugi kawałek, „Shibuya”, jest tak napędzany przez bas, że możemy odnieść wrażenie, iż tak mogłoby brzmieć postrockowe Nomeansno; potem wiele dobrego robi też przesterowana gitara. Naprawdę świetne, niecałe pięć minut.

Później w mroczny klimat wprowadza „Hrsta”, a podtrzymuje go „Bluszcz”. Kapitany kawałek, w którym obok post- i noise rocka pojawia się coś, co można skojarzyć z noise’em à la Wolf Eyes bądź klimatem ładnie zwanym horror ambient. Na koniec gitara daje brzmienie kojarzące się z „Twin Peaks” i płynnie wprowadza nas do przedostatniego utworu, w którym czeka niespodzianka w postaci kalimby. To już drugi zespół – po Salimarze – z Jvdasza Iskarioty, który tu gościł, używający tego instrumentu.

A szósty numer… Dobra, dość. Czuję się, jakbym spoilerował.

Świetna płyta. Bogata w pomysły, które zostały tak zrealizowane, że nie bardzo jest się do czego przyczepić.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ZZZU: „ZZZU” (Głowa Konia Nagrania; 2021)+

Na drugi ogień idzie stary znajomy Paweł Nałyśnik, który na blogu gościł już parę razy jako członek Parampampam Trio, Razów i Zwidu. Odgrażał się, że tym razem nagrał coś, co chwilami jest wręcz piosenkowe, czy jakoś tak.

PPPT, które ma na koncie kilkadziesiąt epek, brzmi trochę jak połączenie The Dead C (ale tylko tych z dobrych płyt) i Sonic Youth, kiedy ci nie śpiewali i nie grali melodii (ale też nie nudzili, jak na serii „SYR”).

Czy ZZZU jest bardziej przystępne niż PPPT? Chyba tak, choć na weselach raczej nie poleci. Co prawda na płytach Tria zdarzały się momenty, gdy delikatny (ale bez przesady) dźwięk wygrywał z rzężeniem, lecz nowy projekt Nałyśnika jednak mniej rzęzi. Im ZZZU dłużej gra, tym bardziej zdaje się polegać na przyjemnym dla ucha transie. Półmetrowy reefer – właśnie on powinien być dodawany do płyty.

O, a w trzecim kawałku wyczuwam perwersyjną „piosenkowość” Psychic TV.

No jest tu trochę takiej pulsującej, lekkiej perwersji (co ja piszę?), co bardzo ładnie podkreśla wokal w „Ziemia noc echo”.

Zamykające płytę „Sto kamieni milion oczu” z kolei kojarzy się nieco z Blanck Mass.

A najpiękniejsze są doskonale transowe „Głowy”.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Czyli co? Polska post-rockowa psychodelia, co widać na przykładzie Plenia („który jest niezwykle rzadkim zjawiskiem” – jak donosi Wikipedia) i ZZZU, ma się świetnie. Nie chcę wchodzić w patos, ale muzyka takich zespołów jak bohaterowie tego postu, pozwala z nieco mniejszym wkurwieniem żyć w tych pojebanych czasach.

Amen.

***

„Pleń” można kupić na CD u Jvdasza Iskarioty (swoją drogą, osobliwa nazwa. Nie to, co Głowa Konia, he he), „ZZZU” i na CD, i na winylu u Pawła Nałyśnika. To znaczy chyba jeszcze można. Najlepiej jego spytać.

noisesession – demo [200?]

linki w komentarzach / links in comments

hard-core/punk dla ciebie i dla mnie

patryk cannon – soundcloud

O Noisesession przypomniał mi kilka tygodni temu mój nieoceniony kolega Kuba Kunysz. Przy okazji podesłał mi trzy nagrania demo zespołu (ja dorzuciłem czwarte, w gorszym bitrejcie).

Oddaję głos Patrykowi Cannonowi (który wcześniej wyprowadził na nowe tory zespół La Aferra):

„Zespół Noisesession istniał około trzech lat. W składzie Marcin Pałęcki (perkusja), Karol Kryjom (bass) i Patryk Cannon (gitara i wokal) (2000-2003). Te cztery nagrania to najlepiej zarejestrowane kawałki, jakie mam na dysku. Poza utworem »Couch« pozostałe 3 zostały zarejestrowane w Sopocie. Nie pamiętam, kiedy dokładnie”.

