Posts Tagged ‘post-punk’

bog-shed – step on it [1986] / bruce gilden

13/10/2017

linki w komentarzach / links in comments

bogshed

discogs

Czasem ktoś mi podrzuca jakiś współczesny post-punk, a ja zazwyczaj odczekuję ironiczną, gorzką chwilę, krzywię się i triumfalnie zaprzeczam.

Wysłuchałem więcej postpunkowych kapel niż zjadłem ziemniaków, ale jednak te wszystkie (no dobra, większość) współczesne gitarowe drużyny to nie to samo, co stare. Oczywiście można „obiektywnie” stwierdzić, że jakaś tam dzisiejsza płyta jest lepsza niż „Step on It”, tyle że klimat nie ten sam.

Boghsed (Bog-Shed, Bogshed) – świetni popierdoleńcy z Hepden Bridge. Materiał rozgadany i wręcz upierdliwy muzycznie. Reaktywacji nie będzie. Wokalista Phil Hartley zmarł w 2006 r., perkusista Tris King – dwa lata później.

***

Bruce Gilden. Na razie „faces”, ale ja do tego chłopa jeszcze wrócę.

USA. Cleveland, OH. 2016. Outside the Republican National Convention. Rachel Whitehawk Day, a Republican.

USA. Milwaukee, Wisconsin. 2013. Chris, worker at the state fair.

USA. Milwaukee, Wisconsin. 2013. Lee-Ann at the state fair.

GB. West Bromwich. 2014. Peter at the bus station.

USA. Des Moines, IA. 2014. Iowa State Fair. Terry.

USA. Des Moines, IA. 2014. Iowa State Fair. Dewayn.

scratch acid – scratch acid [1984] / dave naz

23/09/2017

linki w komentarzach / links in comments

touch and go

Reaktywował się ponownie jeden z najwspanialszych zespołów w historii rocka, The Jesus Lizard. Przeczytałem opinię, że minusem powrotu tych świrów jest mniejsza uwaga, jaką słuchacze poświęcą nowym kapelom. Co ciekawe, swymi wątpliwościami podzielił się gość, który oprócz fajnych rzeczy wydaje takie kasztany, że zamiast nich wolałbym przez cały dzień słuchać jedenastej „piosenki” z rozszerzonego wydania „Liar”.

Ale wracajmy do bohaterów tego postu, czyli pre-noiserockowego Scratch Acid, po śmierci którego The Jesus Lizard powstał. W międzyczasie był jeszcze Rapeman. Nieźle.

Miałem Scratch Acid wrzucić dawno temu, ale jakoś nie wyszło. Miał to być zresztą materiał koncertowy, ale wcięło mi go, niech więc będzie self-titled debut, jedna z ulubionych płyt Kurta Cobaina. Zamykający wyżej wzmiankowaną pozycję fonograficzną utwór „Lay Screaming” został – wedłgu Davida Yowa – „inspired by Marquis de Sade, reading his shit”.

Wszystkie studyjne nagrania Scratch Acid ukazały się na kompilacji Touch and Go „The Greatest Gift”. W sumie mógłbym wrzucić ją, ale wolę jednak słuchać każdej płyty z osobna, a wszystkich wrzucać mi się nie chce.

Scratch Acid reaktywował się dwukrotnie (2006, 2011), podobnie jak The Jesus Lizard odciągając młodzież od poznawania nowych płyt!

***

Dave Naz

six finger satellite – pigeon is the most popular bird [1993] / amanda charchian

15/09/2017

linki w komentarzach / links in comments

sub pop

W cyklu „nie znam” świetny, nieoczywisty zespół z Providence. „Świetny”, gdyż grał świetną muzykę, „nieoczywisty” – gdyż zaskakiwał (wystarczy po „Pigeonie” włączyć chociażby EP-kę z 1994 roku, „Machinise Cuisine”). Drugim wydanym w Sub Popie materiałem był „Severe Exposure”. Ja pierdolę, jakie tam są gitary.

Kapela, myślę, trochę niedoceniona, choć w pewnych kręgach – wprost przeciwnie.

Płyta „A Good Year for Hardness” (2009), reaktywowanego 6FS, jest ok, ale gdyby nie powstała, nic by się chyba nie stało.

***

Amanda Charchian. Fajne te foty, czasem zalatują Guy Bourdinem.

the membranes – crack house [1983] / dennis letbetter

01/09/2017

linki w komentarzach / links in comments

themembranes.co.uk

Koledzy wrzucają jakieś nowe, gejowskie postpanki, pora więc dać coś starego.

The Membranes (albo Membranes) to zespół z Blackpool, który zaczął grać równo 40 lat temu i czynił to do 1989 roku. Reaktywował się dzięki My Bloody Valentine, który zaprosił twórców „Crack House” na All Tomorrow Parties. Dziś z oryginalnego składu został tylko John Robb, natomiast Nick Brown gra w Membranes od 1982 roku. Pozostali muzycy dołączyli do zespołu podczas reaktywacji. Powrót zaowocował płytami „Dark Matter/Dark Energy” (2015; warto!) oraz „Inner Space/Outer Space” (2016), której do tej pory nie włączałem, gdyż nie lubię remiksów.

„Crack House” – uwielbiam takie granie. Włanczaj!

***

Dennis Letbetter. Świetny gość, fotografujący m.in. najpiękniejsze istoty – psy i nagie kobiety.

yc-cy – yc-cy [x-mist records; 2016]

28/05/2017

bandcamp

facebook

x-mist records

Agresywny wokal, gitara, bas, bębny i klawisz. Noise punk, hardcore, noise rock, post-punk. Konkretny wpierdol zaserwowany przez zespół ze szwajcarskiej Szafuzy.

Jeśli miałbym szukać jednego punktu odniesienia, byłby to wybitny nowojorski skład White Suns, choć YC-CY tworzy kawałki bardziej przystępne.

Mnie najbardziej podoba się chyba numer „Hyäne”. Szkoda, że trwa zaledwie 3:11. Świetna jest jednak całość. Ostatnio rzadko nowe noiserockowe rzeczy wzbudzają we mnie emocje. To demo kopie od początku do końca.

Materiał wydał zasłużony X-Mist Records.

Oprócz demówki z bandcampa można pobrać także nowy utwór, „Kepler-186f”. Forma jest. To numer z albumu „Todestanz”, który ukaże się w czerwcu (rownież X-Mist).

***

2 lipca YC-CY, wraz z Ugorami, zagrają we wrocławskim Carpe Diem.

circus lupus – solid brass [1993] / bob sala

17/03/2017

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

dischord

O Circus Lupus dowiedziałem się chyba z zina „Corek”. Spodobała mi się nazwa i z miejsca chciałem posłuchać tego zespołu. Miałem wtedy – mieszkając na wygwizdowie, nie mając żądnych znajomości – na to takie szanse, jak teraz Kazimiera Szczuka na zostanie modelką Hajmana.

Gdy po latach włączyłem Circus Lupus, wpierw byłem lekko rozczarowany, żeby po chwili stwierdzić, że te nerwowy mix post-punka i post-hardcore’a wspaniale kopie.

Pierwsza płyta, „Super Genius”, może i lepsza (?), ale gdy parę lat temu postanowiłem wrzucić Circus Lupus, były to czasy, gdy tego typu blogi miały jeszcze sens, a „jedynka” tej kapeli była o wiele łatwiejsza do znalezienia niż „dwójka”. Niech więc będzie.

Zespół pochodził z Madison w Wisconsin, ale jest w nim coś w chuj brytolskiego. Mnie się kojarzy troszkę z The Fall.

***

Bob Sala. Ależ bym został takim Salą, Ferrarim czy Hajmanem.

blight – blight [1983] / william klein

17/02/2017

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

touch and go

10fuckingstars-wordpress-com

Zespół założony przez dwóch gości z The Fix, Steve’a Millera i Marka Achtenberga, oraz wokalistę Meatmen, Tesco Vee. Zagrali jedynie kilka koncertów, wydali jedną EP-kę i demo na kasecie. W 2006 roku Touch and Go wydało kompilację z numerami Blight.

Punk, hardcore, proto-noise rock (?) oraz dziwaczne w tym kontekście brzmienie basu – trochę jak w starym The Cure.

***

William Klein

1

2

3

4

5

6

marriage – pool blunt [2015] / lina scheynius

22/05/2016

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

monofonus press

marriagePromo

Zespół, w którym gra m.in. Mike Kanin, znany z Black Eyes. Chyba taka informacja wystarczy, by się Marriage zainteresować. Zresztą na „Pool Blunt” słychać echa twórczości autorów „Cough”. Inna sprawa, że dziś, gdy prawie każda kapela brzmi jak coś, co się słyszało setki razy, Marriage to oryginalna propozycja (oczywiście, gdy tylko to napisałem, słyszę wyłącznie Black Eyes na tym materiale).

Nie było wiele lepszych płyt w zeszłym roku i niewiele takich, na które tak ostentacyjnie położono lagę w podsumowaniach, jak na „Pool Blunt”. Sam ją przegapiłem, bo Marriage ma, zdaje się, konkretnie wyjebane na promocję (widzę, że nawet nie da się odsłuchać kawałków na Bandcampie, a kiedyś się dało).

***

Lina Scheynius. Trochę taka Natacha Merritt z ASP, ale całkiem do rzeczy.

1

2

3

4

5

6

ut – conviction [1985] / sylvia kristel

11/02/2016

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

utmusic.net

10fuckingstars.wordpress.com

Koleżanki i koledzy jarają się zespołem Savages, mnie „Adore” nie przekonuje. Nie posądzam pań z Londynu o udawanie, ale Savages odbieram jako zespół wykoncypowany. Podnieca mnie jak info o nowych promocjach w Lidlu.

Lepiej cofnąć się o ponad 30 lat i posłuchać Ut. Też same dziewczyny, też miały pomysł na siebie, ale wszystko to brzmi bardziej świeżo, choć ma trzydzieści lat z małym okładem.

***

Zachwycaliśmy się niedawno z pewnym abnegatem urodą Sylvii Kristel. Natura bywa łaskawa.

1

2

3

4

5

6

„najlepszy dzień raczej masz już za sobą”

31/12/2015

10fuckingstars.wordpress.com

(o)(o)
(o)(o)
(o)(o)

W linkach składanka: po jednym kawałku z moich ulubionych płyt minionego roku. Nie najlepszych, a ulubionych (im kawałek dalej na liście, tym płyta bardziej mi się podobała). Dziś wychodzi tak wiele albumów, że robienie nadętych zestawień typu „Płyta roku” mija się z celem. Sam Oren Ambarchi wydaje kilka rzeczy rocznie, podobnie Matthew Shipp. Jakim cudem miałbym to wszystko ogarnąć?

Rok zacząłem od płyty Martim Monitz. Służyła mi jako soundtrack do jazdy na terapię poznawczo-behawioralną. Polecam. Płytę, nie terapię, bo ta przypomniała mi, czemu jeden z moich profesorów na filozofii gardził psychologią.

***

To było 12 miesięcy, w czasie których wyszło kilka dobrych polskich płyt. Na przykład Ukryte Zalety Systemu. Choć trochę się rozczarowałem, bo sądziłem, że to jakieś dzieciaki, a na koncercie widziałem, że jeden z członków zespołu jest bardziej siwy niż ja. Zaskoczył też Brooks Was Here, podobała mi się Melisa. Fantastyczną płytę nagrała Alchimia – załoga z Polakiem na pokładzie: Robertem Iwanikiem.

Co do zagranicy, nie trafiłem na naprawdę wielką płytę. Nie ukazał się żaden album noiserockowy, który rzuciłby mnie na kolana. Najbardziej w tej materii spodobał mi się materiał Super Luxury. My Disco i Cherubs (oba zespoły wysoko w zestawieniu) nie brzmią jednak jak noise rock.

No i Liturgy dało po głowie. Dziwny zespół.

***

Najlepsza piosenka: „Birds of Flims” Sun Kil Moon. To numer na miarę „Like a Rolling Stone”. Coś pięknego.

***

Nie obyło się też bez rozczarowań. Ostatni Protomartyr jest nudniejszy niż esej Michnika.

***

Na koncertach wielu nie byłem, choć np. [peru] widziałem trzy razy. Polecam wszystkim, bo to mili ludzie, a i instrumenty nie bardzo im przeszkadzają w graniu.

Największe wrażenie zrobił na mnie Sunn O))) na Off Festivalu. Inna sprawa, że ja na tych Offach niespecjalnie jestem trzeźwy.

***

Tu napisałem co nieco o polityce i naszej alternatywie, ale wykasowałem. Zamiast tego, ładna dziewczyna z fajnego filmu:

daisy

***

Przeczytałem też parę książek. Największe wrażenie zrobiły na mnie: „Limonow” Emmanuela Carrère’a, „Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego i „Sześć tysięcy gotówką” Jamesa Ellroya. Ten ostatni to ma łeb, ja pierdolę.

***

Odkryłem również sens życia: jest nim oglądanie „Seinfelda”. Niestety, ma on tylko dziewięć sezonów, a do dwóch ostatnich nie było napisów. Ale za to do „Deadwood” były wszystkie.

al

No i to, co zrobił Jon Voight w „Rayu Donovanie”… Kłaniam się w pas.

***

Filmy tez oglądałem. Najlepszy był „Mad Max: Na drodze gniewu”. W kinie czułem się niemal jak z Tatą za komuny na „Gwiezdnych wojnach” (tez dobre te nowe) albo „Indianie Jonesie”.

***

Dziękuję wszystkim, którzy pisali komentarze tu – na blogu, i na fejsie. Także wszystkim, którzy podsyłali swoje płyty: zwłaszcza Marcelowi, który chyba cztery we mnie wmusił. :) No i Piotrowi z Martim Monitz, który zachował się zaskakująco, ale zdecydowanie na plus.

Jeśli jakiejś nie wrzuciłem / nie zrecenzowałem – sorry. W pojedynkę prowadzę blog, a muszę jeszcze pracować, a weekendy mam zajęte piłką nożną.

***

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.


%d blogerów lubi to: