Archive for the ‘streaming’ Category

avecaesar – long story short vol​.​I [2018]

12/05/2018

bandcamp

facebook


AveCaesar i groupie w środku

Ani słowa o grunge’u… Ani słowa o grunge’u… Ani słowa o grunge’u…

Co ja poradzę, że AveCaesar jednoznacznie kojarzy się mi z tym gatunkiem muzycznym (wiadomo, samo istnienie takowego gatunku muzycznego to kwestia dyskusyjna), choć przecież „Long Story Short vol.I”, mimo że to jedynie cztery piosenki, płynnie przemieszcza się po paru innych stylach. Nakierowuje mnie tak, a nie inaczej również ten cobainowski odrobinę, bardzo dobry zresztą wokal… Mnie się AveCaesar podoba, a mam wrażenie, że się z tego tłumaczę.

(Właśnie słyszę z boku, że może przy pierwszym odsłuchu to brzmi grunge’owo, ale przy drugim już nie, więc mam się trochę wysilić).

„Long Story Short vol.I” to cztery udane, rewelacyjnie brzmiące numery. Nazwijcie je jak chcecie. (W pierwszym mamy cytat ze „Stalkera” Tarkowskiego, tego od słów: „Umarł Mao Zedong. Błahostka, ale przyjemna”).

Więcej napiszę, jak wydadzą nowy LP. Obiecuję nie użyć słowa „grunge”.

paide & fischerle presents doubts 2 [pawlacz perski; 2018]

28/04/2018

bandcamp

facebook

„«Doubts» to kompilacja, której naczelną zasadą jest poszukiwanie nowych rozwiązań dla wybranego gatunku muzycznego. W tym celu zapraszani są artyści i producenci muzyczni niezwiązani ze sceną i «analizowanym» w kompilacji gatunkiem. W pierwszej części Doubts głównym wątkiem było dub techno. Druga odsłona «Doubts» to próba reinterpretacji Chicagowskiego Footworka oraz tempa 160 BPM”.

O „Chicagowskim Footworku” oraz „tempie 160 BPM” miałem mniej więcej takie pojęcie, jak Szpakowski o piłce nożnej: gdy ma dobry dzień, Kovačicia nazywa Kovačeviciem, gdy gorszy – Messiego Maradoną. Postanowiłem jednak i tym razem, w przerwie między kolejnymi odsłuchami „Jericho Sirens” Hot Snakes, zmierzyć się z nowym materiałem wydanym przez Pawlacz Perski. Od razu też nabrałem ochoty na wspomnianą „jedynkę” – z interpretacjami dub techno.

Ze składankami często jest taki problem, że są zbyt eklektyczne i/lub nierówne. Na „Doubts 2” eklektyzm jest akceptowalny, a „nierówność” polega na tym, że kawałki dobre sąsiadują ze świetnymi. Całość pozostawia też uczucie niedosytu, gdyż numery chociażby Freeze, Mechu i Zemlera są po prostu zbyt krótkie.

Nie jest to jednak przypadkowo sklecona płyta, gdyż – jak sądzę – celowo na koniec wybrano Micromelancolié, z kawałkiem zahaczającym o kosmische Musik. Gdyby wsadzić ten utwór w inne miejsce, mógłby jedynie zburzyć strukturę „Paide & Fischerle presents Doubts 2”.

Mnie najbardziej przypadło do gustu to, co zrobili Maciej Maciągowski, Freeze, Hubert Zemler i Mech. Jak się to ma do „Chicagowskiego Footworku” i „tempa 160 BPM”, niech napiszą znawcy.

artykuły rolne – dla taty / pin i zielony [2018]

19/04/2018

bandcamp

facebook

studio centrum

Z przyjemnością informuję o pojawieniu się nowych numerów Artykułów Rolnych – zespołu, który kilka razy zdążył tu zagościć.

Tak więc:
– świetna okładka;
– brzmienie inne niż dotychczas;
– podoba mi się znów motyw z na maxa prostym tekstem w drugim numerze (tak samo było w „Stacji Benzynowej” na płycie „Artykuły Rolne ²”.

Więcej, jak AR nagrają coś dłuższego.

welur – cały ten senny stuff [crunchy human children records; 2018]

11/04/2018

bandcamp

welur fb

crunchy human children fb

(Welur – nie jest to dobra nazwa. Choć lepsza niż Kaszmir).

Z radością stwierdzam, że coraz więcej młodych kapel z Polski świetnie brzmi. Welur gra – upraszczając – noise pop plus Sonic Youth, nim zaczął nudzić, plus Women. Jeżeli chodzi o taką muzykę, to bez dobrej realizacji studyjnej, nie ma szans na dobrą płytę. „Cały ten senny stuff” brzmi jak powinien, czyli – cytując klasyka – „odkurw gitar ma tu znaczenie stosunkowo zasadnicze”. Jest wokal, są bębny, bas też – ale głównie gitary (choć w piątym numerze bas wychodzi na przód; nieważne). Bardzo zgrzytliwe, wręcz nieprzyjemne dla ucha.

Czy to noise pop, czy soniczne odloty, czy womenowe dekonstruowanie tzw. alternatywnego rocka, zespół z Pabianic wypada w najgorszym wypadku bardzo dobrze, w najlepszym (dwa ostatnie numery) – doskonale.

Wiem, że z nowymi kapelami jest tak, że za tydzień mogą się rozpaść, za pół roku może je obrzydzić Piotr Stelmach, a za rok mogą nagrać materiał położony przez lepsze studio. W każdym razie kibicuję Welurowi. Obym niedługo mógł o nim napisać znów coś dobrego.

A o tym, że nie jest to zespół, jakich wiele, świadczy głównie końcówka ostatniego numeru. Tam towarzystwo idzie w naprawdę dziwne i niezwykłe dla polskiej alternatywy rejony.

Stary dziad jest pod wrażeniem.

obiekty – midnight city [invisible snake city records; 2018]

30/03/2018

bandcamp

facebook

Obiekty to zespół, w którym udziela się m.in. Bartosz Leśniewski z Artykułów Rolnych, noiserockowo-psychodelicznego składu, który bodaj trzy raz pojawił się na 10 fucking stars.

Spodziewałem się gitarowego noise/ambientu. Pewnie z uwagi na to, że Leśniewski wraz z Maciejem Nowackim nagrał materiał właśnie w tym klimacie, noszący tytuł… „Obiekty”.

Pierwszy numer, „Midnight City”, w sumie oscyluje w tych rejonach, choć jest też trochę „porządkowany” najpierw oszczędnymi, później bardziej zdecydowanymi bębnami. Utwór płynnie przechodzi w – przepraszam za wyrażenie – emocjonalny post-rock – gdy najpierw jedna gitara wciąż ambientowo plumka, a druga staje się cięższa. Po chwili pierwsza dołącza do drugiej.

Drugi kawałek, „Uber”, przypomina trochę to, co grają Artykuły Rolne, czyli połączenie noise rocka z psychodelią. Mniej więcej tak grał Mugstar, nim zaczął przynudzać. Obecnie lepiej posłuchać Obiektów.

To na tyle dobry materiał, że znalazłem dla niego czas między między dwudziestym dziewiątym a trzydziestym odsłuchem nowego materiału Hot Snakes.

Inna sprawa, że za każdym razem, gdy pan Leśniewski z którymś ze swych zespołów gra w Krakowie, ja akurat do miasta Grzegorza Turnaua nie mogę skoczyć, bo byłem parę dni wcześniej albo pojadę kilka dni później. Tym razem też będę parę dni po koncercie Artykułów Rolnych i duetu Leśniewski/Nowacki z Lonker See. Szkoda.

Aha, „Midnight City” świetnie brzmi. Wciąż nie jest to norma, jeżeli chodzi o gitarowe płyty z naszego kraju, ale zjawisko coraz częstsze.

katie caulfield – mutual dreaming [music is the weapon; 2018]

21/03/2018

bandcamp

facebook

instagram

mitw

Zaczyna się zaskakująco. „Mutual Dreaming I” to udane nawiązanie do amerykańskiego post-rocka z lat 90.: Storm & Stress oraz innych kapel, które dekonstruowały rockową formę za pomocą tradycyjnego zestawu instrumentów.

Katie Caulfield nie idzie jednak w tę stronę. Muzyka staje się bardziej poukładana, porządkowana również przez wokal. Z początkowego, kontrolowanego chaosu wyłania się tzw. alternatywny rock (dość koszmarne określenie, w sumie mówiące niewiele, pod które można wszystko podpiąć, ale wydaje się mi, że adekwatne i chyba każdy wie, o co mi chodzi), przywodzący na myśl chociażby – nie jest to szczególnie oryginalne skojarzenie – Sonic Youth czy Rein Sanction. Da się też usłyszeć naszą Kristen. Tak, płyta jest mocno osadzona w latach 90., co słychać chociażby w lekko nirvanowym zamykaczu „Mutual Dreaming III (Katie’s Death”).

Jest w tym materiale coś, co cechowało inne tegoroczne wydawnictwo Music is the Weapon, również opisywane niedawno przeze mnie Good Night Chicken: pewna niekonkretność, brak spójności, który sprawia, że jednym razem można się „Mutual Dreaming” niemal zachwycić, a drugim – zdziwić, że muzyka przestała grać i nie pamięta się żadnego dźwięku.

Być może jednak ten fakt pozwolił mi docenić nową płytę Katie Caulfield, dając jej kilka szans, nie potraktować jej jako jednej z wielu.

Gitarowe spiętrzenie w „Wedding”, „Baloon” brzmiący jak Bailterspace w najlepszych momentach, niby nudnawa „Wzajemność”, w której nagle, około szóstej minuty pojawia się świetna gitara, a sam utwór przy końcu zupełnie się zmienia… Jest czego słuchać.

„Mutual Dreaming” (zdecydowany krok do przodu w porównaniu z udaną przecież „Sow-thistles” z 2015) świetnie brzmi, co nie jest oczywiste w przypadku polskich kapel. Gitary są bardzo dobrze nagrane (basowi i bębnom też niczego nie brakuje), a wokal nie jest tu najważniejszym instrumentem.

W kwietniu będę mógł sprawdzić to, jak Katie Caulfield sprzedaje na żywo swój pomysł na granie. Co prawda jej katowicki koncert koliduje z JazzArt Festival, ale na szczęście nie w tym dniu, gdy grają Zu czy Fire! Orchestra.

good night chicken – you like the taste, don’t you [music is the weapon; 2018]

06/03/2018

bandcamp

facebook

musicistheweapon.pl

Good Night Chicken może nie uwodzą nazwą, ale warto poświęcić im uwagę. Duet z Bydgoszczy określa swą muzykę jako „dark surf” (albo ktoś za nich to zrobił) – ciekawie i dość adekwatnie.

Z surf rockiem zawsze miałem ten problem, że mnie nudził. Parę numerów – ok, ale w większej dawce – niekoniecznie.

GNC na szczęście szwenda się też po innych obszarach muzyki. Surf jest punktem wyjścia, ale panowie skręcają płynnie w stronę psychodelii czy garażowego rocka. Co jeszcze można usłyszeć w muzyce bydgoszczan? Chociażby nieodżałowane Women, które przywodzi na myśl bardzo dobry „How to Maintain a Diet in Ostróda”.

Music is The Weapon – wydawnictwo, któremu kibicuję nie od wczoraj – udanie weszło w rok 2018. Good Night Chicken co prawda nie zabija, lecz chwilami niemal porywa. No i „You Like The Taste, Don’t You” jest świetnie nagrana. Zdarza mi się narzekać na polskie płyty: a to, że wokal jest wysunięty jakieś sto metrów przed instrumenty, a to, że gitary brzmią zbyt miękko… Tu jest wszystko jak Pan Bóg przykazał: brudno (płyta brzmi niemal jak demo), ale nie jest to ten przypadek, gdy brud ma ukryć indolencję artystyczną. Jest to garaż, ale nie śmierdzący, w którym zaległy się szczury wielkości wzmacniaczy.

Inna sprawa, że ta programowo – jak sądzę – nieefektowna produkcja sprawia, że na płycie trzeba się skupić, bo inaczej przeleci niezauważona.

Chętnie bym zobaczył, jak GNC sprzedają swoją twórczość na żywo.

Pora wziąć się za drugą płytę wydaną przez MITW w tym toku – Kate Caulfield.

mech – sub-clouds [pawlacz perski; 2018]

14/02/2018

bandcamp

pawlaczperski.org

facebook

twitter

soundcloud

youtube

„«Sub-Clouds» Mateusza Wysockiego i Michała Wolskiego to zapis wizyty w dźwiękowym laboratorium. Spotkanie doświadczonych muzyków zawsze ma w sobie wymiar eksperymentalny, jednak w przypadku duetu Mech laboratoryjna metafora doskonale pasuje również do opisu struktury muzycznej. Mamy tu sterylny, maszynowy puls stanowiący precyzyjną matematyczną siatkę służącą pomiarowi nieśpiesznie przepływających pod nią fraktalnych, syntezatorowych chmur”.

Cóż począć, gdy press-kit właściwie idealnie opisuje zawartość materiału muzycznego? Ta zimna, wręcz lekko niepokojąca muzyka przypomina mi nieco (banalne skojarzenie) genialny Pan Sonic. Ale mnie w sumie każdego tego typu dźwięki kojarzą się z fińską grupą.

Czytając o „dźwiękowym laboratorium”, przypomniałem sobie nauczycielkę chemii ze szkoły podstawowej: krókie, czarne włosy na nogach przebijały się – niczym szorstkie, dźwiękowe plamy (o ile plama może być szorstka) w wielu momentach „Sub-Clouds” – przez jej pończochy, budząc konsternację we mnie i w reszcie chłopaków czekających na przerwę.

Nie wiem, czy „Sub-Clouds” to – jak gdzieś przeczytałem – materiał jeszcze lepszy niż zamykające ubiegły rok, wspaniałe „Melatony” Melatonów (mnie jednak troszkę bliżej do tego, co zrobił Hubert Zemler). W każdym razie przy spisie płyt 2018 obok nazwy Mech stawiam wykrzyknik i czekam na więcej od Pawlacza Perskiego.

czechoslovakia – malimy [2017]

06/02/2018

bandcamp

facebook

„Podglądacze dzików, perfekcjoniści niedoskonałości, piewcy codzienności, miłośnicy miłości, dzieciństwa, lasów, kąpieli w morzu i jeziorze oraz kosmosu”.

***

Czechoslovakia kojarzy mi się odrobinę z inną trójmiejską kapelą, Popsysze. Może to taki trójmiejski klimat, tworzący jakąś mentalno-muzyczną wspólnotę między tamtejszymi kapelami. Ekspertem od klimatów nie jestem, wszak całe życie spędziłem w mieście, w którym najlepszym zespołem był – trudno uwierzyć – Myslovitz, raczej – niestety – uciekający od lokalnych klimatów w stronę brit-popu.

Popsysze na „Kopalino” flirtowało mniej lub bardziej z psychodelią, Czechoslovakia na „Malimy’ („Malimach”?) też, ale nawiązuje może i bardziej do post-rocka granego przez Ewę Braun na „Esion” (nie każda płyta Ewci była noiserockowa, jak i nie każdy film Woody’ego Allena to komedia). Sekcja przypomina o tym doskonałym materiale nawet częściej niż gitara.

Paradoks mojego podejścia do drugiego albumu Czechoslovakii polega na tym, że z jednej strony nie mogę się przekonać do wokalu, z drugiej – nie mam pewności, czy „Malimy”, gdyby były płytą wyłącznie instrumentalną, przykułyby moją uwagę (może jednak tak – w końcu najlepsze są dłuższe, postrockowo-psychodeliczne fragmenty płyty).

Być może bardziej schowany, może bardziej „przesterowany” głos lepiej by zrobił temu materiałowi. Nie kumam, czemu wokal – chociażby w „Wersalu” – niemal zagłusza instrumenty. Ale to problem bodaj większości polskich płyt rockowych. Wracając do Popsysze – na „Kopalino” śpiew również bywał, że tak powiem, kontrowersyjny.

Słucham „Malimy” („Malim”?) z przyjemnością, jednocześnie myśląc, czego to bym na tej płycie w swojej mądrości nie poprawił. Jak Czechoslovakia wyda trzeci album, chętnie go sprawdzę. Zwłaszcza że zamykający płytę numer jest najlepszy – obok „Nielegalnego” – na płycie. Im więcej przestrzeni w tej muzyce, im panowie bardziej dają się jej ponieść – tym lepiej.

wstręt – trzy dni [2017]

27/01/2018

bandcamp

facebook

„Być może za dużo w niej [muzyce] kuca, jak na twoje gusta” – zabawnie zaasekurował się Bartek ze Wstrętu. Bez obaw, nie czuć przesadnie tego kuca.

Cztery udane numery, dobra EP-ka. I nawet jeśli pojawia się myśl „gdzieś to słyszałem”, to zupełnie nie przeszkadza.

Słychać na „Trzech dniach” posthardcore, noise rock, może trochę tego „kuca”. No i dużo pasji. Cztery numery, które mogą się podobać (choć mnie chwilami nieco drażni zbyt rockowa druga gitara), a i dają nadzieję na przyszłość. Klikam „Following” na Bandcampie i czekam na to, co będzie dalej.

Tak w ogóle, to jest we Wstręcie coś bardzo polskiego – pewien klimat z lat 90., gdy zdarzało się, że niektóre kapele (świadomie czy nie) żeniły noise rock z nową falą. No i słyszę tu chwilami zapomniany Kotilof, co jest dla mnie niezwykle miłym skojarzeniem.


%d blogerów lubi to: