boro/sull. – the flat parts of the day [2022]

bandcamp

!!!ZESPÓŁ SZUKA WYDAWCY NOŚNIKA FIZYCZNEGO!!!

A miało być Borowski / Sulik. Poważnie niczym w jazzie.

Bartosz „Boro” Borowski (min. rewelacyjne Lonker See [obecnie w zawieszeniu] i Why Bother?) oraz Piotr Sulik (kiedyś m.in. prawdziwa niczym ból zęba Guernica Y Luno i „najlepszy zespół w Europie” – Ewa Braun, dziś chociażby niezwykła formacja Titanic Sea Moon) – możemy więc mówić o „supergrupie” (albo raczej „superduecie”). Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że supergrupy często bywają atrakcją na miarę mysłowickiego dworca PKP albo zejścia po ziemniaki do piwnicy. Jak jest tym razem?

Spotkałem się z opinią (konkurs z nagrodą: zgadnij, czyja to opinia, a podaruję ci kota, który wysikał się na mój winyl Ritual de lo habitual Jane’s Addiction), że „w chuj takich płyt, a to jedna z tysięcy”. No i że za jakiś czas nie będzie się o niej pamiętać. Z drugą opinią mogę się zgodzić. W końcu kto dziś pamięta chociażby o wspólnej płycie Omara Rodrígueza-Lópeza i Johna Frusciante, absolutnie wspaniałej rzeczy w poniekąd podobnym klimacie, co nagrania Borowskiego i Sulika. Muzyki tyle wokół, że można oszaleć.

Jeśli to coś warte, z pierwszą opinią się nie zgodzę. „W chuj takich płyt” słyszałem i w „tej jednej z tysięcy” dostrzegam coś, czego większość nie ma (bo po prostu nie ma; a może, lecz nie poświęciłem należytej uwagi, bo akurat miałem ochotę na Immolation albo Red Hot Chili Peppers, nie na ambienty – nieważne). Coś, co przykuwa uwagę i uruchamia wyobraźnię.

Niestety artyści nie przysłali w celach promocyjnych żadnego współnego zdjęcia, więc wrzucam kibiców Senegalu z trwających MŚ. „Lwy Terangi” niestety poległy w starciu z „Lwami Albionu”

The Flat Parts of the Day… Podoba mi się klimat całości – jakby z postapokaliptycznego (space) westernu. Już psychodeliczny, „pustynny” „otwieracz”, 1:00 a.m. (mocno z czymś się kojarzący, lecz nie wiem z czym) wprowadza w ów klimat – klimat soundtracku do nieistniejącego filmu.

Te psychodeliczno-postrockowe (też ambientowe i bodaj raz prawie noise’owe) dźwięki zostały wygenerowane przez Borowskiego i Sulika przy użyciu czterech wzmacniaczy, dwóch gitar, loopów, efektów gitarowych wszelkiej maści, slide’u i być może nawet śrubokrętu. Ten nie w stu procentach potwierdzony śrubokręt brzmi groźnie, ale całość jest zaskakująco przystępna. To płyta, dzięki której raczej odpłyniesz (czy może, nawiązując do nienakręconego westernu, zgubisz się w kosmosie albo zjesz kaktus na prerii), niż sięgniesz po środek przeciwbólowy.

Jeśli coś mi tu nie pasuje, to czasem (rzadko, bo rzadko, lecz się pojawia) nieco banalna, kojarząca się z post-rockiem à la Mono, gitara (na marginesie, na żywo Japończycy miażdżą). No i „zamykacz”, 7:00 a.m., mógłby być ciekawszy, jednak to, że nagle się urywa, daje ciekawy efekt końcowy.

Wychodzi na to, że jest szansa, iż przynajmniej jedna osoba o The Flat Parts of the Day będzie nawet po dwóch latach pamiętać.

Acha. I tak sobie myślę, że skoro czasem dźwięki z tej płyty z czymś mi się mocno kojarzą, ale nie wiem z czym, to pewnie chodzi najzwyczajniej w świecie o to, co wcześniej, na innych płytach, zagrali Bartosz Borowski i Piotr Sulik.

I jeszcze jedno, mało istotne. Czasem wydaje mi się, że wymyślanie tytułów utworów instrumentalnych jest pozbawione sensu, ale potem przypominam sobie, że przecież mamy takie kawałki bez wokali jak Chłopek z Lego napił się prądu czy I Love You, I’m Going to Blow Up Your School, i stwierdzam, że sens jednak jest. Duet Boro/Sull. poszedł na łatwiznę, ale łatwiznę pomysłową (oksymoron?) – że tak to ujmę.

ativin – german water [1997] / francis giacobetti

linki w komentarzu / links in comments

facebook

bandcamp

secretly canadian

discogs

Zespół Chrisa Carothersa i Dana Burtona (obaj z Early Day Miners) plus różni perkusiści (na „German Water” gra Rory Leitch, też z EDM; był zresztą– wraz z Carothersem – współzałożycielem Ativin).

