Posts Tagged ‘hardcore’

fury – resurrection [1989] / sarah lawrie

09/02/2019

linki w komentarzach / links in comments

jade tree

discogs

Krótko istniejący zespół, z panami z m.in. Circus Lupus i Dag Nasty w składzie.

O taki hardcore nudzę się na hardcore’owych koncertach. Chris Thomson to chyba mój ulubiony, punkowy wokal. Chłop mógłby uratować być może nawet ostatnią płytę 19 Wiosen.

Fury wydało jedynie „Resurrection”. W 1989 materiał ukazał się nakładem THD, w 2002 r. wznowiło go – z brzydszą okładką – Jade Tree.

***

Sarah Lawrie

wracam do domu i włanczam muzykę [1/2019] (ni., swervedriver, mono, leśniewski / nowacki, hank wood and the hammerheads, marriage + cancer, próchno, sun ra)

29/01/2019


Charlie słucha Mono

Postanowiłem pisać co miesiąc po parę słów na temat płyt, których udało mi się uważnie wysłuchać. Pewnie chęci nie starczy mi już na luty, ale zobaczymy. Może to mi pomoże lepiej się odnaleźć w bajzlu, jaki powoduje milion wydawanych albumów miesięcznie.

Oczywiście wciąż zapraszam do podsyłania swoich wydawnictw – wtedy jest szansa na zrobienie o nich osobnego postu. Warunek: nośnik (może być nawet kaseta) i/lub pliki, które można pobrać na dysk.

Pozdrowienia dla tych, którzy wiedzą, skąd wzięła się nazwa cyklu.

ni. – noble impulse. + normal insanity. [tenzenmen; 2019]

Materiał wyszedł gdzie indziej w ubiegłym roku, ale jeden z moich ulubionych labeli – Tenzenmen – wydał go również teraz, więc czemu by o nim nie napisać.

Dziwaczna nazwa zespołu, pojebany tytuł płyty – to musi być Japonia. Na „nOBLE iMPULSE. + nORMAL iNSANITY.” ni. najdłuższy numer trwa 35 sekund. To hardcore, ale bez Simple Jacków z bandanami i groźnymi minami.

Leci konkret wpierdol ze szczekającymi wokalami i nagle mamy niemal funkowy fragment, że aż ma się ochotę włączyć Big Boys.

Garstka Polaków.

Czule pomyślę o .ni podczas kolejnego nudnego koncertu HC/punk.

(o)(o)(o)

swervedriverfuture ruins [dangerbird records; 2019]

Klasycy shoegaze’u – chociażby Ride – czasem udowadniają, że swoje kariery powinni zakończyć w latach 90., czasem – jak Slowdive – że nie muszą być przykrym archaizmem.

Jeżeli chodzi o najnowsze wydawnictwo Swervedriver (na pitchforkowej liście 50 najlepszych shoegaze’owych płyt znalazły się dwa dzieła kapeli z Oksfordu: „Raise” na 15. miejscu, „Mezcal Head” na 10.), słuchałem go bez bólu, chwilami z przyjemnością, ale nie sądzę, bym do niego wracał.

Z drugiej strony, gdy słyszę chociażby „Everybody’s Going Somewhere & No-One’s Going Anywhere” (bardziej w klimacie Morphine niż shoegaze’u) albo brzdąkanie przesterowanej gitary w tytułowym kawałku, nie żałuję tych kilku odsłuchów.

Pewnie na żadnej liście „Future Ruins” się nie znajdzie, ale jest to niezła płyta. I może dzięki niej w dwójnasób słychać świeżość debiutu, „Raise”.

(o)(o)(o)

mononowhere now here [temporary residence limited; 2019]

„God Bless”, „Nowhere, Now Here”, „Meet Us Where the Night Ends” … Jak widać po tytułach, Mono nie zmieniło poetyki. Wciąż raczej nie jest to zespół, który można by postawić obok Cosmic Psychos albo Starych Singers.

Nowa płyta Japończyków przynosi patetyczny post-rock, od którego – gdy go odpowiednio podkręcić – mogą popękać ściany. Nie brakuje na „Nowhere Now Here” również spokojniejszych, chwilami niemal ambientowych fragmentów. Wygląda na to, że autorzy „One Step More and You Die” wykonali swoje zadanie w 120 procentach. Mnie najbardziej podszedł chyba wspomniany „Meet Us…” z tym fajnym „gruchaniem”, dzięki czemu ten kawałek się wyróżnia. No i jest noise w finale.