Noisesession grało mieszankę post-hardcore’a i noise rocka, w sumie grunge też tu słychać („Mate!”) czy post-rock („Couch”). Generalnie, amerykańskie gitarowe granie na wysokim poziomie (mnie najbardziej chyba podeszła instrumentalna „Końcówka”). Krótki, ale wart poznania epizod polskiego undergroundu.

Słychać na tych nagraniach, że pewnie bardzo byśmy nie ucierpieli, gdyby Noisesession nie był jedynie efemerydą.

Więcej info na podlinkowanym wyżej blogu Kuby.

„kto wierzy w szatana, musi być pojebany, nie?” – podsumowanie 2020, cz. II

Pierwsza dycha podsumowania 2020 roku bardzo ładnie się ułożyła, więc nie chciało mi się pisać drugiej części, ale zapomniałem wspomnieć o dwóch wydawnictwach, którym kibicuję, tak że wypada to nadrobić.

FONORADAR RECORDS

Dawno temu dwóch początkujących biznesmenów wydało dwie kasety świetnego niemieckiego zespołu Couch – „Etwas Benutzen” (słuchałem wczoraj – gra jak ta lala) i „Fantasy”. Wydajesz kasety, ale pod szyldem „Vinyl” – można i tak. Na ten nośnik zapotrzebowanie się skończyło i nic poza Couch już się nie ukazało w Vinylu.

W dziwnym, pandemicznym roku panowie wrócili jako Fonoradar Records i, mówiąc krótko, rozjebali – tym razem na winylach i CD. Titanic Sea Moon, wznowienie „Killwater” Thing, nowy June of 44, kapitalny Luggage, Columbus Duo i Guiding Lights… W 2021, który pewnie będzie jeszcze gorszy niż kończący się rok, też pojawią się ciekawe rzeczy.

Zapomniałem wspomnieć nie o dwóch wydawnictwach, lecz trzech, bowiem mamy jeszcze

PAWLACZ PERSKI i PATALAX

Eksperymentalna muzyka na… kasetach, dużo dub techno, którego jestem może nie fanem, ale na pewno sympatykiem.

Jest Pawlacz Perski, ale jest też Patalax, który powstał również chyba po to, by opowiadać krótkie, psychodeliczno-surrealistyczne bajki. A może sublabel Patalax zawładnął Pawlaczem? Ten wydał w tym roku tylko dwa materiały (Jachna/Ziołek/Buhl i Wojtek Traczyk), ten od bajek – cztery . W tym bodaj najciekawszy: „Mulet” Monte Omok. Ale może tylko dlatego najciekawszy, że dopiero czeka u mnie na odsłuch kaseta „Bezruch” Mechu.

Przejdźmy do drugiej dziesiątki mych ulubionych płyt:

(o)

facsvoid moments [trouble in mind records; 2020]

Post-punk i noise rock obok często rozbuchanego napierdalania mają też nurt minimalistyczny. Warto w tym miejscu wymienić australijskie My Disco (świetni byli na „Severe” [2015], na „Environment” [2019] od minimalizmu przeszli do pretensjonalności) oraz Luggage (kapitalna „Shift” [2019] i nie gorsza „Three” [2017], wydana u nas przez wspomniany Fonoradar). FACS grają w tej samej lidze i mniej więcej w tę samą grę, choć mam wrażenie, że na „Void Moments” nieco odeszli od swej surowości. Pytanie, czy słusznie. Tak czy siak, płyta świetna.

(o)(o)

the budos bandlong in the tooth [daptone records; 2020]

Pod tym fajnym tytułem kryje się najlepszy istniejący soundtrack do najlepszego nieistniejącego amerykańskiego sensacyjnego filmu z lat 70.

(o)(o)(o)

pay for painpain [dark medicine; 2020]

Można grać w 2020 tzw. indie rock i nie być miałkim. Ta płyta to – może to krzywdząca opinia – tak naprawdę dwa numery: otwierający całość „Fallen Angel” i zamykający – „Until I Walk Through the Flames”. Paradoksalnie, gdyby Pay for Pain wydali singiel, uznałbym, że to za mało, żeby ich wrzucić do tego zestawienia.

(o)(o)(o)(o)

incantationsect of vile divinities [relapse records; 2020]

Nigdy nie pokocham death metalu z powodu komicznego imidżu oraz debilnego przekazu, ale ta płyta to po prostu 12 doskonałych, ponurych numerów legendarnej kapeli, które fantastycznie wwiercają się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)

oily boyscro memory grin [cool death records, static shock records; 2020]

Brudny jak dupsko szatana punk czy tam hardcore Australijczyków po części związanych z doskonałą postpunkową kapelą Low Life. Dlaczego można grać tak dobrze punka? Chyba nie dlatego, że się nie jest z Polski. A może?

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

odrazarzeczom [godz ov war; 2020]

Chwilami płyta może irytować tym zaśpiewami à la górale, którzy wyszli z siłowni ze śpiewem na ustach, albo gitarami, jakby gościnnym występem raczył nas Grzegorz Skawiński. Ale tak czy siak, Odraza to obecnie bodaj najlepszy metal w tym kraju, z na dodatek niegłupimi tekstami (Furia przegrywa kretyńskimi lirykami Nihila). Inna sprawa, że jak popatrzysz na plecy koszulek Odrazy, widzisz, że jest to jednak, niestety, fucktycznie metal.

A jak bywa tak se na „Rzeczom”, to trzeba się wsłuchać wyłącznie w grę perkusisty – dobry typ. Nie wiem, czy lepsza ta płyta, czy surowa „Esperalem tkane”. Na pewno obejrzałbym krakowski zespół na żywo.

Bardzo ładna okładka. Plus ksywa Stawrogin (oczytani metale odczuwają dumę).

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

młody dzbanżycie na parkingu (edycja żałosna) [2020]

Najpierw miałem tu wrzucić Oranssi Pazuzu, ale jak ostatnio słuchałem tegorocznej płyty Finów – „Mestarin Kynsi”, to w sumie miałem lekkie kino. Ten śmieszny wokal plus to muzyczne zadęcie – co za pierdolety. Więc niech będzie zamiast nich Młody Dzban – za porównania i wsamplowanie bohaterów „Chłopaków z baraków”.

A w ogóle to przecież Smarki wrócił:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

columbus duo and guiding lightscolumbus duo avec guding lights [fonoradar records; 2020]

Głównie z powodu dwóch znakomitych numerów Columbus Duo.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jarsджрc III [pogo records; 2020]

Klasyczny, można powiedzieć, noise rock, ale to po prostu Jars, nie kolejna podróbka Unsane. Żeby tak u nas grano jak w Moskwie… I pomyśleć, że ludzie zachwycają się nową płytą METZ.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

neil young & crazy horsereturn to greendale [reprise records; 2020]

Koncert z 2003 r., prezentujący materiał z płyty „Greendale” wydanej w tym samym roku. Trochę od czapy wydawnictwo w tym zestawieniu, bo archiwalne, ale był to wspaniały występ, zwłaszcza „Be the Rain” chwyta za serce.

Young nagrywa w domu, wydaje archiwalne nagrania (w tym roku ukazało się 10-płytowe „Neil Young Archives Volume II: 1972–1976”, zawierające m.in. materiał z sesji z „Zumy”) – 75-letni Kanadyjczyk zawstydza młodych.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

tarlive i inne

2019 był rokiem koncertówek Sonic Youth. W końcu znudziły mi się te bootlegi, a czarę goryczy przelały kiepskie „Rarities 2”. W tym roku z miłą chęcią odsłuchiwałem za to nagrań live jednej z moich ulubionych kapel lat 90., Tar.

Ach – uwaga, piszę jak Krzysztof Varga – pójść na koncert, i stresować się, czy aby na pewno zagrają „Dark Mark” i „Viaduct Removal”.

Oprócz koncertów (sami twierdzą, że w najwyższej formie byli, gdy grali z The Jesus Lizard), ukazała się płyta z nagraniami z prób „Abogados!” oraz materiał zespołu Luckyj, w których grało bodaj dwóch typów z Tar.

Szanuję za to, że zamiast wydawać te rzeczy na winylach, po prostu wrzucają je za dolara lub za darmo na Bandcamp.

***

Nie rozumiem ludzi, którzy ględzą o tym, że kiedyś było lepiej, że teraz nie ma dobrych płyt itp. Kiedyś było lepiej, kondonie, bo ważyłeś o 20 kilo mniej, a twój kac trwał dwie godziny, nie dwa dni. I tyle. Przecież obecnie świetnych polskich płyt wychodzi tyle w ciągu roku, ile kiedyś przez dekadę. Za granicą też dają radę.

Śmieszą mnie podsumowania z 50 albo setką pozycji, ale sam mógłbym dołożyć do tych swoich dwudziestu płyt wiele innych. Oto parę dodatkowych:

Jest tego od groma.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

„dziękujemy rodzicom za to, że nie ulegli pokusie aborcji” – podsumowanie 2020, cz. I

Powoli żegnamy ten pojebany rok. Oto jego szalenie potrzebne podsumowanie.

***

Zacznijmy od najlepszej okładki. W zeszłym roku była to „High Anxiety” Oozing Wound (to również moja ulubiona płyta 2019; szkoda, że Thrill Jockey tak kiepsko wydał winyl), w tym zdecydowanie wyróżnia się obrazek ze „Still Laughing” GAG (swoją drogą, bardzo dobra rzecz). OFF Festival 2018, „Tylko kiedy się śmieję”.

***

Zanim wymienię swoje ulubione (niekoniecznie najlepsze) płyty 2020, słówko o rozczarowaniach. Na pewno nie wrócę do dziwadła, które wydali wspomniani Oozing Wound. Daniel Blumberg po fantastycznej „Minus” przynudził na „On&On”. June of 44 wydali nowe wersje starych kawałków (w tym dwa potrzebne jak relaxy na Wyspach Kanaryjskich remixy) – jakieś to mięciutkie, zwłaszcza wokal; przykra niespodzianka. Wacław Zimpel oczywiście super, ale wciąż czekam na coś, co podejdzie mi tak bardzo, jak „Lines” czy LAM. Coriky mnie nie rozczarowało, bo nie licząc Ataxii, nie podchodzą mi rzeczy, które nagrywają byli członkowie Fugazi. À propos Ataxii, John Frusciante znów nagrał średnio fascynującą, elektroniczną płytę. Nie dał też wiele radości Thurston Moore, ocierający się o autoplagiat na „By the Fire” – gdy leci „Hashish”, czekam, aż dryblas z Florydy zacznie śpiewać „Sunday comes alone again…”. OK, koniec.

Pewnym – bo niewiele się spodziewam – rozczarowaniem jest postępujący upadek dziennikarstwa muzycznego. Do jego głównego atrybutu, nudy, doszedł kolejny: polityczna poprawność. Oto dziennikarz „Polityki” kończy recenzję płyty Siksy puentą: „Jeśli wam się podoba, to właśnie o to chodziło. Jeśli wam się nie podoba – tym bardziej”. Tak więc, czytelniku miły, jeśli nie cieszy cię wyżej wzmiankowana pozycja fonograficzna, to nie dlatego, że jest pretensjonalnym, asłuchalnym gniotem – po prostu masz, chłopie (damy, jakżeby inaczej, a priori lubią Siksę), problem ze sobą, z kobietami, może chciałbyś wstąpić do Straży Narodowej. Wspaniała dialektyka. Niech już ten dziennikarz zostanie lepiej przy wygłaszaniu laudacji dla Dawida Podsiadły.

Nie ma już – poza wyjątkami – gdzie poczytać o muzyce. Tak jak nie ma gdzie poczytać o piłce nożnej.

À propos czytania, oto trzy najlepsze książki o muzyce, jakie zmęczyłem w tym roku:

Pisałem o drugiej i trzeciej.

Aha, była jeszcze „Please Kill Me”, ale ona wyszła u nas wcześniej, w 2018.

***

OK, oto ulubione płyty:

(o)

lottohours after [endless happiness; 2020]

Najlepsza płyta najlepszego obecnie zespołu.

recenzja

(o)(o)

titanic sea moonexit no. 2020 [fonoradar records; 2020]

Bałem się rozczarowania, jednak okazało się, że panowie nagrali fantastyczny materiał. Koncert TSM we Wrocławiu był ostatnim, jaki zobaczyłem w 2020, i jednocześnie najlepszym. Gdyby nie było kowidu i zaliczyłbym więcej występów artystycznych, pewnie i tak sztuki tria Dudziński – Sulik – Szymański nikt by nie przebił.

Tu miał się pojawić wtręt na temat niedoszłego wydawcy TSM, ale nie lubię kopać, więc omijam temat.

(o)(o)(o)

próchnoniż [gusstaff records; don’t sit on my vinyl; 2020]

Zespół, mam wrażenie, niedoceniany. Wierzę, że kiedyś to się zmieni.

recenzja

(o)(o)(o)(o)

świetliki – wake me up before you fuck me [karrot komando; 2020]

Pod tym niespodziewanym tytułem kryje się kontynuacja ponuractwa „Sromoty”, w tym trzy mocne, depresyjne szlagiery („Monochron”, „Welocyped”, „Śmiertelne piosenki”). Gdyby jeszcze ta płyta została lepiej nagrana… Wydanie z pretensjonalną pocztówką zamiast tekstów.

Ale za to piosenka roku:

I fragment wywiadu roku:

(o)(o)(o)(o)(o)

brainbombscold case [skrammel records; 2020]

Seryjny morderca jest zmęczony, wręcz cierpiący („In sunshine or rain / I don’t go out / I’m in pain”), ale wciąż wwierca się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

geldbeyond the floor [iron lung records, static shock records; 2020]

Choć zdarzają się wyjątki (pierwszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to Torpur), polski punk muzycznie wciąż stanowi pojarocińską, dezerterową traumę, tekstowo zaś uskutecznia moralizatorstwo, które za serce może chwycić co najwyżej albo jednostkę co prawda dorosłą, lecz niezbyt żwawą intelektualnie, albo małego Jasia odmrażającego uszy na złość mamie.

Czy punk musi być drętwy? Czy Szymek musi się zgadzać z Krzychem, sprawdzając po drodze, co myśli Darek i inne GWpunki? Niekoniecznie, o czym świadczy pierwsza z brzegu płyta Iron Lung Records. Chociażby tegoroczny materiał australijskiego GELD. Wpierdol. Aha, to nie jest „album pierwszy z brzegu”, to doskonała płyta.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

moron’s moronslooking for danger [slovenly records; 2020]

Gdy pierwszy raz włączyłem mp3 z tym materiałem, pomyślałem, że tylko omyłkowo zapisałem go w folderze do ewentualnych recenzji z polską muzyką. Moron’s Morons są zupełnie pozbawieni tutejszych smętnych przyległości, ale nie są podróbą: są autentyczni i pojebani. Garażowy punk najwyższej próby.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

sprainas lost through collision [flenser records; 2020]

Wehikuł czasu z LA. Trudno uwierzyć, że ten materiał nie jest znaleziskiem z lat 90. Jeden z nielicznych zespołów czerpiących garściami z tamtej dekady, który nie odstaje od najwybitniejszych przedstawicieli amerykańskiego, alternatywnego grania tamtych czasów.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

the microphonesmicrophones in 2020 [p.w. elverum & sun, ltd., 7 e.p.; 2020]

Po kilkunastu latach Phil Elvrum nagrał znów coś pod szyldem The Microphones. Słyszałem, że nudzi i zamienił się w Kozelka. Po pierwsze – nie nudzi, po drugie – daleko mu do pretensjonalności byłego lidera Red House Painters.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dynasonic#2 [instant classic; 2020] / bootleg [czarny kot rec., dym recordings; 2020]

Ci to co chwilę goszczą u mnie na blogu albo na fejsie, więc wrzucę tylko linki do recenzji obu tegorocznych wydawnictw „klasyków dubwave’u”: „#2” i „Bootleg”.

***

2020 to również czas wielu wznowień. Mnie bardzo ucieszył winyl mojego ulubionego francuskiego zespołu Doppler, „Si nihil aliud”, wydany przez Bigoût Records. Trzeba było czekać na to 16 lat.

cdn.

dynasonic – bootleg [czarny kot rec. / dym recordings; 2020]

dynasonic

dym recordings


fot. Paweł Zanio

Ledwo co wymienialiśmy z kolegą opinie, który materiał Dynasonic lepszy (według mnie „#1”, według niego #2”), a tu cyk – pojawił się „Bootleg” (po drodze był jeszcze „#1 Remixed”, który niespecjalnie – chyba jak każdy remix – mi podszedł).

W press kicie czytamy, że to najlepsze nagrania naszych dubwave’owców. I całkiem możliwe, że nie jest to standardowa śpiewka artystów: „najlepsze jest to, co najnowsze”.

„Bootleg” składa się z dwóch utworów. Najpierw mamy „#D3”. Taki sam tytuł nosi kawałek otwierający wspomnianą #2” i nie jest to niedopatrzenie, bowiem mamy do czynienia z wydłużoną wersją „otwieracza” zielonej płyty. Zresztą nie o samą długość tu chodzi, tylko o twórcze rozwinięcie.

„D7”, zaczynający się niczym jakiś horror ambient, przez jedną trzecią, nim bas nie zaczyna wprowadzać porządku, ukazuje inne, noise’owe oblicze Dynasonic.

***

„Bootleg” znajduję nie jako „odrzuty z sesji, tylko pełnoprawne, choć krótkie, wydawnictwo Dynasonic.

I czekam na kolejny materiał. Ciekawe, czy panowie zagrają coś, co będzie trzymać stały (i poziom), czy zrobią jakąś woltę stylistyczną (może wspomniane, nieco odmienne, „D7” wskazuje kierunek?).

Jeśli stary cap, który słyszał już wszystko, jest ciekawy, co nowego nagra jakiś zespół, świadczy to o jego, zespołu, wyjątkowości. A wydany na przezroczystym winylu „Bootleg”, te 16 minut z okładem, to jedno z najciekawszych wydawnictw tego roku.

***

Czarny Kot Rec. wydał wspomniany winyl, Dym Recordings – kasetę, a pliki cyfrowe – to nie żart – mają swoją premierę na Soulseeku.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

PS Konsekwentnie budowany wizerunek Dynasonic to też ciekawy temat. Może zostanie pociągnięty przy kolejnej okazji.

lotto – hours after [endless happiness; 2020]

lotto

endless happiness


fot. Konrad Smoleński

***

10/10.

PS Kiedyś tak bardzo zachwyciła mnie płyta Lotto „Elite Feline” (2016), że nie doceniłem kolejnej – „VV” (2017) i wręcz olałem epkę „Pix” (2019). Gdy ktoś nie podzielał uwielbienia, które poczułem do drugiej płyty w dyskografii tria będącego bohaterem tego postu, patrzyłem na niego, jak rodzina Tannerów na Gordona Shumwaya, gdy ten przydzwonił w ich garaż.

Jednak „Hours After” sprawiła, że mogę nowej sztuki panów Majkowskiego, Szpury i Rychlickiego słuchać już bez zapatrzenia w materiał sprzed czterech lat. „Elite Feline” pozostaje moją ulubioną płytą, lecz tegoroczne dzieło czai się tuż za nią i prowokuje do ponownego, bliższego przyjrzenia się wspomnianym „VV”, „Pix” i debiutowi „Ask the Dust”.

PPS Lotto stworzyło swój własny język, słyszalny nawet wtedy, gdy – świadomie bądź nie – nawiązuje do dokonań innych artystów. Od funeralnego transu otwieracza „Lis”; przez noise’owy, zahaczający o Pan Sonic, „Moth”; mający posmak techno „Verge”; do otwarcie flirtującego z doom jazzem „Casina” – mamy do czynienia z płytą oryginalną i – przy okazji – doskonałą.

Każdy dźwięk jest trafiony, każda sekunda obcowania z tą płytą sprawia ogromną przyjemność. Dłuższe produkowanie się na temat nowej pozycji w katalogu Endless Happiness byłoby jeno laniem wody czy też – jak kto woli – nudnym pierdoleniem.

***
„Hours After” ukaże się 23 listopada (CD, LP, MC).

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jocelyn packard – nothing is solid [opus elefantum; 2020]

jocelyn packard

opus elefantum


fot. Mikołaj Uchman

Wydanie drugiej płyty Jocelyn Packard (poprzednia ukazała się trzy lata temu) zbiegło się z zamknięciem katowickiej Katofonii. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że właśnie tam, trzy lata temu, poznałem muzykę zespołu, który nazwę wziął z serialu „Twin Peaks” (Jocelyn Packard to piękna i tajemnicza Azjatka graną przez Joan Chen, dla której stracił głowę szeryf Harry Truman).

25 kwietnia 2017 r. (wydawało mi się, że miało to miejsce ze dwa lata wcześniej) we wspomnianej Katofonii oprócz JP zagrały Lonker See i Makemake. Sam klub jakiś czas później padł, niedawno wrócił, by znów paść. Wiadomo, pandemia, decyzje władz, całe to gówno. 12 października przy Mieleckiego 6 znów mieli zagrać Lonker See.

Pierwsza płyta to był post-rock z wycieczkami, na drugiej ten gatunek muzyczny walczy o pierwszeństwo z (gitarowym) ambientem. A może nie walczy, lecz tworzy zgraną całość?

Post-rock Jocelyn Packard kłania się (nienachalnie) takim zespołom, jak Mono czy This Will Destroy You. Ja to lubię, choć nigdy tego typu muzyka, choć zdaje się mieć taki potencjał, nie wystrzeli mnie w kosmos.

Co do ambientu, to… jest ambient i jest ambient. Jeden pasuje do hotelowej windy, drugi zaprasza do lynchowskiej Czarnej Chaty. Jocelyn Packard wybrała drugą opcję. Niepokój, smutek (ale nie mazgajowatość), spokój wynikający ze zmęczenia, nie z niezmąconej ciszy.

Najlepszym momentem „Nothing Is Solid” jest czwarty utwór, „Kate Song”, w którym nastrój zostaje zbudowany przez niepokojące „skrzypienie” w tle, przywodzące na myśl nieco złagodzoną wersję „filmu grozy”, który nakręcili Hair Police na „Mercurial Rites”.

Zamieniłbym chociażby „Oset” na dodatkowych parę minut poświęconych tajemniczej Kasi.

***

Słuchać płyty po ciemku. Przy „Kate Song” zapalić światło.

Całość wieńczy kawałek „Miechowice 2 / Czarne Podniebienie”. To może jednak lecimy w kosmos? Może być trasą przez Miechowice.

***

CD (bardzo ładna okładka) Jocelyn Packard wydało Opus Elefantum – wytwórnia, na którą koniecznie należy zwrócić uwagę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

uc project – rck ppr scsrs [2019; gramuzyka nagrania]

bandcamp

facebook

Był taki zespół jak Same Road, który jamował post- i krautrockowo; na Bandcampie można sprawdzić jego cztery płyty. Wyróżniał się nie tylko dobrą muzyką, ale i dowcipnymi tytułami kawałków. Same Road opisywali się jako: „Improvised psych/kraut/space/doom trio”.

Teraz można posłuchać kapeli UC Project (wcześniej Ultimate Collective), którą ze wzmiankowaną wyżej łączy basista Emil Krocz, który także nagrał i zmiksował opisywany materiał (brzmi, swoją drogą, bardzo dobrze), oraz poniekąd tagi. „RCK PPR SCSRS” to – jak piszą sami muzycy – „po trochę wszystkiego. Post – jazz – kraut – impro – rock”.

Mnie UC Project podoba się chyba nawet bardziej niż Same Road, na co wpływ może mieć grający gościnnie na trąbce Cezary Wicikowski. Dzięki niemu koszaliński zespół kojarzy mi się trochę z Abilene, do których mam wyjątkową słabość. Trzeba też zauważyć świetny (może nie licząc końcówki „The Septad”) bas, za który odpowiada wspomniany Krocz.

To jedna z moich ulubionych przegapionych płyt z 2019. „RCK PPR SCSRS” można kupić za jedyne 20 zł.