Trzy albumy, dwie epki, jeden singiel. Nie licząc pierwszego materiału, epki „Pills Versus Planes” wydanej przez Polivinyl, wszystko nagrali dla Secretly Canadian.

Nie mam pojęcia, skąd taki tytuł płyty – „German Water”. Udało mi się znaleźć informację, że Niemcy ponoć słynęli z kranówy wysokiej jakości.

Muzyka to post-rock (słychać Slint – ze „Spiderland”, choć jest taki moment, który przywodzi na myśl „Tweez”), z naleciałościami math-rocka i emo (ale delikatnymi). Ot, lata 90.; tu we wspaniałym wydaniu. Takie granie chyba nigdy mi się nie znudzi.

CD niby do kupienia w ludzkiej cenie (ze Szwecji, jest na Discogsie), gorzej z LP, bo tu Niemce życzą sobie 50 euro.

W 2004 roku Ativin – w składzie: Burton, Carothers i Mark Rice – nagrał coś, co nazywa się „’Night Mute’ Live Practice Recording”, i jest za darmo do ściągnięcia z Bandcampa.

W 2021 r. panowie skończyli nowy materiał, „Austere” (z Chrisem Brokawem na bębnach). Podobnie jak pierwszą ep-kę, pod okiem Steve’a Albiniego. Nie wiem, czy i kiedy oraz gdzie ta płyta wyjdzie (od paru miesięcy ani na Facebooku, ani na Instagramie nie ma żadnych informacji na ten temat; ani na żaden inny).

(o)(o)

Francis Giacobetti

Chyba padła mu normalna strona i jest tylko Instagram. Kapitalne zdjęcia. Trudno zrobić selekcję, więc wrzucam więcej niż zazwyczaj.

Ma też na koncie jeden film, „Emmanuelle 2”, stąd zdjęcie z Sylvią Kristel.

columbus duo – suprematist [fonoradar records; 2022]

columbus duo

fonoradar

Zdjęcie z koncertu w Łowickim Ośrodku Kultury

Bracia Swoboda do leniwych chyba nie należą. Dość regularnie, od lat, wydają płyty, a teraz w pewien sposób zatoczyli koło, bowiem „Suprematist” z wszystkich nagrań Columbus Duo (Ireneusz Swoboda – perkusja, Tomasz Swoboda – głos i gitara) najbardziej przypomina (przypomina o tyle, o i ile – jest po prostu najbardziej rockowa z dyskografii duetu) Thing (w nim Irek grał na basie, Tomek robił to, co teraz, a za bębnami siedział Tomasz Piotrowski) – wybitny zespół noiserockowy, który nagrał dwie, wznowione niedawno – przez Extinction i Fonoradar – płyty: „Rudder” (1997 r.) oraz „Killwater” (2000).

Przypomnienie o Thing przy okazji nowego materiału Columbus Duo to banał (jak pisanie o Ewie Braun w kontekście Titanic Sea Moon), ale chyba trzeba było to zrobić.

***

Zastanawiałem się, przy okazji której płyty Columbus Duo pisałem, że panowie w swych eksperymentalnych poszukiwaniach dochodzą powoli do ściany. Okazało się, że przy „Expositions” z 2014 r. (aż się wzdrygnąłem, zdając sobie sprawę, że tak szybko minęło tych osiem lat). Przez ten czas muzyka duetu stawała się coraz mniej nieprzystępna, ewoluując do noise rocka ożenionego z post-rockiem. Warto przypomnieć, że takie granie pojawiło się już na splicie z Guiding Lights.

***

Mamy więc na „Suprematist” noise rock ożeniony z post-rockiem – zdecydowanie powyżej średniej. Z francuskim wokalem, który dodaje tym utworom… No, czego dodaje? Raczej nie egzotyki, bo to jednak francuski, nie pendżabski. Może słowo „oryginalności” będzie OK.

Gdy słucham niezwykle przyjemnego dla ucha głosu Tomka Swobody, zapodającego francuskie teksty (czemu nie można ich przeczytać?!), żałuję, że będąc wielkim fanem francuskiego kina, nigdy nie nauczyłem się języka kraju Malle’a i Truffaut. A miałem nauczycielkę w ogólniaku francuską niczym Catherine Deneuve (choć pozbawioną jej urody). Cóż, lenistwo wzięło górę.

Tak, ten francuski to duży plus Columbus Duo. Tak jak angielski wokal Tomka w Thing mógłby być głosem seryjnego mordercy, tak „Francuz” z „Suprematist” chyba ma ochotę sprzątnąć Macrona. Albo jeszcze lepiej: Marie Le Pen.

Można by nawet spróbować sprzedać duet tworzony przez braci Swobodów jako jeden z najlepszych, jeżeli nie najlepszy, zespół gitarowej alternatywy znad Sekwany.

Tak, słucham takiego „Allez” i stwierdzam, że wiele więcej mi nie trzeba.

***

Teraz minusy.

1. Kawałki na CD lecą w niewłaściwej kolejności, dzięki czemu poczułem się jak za starych dobrych czasów, gdy Takt, MG czy inni piraci piosenki na kasetach układali nie w zgodzie z oryginalną kolejnością, lecz tak, by się zmieścić na stronach taśmy. W przypadku „Suprematist” trzeba zaprogramować odpowiednią kolejność piosenek w odtwarzaczu albo… słuchać jak leci.

2. Dziwnie, jak na mój gust, brzmią w niektórych kawałkach bębny (słychać to zwłaszcza w ostatnim, „Interiors”). Na pewno odrobinę bym je przyciszył. Właściwie chyba tylko w „Rite” brzmią idealnie. Swoją drogą, rytmy wygrywane przez Irka Swobodę bywają niezwykle ciekawe, czego bodaj najlepszym przykładem jest fantastyczny „Minimal”.

***

Nie wiem, która wersja Columbus Duo jest lepsza: eksperymentalna czy rockowa. Obecna na pewno jest bliższa memu sercu.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

PS Dobrze prezentuje się koszulka z okładką płyty. Polecam mimo specyficznego koloru.

PPS Trzeba też jasno dodać, że Columbus Duo to świetny zespoł koncertowy. Jeden z tych, dzięki którym zweryfikowalem opinię, że nie ufam kapelom bez basu.

titanic sea moon – titanic sea moon [2022; fonoradar records]

titanic sea moon

fonoradar records

Z wiekiem gust się wyrabia (chyba), lecz płyty coraz rzadziej wywołują prawdziwie gówniarskie emocje; rzadko pojawia się ten dreszcz, który dawno temu towarzyszył poznawaniu The Velvet Underground czy Minor Threat.

W ciągu ostatnich pięciu lat bodaj dwa albumy zafundowały mi prawdziwy emocjonalny powrót do przeszłości: posthardcore’owy wykurw Hot Snakes na „Jericho Sirens” (2018) oraz „Exit No. 2020” Titanic Sea Moon. Kalifornijczycy przypomnieli mi o mnie, który kiedyś imaginował sobie, że może np. spakować się i przenieść na drugi koniec świata, a w najbardziej ekstremalnych sytuacjach nie dostać nawet po ryju, a TSM – o kimś, kto wolał siedzieć w domu i sprawdzać, czy lepsi nasi: np. Wojciech J. Has i Jerzy Kawalerowicz, czy może Francuzi: François Truffaut i Louis Malle. Albo nasze: Pola Raksa i Beata Tyszkiewicz kontra Francuzki:  Brigitte Bardot i Simone Signoret. W sumie filmy też wciąż wzbudzają emocje (ostatnio największe chyba „Sound of Metal”), do Hot Snakes i TSM dołożyłbym jeszcze Lotto i zapewne parę innych rzeczy, więc może nie jest wcale źle.

Nieważne. W tym może niezbyt sensownym wstępie chciałem przekazać, że cieszę się z tego, iż na stare lata mogłem poznać zespół, który jest dla mnie istotny; na którego koncerty chce mi się jeździć.

***

Nowa płyta Titanic Sea Moon mogła niepokoić. Po pierwsze – trwa 77 minut. Kto potrafi nagrać coś, co trwa godzinę z kwadransem, i nie nudzi? Po drugie – jeśli ktoś chciałby znaleźć słaby punkt w występach zespołu na żywo, mógłby wskazać na wokale (zwłaszcza ten perkusisto-wokalisty). A na „Titanic Sea Moon” pojawiają się one w sześciu na dziewięć utworów.

Piotr Sulik wokalnie nie do końca uniósł ciężar – świetnego zresztą – otwierającego płytę „Drobnego piachu” (tekst Grzegorza Kaźmierczaka), wokal Dariusza Dudzińskiego w „Maści na szczury” bardziej pasowałby do jego solowego projektu Przyzwoitość; sprawia, że ten utwór nie pasuje do całości. Poza tym, jeśli chodzi o śpiewanie, jest OK.

***

Piosenek jest dziewięć. Zagrało je pięć osób: Piotr Sulik (gitara, wokal), Rafał Szymański (bas) i Dariusz Dudziński (perkusja, wokal); z gościnnym udziałem Pawła Nałyśnika (saksofon tenorowy) oraz Małgorzaty Florczak (akordeon; gra z Sulikiem również w That’s How I Fight). Piosenki są jak Jeanne Moreau w „Windą na szafot”, Barbara Brylska w „Późnym popołudniu” albo Maurice Ronet w „Błędnym ogniku” czy Leon Niemczyk w „Pociągu”. Piękne i niepokojące.

***

Być może faktycznie jest tak, że 77 minut to zbyt długo, bowiem cuda zaczynają się od piątego utworu, „Przeciwko śmierci” (co prawda czwarty, „Fucked by the Sun”, to dobry wstęp do owych czarów).

„Exit No. 2020” była bardziej spójna niż „Titanic Sea Moon”, która z kolei jest bardziej emocjonalna (nie na darmo Szymański określił to granie jako „soul”) – nie wiem, co lepsze.

Ta mikstura post- i krautrocka oraz psychodelii wchodzi w rejony zarezerwowane dla największych. Trio czerpie pełnymi garściami z tradycji gitarowego grania, lecz ani przez sekundę nie masz wrażenia, że to jakiś wieśniacki revival czegoś tam czy cytaty z wielkich zespołów z dawnych lat. „Titanic Sea Moon” brzmi na wskroś współcześnie. I ani przez chwilę, słuchając tego, co nagrało słupskie trio, mimo że – jak wspomniałem czerpie z tradycji, nie wymyśla Bóg wie czego – nie myślę o innych kapelach. Leci TSM. Kropka.

Dudziński jest wspaniałym perkusistą, jednym z najlepszych, jakich miałem okazję słuchać. Sulik (gitara) kapitalnie operuje między noise’em a psychodelią. Najjaśniej świeci gwiazda Szymańskiego (bas), który gra – niech stracę, używając takiego porównania – z czułością, jakby głaskał ukochanego, schorowanego psa. Biorąc pod uwagę moje uwielbienie dla psów, trudno o większy komplement.

O wyobraźni muzycznej trójki dżentelmenów tworzących Titanic Sea Moon można by zresztą długo pisać. Wsłuchajcie się chociażby w „pustynny”- nomen omen – „The Sahara Beat”.

***

Cóż tu więcej pisać? Jeśli nie trafią do ciebie takie utwory jak „Niepocieszony” czy „Mały podróżnik”, masz – jak to ujął pewien legendarny bramkarz, który nie poradził sobie z przegraną w półfinale Ligi Mistrzów, więc niesłusznie zwalił winę na sędziego – „śmietnik zamiast serca”.

„Titanic Sea Moon” jest też bardzo dobry w warstwie lirycznej. Kaźmierczak to, wiadomo, ekstraklasa, lecz do mnie trafia najbardziej prosty i pomysłowy „OM (nie się martw”) – głos w kwestii męskiej wrażliwości w dzisiejszym świecie. I za to również wielki plus dla zespołu.

PPS Materiał na razie dostępny jest tylko na CD, lecz ukaże się również na winylu.

PPPS Nietaktem byłoby nie wspomnieć, że płyta świetnie brzmi. Nagrano ją w Hagal Studio.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

paul newman – frames per second [1997] / herb ritts

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Pozostajemy w klimacie, w który wprowadza ostatnio wrzucony przez mnie zespół, Dianogah, ale przenosimy się z Chicago do Austin. Paul Newman również grał coś, co można by określić jako mieszankę post– i math rocka, choć tym razem tego drugiego jest mniej.

Nazwa kojarzy się od razu ze wspaniałym amerykańskim aktorem. Na marginesie, jakiś czas temu przypomniałem sobie film „The Sting” George’a Roya Hilla – no, nie da się tego chłopa nie lubić. Paul A. Newman to również basista zespołu Paul Newman. Łapiecie, nie? Bodaj najbardziej znaną postacią z tej kapeli jest Edward Robert, basista indierockowego I Love You But I’ve Chosen Darkness (bardzo lubię ich płytę „Fear Is On Our Side” (2006).

„Frames Per Second” – ale to jest dobre. Jedna z lepszych pozycji w katalogu Trance Syndicate, labelu Kinga Coffeya z Butthole Surfers, w którym znajdziemy również takich mistrzów jak Johnboy, Pain Teens, Cherubs czy Bedhead.

Cztery LP na koncie plus single, split, kompilacja… Zresztą można sprawdzić na Discogsie, co wydał Paul Newman. Ostatnia płyta, „This Is How It Is Lost” (2005), nie trzymała poziomu poprzednich. Nie pomógł w jego utrzymaniu chociażby wokal.

Tak czy siak, był to wspaniały zespół. Podobnie jak Dianogah, niedoceniony.

Przerobiłem całą dyskografię Paula – zdecydowanie warto. Nawet na ostatniej płycie jest mnóstwo ciekawych momentów.

***

Herb Ritts (ten w okularach, obcinający sprzęt modela; 1952-2002) – autor m.in. słynnego zdjęcia Madonny. Nie przepadam za tą raszplą, więc je tylko linkuję. Piękna robota (fotografia jako przejaw eskapizmu), za krótkie życie.

dianogah – battle champions [2000] / whitney hubbs

linki w komenatarzach / links in comments

The band from Chicago that opened for one of your favorite bands circa 1998.

dianogah.com

facebook

bandcamp

southern records

W środku prawdopodobnie Stephanie Morris, która śpiewała w trzech kawałkach na czwartym albumie Dianogah, „Qhnnnl”. Stephanie zmarła 1 czerwca 2009. W lipcu tego samego roku miała z Dianogah wystąpić na Pitchfork Music Festival. Mimo śmierci wokalistki zespół postanowił zagrać, składając jej tym samym hołd

To jedna z kapel z drugiego planu w moim słuchaniu muzyki, ale jak już sobie o niej przypomnę, to włączam i nigdy się nie rozczarowuję.

Dianogah ma na koncie dwie płyty nagrane przez Johna McEntire’a i dwie przez Steve’a Albiniego. Nie najgorzej. Do tego kilka singli i kawałki na paru kompilacjach (m.in. jednej z moich ulubionych, „Ground Rule Double”). Wszystko zresztą do sprawdzenia na ich stronie internetowej. Muszę przyznać, że brakuje mi takich stron. Wszystko teraz jest na tym jebanym Facebooku albo Bandcampie.

Dianogah.com co prawda nie jest aktualizowana, ale można znaleźć na niej parę ciekawych rzeczy, m.in. plakaty z koncertów (szkoda, że nie w większym formacie).

Zespół wciąż gra, o czym możemy się dowiedzieć – a jakże – z Facebooka. Mają się pojawić nowe nagrania.

„Battle Champions” to fantastyczna muzyka. Coś między post-rockiem a delikatnym math rockiem – jakby to głupio nie zabrzmiało. Miasto pochodzenia: Chicago. Więcej nie trzeba pisać.

Jeśli ktoś zechce poznać całą dyskografię Dianogah, niech też sprawdzi Bandcamp DuPage County Hardcore, które dokumentuje scenę chicagowską, m.in. poprzez wrzucenie dema bohaterów tego postu.

***

Whitney Hubbs

ciśnienie – radio edit [2021]

bandcamp

facebook

Wymyśliłem recenzję podczas spaceru z psem, ale potem nie chciało mi się jej zapisać. Napisałem nową i przez głupotę ją usunąłem. Jak mi zniknie ta, wkleję fotkę Charliego ze spaceru i wystawię samą ocenę.

***

Po czym poznać więcej niż dobry zespół? Między innymi po tym, że potrafi trzymać słuchacza w napięciu, grając utwory trwające kilkanaście czy nawet 20 minut.

Świetny przykład to otwierający całość „Czarodziej”.  Panowie najpierw powoli rozwijają ten kawałek, by w końcu wygenerować nieliche emocje. Co ciekawe, zaczynają, jakby byli początkującymi muzykami, patrzącymi na swoje ręce, żeby się nie pomylić. Nie wiem, czy był to świadomy zabieg, ale świetnie to wyszło, zwłaszcza że część z nich (albo całość – nigdy nie pamiętam) to wykształceni muzycy.

Równie dobry jest inny kawałek, którego z uwagi na czas trwania też raczej nie puszczą w radiu – „Calm the fuck down”. Chwilami – jakby japońskie Mono grało – niebezpiecznie ładny, ale świetny.

***

Ciśnienie tworzy post-rock, a będąc bardziej dokładnym – „violin and french horn ridden, jazz influenced, experimental, apocalyptic post rock”, jak sam kwartet określa swoje dzieło.

Można by tu jeszcze dodać to i owo, jeżeli chodzi o opis muzyki zawartej na „Radio Edit” (świetny tytuł). Mnie ucieszył ewidentny wpływ krautrocka w „Zeroku”, numerze chwilami również niemal funkowym.

***

Muzyka Ciśnienia – nagrana na żywo, bez publiczności – został wygenerowana za pomocą basu, klawiszy, bębnów i instrumentów raczej niekojarzących się z rockiem – skrzypiec oraz rogu (imponująca robota Michała Zdrzałka). Gitara elektryczna pojawia się jedynie we wspomnianym „Calm the Fuck Down”, choć ja słyszę ją w również we wspomnianym „Zeroku” oraz zamykającym płytę bonusie „Reisefieber”. Zostałem jednak poinformowany przez osobą dość kompetentną, bo basistę zespołu – Michała Paducha, że to jednak „stara, dobra, czechosłowacka Jolana Diamant Bas”.

***

Ciśnienie potrafi zagrać i lirycznie, i przypierdolić (zwłaszcza na żywo z udziałem publiczności – wiem, bo widziałem kilka razy). A „Radio Edit” to na razie najlepsza polska płyta w tym roku, choć przecież „Pleń” Plenia, „ZZZU” ZZZU i „SERP” Motyli i Maszyn też są rewelacyjne. Tylko za granicą – nie licząc wznowień – się opierdalają. ;)

***

„Radio Edit” dostępne jest w tej chwili jedynie na Bandcampie w formacie cyfrowym. Gdy zespół znów będzie mógł grać koncerty, pojawi się CD.

(o)(o)(o)(o) (o)(o) (o)(o) (o)(o)

pleń – pleń [jvdasz iskariota; 2021] / zzzu – zzzu [głowa konia nagrania; 2021]

Jeden post, dwa zespoły. Po pierwsze – lenistwo. Po drugie – chęć zwrócenia uwagi na pewien całkiem przyjemny trend w polskim undergroundzie (czy w czasach Facebooka i nieprzyzwoicie wręcz łatwego dostępu do muzyki, możemy wciąż mówić o undergroundzie? To pytanie na inną okazję).

***

Zdarzały się wyjątki, ale w życiu bym nie pomyślał, że polskie kapele zaczną grać może nie masowo, ale też nie raz na ruski rok muzykę psychodeliczną czy post-rockową – generalnie taką, która daje pole do improwizacji, do wyjścia poza schemat zwrotka-refren. Obecnie mamy dość dużo takich grup: lepszych lub gorszych, wiadomo. Ważne jednak, że są.

Największy wpływ w ostatnich paru latach na rozwój muzyki rockowej, która – że tak to ujmę – rozszerza ramy rocka, miało niezmordowane, koncertujące często nawet na takim wypiździewie muzycznym jak Katowice, Lonker See. I za to należy się twórcom „Hamzy” nisko pokłonić.

Poniżej dwa przykłady zespołów, które w świecie po tzw. pandemii raczej nie zrobią kariery na juwenaliach.

Pleń: „Pleń” (Jvdasz Iskariota Rec.; 2021)

pleń

iskariota.com

PLEŃ (widzimy panów na zdjęciu głównym) to zespół z Łodzi, który od razu chwalę za nazwę. Piękna, polska, zamiast beznadziejnej angielskiej, jakie lubią wybierać rodzime gitarowe drużyny. „Pleń”. Super.

Mało kto chyba lubi być porównywany z kolegami po fachu, ale mnie od razu rzuciło się w uszy (mojej żonie też, więc nie siedzę sam z tym wrażeniem) pewne podobieństwo tria do jednego z nielicznych zespołów z Górnego Śląska, którego można słuchać z przyjemnością – Ciśnienia.

Już na początku albumu łódzkiej grupie udała się niełatwa sztuka: „Rozkład”, który trwa ponad dziesięć minut, prowokuje raczej myśl „szkoda, że się kończy”, niż chęć przeskoczenia do następnego utworu.

Zgodnie z obietnicą, którą otrzymałem od zespołu, jest tu też trochę „noiserockowej patologii”. Drugi kawałek, „Shibuya”, jest tak napędzany przez bas, że możemy odnieść wrażenie, iż tak mogłoby brzmieć postrockowe Nomeansno; potem wiele dobrego robi też przesterowana gitara. Naprawdę świetne, niecałe pięć minut.

Później w mroczny klimat wprowadza „Hrsta”, a podtrzymuje go „Bluszcz”. Kapitany kawałek, w którym obok post- i noise rocka pojawia się coś, co można skojarzyć z noise’em à la Wolf Eyes bądź klimatem ładnie zwanym horror ambient. Na koniec gitara daje brzmienie kojarzące się z „Twin Peaks” i płynnie wprowadza nas do przedostatniego utworu, w którym czeka niespodzianka w postaci kalimby. To już drugi zespół – po Salimarze – z Jvdasza Iskarioty, który tu gościł, używający tego instrumentu.

A szósty numer… Dobra, dość. Czuję się, jakbym spoilerował.

Świetna płyta. Bogata w pomysły, które zostały tak zrealizowane, że nie bardzo jest się do czego przyczepić.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ZZZU: „ZZZU” (Głowa Konia Nagrania; 2021)+

Na drugi ogień idzie stary znajomy Paweł Nałyśnik, który na blogu gościł już parę razy jako członek Parampampam Trio, Razów i Zwidu. Odgrażał się, że tym razem nagrał coś, co chwilami jest wręcz piosenkowe, czy jakoś tak.

PPPT, które ma na koncie kilkadziesiąt epek, brzmi trochę jak połączenie The Dead C (ale tylko tych z dobrych płyt) i Sonic Youth, kiedy ci nie śpiewali i nie grali melodii (ale też nie nudzili, jak na serii „SYR”).

Czy ZZZU jest bardziej przystępne niż PPPT? Chyba tak, choć na weselach raczej nie poleci. Co prawda na płytach Tria zdarzały się momenty, gdy delikatny (ale bez przesady) dźwięk wygrywał z rzężeniem, lecz nowy projekt Nałyśnika jednak mniej rzęzi. Im ZZZU dłużej gra, tym bardziej zdaje się polegać na przyjemnym dla ucha transie. Półmetrowy reefer – właśnie on powinien być dodawany do płyty.

O, a w trzecim kawałku wyczuwam perwersyjną „piosenkowość” Psychic TV.

No jest tu trochę takiej pulsującej, lekkiej perwersji (co ja piszę?), co bardzo ładnie podkreśla wokal w „Ziemia noc echo”.

Zamykające płytę „Sto kamieni milion oczu” z kolei kojarzy się nieco z Blanck Mass.

A najpiękniejsze są doskonale transowe „Głowy”.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Czyli co? Polska post-rockowa psychodelia, co widać na przykładzie Plenia („który jest niezwykle rzadkim zjawiskiem” – jak donosi Wikipedia) i ZZZU, ma się świetnie. Nie chcę wchodzić w patos, ale muzyka takich zespołów jak bohaterowie tego postu, pozwala z nieco mniejszym wkurwieniem żyć w tych pojebanych czasach.

Amen.

***

„Pleń” można kupić na CD u Jvdasza Iskarioty (swoją drogą, osobliwa nazwa. Nie to, co Głowa Konia, he he), „ZZZU” i na CD, i na winylu u Pawła Nałyśnika. To znaczy chyba jeszcze można. Najlepiej jego spytać.

noisesession – demo [200?]

linki w komentarzach / links in comments

hard-core/punk dla ciebie i dla mnie

patryk cannon – soundcloud

O Noisesession przypomniał mi kilka tygodni temu mój nieoceniony kolega Kuba Kunysz. Przy okazji podesłał mi trzy nagrania demo zespołu (ja dorzuciłem czwarte, w gorszym bitrejcie).

Oddaję głos Patrykowi Cannonowi (który wcześniej wyprowadził na nowe tory zespół La Aferra):

„Zespół Noisesession istniał około trzech lat. W składzie Marcin Pałęcki (perkusja), Karol Kryjom (bass) i Patryk Cannon (gitara i wokal) (2000-2003). Te cztery nagrania to najlepiej zarejestrowane kawałki, jakie mam na dysku. Poza utworem »Couch« pozostałe 3 zostały zarejestrowane w Sopocie. Nie pamiętam, kiedy dokładnie”.

Noisesession grało mieszankę post-hardcore’a i noise rocka, w sumie grunge też tu słychać („Mate!”) czy post-rock („Couch”). Generalnie, amerykańskie gitarowe granie na wysokim poziomie (mnie najbardziej chyba podeszła instrumentalna „Końcówka”). Krótki, ale wart poznania epizod polskiego undergroundu.

Słychać na tych nagraniach, że pewnie bardzo byśmy nie ucierpieli, gdyby Noisesession nie był jedynie efemerydą.

Więcej info na podlinkowanym wyżej blogu Kuby.

„kto wierzy w szatana, musi być pojebany, nie?” – podsumowanie 2020, cz. II

Pierwsza dycha podsumowania 2020 roku bardzo ładnie się ułożyła, więc nie chciało mi się pisać drugiej części, ale zapomniałem wspomnieć o dwóch wydawnictwach, którym kibicuję, tak że wypada to nadrobić.

FONORADAR RECORDS

Dawno temu dwóch początkujących biznesmenów wydało dwie kasety świetnego niemieckiego zespołu Couch – „Etwas Benutzen” (słuchałem wczoraj – gra jak ta lala) i „Fantasy”. Wydajesz kasety, ale pod szyldem „Vinyl” – można i tak. Na ten nośnik zapotrzebowanie się skończyło i nic poza Couch już się nie ukazało w Vinylu.

W dziwnym, pandemicznym roku panowie wrócili jako Fonoradar Records i, mówiąc krótko, rozjebali – tym razem na winylach i CD. Titanic Sea Moon, wznowienie „Killwater” Thing, nowy June of 44, kapitalny Luggage, Columbus Duo i Guiding Lights… W 2021, który pewnie będzie jeszcze gorszy niż kończący się rok, też pojawią się ciekawe rzeczy.

Zapomniałem wspomnieć nie o dwóch wydawnictwach, lecz trzech, bowiem mamy jeszcze

PAWLACZ PERSKI i PATALAX

Eksperymentalna muzyka na… kasetach, dużo dub techno, którego jestem może nie fanem, ale na pewno sympatykiem.

Jest Pawlacz Perski, ale jest też Patalax, który powstał również chyba po to, by opowiadać krótkie, psychodeliczno-surrealistyczne bajki. A może sublabel Patalax zawładnął Pawlaczem? Ten wydał w tym roku tylko dwa materiały (Jachna/Ziołek/Buhl i Wojtek Traczyk), ten od bajek – cztery . W tym bodaj najciekawszy: „Mulet” Monte Omok. Ale może tylko dlatego najciekawszy, że dopiero czeka u mnie na odsłuch kaseta „Bezruch” Mechu.

Przejdźmy do drugiej dziesiątki mych ulubionych płyt:

(o)

facsvoid moments [trouble in mind records; 2020]

Post-punk i noise rock obok często rozbuchanego napierdalania mają też nurt minimalistyczny. Warto w tym miejscu wymienić australijskie My Disco (świetni byli na „Severe” [2015], na „Environment” [2019] od minimalizmu przeszli do pretensjonalności) oraz Luggage (kapitalna „Shift” [2019] i nie gorsza „Three” [2017], wydana u nas przez wspomniany Fonoradar). FACS grają w tej samej lidze i mniej więcej w tę samą grę, choć mam wrażenie, że na „Void Moments” nieco odeszli od swej surowości. Pytanie, czy słusznie. Tak czy siak, płyta świetna.

(o)(o)

the budos bandlong in the tooth [daptone records; 2020]

Pod tym fajnym tytułem kryje się najlepszy istniejący soundtrack do najlepszego nieistniejącego amerykańskiego sensacyjnego filmu z lat 70.

(o)(o)(o)

pay for painpain [dark medicine; 2020]

Można grać w 2020 tzw. indie rock i nie być miałkim. Ta płyta to – może to krzywdząca opinia – tak naprawdę dwa numery: otwierający całość „Fallen Angel” i zamykający – „Until I Walk Through the Flames”. Paradoksalnie, gdyby Pay for Pain wydali singiel, uznałbym, że to za mało, żeby ich wrzucić do tego zestawienia.

(o)(o)(o)(o)

incantationsect of vile divinities [relapse records; 2020]

Nigdy nie pokocham death metalu z powodu komicznego imidżu oraz debilnego przekazu, ale ta płyta to po prostu 12 doskonałych, ponurych numerów legendarnej kapeli, które fantastycznie wwiercają się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)

oily boyscro memory grin [cool death records, static shock records; 2020]

Brudny jak dupsko szatana punk czy tam hardcore Australijczyków po części związanych z doskonałą postpunkową kapelą Low Life. Dlaczego można grać tak dobrze punka? Chyba nie dlatego, że się nie jest z Polski. A może?

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

odrazarzeczom [godz ov war; 2020]

Chwilami płyta może irytować tym zaśpiewami à la górale, którzy wyszli z siłowni ze śpiewem na ustach, albo gitarami, jakby gościnnym występem raczył nas Grzegorz Skawiński. Ale tak czy siak, Odraza to obecnie bodaj najlepszy metal w tym kraju, z na dodatek niegłupimi tekstami (Furia przegrywa kretyńskimi lirykami Nihila). Inna sprawa, że jak popatrzysz na plecy koszulek Odrazy, widzisz, że jest to jednak, niestety, fucktycznie metal.

A jak bywa tak se na „Rzeczom”, to trzeba się wsłuchać wyłącznie w grę perkusisty – dobry typ. Nie wiem, czy lepsza ta płyta, czy surowa „Esperalem tkane”. Na pewno obejrzałbym krakowski zespół na żywo.

Bardzo ładna okładka. Plus ksywa Stawrogin (oczytani metale odczuwają dumę).

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

młody dzbanżycie na parkingu (edycja żałosna) [2020]

Najpierw miałem tu wrzucić Oranssi Pazuzu, ale jak ostatnio słuchałem tegorocznej płyty Finów – „Mestarin Kynsi”, to w sumie miałem lekkie kino. Ten śmieszny wokal plus to muzyczne zadęcie – co za pierdolety. Więc niech będzie zamiast nich Młody Dzban – za porównania i wsamplowanie bohaterów „Chłopaków z baraków”.

A w ogóle to przecież Smarki wrócił:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

columbus duo and guiding lightscolumbus duo avec guding lights [fonoradar records; 2020]

Głównie z powodu dwóch znakomitych numerów Columbus Duo.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jarsджрc III [pogo records; 2020]

Klasyczny, można powiedzieć, noise rock, ale to po prostu Jars, nie kolejna podróbka Unsane. Żeby tak u nas grano jak w Moskwie… I pomyśleć, że ludzie zachwycają się nową płytą METZ.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

neil young & crazy horsereturn to greendale [reprise records; 2020]

Koncert z 2003 r., prezentujący materiał z płyty „Greendale” wydanej w tym samym roku. Trochę od czapy wydawnictwo w tym zestawieniu, bo archiwalne, ale był to wspaniały występ, zwłaszcza „Be the Rain” chwyta za serce.

Young nagrywa w domu, wydaje archiwalne nagrania (w tym roku ukazało się 10-płytowe „Neil Young Archives Volume II: 1972–1976”, zawierające m.in. materiał z sesji z „Zumy”) – 75-letni Kanadyjczyk zawstydza młodych.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

tarlive i inne

2019 był rokiem koncertówek Sonic Youth. W końcu znudziły mi się te bootlegi, a czarę goryczy przelały kiepskie „Rarities 2”. W tym roku z miłą chęcią odsłuchiwałem za to nagrań live jednej z moich ulubionych kapel lat 90., Tar.

Ach – uwaga, piszę jak Krzysztof Varga – pójść na koncert, i stresować się, czy aby na pewno zagrają „Dark Mark” i „Viaduct Removal”.

Oprócz koncertów (sami twierdzą, że w najwyższej formie byli, gdy grali z The Jesus Lizard), ukazała się płyta z nagraniami z prób „Abogados!” oraz materiał zespołu Luckyj, w których grało bodaj dwóch typów z Tar.

Szanuję za to, że zamiast wydawać te rzeczy na winylach, po prostu wrzucają je za dolara lub za darmo na Bandcamp.

***

Nie rozumiem ludzi, którzy ględzą o tym, że kiedyś było lepiej, że teraz nie ma dobrych płyt itp. Kiedyś było lepiej, kondonie, bo ważyłeś o 20 kilo mniej, a twój kac trwał dwie godziny, nie dwa dni. I tyle. Przecież obecnie świetnych polskich płyt wychodzi tyle w ciągu roku, ile kiedyś przez dekadę. Za granicą też dają radę.

Śmieszą mnie podsumowania z 50 albo setką pozycji, ale sam mógłbym dołożyć do tych swoich dwudziestu płyt wiele innych. Oto parę dodatkowych:

Jest tego od groma.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

%d blogerów lubi to: