Posts Tagged ‘melisa’

gołębie – dachy [2016]

30/08/2016

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

1

To, co grają Gołębie, przypomina mi trochę The Men z okresu, gdy nie brzmieli już radykalnie, ale wciąż nadawali się do słuchania.

Brzmienie gitar (bas i bębny też OK) i pewna, rzekłbym, przebojowość „Dachów” cieszą mnie niezmiernie, zwłaszcza że ten rok – w przeciwieństwie do 2015 – nie stoi pod znakiem udanych polskich płyt gitarowych.

Miał być na zakończenie jeszcze jakiś suchar dotyczący nazwy, ale zamknę jakże rozbudowaną całość stwierdzeniem, że jest bardzo dobrze i czekam na jeszcze. Wtedy też postaram się nieco więcej o Gołębiach napisać.

bambong – księga bambonga [2014], najpiękniejsze polskie piosenki w interpretacji zespołu bambong [2014], anleżers pleżers [2015]

29/01/2016

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

(o)(o)

Na Bandcampie za darmo do ściągnięcia „Księga” i „Najpiękniejsze Polskie Piosenki”, więc wrzuciłem na serwer „Anleżers Pleżers”. Trzeba kliknąć w cycki.

639925ef2fa04829c8c6af5b808a9212

Marcel Gawinecki gościł na moim blogu chyba aż trzy razy w 2015 roku: z Melisą (można pobrać ich koncert), Ugorami i The Spire (w tej kapeli już nie gra). Płodny artysta. Jeśli jego twórczość stanie się nieco bardziej artystowska, pewnie nominują go do Paszportu Polityki.

Raczej nie za Bambong. Wystarczy zerknąć na tytuły kawałków, żeby zorientować się, że mamy do czynienia z niską twórczością. To, używając określenia wymyślonego chyba przez Darka Dudzińskiego, „retarded rock”.

Jest tu parę dobrych momentów (najlepszy jest pierwszy numer na „Księdze Bambonga”) i wysłuchałem tego w sumie z przyjemnością. Co, oczywiście, świadczy o mnie nie najlepiej.

„najlepszy dzień raczej masz już za sobą”

31/12/2015

10fuckingstars.wordpress.com

(o)(o)
(o)(o)
(o)(o)

W linkach składanka: po jednym kawałku z moich ulubionych płyt minionego roku. Nie najlepszych, a ulubionych (im kawałek dalej na liście, tym płyta bardziej mi się podobała). Dziś wychodzi tak wiele albumów, że robienie nadętych zestawień typu „Płyta roku” mija się z celem. Sam Oren Ambarchi wydaje kilka rzeczy rocznie, podobnie Matthew Shipp. Jakim cudem miałbym to wszystko ogarnąć?

Rok zacząłem od płyty Martim Monitz. Służyła mi jako soundtrack do jazdy na terapię poznawczo-behawioralną. Polecam. Płytę, nie terapię, bo ta przypomniała mi, czemu jeden z moich profesorów na filozofii gardził psychologią.

***

To było 12 miesięcy, w czasie których wyszło kilka dobrych polskich płyt. Na przykład Ukryte Zalety Systemu. Choć trochę się rozczarowałem, bo sądziłem, że to jakieś dzieciaki, a na koncercie widziałem, że jeden z członków zespołu jest bardziej siwy niż ja. Zaskoczył też Brooks Was Here, podobała mi się Melisa. Fantastyczną płytę nagrała Alchimia – załoga z Polakiem na pokładzie: Robertem Iwanikiem.

Co do zagranicy, nie trafiłem na naprawdę wielką płytę. Nie ukazał się żaden album noiserockowy, który rzuciłby mnie na kolana. Najbardziej w tej materii spodobał mi się materiał Super Luxury. My Disco i Cherubs (oba zespoły wysoko w zestawieniu) nie brzmią jednak jak noise rock.

No i Liturgy dało po głowie. Dziwny zespół.

***

Najlepsza piosenka: „Birds of Flims” Sun Kil Moon. To numer na miarę „Like a Rolling Stone”. Coś pięknego.

***

Nie obyło się też bez rozczarowań. Ostatni Protomartyr jest nudniejszy niż esej Michnika.

***

Na koncertach wielu nie byłem, choć np. [peru] widziałem trzy razy. Polecam wszystkim, bo to mili ludzie, a i instrumenty nie bardzo im przeszkadzają w graniu.

Największe wrażenie zrobił na mnie Sunn O))) na Off Festivalu. Inna sprawa, że ja na tych Offach niespecjalnie jestem trzeźwy.

***

Tu napisałem co nieco o polityce i naszej alternatywie, ale wykasowałem. Zamiast tego, ładna dziewczyna z fajnego filmu:

daisy

***

Przeczytałem też parę książek. Największe wrażenie zrobiły na mnie: „Limonow” Emmanuela Carrère’a, „Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego i „Sześć tysięcy gotówką” Jamesa Ellroya. Ten ostatni to ma łeb, ja pierdolę.

***

Odkryłem również sens życia: jest nim oglądanie „Seinfelda”. Niestety, ma on tylko dziewięć sezonów, a do dwóch ostatnich nie było napisów. Ale za to do „Deadwood” były wszystkie.

al

No i to, co zrobił Jon Voight w „Rayu Donovanie”… Kłaniam się w pas.

***

Filmy tez oglądałem. Najlepszy był „Mad Max: Na drodze gniewu”. W kinie czułem się niemal jak z Tatą za komuny na „Gwiezdnych wojnach” (tez dobre te nowe) albo „Indianie Jonesie”.

***

Dziękuję wszystkim, którzy pisali komentarze tu – na blogu, i na fejsie. Także wszystkim, którzy podsyłali swoje płyty: zwłaszcza Marcelowi, który chyba cztery we mnie wmusił. :) No i Piotrowi z Martim Monitz, który zachował się zaskakująco, ale zdecydowanie na plus.

Jeśli jakiejś nie wrzuciłem / nie zrecenzowałem – sorry. W pojedynkę prowadzę blog, a muszę jeszcze pracować, a weekendy mam zajęte piłką nożną.

***

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

ugory – k.u.r.s.k. [2015]

25/12/2015

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

Z cyklu: „Nie mam czasu na pisanie recenzji”.

Kolejne nagrania, za którymi stoi Marcel Gawinecki (Melisa, The Spire). Experimental, drone’y, te sprawy. Bardzo dobrze się tego słucha, a ja nawet gdybym umiał taką muzę recenzować, to i tak nie mam obecnie czasu. :)

Ale polecam.

the spire – earth mantra [2015]

13/12/2015

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

facebook

10fuckingstars.wordpress.com
fot. Tomasz Rolniak

Z cyklu: „Nie mam czasu na pisanie recenzji”.

Zespół Marcela ze świetnej Melisy. The Spire to, panie kochany, metal: surowy, z basem ważniejszym od gitary i z szatańskim wokalem. Czasem taki, rzekłbym, bezpośredni, czasem – połamany. Mamy też fragment, nazwijmy go, drone’owo-psychodeliczny, czyli utwór tytułowy; chyba najlepszy na płycie.

Bardzo dobry materiał, wyzbyty patosu, ściśniętej dupy (co w sumie nie musi być zarzutem – vide Neurosis), i mimo że niebędący pastiszem, to jednak z mrugnięciem oka.

A tak w ogóle: to, co najbardziej spodobało mi się w polskim undergroundzie w 2015 roku, to środowisko („środowisko”, bo to zawsze, jeśli dobrze kminię, w jakiś tam sposób ludzie związani ze sobą) odpowiedzialne za Brooks Was Here, The Spouds, Melisę czy właśnie The Spire.

Będę kibicował też w 2016 – jako kibic w kapciach, ale też chętnie zabiorę swoje stare dupsko na koncerty, jeśli odbędą się w miarę blisko mojego „miasta”.

melisa – dla melizy [2015]

24/10/2015

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

10fuckingstars.wordpress.com
fot. Anna Kieblesz

Gdy Mateusz Romanowski podesłał mi link do płyty Melisy, ucieszyłem się, bowiem jego dwa inne zespoły – Brooks Was Here i The Spouds – łykam jak leming TVN 24. Melisę przesłuchałem kilka razy i wciąż nie mogłem jej rozkminić.

Dziwna nazwa zespołu, dziwny tytuł płyty, dziwne tytuły kawałków, dziwne brzmienie – no, słyszałem łatwiejsze płyty w tym roku. Hałas generowany przez Melisę nazwałbym w uproszczeniu połączeniem emo i noise rocka. Bas jest ważniejszy na „Dla Melizy” od gitary, co dodatkowo wywołuje u mnie dyskomfort poznawczy. Żeby był równie ważny, jak w Nomeansno… Ale ważniejszy?

Materiał lepiej zrozumiałem w sobotę, gdy obudziłem się zbyt wcześnie, na minimalnym kacu, i puściłem „Dla Melizy” z Bandcampa w komórce. Wtedy dotarło do mnie, że w tym zespole jest wiele ironii (wystarczy zerknąć w nazwę jego strony facebookowej – https://www.facebook.com/melisawpierdol), i wdając się w rozważania, jakby się było ambitną studentką kulturoznawstwa, można się narazić jedynie na śmieszność.

No ale kapela jest poważna, o czym świadczą najlepsze – obok liryków Martima Monitza i Ukrytych Zalet Systemu – teksty w tym roku.

Miło, że zjełczałego zgreda, który wysłuchuje pewnie z tysiąc nowych płyt rocznie, ktoś jest jeszcze w stanie zaskoczyć.


%d blogerów lubi to: