Archive for the ‘streaming’ Category

imelda marcos – dalawa [sooper records; 2017]

21/11/2017

bandcamp

facebook

sooper records

Nowych mathrocków raczej nie słucham (wyjątkiem tegoroczny materiał Yowie), bo to ewidentnie taki rodzaj muzyki, że lepiej po prostu włączyć klasykę (zwłaszcza Don Caballero), niż marnować czas na zgrane patenty sprzed dwóch dekad.

(Na marginesie – Imelda Marcos była żoną filipińskiego dyktatora, Ferdinando Marcosa. Ponoć potrafiła wydać podczas jednego wypadu do Nowego Jorku 5 mln dolarów. W tym samym czasie jej rodacy marnowali czas na umieranie z głodu. W 1972 roku zamachowiec próbował ukrócić jej zakupoholizm maczetą, ale nie wyszło. Raszpla wciąż żyje, dobiega dziewięćdziesiątki).

A panowie z Chicago nagrali naprawdę dobrą płytę. I to w gatunku który wydawał się – w przeciwieństwie do Imeldy – martwy. Są na momenty „Dalawie” wręcz zaskakująco udane – chociażby słuchając „C.Enneamemnon.Hexalysses”. Miła niespodzianka.

***

I don’t really listen to new math rock (with the exception of this year’s Yowie) – it’s evidently a genre where you’re better off putting on something classic (especially Don Caballero) than wasting time on played-out tricks from 20 years ago, only with a fresher paint job.

(By the way – Imelda Marcos was the wife of Filipino dictator Ferdinando Marcos. Rumor has it she could spend 5 million dollars during one trip to New York. In the meantime, her compatriots wasted time dying of starvation. In 1972, an assassin tried to put a stop to her shopping addiction with a machete, but it didn’t pan out. The witch still lives, pushing 90).

The Chicagoans recorded a really good album, though. One in a genre that you’d think is – unlike Imelda – dead. There are moments here that are just surprisingly great – I’m writing in this sentence, listening to „C.Enneamemnon.Hexalysses”. Good stuff.

lastryko – lastryko / godot – godot [music is the weapon; 2017]

08/11/2017

Czasu nie mam za bardzo, żeby się zagłębić, więc jedynie anonsuję dwie dość nowe rzeczy z jednej z moich ulubionych oficyn: Music is the Weapon.

***

Lastryko gra delikatną (choć czasem z pomocą rzężącej gitary) psychodelię. Skojarzenie: „Kopalino” Popsysze, które jednak jest bardziej osadzone w miejscu, w którym zespół egzystuje. Psychodeliczny patriotyzm lokalny.

Mój ulubiony fragment to niemal ambientowy odpływ w „Trieste”. Irytować może wokal, kładący w dziwaczny sposób akcenty (przykład: „Ekspedycje”). 10 fucking stars jednakowoż poleca. Proszę przysłać zgrzewkę Zamkowego.

bandcamp

facebook

***

Godot (w sumie nie wiem, czy płyta firmowana jest nazwą „Godot” czy „Kempa Lubiewski”; użyłem nazwy z Bandcampa) zachwycił przynajmniej jedną osobę. Ktoś, kto prowadzi Ciemną stronę bandcampa napisał o tym materiale: „wspaniałe!”.

Niezłe na pewno. Na „Godocie” (zupełnie mi się te materiał nie łączy z Beckettem) czasem słyszę dalekie echa „Screamadeliki” Primal Scream, czasem coś z Moloko (w „Ciele Kosmosie”, które nagle przechodzi w postrockową psychodelię, by przez chwilę zabrzmieć niczym Maserati), mamy też do czynienia z czymś, co brzmi jak psychodeliczne słuchowisko radiowe… Jest tu pewien eklektyzm, ale całość – raczej spójna, choć może „Looper Ago” nieco „łamie” płytę. Mnie chyba najbardziej przypadła do gustu niemal noise’owo-freejazzowa niespodzianka pod koniec „Police of Vic Firth Dept.”.

Coś czuję, że „Godot” może zyskiwać z każdym przesłuchaniem.

bandcamp

columbus duo – à temps [dead sailor muzic; 2017]

01/11/2017

bandcamp

dead sailor muzic

Lata lecą, coraz rzadziej premiera nowej każe mi stawać na baczność. Jednakże nowy materiał mojego może i ulubionego polskiego składu, Columbus Duo, to coś, na co czekam z lekko gówniarską podjarką.

Przy okazji poprzedniego studyjnego materiału braci Irka i Tomka Swobodów pisałem o tym, że choć to świetna rzecz, to być może Columbus Duo powoli dochodzi do ściany; że następną płyta może zacząć nużyć.

Gdy miałem okazję chwilę z Irkiem pogadać, ten stwierdził – mniej więcej – że duet poniekąd wróci do korzeni. A korzenie to przecież minimalistyczne, noiserockowe trio Thing (braterski duet plus Tomasz Piotrowski).

Jeśli są echa noise rocka na „À temps” (ukazała się na CD i kasecie, winylu chyba nie będzie), to ledwo słyszalne – wtedy, gdy elektronika najbardziej rzęzi albo w bębnach na „MGD”. Dość wyraźnie za to słychać nawiązanie do krautrocka czy kosmische Musik (terminy te bywają używane zamiennie, choć myślę, że nie tylko ja wyczuwam różnicę między jednym a drugim).

Duet jednak nie leci w kosmos, a trzyma się ziemi. Muzyka Columbus Duo pozostała minimalistyczna, surowa, ale pociągająca, nie brzydka. Kojarzy się z trudną podróżą statkiem kosmicznym lub wędrówką po pustyni.

To najlepsza polska płyta tego roku. Może tylko, mówiąc półżartem, brakuje jakiegoś „przeboju”, ładnego numeru – jak „Motherfucker” z płyty „Storm” czy „B36” z „Expositions”.

W twórczości Columbus Duo czuć inspirację innymi artystami (ja słyszę chwilami Orena Ambarchiego, co Irka Swobodę pewnie przesadnie nie zmartwi) i szacunek do nich. To jednak autorska propozycja, mająca swe niepowtarzalne oblicze. Choć „À temps” to nie jest łatwa muzyka, to jednak biegunowo odległa od pretensjonalnej pseudoawangardy.

club alpino – tunga [gusua records; 2017]

18/10/2017

bandcamp

facebook

Medytacyjno-lekko irytujący materiał („Cin Cin”), wydany w taki sposób, że ludziom starym jak ja, przypominają się gówniane kasety Stilonu Gorzów (tyle że na niebiesko). Samo wydanie – ok, tylko te stilonki były po chuju.

Czasem ambient, czasem techno; loopy, sample, wykręcające w dziwny, ironiczny sposób utwór (wspomniany „Cin Cin” przypomniał mi Annę Zaradny samplująca Boney M.).

Intrygujący materiał, który – mam nadzieję – nie przejdzie zupełnie bez echa. Polecam również opis idei stojącej za „Tungą” (jest na Bandcampie). W tym przypadku „doideologizowanie” dzieła (jak instalacji w galerii) nadaje ciekawy kontekst, nie usprawiedliwia jego pustkę.

przyzwoitość – przyzwoitość w czasie rzeczywistym [kulturwa records; 2017]

03/10/2017

bandcamp

facebook

Lo-fi, częstochowskie rymy; nie jest to poważne. Na dodatek: „Jego głos jest identyczny jak głos Piotra Klatta”.

(o)(o)(o)

Gdy w Jarocinie Lombard dla nas grał
to cudnie pachniał nawet pospolity kał,
i jak słuchałem „Przeżyj to sam”
to tak się czułem, jakbym przeżył to sam.

(o)(o)(o)

Gdyby puścić „Przyzwoitość w czasie rzeczywistym” tzw. normalnym ludziom, pewnie każdy z nich powiedziałby, że gra ktoś, kto jest trochę nie ten tego. Zresztą sam Darek Dudziński określił swą twórczość kiedyś jako retarded rock.

(o)(o)(o)

To jest underground undergroundu. Widzę, że nawet znajomi alternatywiści jakoś nieczęsto wrzucają Przyzwoitość na swe ścianki. Lepsze są zespoły na „A”, „H” oraz „S”.

(o)(o)(o)

Słuchając tego mikro LP i żałując, że są na nim jedynie trzy utwory (z czego trzeci jest bardzo podobny do pierwszego), wyobrażam sobie największy hit Przyzwoitości: piosenkę z tekstem o reaktywacji Ewy Braun.

(o)(o)(o)

Przyzwoitości nie da się nie lubić. Czekam na makro LP. Będę go zjadł.

ascending order – flower [2017]

28/09/2017

bandcamp

To jest zmowa wszystkich polskich artystów, których zna od trzech do 10 osób, bo albo nie dostaję żadnych płyt do recenzji przez dłuższy czas, albo nagle e-maile przychodzą jak (tu wymyśl sobie efektowne porównanie).

Ascending Order przykuło z miejsca mą uwagę bardzo ładną okładką – trochę jakby Mark Rothko namalował coś pod wpływem „Twin Peaks” (ale tylko tych rozśmieszających fragmentów).

Wcześniej nie słyszałem o tej grupie, a jeżeli chodzi o „Flower”, to zupełnie nie pamiętałem, skąd wziął się na moim dysku. Sprawdziłem gmaila, a tam:

„Witaj,
Chcemy przedstawić pierwszy przekaz od Ascending Order. Jest to grupa, która od jakiegoś czasu zaczęła się komunikować z planetą, nazywaną przez nas „Ziemią”. Nasi odbiorcy nawiązali z nimi połączenie i w sierpniu 2017 roku dostaliśmy konkretny przekaz, który zatytułowaliśmy „Flower”. Jest to pierwszy kontakt z Ascending Order, ale zostaliśmy poinformowani o kontynuacji sygnałów. Całość znajduję się w linku poniżej, zapraszamy do słuchania.

https://ascendingorder.bandcamp.com/releases”.

„Flower” to idealny pod zadumę i relaks lub wypalenie delikatnego reefera gitarowy ambient (w „Midi Village” słychać również folkowe granie).

Dobra płyta, miła niespodzianka. Zwłaszcza zamykający całość numer tytułowy może utkwić w pamięci.

hanako – hanako [luty 2017] / liście [sierpień 2017]

21/09/2017

bandcamp

facebook

„Los świata w twoich rękach, tylko przegub ci wymięka” – te słowa Lecha Janerki przypominają się mi, gdy trafiam na emo, w którym synonimem słowa „emocjonalność” jest „płaczliwość”. Hanako, dzięki Bogu, to nie dotyczy.

Sam zespół taguje swe nagrania m.in. jako „screamo”, ale „screamo” to nie jest, gdyż tego gatunku muzycznego po prostu nie toleruje mój organizm, a self-titled i „Liści” słucham bez bólu.

Oba krótkie materiały, rewelacyjnie nagrane przez Łukasza Ciszaka (HUN, Sorry Sluts, Test Prints, solo [tu chociażby split z Arturem Rumińskim]), dobrze kopią. Kawałki są brudne, programowo brzmią nieładnie, ale nie mamy w przypadku Hanako do czynienia z garażowym napierdalaniem, które ma ukryć fakt, że zespół nie ma pomysłu na kompozycje, więc swą indolencję przykrywa brudem i nonszalancją.

(Teraz powinienem przysucharzyć, że najlepszy numer to „Uprzejmość”).

I jeśli miałbym się do czegoś doczepić, to do tego, że na „Liściach” za bardzo wysunięto wokal Bibi. Lepiej brzmi, gdy jest nieco schowany – jak na „jedynce”.

Tak czy siak, jest wpierdol. Czekam na płytę.

p*i*g (jakub monika lampart) – the impulse church [2017]

31/08/2017

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

fb1

fb2

P*I*G nie miałem do tej pory okazji usłyszeć, anonsowałem jedynie wspólny koncert z YC-CY i Ugorami.

„The Impulse Church” to niełatwy w odbiorze, ale więcej niż udany mariaż neofolku, industrialu trochę à la Throbbing Gristle, dźwięków, które tagujemy jako „experimental”, bo nie bardzo wiemy, co o nich pisać, „zimnej” lo-fi elektroniki, wykręconego post-rocka i Bóg wie czego jeszcze. Taki „Photoautotrophic Micropropagation Of Sperm Molecules In Sensual Impulse Of Creating” brzmi fragmentami jak improwizacja umierającego noiserockowca, któremu zachciało się grać jazz do industrialnego podkładu, ale nie umie albo nie ma sił.

Pod koniec lekka zamułka, ale tak czy siak „The Impulse Church” to bardzo dobra płyta.

Na Bandcampie są też inne nagrania, firmowane jako P*I*G.

sftw/hubbub – sftw/hubbub [2017]

22/08/2017

sftw/hubbub

centrum badania możliwości

Na gruzach Betanjehu powstał SFTW/HUBBUB (z miejsca minus za nazwę, której w życiu nie zapamiętam). Tak jak w przypadku starego zespołu odnośnikiem był (free)jazz, tak też jest w przypadku nowego, ale SFTW/HUBBUB nie przypomina Betanjehu.

Te trzy numery to ironiczny post-yass (niech stracę, wymyślając te tagi). Na dodatek dwa numery – „Jebać etos” i „Chujowy rap” – okraszone są żeńskim wokalem. Niby jaja, ale bez żenującego śmieszkowania.

No i jak człowiek przestanie się jarać tym, że dziewczyna z fajnym głosem używa słów, których nie ma w słowniku ludzi kulturalnych, to może usłyszeć, że jeżeli chodzi o stronę muzyczną tej EP-ki, to jest wery gud, a (może) będzie jeszcze bardziej.

Czekam na kolejny materiał.

where is jerry – bang! bang! [2017]

11/08/2017

whereisjerry.pl

(pod tym adresem znajdziesz rownież odnośniki do Facebooka czy Bandcampa)

Najnowsza płyta gdańskiego zespołu zdaje się chcieć przypominać czasy, gdy piwo i dziewczyny lepiej smakowały, a po przyjściu do domu można było włączyć telewizję i się nie porzygać. Czyli, jak dla mnie, zamierzenie idealne.

Problem w tym, że są na „Bang! Bang!” fragmenty zarówno dobre – kiedy np. gitara brzmi świetnie (za tę, co się pojawia w 30 sekundzie ostatniego – najlepszego – numeru, dałbym się pokroić) – jak i nijakie. Słucham właśnie piosenki „Stereoscope”, która jest dobrym tego przykładem (choć w niej akurat więcej dobrego).

Podobnie jest z wokalem, który – chyba lepszy niż na wcześniejszych wydawnictwach – czasem brzmi do rzeczy, a czasem irytuje.

No więc ta mieszanka grunge’u (?) i tzw. alternatywnego rocka wzbudza we mnie ambiwalentne odczucia, ale chętnie posłucham kolejnego materiału Where is Jerry. O ile Vreen po takiej (pseudo)recenzji mi go przyśle.

PS Okładka, jak zawsze, zajebista.


%d blogerów lubi to: