colin webster / witold oleszak / paweł doskocz / andrew lisle – karate [raw tonk records; 2020]

raw tonk

colin webster

paweł doskocz

andrew lisle

Andrew Lisle (perkusja) i Paweł Doskocz (gitara elektryczna) pojawili się niedawno na 10fs przy okazji recenzji płyty „Spontaneous Live Series 004”, na której zagrali również Yedo Gibson (saksofon sopranowy) i Vasco Furtado (perkusja).

Tym razem do brytyjsko-polskiego duetu dołączyli Colin Webster (saksofon altowy) oraz Witold Oleszak (organy Hammonda), więc mamy na „Karate” brytyjsko-polski kwartet.

No i właśnie z powodu obecności Oleszaka ucieszyłem się na tę płytę. W końcu free jazz i organy Hammonda to nie jest zbyt częste połączenie. Jak to wyszło?

Zajebiście, że tak to ujmę.

Długo brytyjscy i polscy dżentelmeni nie czekali, żeby wyrwać piszącego te słowa z błogiego letargu: niemal od razu pokazują, że wyżej wymienione instrumenty muzyczne mogą dać wiele uciechy zarówno grającym, jak i słuchającym. Panowie dają radę zarówno, gdy dochodzi do spiętrzenia dźwięków wszystkich instrumentów naraz, w tercecie lub w parze, jak i w spokojniejszych fragmentach, kiedy uprawiają „chicken jazz” albo raczej „hen jazz”. Tak sobie nazywam freejazzowe granie, które kojarzy mi się z ptactwem szukającym ziarna w glebie (mam nieodparte wrażenie, że niekoniecznie ja na to wpadłem, ale nie umiem znaleźć tego, kto mnie uprzedził).

Lisle i Webster, czyli ci, co oganiają najbardziej klasyczne dla (free) jazzu instrumenty, spisują się wybornie, Doskocz świetnie się wpasował ze swą przesterowaną gitarą, a Oleszak dodaje psychodelicznego klimatu „Karate”, broń Boże nie będąc tu jakimś typem od klawisza w tle, lecz pełnoprawnym napierdalaczem.

Pisanie o takiej muzyce to nie jest prosta rzecz. Powiem tyle: jak dobrze, że muzykują tacy goście, jak Doskocz, Lisle, Oleszak i Webster. Zarówno rozwibrowana od emocji „Part I”, jak i „Part II”, brzmiąca jakby ktoś wkurwiony powstrzymywał się, żeby nie wybuchnąć, są na to dowodem. Choć może szkoda, że nie wybuchnął.

***

Nagrania zarejestrowano w poznańskim Dragonie podczas Spontaneous Music Festival. Na CD wydanym przez Raw Tonk Records można ich posłuchać w stanie czystym, bez studyjnej ingerencji w zarejestrowany materiał.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

yedo gibson and paweł doskocz with andrew lisle and vasco furtado – spontaneous live series 004 [spontaneous music tribune; 2020]

spontaneous music tribune

paweł doskocz

yedo gibson

andrew lisle

vasco furtado

Paweł Doskocz pojawił się na pewno dwa razy na 10 fucking stars: przy okazji postów o dwóch świetnych zespołach – Strętwie i Bachorze. Miałem też okazję zobaczyć go na żywo – w salce katowickiego klubu Drzwi Zwane Koniem zagrał w duecie z perkusistą Wojtkiem Kurkiem. W nie tak dawnych czasach, gdy kilkanaście osób mogło przebywać w jednym pomieszczeniu i nie bać się śmierci i/lub mandatu.

Doskocz był tak miły, że podesłał mi trzy swoje płyty z zeszłego roku. Wiadomo, chłop robi w muzyce improwizowanej, a tacy to potrafią się ścigać nawet z Omarem Alfredo Rodríguezem-Lópezem, kto więcej wyda w ciągu roku.

Wrzucę po parę zdań w osobnych postach na temat trzech podesłanych materiałów (choć pewnie zapału starczy mi na ten jeden). Nie będą to wnikliwe recenzje, bo – po pierwsze – nie jestem wnikliwy, po drugie – nikt normalny nie umie dobrze pisać o takiej muzyce, po trzecie – te płyty raczej nie trwają kwadrans.

Zaczynamy od…

Yedo Gibson / Paweł Doskocz / Andrew Lisle / Vasco Furtado – Spontaneous Live Series 004 [Spontaneous Music Tribune; 2020]

Pierwsze trzy utwory zostały zarejestrowane podczas koncertu w poznańskim Dragon Social Club (listopad 2018), Yedo Gibsonowi (Brazylia, saksofon tenorowy) oraz Pawłowi Doskoczowi (Polska, gitara elektryczna) towarzyszył Andrew Lisle (Wielka Brytania, perkusja). Kawałki 3-6 pochodzą z grania w tym samym klubie (kwiecień 2019), tyle że za bębnami siedział Portugalczyk Vasco Furtado.

Po spokojnym początku (miotełki, ambientowa gitara i powściągliwy saksofon) panowie zaczynają szaleć. Mniej więcej w połowie (kapitalny fragment) pierwszego utworu Gibson, Doskocz i Lisle osiągają natężenie dźwięku, które powinno być finałem, jeśli nie całej płyty, to chociażby tego kawałka. A pojawia się to niemal na początku. Jebać konwenanse.

W drugim utworze zaskoczyć może gitara Doskocza, chwilami mocno rockowa czy wręcz bluesowa. Tu znów w pewnym momencie trio zaczyna zdrowo napierdalać i można pomyśleć chociażby o płytach Paala Nilssena-Lovego, który nagrywał m.in. z Kiko Dinuccim, Frodem Gjerstadem i Akiro Sakatą jazzowy jazgot z gitarą w składzie. Zdecydowanie „Spontaneous Live Series 004” nie jest czymś, co mógłby puścić mój Szanowny Imiennik, Kydryński.

Trzeci numer to popis wydającego osobliwe dźwięki Gibsona.

Później mamy już kawałki z Furtado.

Na dzień dobry na pierwszy plan wysuwa się Doskocz z ribotowskim graniem. Przez chwilę wydaje się, że Furtado nie łapie takiego feelingu z Pawłem i Yedo, jaki łapał angielski bębniarz, ale zaraz wszystko zaczyna grać jak należy. I znów – podobne odczucie miałem przy „II” – chętnie bym w pewnym momencie usłyszał wiolonczelę. Mogłaby zagrać na niej Julia Kent.

W „V” Gibson od razu pokazuje, że do złapania za saksofon raczej nie zainspirowała go gra Candy Dulfer w „Lily was Here” (choć kto wie?). Najpierw to jego utwór, za chwilę zaczyna fajnie „gadać” z Doskoczem.

Zamykający płytę kawałek – z odlotem Gibsona, ambientową, idealnie schowaną gitarą Doskocza i Furtado, który przez chwilę gra, jakby miał dwie pary rąk – to chyba najlepszy fragment „Spontaneous Live Series 004”.

Włączcie sobie ten materiał. Zwłaszcza dla Yedo Gibsona. Rodak Sócratesa jest rewelacyjny.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)