Złośliwy powie, że „Nowhere Now Here” to imponująca ścieżka dźwiękowa pod spienione fale, zachmurzone niebo i burzę oraz kapiący deszczyk, gdy wchodzi pianinko. Ale ma to swój klimat. Chętnie poszedłbym na dobrze nagłośniony, siedzący koncert.

A to, że słuchając tego trwającego około dwóch tygodni materiału, mam wrażenie, że obcuję z czymś anachronicznym (podobny casus to Mogwai, choć Szkoci – z lepszym lub gorszym skutkiem – kombinują) oraz fragmentami nudnym niczym rock progresywny (zresztą Mono czasem jest tagowane jako progressive rock) – to już materiał na zupełnie inną historię.

Możesz włączyć tę płytę Mono, ale równie dobrze jakąś inną. W ogóle to mam wrażenie, że Mono ratuje to, że nagrywają się u Albiniego. „Lepszy” producent mógłby z ich materiału zrobić coś, co mogłoby zabrzmieć potężniej, ale jednocześnie ma się wrażenie, że rozwaliłoby to jedynie ściany z kartongipsu.

(Tak, wiem, że rock progresywny nie zawsze jest nudny).

(o)(o)(o)

leśniewski / nowacki – ślęża [2019]

Prawie jak Morawski / Waglewski / Nowicki / Hołdys he, he.

link

(o)(o)(o)

hank wood and the hammerheadsheads [2019]

Singiel nieocenionego Hanka Wooda i jego The Hammerheads. Po więcej niż udanej zeszłorocznej płycie panowie nie zwalniają tempa. Dwa szlagi w pysk jak się patrzy. Punk nie umarł, przynajmniej w Nowym Jorku. Zapętliłem jak zły.

(o)(o)(o)

marriage + cancerbro [self sabotage records; 2019]

Zupełnie nie ruszyła mnie zeszłoroczna płyta tych noiserockowców. Na dodatek najpierw ucieszyłem się, że to split zespołu Marriage z zespołem Cancer, a potem dowiedziałem się, że Marriage zakończył działalność.

Tegoroczny singiel to miła niespodzianka. Dwa bardzo dobre numery, którymi portlandczycy nie odkrywają Ameryki, ale daleko im też do epigoństwa. Nie jest to kolejny zespół, który nieudolnie próbuje grać jak Shellac, The Jesus Lizard czy nie daj Boże Unsane. Czekam na LP.

(o)(o)(o)

próchno – z kosą przez las [2019]

„Singiel zapowiada płytę długogrającą «Próchno», która ukaże się 22 marca 2019 roku. Płytę CD wydaje Gusstaff Records, a winyl Don’t Sit On My Vinyl”.

Pierwszy numer to lo-fi kraut (kurde, myślałem, że wymyśliłem coś oryginalnego, ale widzę, że sami się tak otagowali) z szatańskim wokalem, drugi to „brudny” ambient, który pewnie mógłby służyć jako otwieracz albo zamykacz albumu.

Przed państwem supergrupa (ktoś chyba na poważnie użył tego określenia, jakby to był Velvet Revolver) Próchno. Czekamy na więcej.

(o)(o)(o)

sun racrystal spears [modern harmonic; 2018]

Materiał nagrany w 1973 r. i ponoć zbyt kakofoniczny, żeby chciała go wypuścić Impulse!, która wydawała już Sun Ra. Coś tam się zmieniło w labelu należącym do ABC i płyta, która miała gotowy numer katalogowy, nie ukazała się na rynku. Trzeba było czekać na to oficjalne wydanie ponad 40 lat.

Szczerze mówiąc, nie widzę na tej płycie niczego – jak na tę chyba najbardziej kolorową postać w historii jazzu – wielce nieprzystępnego.

Free jazz w granicach rozsądku, z bardzo ciekawym wykorzystaniem minimooga. Jedyne, czego bym nie zalecał, to słuchanie „Crystal Spears” na słuchawkach. Minimoog leci jedynie w prawym kanale i troszkę to może męczyć.

Kolejne ze wznowień arcybogatego dorobku Hermana Poole’a Blounta. W ubiegłym roku Modern Harmonic wydało to na CD i LP, w styczniu „Crystal Spears” pojawił się na Bandcampie. Wcześniej był chyba tylko bootleg włoskiego Sinner Lady Gloria (2014 r.).

thculture – individual [canal666; 2018]

19/09/2018

thculture

canal666

Nowy materiał THCulture – mniej „etno”, niż ostatnio, więcej punka. Dobrze to czy źle? Tego nie wiem. Wiem, że na scenie HC/punk kapela Yogiego (wcześniej Smar SW) pozostaje zjawiskiem osobnym.

Na „Individual” wciąż pojawia się wiele brzmień i instrumentów zazwyczaj nieobecnych w tego typu graniu, więc – jak sądzę – nazywanie tego, co robi THCulture „etno-core’em” wciąż ma jakiś tam sens (o ile ma sens szufladkowanie muzyki). Panowie wpuszczają do HC-punkowej estetyki dużo powietrza, co słychać chociażby w otwarciu płyty (początek i inne fragmenty „Kultury”), oryginalnie zaczyna się też „Wolność”, w innych numerach jest podobnie… Można by w sumie wymienić po kolei każdy utwór w tym kontekście. Może tych „niepunkowych” momentów na nowej płycie jest mniej niż dotychczas, ale wcale nie mało. Całość brzmi bardzo dobrze: gitary chodzą jak trzeba, bas i bębny też, wokal został chyba najlepiej nagrany, jeśli chodzi o wszystkie płyty THCulture.

No właśnie, „Wolność”. Pisząc o poprzedniej płycie, zarzuciłem pół żartem THCulture brak hitu. Tu tę rolę spełnia na pewno wspomniana „Wolność”, którą kilka razy sobie zapętliłem.

Jeżeli chodzi o teksty, konsekwentnie THCulture śpiewa o wolności jednostki zderzającej się z państwową kontrolą i przemocą. Nic się w tej materii nie zmienia i pewnie nie zmieni, zwłaszcza że rozwój nauki prowadzić zdaje się również do totalnej kontroli („jest pomysł, że populacje / mogą być uwarunkowane / że ludzie to psy Pawłowa / biomaszyny zaprogramowane / sprzedają to jako / postęp społeczny / to absurdalne / i niebezpieczne”), o czym bardzo ciekawie w swych książkach pisze chociażby Yuval Noah Harari. Czy warto więc o tym śpiewać? Jeżeli nie wprowadza się w tematykę tekstów doraźnej, polskiej polityki, a porusza problemy, o których mowa, w sposób uniwersalny – według mnie tak.

I może teksty THCulture straciły trochę na oryginalności. Mają przecież swą specyfikę, z którą na „Individual” mamy do czynienia rzadziej niż do tej pory. Są – jakby to nie zabrzmiało – prostsze.

„Individual” to płyta, do której będę wracał, choć od HC/punka z wiekiem oddalam się chyba coraz bardziej. Dobrze to świadczy o THCulture. Zresztą, jak mógłbym nie lubić zespołu, który sampluje fragment „Jedynego i jego własności” Maksa Stirnera. A że Johann Kaspar Schmidt wolność uważał za puste pojęcie („Po cóż uganiać się za wolnością, mrzonką waszą?”), to już temat na inną opowieść.

I polecam kapelę Yogiego jako live video act. Muzyka w połączeniu z wizualizacjami kopie doskonale.

drive like jehu – yank crime [1994] / christina ricci

30/06/2018

linki w komentarzach / links in comments

drive like jehu

Odkrywania zespołów ciąg dalszy. Gdy słuchałem tegorocznej płyty wydanej przez Sub Pop, „Jericho Sirens”, pomyślałem, że Hot Snakes to nowy, ciekawy zespół. Okazało się, że nie dość, że wcześniej (lata temu!) nagrali trzy inne płyty, to byli personalnie powiązani z inną kapelą – Drive Like Jehu.

Świetna rzecz, choć osobiście dodałbym nieco zaangażowania politycznego w tekstach.

***

Christina Ricci via Mental Corrosion

szatan to szmata, kurwa garbata / wściekłe psy i piwo 0,33

10/10/2017

Choć raczej nie lubię na nie chodzić, byłem na dwóch koncertach.

Najpierw Zgniłość w Krakowie (Piękny Pies, 30.09). Fajny jazz, klawiszowiec Wandzilak obdarzony poczuciem humoru, Świetlicki wciąż w formie literackiej, na dodatek śmiejący się z ludzi, z których sam się (w domu) śmieję („Fryzjerski jazz, możdżerski jazz, mazolewski jazz”).

Ogólnie wygląda to tak, że Pan Poeta ponawija, potem zespół dalej gra, a on w tym czasie siedzi na scenie, pali fajkę i pije. Tak trzeba żyć.

Aha, Zgniłość gra bardzo dobry jazz, ale najlepiej wypada w reggae.

W Pięknym Psie udało mi się urwać klamkę w kiblu. Może to zainspiruje dowodzących knajpą do remontu sracza. Współczuję dziewczynom, które muszą tam iść za potrzebą.

Unsane we Wrocławiu (D.K. Luksus, 7.10). Nowojorskie trio to jeden z tych zespołów, które jakoś nigdy mnie nie ruszały (niby dobry, ale lepsze dla mnie są okładki płyt niż muzyka na nich zawarta), jednak sobotni gig po prostu urwał mi łeb. Niemal dosłownie. Ale po kolei.

Najpierw zagrał August Landmesser, którego trochę głupio mi oceniać, gdyż wokalista, Kuba, to jeden z dwóch lewusów, z którymi rozmawiam. Miłe zaskoczenie, bo za punkowym przekazem ostatnio idzie zazwyczaj chujowa muzyka. Brzmiało to jednak dobrze: najlepszy był ostatni numer i fragment, w którym August zabrzmiał jak Schizma (ta współczesna, nie stara). A może mi się zdawało, że tak zabrzmiał, bo choć byłem niemal trzeźwy, to jednak zajebiście przeziębiony.

Świetnie wypadł The Dog, w którym wokalnie udziela się Igor, autor chyba ostatniego nadającego się do czytania polskiego blogu poświęconego m.in. muzyce – „Człowiek kontra napalm” (mam nadzieję, że czegoś nie popierdoliłem). Płyty wrocławian nie utkwiły mi w pamięci, ale koncert przekonał mnie, by do nich wrócić.

Unsane – jak wspomniałem – nigdy nie należał do moich ulubionych zespołów, ale to się zmieniło: w sobotnim występie tych starych dziadów było tyle wkurwu, że do dziś dzwoni mi w uszach. Gdy przed bisem wyszedłem na fajkę, czułem się równie na miejscu w otaczającej rzeczywistości, jak Dougie Jones. Wpierdol straszny. Minus to na pewno fakt, że wokal Chrisa Spencera było słabo słychać, a Dave’a Currana – wcale.

Ogólnie rzecz biorąc, ten wyjazd do Wrocławia był ze wszech miar udany. Tak trzeba żyć.

I na tym kończę ten niewątpliwie potrzebny post. Jeśli ktoś będzie miał okazję zobaczyć którąś z powyższych kapel, niech się wybierze (choć ponoć Zgniłość kończy działalność).

PS Zdjęcia z koncertu w D.K. Luksus wrzucił na Facebook Piotr Kudełka. Nie pytałem o pozwolenie na ich udostępnienie, gdyż mam ban na tym wspaniałym serwisie społecznościowym. I w sumie nie uznaję praw autorskich. xD

PS2 Wielkie dzięki dla Kuby Kunysza.

PS3 Jest jeszcze „Polskie muzeum cyfrowe” (kiedyś „Dziękuję moim MC”).

his hero is gone – monuments to thieves [1997] / svenja trierscheid

01/06/2017

linki w komentarzach / links in comments

facebook

discogs

Piękna nazwa zespołu. Aż dziw, że część HHIG założyło potem kapelę o tak banalnej nazwie, jak Tragedy.

HHIG niby grał crust, ale osobiście nie przepadam za tym określeniem. Dla mnie to hardcore, i tyle. 15 numerów, które wwiercają się w głowę. Głównie czad, ale przetykany sludge’owymi zwolnieniami. Miazga, pierdolony klasyk.

Relatywnie mało słucham panka i hc, bowiem wiele płyt, którymi jarałem się dawno temu, dziś wydaje się mi mało atrakcyjnymi muzycznie (tekstowo też, no ale to mniejszy problem), a z nowych rzeczy bardzo rzadko coś do mnie trafia, jeśli chodzi o HC/punk. „Monuments to Thieves”, jak sądzę, nie zestarzeje się nigdy.

Na stronie Prank Records płyta jest niedostępna. Nie wiem, czy została wznowiona w jakimkolwiek formacie przez kogolkowliek. W Polsce wydało ten materiał na kasecie Nikt Nic Nie Wie.

***

Svenja Trierscheid. Niektóre zdjęcia tej pani są zajebiste.

yc-cy – yc-cy [x-mist records; 2016]

28/05/2017

bandcamp

facebook

x-mist records

Agresywny wokal, gitara, bas, bębny i klawisz. Noise punk, hardcore, noise rock, post-punk. Konkretny wpierdol zaserwowany przez zespół ze szwajcarskiej Szafuzy.

Jeśli miałbym szukać jednego punktu odniesienia, byłby to wybitny nowojorski skład White Suns, choć YC-CY tworzy kawałki bardziej przystępne.

Mnie najbardziej podoba się chyba numer „Hyäne”. Szkoda, że trwa zaledwie 3:11. Świetna jest jednak całość. Ostatnio rzadko nowe noiserockowe rzeczy wzbudzają we mnie emocje. To demo kopie od początku do końca.

Materiał wydał zasłużony X-Mist Records.

Oprócz demówki z bandcampa można pobrać także nowy utwór, „Kepler-186f”. Forma jest. To numer z albumu „Todestanz”, który ukaże się w czerwcu (rownież X-Mist).

***

2 lipca YC-CY, wraz z Ugorami, zagrają we wrocławskim Carpe Diem.

the fix – jan’s rooms [1981], vengeance [1981] / ren hang

10/03/2017

linki w komentarzach / links in comments

touch and go records

Wrzuciłem niedawno świetny, ale chyba zapomniany Blight, który tworzyli obok wokalisty The Meatmen, Tesco Vee, dwaj goście właśnie z The Fix. Zespół nie wydał za wiele, ale na pewno ich EP-ka (zwłaszcza ona) i singiel warte są poznania. Daj Panie Boże zdrowie, żeby dziś tak grały hardcore'owe i punkowe zespoły.

Ren Hang – świetny chiński fotograf, który niestety odszedł w wieku 29 lat. Cierpiał na depresję. „Zazwyczaj fotografuję znajomych, gdyż obcy ludzie wywołują u mnie stres”.

renhang.org

instagram

blight – blight [1983] / william klein

17/02/2017

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

touch and go

10fuckingstars-wordpress-com

Zespół założony przez dwóch gości z The Fix, Steve’a Millera i Marka Achtenberga, oraz wokalistę Meatmen, Tesco Vee. Zagrali jedynie kilka koncertów, wydali jedną EP-kę i demo na kasecie. W 2006 roku Touch and Go wydało kompilację z numerami Blight.

Punk, hardcore, proto-noise rock (?) oraz dziwaczne w tym kontekście brzmienie basu – trochę jak w starym The Cure.

***

William Klein

1

2

3

4

5

6

swinehood – i’m a fuckin’ misanthrope [2008] / kohei yoshiyuki

27/08/2016

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Do panka zdarza mi się wracać, choć coraz rzadziej do polskiego („łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy”). Np. taki Swinehood: goście m.in. z Brainbombs i Totalitär – i wiadomo, że musi być dobrze. „Nihilistyczny” hardcore, piękna okładka (już wiem, jaką koszulkę zmajstruję sobie na kolejny Czochraj Bobra Fest) – czego chcieć więcej?

***

Ponoć kontrowersyjne fotki Kohei Yoshiyukiego, No cóż, nie takie rzeczy wrzucałem. Według Martina Parra zdjęcia Japończyka pokazują „the loneliness, sadness, and desperation that so often accompany sexual or human relationships in a big, hard metropolis like Tokyo”. No nie wiem, dla mnie to raczej: „było tylko czterech nas / ona jedna, ciemny las” skośnookiego perwersa, ale ja nie znam się na sztuce.

1

2

3

4

5

6


%d blogerów lubi to: