Posts Tagged ‘various artists’

traktuj słuchacza jak idiotę, on ci to wynagrodzi potem

29/12/2017

linki w komentarzach / links in comments

Rok 2017 będzie mi się kojarzył przede wszystkim z genialnym „Twin Peaks. The Return” (inny wybitny serial to „The Deuce”). Także z moją pierwszą próbą samobójczą, która miała miejsce podczas próby obejrzenia „Trainspotting 2”.

Choć kino przegrywa z serialami, to muszę stwierdzić, że widziałem w ciągu ostatnich 12 miesięcy co najmniej dwa filmy, które mocno dały mi po łbie: „Manchester by the Sea” i „Perfetti sconosciuti”.

A że ta jakże potrzebna strona dotyczy głównie muzyki, wrzucam listę 20 płyt, które najbardziej spodobały się mi w 2017 (składanki i wznowienia nie zostały wzięte pod uwagę). Kolejność nie do końca przypadkowa, ale też trudno powiedzieć, żebym zarwał kilka nocy układając zestawienie.

Sutcliffe Jügend, „Shame”
USA/Mexico, „Laredo”
The Hand, „Vol. 3”
No Balls, „More Is More”
Baxter Stockman, „Haul”
Brainbombs, „Inferno”
Shannon Wright, „Division”
Piernikowski, „No Fun”
Lotto, „VV”
Columbus Duo, „À temps”
Queens of the Stone Age, „Villains”
Yowie, „Synchromysticism”
Com Truise, „Iteration”
Przyzwoitość, „Przyzwoitość w czasie rzeczywistym”
Slowdive, „Slowdive”
Zgniłość, „Siedmiościan”
Richard Pinhas, „Reverse”
The Brian Jonestown Massacre, „Don’t Get Lost”
Trans AM, „California Hotel”
White Suns, „Psychic Drift”

To nie był wybitny rok, jeżeli chodzi o polską muzykę, poprzedni był lepszy. Wystarczy przypomnieć „Lines” Zimpela, LAM, „Elite Feline” Lotto czy płytę Furii o dziwacznym tytule. Za granicą podobnie, ale, jak zwykle, było czego słuchać. Było trochę dobrego emo – albumy Sutcliffe Jügend czy Shannon Wright czasem chwyciły za serce, a czasem za jaja. Mnie osobiście martwi nieco fakt, że najlepsze rzeczy nagrywają zazwyczaj ludzie starsi ode mnie. Przydałby się ktoś młody, kto by pozamiatał.

Jeżeli chodzi o najlepsze koncerty, nie mogę nie wspomnieć o Protomatyrze (Wrocław) z tym abnegackim brzydalem na wokalu oraz o THAW (Katowice). Ta kapela po prostu urwała dupę swoim brzmieniem.

Aha, jeżeli chodzi o książki, przede wszystkim „Nieprzysiadalność” – wywiad rzeka Rafała Księżyka z Marcinem Świetlickim.

To tyle. Podsumowania to jednak straszna nuda.


Dedykuję ten utwór moim dwóm znakomitym kolegom, dzięki którym dochodziłem do siebie po Off Festivalu jakieś dwa tygodnie

va – wohlstand [1994] / jérémie mazenq

06/03/2016

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

discogs

– Puściłbyś coś fajnego.
– No dobra.

Świetna składanka z niemieckimi i japońskimi zespołami noise’owymi oraz noiserockowymi, a także takimi raczej trudnymi do sklasyfikowania (mój ulubiony numer to Omoide Hatoba coverujący Pistolsów), jakiś brudny blues też się przypałętał. Są tu rzeczy znane i bardzo znane (między innymi Merzbow, Melt-Banana, Surrogat, Zeni Geva), jak i takie, których nie słyszałem wcześniej (na przykład Kissfreak Steven. Violent Onsen Geisha czy Sielwolf). Chyba sześć zespołów z „Wohlstand” gościło już na moim blogu.

Niemieccy artyści są raczej poukładani, a japońscy – raczej pojebani. Ktoś powie, że to stereotypowy osąd. No ale jak się posłucha „Wohlstand”, trzeba przyznać, że coś – poza wyjątkami – w tym jest.

Lata 90., wiadomo. Dziś takich składanek już nie ma.

***

Jérémie Mazenq

1

2

3

4

5

6

va – gentleman who fell

04/01/2016

10fuckingstars.wordpress.com

(o)(o)
(o)(o)
(o)(o)

A oto składanka zrobiona na życzenie: na niej moje ulubione wokalistki. Ciekawe, jak to bywa przy okazji składanek, o kim zapomniałem. Do nabycia w dobrych sklepach muzycznych.

va – première rondelle [2010] / élodie bouchez

14/06/2014

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

assos’y’song

jestem fanem francuskiego undergroundu, ale nie znawcą, więc będzie krótko.

gdyby poszukać jakiegoś głównego skojarzenia dotyczącego tamtego grania, byłaby to myśl, że jest tam od cholery zespołów mathrockowych, znajdziecie je też na tej składance. inna cecha: francuskie zespoły zdają się mieć zupełnie wyjebane na promocję. zdarza się, że mają konta na majspejsie, który jest przecież trupem, a na fejsbuku – nie.

najbardziej znanym zespołami, które można znaleźć na „première rondelle”, są chyba poutre, death to pigs i the rubiks. swoją drogą, ciekawe, ile kapel z tej składanki odeszło już w niebyt.

***

pozostańmy we francji. dawno nie było żadnych fajnych fotek. obdarzoną niebanalną urodą élodie bouchez poznałem dawno temu dzięki filmowi „wyśnione życie aniołów”. obraz erica zonki stał się zresztą jednym z moich ulubionych.

0

1

2

3

4

6

va – wszystkie kobiety są złe

02/03/2014

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

W moim życiu znów pojawił się Otto Weininger (nie osobiście, bo zmarł w 1903 roku), mój ulubiony – obok Maxa Stirnera – myśliciel. Jego filozofię najlepiej podsumowuje chyba to zdanie: „Najniżej stojący mężczyzna stoi nieskończenie wyżej niż najwyżej stojąca kobieta”.

Jeżeli ktoś nie ma sił, by przejść przez dzieło jego życia, „Płeć i charakter”, polecam zbiór aforyzmów. Weininger był, jak Oscar Wilde, geniuszem w tej materii. Oczywiście trzeba mieć choć trochę poczucia humoru, by się dobrze bawić, czytając takie oto perełki: „Kobietom dany jest wprawdzie dar rozmowy, ale nie dar mowy; kobieta konwersuje (kokietuje) lub trajkocze, ale nie mówi. Natomiast najbardziej niebezpieczną jest wtedy, kiedy jest niema; mężczyzna bowiem nader skłonny jest niemość poczytywać za milczenie”.

Myślę, że sam Otto nie byłby zadowolony z tytułu tej składanki, wszak uważał, że kobiety nie mogą być złe, gdyż nie mają „inteligibilnej jaźni”.

Ten ponury antysemita z Wiednia (ale i subtelny myśliciel – polecam jego rozważania na temat piękna), nie akceptując świata, na którym przyszło mu żyć, mając 23 lata strzelił sobie w serce. Prawdopodobnie nigdy nie poszedł do łóżka z kobietą. Tym samym przypomina mi jedną z moich ulubionych serialowych postaci, Adriana Monka.

– Monk, to jest lepsze niż seks!
– A co nie jest…

1

Na składance pojawiają się dwa pankowe zespoły z Polski. Każdy może mieć chwilę słabości, niosąc sztandar politycznej poprawności.

10fuckingstars.wordpress.com

Jak w „Tomasz Lis na żywo”, dopuszczamy do głosu również stronę opozycyjną:

va – teraz chcę być twoim psem [2014]

15/02/2014

okładka10

linki w komentarzach / links in comments

Od dawna chciałem wrzucić taką składankę – z moimi ulubionymi coverami. Zdopingował mnie fakt, że Kreska zrobiła specjalnie z tej okazji okładkę. W zamian mogę być przez nią wykorzystywany w każdy możliwy sposób do końca roku.

Teraz staram się, by płyta ujrzała światło dzienne. Trochę to może potrwać, bo muszę uzyskać pozwolenia zarówno od autorów piosenek, jak i od tych, którzy je coverowali.

Zasada była taka, że dałem tylko po jednym kawałku jednego zespołu. Przecież taki Sonic Youth potrafił rewelacyjnie zrobić i The Stooges, i The Carpenters, i Untouchables. Nomeansno też zdawali się nie przejmować tym, czy biorą na warsztat Milesa Davisa, czy Ramones.

W przypadku składanek – na tej m.in. takie gwiazdy rocka, jak Stuck On Ceiling, The Swine, Israelvis czy H•O•F with Gay Witch Abortion – pojawia się myśl: o kim zapomniałem? Pora więc ją wrzucić na bloga, żeby nie rozrosła się do 50 piosenek. Miłego słuchania.

„gdy ktoś każe ci być sobą, pewnie chodzi mu o to, że często »jestem sobą« znaczy »jestem idiotą«”

27/12/2013

10fuckingstars.wordpress.com

2 0 1 3

To był rewelacyjny rok, jeżeli chodzi o muzykę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszło tyle dobrych rzeczy. Co ważne, polscy artyści pokazali, że ich płyty w niczym nie ustępują najlepszym wydawnictwom z zagranicy. Na osobne słowa uznania zasłużył stachanowiec Kuba Ziołek. Wychodzi tego tyle, że nie mam złudzeń, że można wszystkiego dokładnie wysłuchać i zrobić jakiś „obiektywny” ranking.

Pod powyższymi linkami znajduje się składanka z 15 kawałkami z albumów, które najbardziej podeszły mi w 2013. Nie zarwałem nocy, żeby ją ułożyć, ale zazwyczaj im coś niżej na liście, tym bardziej mi się podobało. Gdybym miał więcej czasu i mógł z większą uwagą wysłuchać paru innych płyt, być może ta lista byłaby inna (właśnie odsłuchuję Bottomless Pit – brzmi rewelacyjnie, podobnie jak Hammerhands, który znałem tylko z singla, a za Niski Szum dopiero się zabiorę).

Ta składanka ma głównie służyć temu, żebym za jakiś czas wiedział, co w tym roku wyszło. Jeżeli ktoś ma ochotę jej posłuchać i ewentualnie napisać, czego na niej brakuje albo co sam by umieścił – zapraszam.

Nie wszystkie kawałki są w takiej jakości, w jakiej powinny być, ale musiałbym 10 razy więcej zarabiać, by kupić sobie każdą płytę, która mi się podobała.

Cieszy też fakt, że w 2013 pojawiły się wydawnictwa legendarnych zespołów z lat 90. (kompilacje itp.), takich jak Rodan, Unwound czy Tar, ale i nowe płyty starych wyjadaczy (przykładami EP-ka Girls Against Boys i LP Bailter Space).

To był też bardzo dobry rok, jeżeli chodzi o koncerty. Off Festival był świetny (zwłaszcza Metz, GvsB i Zeni Geva), koncert Nomeansno w Katowicach – rewelacyjny (ale jednak w 2012), miło było poczuć, że mimo upływu lat, wciąż ruszają mnie numery Dezertera na żywo, a GENIALNY gig Slint w Londynie to już było coś, dzięki czemu można poczuć, że życie ma sens.

Oczywiście nie obyło się bez smutnych wydarzeń. Dała mi po łbie zwłaszcza śmierć Lou Reeda. Facet miał ogromny wpływ na moją muzyczną „edukację”.

Niemal parę chwil po jego odejściu jakiś pismak na blogu Chacińskiego kwestionował dorobek autora „Transformer”. Nikomu nie bronię, ale mógł, kurwa, troszkę dłużej odczekać.

No właśnie, nie za dobrze obserwuje się degrengoladę tzw. dziennikarstwa muzycznego (mam na myśli krajowe, zagranicznym nie interesuję się na tyle, żeby mieć zdecydowane zdanie, choć martwi mnie np. obniżenie poziomu Tiny Mix Tapes). Naprawdę – poza wyjątkami – właściwie nie ma już czego czytać. Chyba najbardziej męczące lub wkurwiające (w zależności od nastroju) jest przeintelektualizowanie i kaleczenie języka polskiego angielskimi wyrazami, od których co zdolniejsi tworzą nawet przymiotniki.

Czasem wręcz przypominają się dwa cytaty: „Od dziennikarzy głupsi są tylko aktorzy” (Robert Mazurek) oraz „Most rock journalism is people who can’t write, interviewing people who can’t talk, for people who can’t read” (Frank Zappa).

:)

No ale, jak napisałem w pierwszym zdaniu, to był rewelacyjny rok, jeżeli chodzi o muzykę. A w 2014 nowa płyta Shellaca.

va – side 1-4 [1995], sides 5-6 [1997], sides 7-10 [1998], sides 11-14 [2008] / magdalena wosińska

26/10/2013

Sides 1-4

Sides 5 - 6

Sides 7-10

Sides 11-14

linki w komentarzach / links in comments

skin graft records

gasoline boost

Cztery płytki wydane przez Skin Graft i Gasoline Boost z zespołami coverującymi kawałki AC/DC (w niektórych przypadkach to raczej wariacje na temat twórczości Australijczyków). Najfajniejsza jest pierwsza płyta (nie licząc Brise-Glace), z innych najbardziej podoba mi się chyba wersja Killdozer. Zresztą zazwyczaj lepiej wypadają kawałki przypominające oryginały niż eksperymenty. Do każdej płyty dodawany był komiks. Fantastyczny pomysł, choć „Sides 11-14” nie trzyma poziomu poprzednich.

Spakowałem wszystko razem, bo nie chciało mi się bawić z wrzucaniem czterech EP-ek osobno.

***
Magdalena Wosińska. Była co prawda na Męskim Graniu, ale można jej to wybaczyć. ;)

1

2

3

4

5

6

“kiedyś muzyka była lepszej jakości i tekst był bardziej zrozumiały” (2/2013)

15/07/2013

girl with headphones
Uczestniczka Off Festivalu słucha modnego zespołu Stara Rzeka

Na początek pytanie:

ma ktoś odsprzedać „Słownik komunałów” Flauberta (w rozsądnej cenie)?

***

Spóźnione, krótkie recenzje tegorocznych płyt autorstwa leniwego blogera, dedykowane wszystkim tym, którzy zamiast pisać o muzyce, powinni po prostu stwierdzić: „studiowałem kulturoznawstwo!”.

Linki do płyt zagranicznych w ich tytułach.

część I

***


My Bloody ValentineM B V (MBV Records)

No proszę, lata mijają, a ja wciąż pozostaję odporny na urok My Bloody Valentine. „Loveless” przesłuchałem w całości ze dwa, trzy razy. „M B V” wzbudza we mnie entuzjazm porównywalny z wizytą gości z gazowni, którzy sprawdzają szczelność instalacji w mieszkaniu. Dziwnie słucha się czegoś, o czym wiesz, że jest ponadprzeciętne, ale czujesz też, że wolałbyś posłuchać czegoś innego.

Nie mogąc nijak przekonać się do płyt MBV, jestem dziwnie spokojny, że koncert na Offie będzie niesamowitym doświadczeniem.

[3+/6]

***


Hair PoliceMercurial Rites (Type)

W szerokim gronie redakcji 10fuckingstars dyskutowaliśmy jakiś czas temu o tym, czym jest noise. Albo czym nie jest. Czy noise plus rytm to jeszcze noise, czy już nie? Czy Hair Police na „Mercurial Rites” to noise czy raczej coś, co można by nazwać „eksperymentalnym rockiem” połączonym z noise’em?. Ta płyta brzmi trochę jak mniej przystępne fragmenty „Sinews” White Suns.

Pamiętam, że dawno temu wystraszyłem się w nocy, słuchając jednego z kawałków Can z „Tago Mago”. „Mercurial Rites” w całości tak brzmi. W pierwszym numerze mamy zapis odgłosów szaleńca powoli znęcającego się nad swoją ofiarą. W drugim udaje się po kolejną. Każdy z tych utworów brzmi jak soundtrack do czegoś, czego chciałoby się uniknąć.

[4+/6]

***


Wolf EyesNo Answer: Lower Floors (De Stijl)

Mniej przerażającą, ale też zajmującą narrację stworzyli panowie z Wolf Eyes. No i zwieńczoną świetnym „Warning Sign”. Tytuł jakby stanowił zapowiedź „Mercurial Rites”.

Wolf Eyes brzmi bardziej oldskulowo i industrialnie, ale też bardziej przystępnie. No i chyba „No Answer: Lower Floors” to płyta lepsza niż „Mercurial Rites”. A może to tylko chwilowe wrażenie. Taka muzyka z każdym odsłuchem może czymś zaskoczyć.

[5-/6]

***


Echoes – A Compendium Of Modern Psychedelia (Mojo Magazine)

Zachwycony swego czasu nagraniami Wooden Shjips i White Hills, spodziewałem się nie tyle rewolucji w muzyce (trudno było o niej myśleć, skoro muzyka kapel grających „nową” psychodelię bazowała na dokonaniach zespołów sprzed kilku dekad), co czegoś, co swym autentyzmem i poziomem muzycznym będzie siało ferment przynajmniej przez kilka ładnych lat. Ni chuja, dziś już się tak nie da. I choć za tymi dwiema kapelami szły inne (chociażby Mugstar czy Eternal Tapestry), to w końcu z przykrością stwierdziłem, że już nie czekam na płyty żadnej z nich. Jest tego od groma, wciąż wyróżnia się White Hills, ale emocjonuje mnie to mniej więcej jak curling.

Problem dobrze obrazuje składanka szumnie nazwana „A Compendium Of Modern Psychedelia”. 15 kawałków (od modnego Tame Impala, przez tracącego chyba swe uwielbienie Animal Collective, po jakieś mniej znane drużyny), które w większości można użyć jako soundtracku do mycia okien. Tacy Temples brzmią jak Beatlesi (to akurat nie zarzut, choć lepiej włączyć oryginał), a supportowali takie tuzy jak Kasabian.

Można posłuchać „Echoes” dla paru fajnych numerów (najlepiej – bez nieapodzianki – wypadają Wooden Shjips i Mugstar) i trzeba jako pamiętnik czegoś, co przez chwilkę zdawało się mieć ogromną moc rażenia.

[3/6]

***


WhitmanMiastoMasaMarketing (Pasażer)

Niemal od razu wiedziałem, jakiej płyty będę słuchał w tym roku najczęściej. 10 świetnych pankowych numerów, z zazwyczaj rewelacyjnymi, gorzkimi i zgryźliwymi tekstami. Te przypominają najlepsze kawałki Krzysztofa Grabowskiego z Dezertera. I kiedy np. Whitman śpiewa o „kapłanach syfu, prorokach tandety”, to przypomnieć się może numer „Od Wschodu do Zachodu” z fragmentem o tym, że „Tu w kulcie Zachodu składa się ofiary / Kapłani wieśniactwa odprawiają czary”.

„MiastoMasaMarketing” dorównuje dwóm poprzednim płytom Whitmana, „Ostatecznemu argumentowi” i „Prawdziwym władcom prądu”. Może jest nawet trochę lepsza.

I tylko wokalista powinien zawsze pamiętać o tym, że narzędnik liczby pojedynczej od słowa „idiota” to „idiotą”.

[6/6]

***


Thalia Zedek BandVia (Thrill Jockey)

A to więcej niż urocze nudziarstwo (nie mylić z nudzeniem) w klimatach indiefolkowych. Na czym polega siła tej płyty? Kompozycje są przecież dobre, a nie wybitne. Chyba na specyficznym głosie Thalii Zedek (Live Skull, Come) i wiolonczeli Davida Michaela Curry’ego, a także na tym, że melancholia płynąca z płyty czasem jest atakowana dość drapieżnym pazurem. Może i wezmę sobie „Via” na zasłużony urlop.

[4+/6]

***


Schizma – Dla was (Spook Records)

„Dla was” to cztery doskonałe numery studyjne i trzy nie najlepszej jakości koncertowe. Schizma to kwintesencja hard core’a – zarówno pod względem muzycznym, jak i lirycznym („Bo wy, hardkorowcy, jesteście tacy, kurwa pompatyczni” – trawestując Pana Śmierć z „Sensu życia według Monty Pythona”. Trochę chce mi się śmiać z tych pryncypialnych hc-napinek , gdy przypomnę sobie, jak wokal Schizmy buracko zapraszał do wspólnego występu zaawansowanego wiekowo pracownika jednej z katowickich knajp).

Tak czy siak, studyjne kawałki z „Dla was” mają moc najlepszych fragmentów „Pod naciskiem” i „State of Mind”.

„Mam plan bez zmian
Pod prąd, pod wiatr”

Ten fragment robi największe wrażenie. I szkoda tylko, że dzisiejsze polskie teksty Schizmy często przypominają kalekie tłumaczenia z języka angielskiego. Dawno, dawno temu liryki dla bydgoszczan pisał zawodowy antyfaszysta Marcin Kornak z „Nigdy Więcej”. Później te przestały pasować do nowej Schizmy.

[6/6]

***


The StubsSecond Suicide (Instant Classic)

Pierwszorzędnie napieprzają rokendrolem. Wokal, bębny, gitara, bas, solówki, tzw. chórki – wszystko tu hula. Są z Warszawy, ale nie grają słowiańskiego (proszę słowa „słowiański” nie traktować jako obelgi) rokendrola, jak np. Partia; te zajebiste numery (no, może zajebistość „Monogamy Blues” to rzecz dyskusyjna) nie są ożenione z tutejszą melancholią. Ameryka bez wiochy. I nie zgadzam się z autorem mojego ulubionego bloga, że nie ma tu hitu, bo tytułowy numer mógłby spokojnie robić za taki.

[4+/6]

***


Stara RzekaCień chmury nad ukrytym polem (Instant Classic)

Na łamach naszego niszowego bloga pragnę wyrazić swą opinię, że Kuba Ziołek to obecnie być może najciekawszy przedstawiciel szerokiego rozumianego polskiego undergroundu. Miejmy nadzieję, że nie zostanie celebrytą jak Tymon Tymański.

Gdyby post-rock nie był kojarzony dziś jako niemal obciachowy anachronizm, „Cień chmury nad ukrytym polem” mógłby uchodzić za odświeżenie tej formuły (wybaczam nawet przyjemny banał „Nächtlich Spaziergang durch Klinger” oraz wokal w „My Only Child”). Przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

Ziołek pokazuje to, co już mogliśmy usłyszeć w Alameda Trio – że bezpretensjonalnie przeskakuje od stylu do stylu. Bez różnicy, czy to psychodelia, czy black metal. No ale jednak jest to formuła rockowa. Nawet jeśli autor próbował jej uniknąć. Stąd, gdy słucham jego nagrań, przychodzi mi na myśl termin post-rock. Cóż za logiczny wywód.

Na Fight!Suzan pojawił się dziwny zarzut wobec tej płyty – brak poczucia humoru. Co prawda jest parę genialnych zespołów, w twórczości których poczucie humoru jest bardzo ważne (Starzy Singers, Nomeansno), ale jest też parę genialnych, które mają w sobie tyle poczucia humoru, co Tomasz Lis [Ewa Braun (ok, „Love Story” to zabawny numer), Neurosis). Są też zespoły naładowane poczuciem humoru i nagrywające pretensjonalne bzdety (Paristetris). Jest też multum chujowych zespołów pozbawionych poczucia humoru (zapraszam na Wikipedię do działu „Progressive rock”). Zarzut wobec „Cienia chmury nad ukrytym polem”, że pozbawiony jest poczucia humoru, ma tyle samo sensu, co czepianie się o brak solówki na klawesynie albo tego, że Ziołek nie wrzucił do pudełka (bardzo ładnego zresztą) z płytą resztek drugiego śniadania.

A płyta zdobywa coraz większą popularność. Cztery i pół gwiazdki na „Tiny Mix Tapes” (i późniejsze zaklasyfikowanie do 30 najlepszych płyt półrocza), GWno oklaskuje… Dobrze, że kupiłem tego cedeka, gdy o Starej Rzece słyszało pięć osób na krzyż (z recką zamarudziłem), bo teraz odsłuchiwałbym tego materiału ze sceptycyzmem, który musi wywołać fakt chwalenia wydawnictwa niemal przez wszystkich.

Wszystko pięknie, tylko że „Cień” to płyta, która raczej mi imponuje, niż wzrusza. Ktoś mógłby powiedzieć: „Może jakby Ziołek dorzucił trochę poczucia humoru, byłoby inaczej?”. No i tak właśnie można sobie pierdolić pisać o muzyce.

[5-/6]

***

I żeby nie było nudno – klasyka. Luba i Nadya:

1

2

3

4

5

6

help me lord, help me jesus

04/01/2013

spiritualized

20 /12

W 2012 – wybitnie chujowym roku, który mam nadzieję, że jeszcze nie zdechł, a wciąż jest gwałcony 12-calowym gwoździem – wyszło mnóstwo dobrych płyt, choć – szczerze mówiąc – nie śledziłem nowości tak dokładnie, jak kiedyś. No i nie słuchałem ambitnie zespołów, które lubię, ale nie mogłem się do ich dzieł przekonać. Może kiedyś dowiem się, czy „Emergence” Pluma faktycznie jest takie przeciętne, a „The Seer” Swansów nudne, czy też zabrakło mi do tych płyt cierpliwości. Za późno też poznałem fantastyczny, zdaje się, LP Raime „Quarter Turns Over A Living Line”. No ale to podsumowanie to głównie po to, żeby za rok-dwa móc sobie przypomnieć, co wyszło w 2012. Nie jakaś nadęta lista 50 albumów, za którą zawsze idzie pytanie: czemu dana płyta jest na miejscu 34., a nie 35.?

Po jednym kawałku z 15 płyt. Im niżej, tym lepiej. Prawie wszyscy artyści z tego zestawienia używają gitar elektrycznych, więc chyba nie ma sensu tego ściągać.

***

Gdyby ktoś chciał współtworzyć bloga (jak widać, sam mam coraz mniej zapału) – zapraszam. Zapewniam pełną „swobodę artystyczną”, ale w granicach rozsądku – bootleg Kult: „Live in Spodek” raczej nie przejdzie.


%d blogerów lubi to: