jonestown – all day sucker [1991] / larsen sotelø

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Jonestown – coś jakby zmieszać The Ex, Alice Donut, Circus Lupus. Oprócz zwyczajnego, rockowego instrumentarium słyszymy na „All Day Sucker” puzon, bandżo, kastaniety czy melodykę. „All Day Sucker” nie jest płytą wybitną, ale warto ją poznać (single też są w cyc).

Na koncie Jonestown widnieje tylko jeden LP (bez problemu można go kupić chociażby via Discogs), ale bodaj siedem singli, w tym split z Dog Faced Hermans.

Nie ma w necie zbyt wielu informacji na temat tego, co poza Jonestown robili członkowie zespołu. Wokalista Dan Gannon nagrywał jakąś elektronikę i folk, Tom Greenwood współtworzy Jackie-O Motherfucker, ale on na „All Day Sucker” nie grał. Albo informacji na temat Jonestown nie ma, albo giną wyniki wyszukiwania wśród tekstów dotyczących The Brian Jonestown Massacre i jakichś ponurych metalowców. No i oczywiście pojawia się Jonestown Jima Jonesa. Nie znalazłem nawet zdjęcia kapeli.

Greenwood prowadził też wydawnictwo Project a Bomb, które wydało jedyny LP Jonestown oraz singiel „Sugar Ship”. Poza tym m.in. Dog Faced Hermans, Guzzard i parę mniej znanych kapel.

***

Larsen Sotelø. Wrzucam go po raz drugi. Nie dlatego, że jest taki dobry – po prostu zapomniałem, że pojawił się tu przy okazji płyty Pitchfork.

struggler – it was a very long conversation but at the end we didn’t shake hands [1982] / martine franck

linki w komantarzach / links in comments

bandcamp

Kilkanaście lat temu można było spędzić cały dzień na przeglądaniu blogów. Na Blogspocie było ich od groma. Najbardziej lubiłem chyba „Commercial Zone”, dotyczący muzyki post-punkowej. Jezu, ile tam było genialnych rzeczy. Później zaczęto bez uprzedzenia blogi usuwać, w tym mój – na szczęście (?) zrobiłem backup i wrzuciłem zawartość na WordPressa.

Odwiedzałem też inny (nie pamiętam nazwy) z mnóstwem płyt w (około)postpunkowym klimacie, ale zespołów raczej mi nieznanych. Zwrócił na nim moją uwagę belgijski Struggler z uwagi na kapitalny tytuł płyty: „It Was a Very Long Conversation but at the End We Didn’t Shake Hands”.

Lubię czasem wracać do tego ponuractwa. Są tu lepsze i gorsze momenty, ale podoba mi się całość, najbardziej „Persecute”.

Winyl do kupienia, ale cena odstrasza, co można sprawdzić na Discogsie.

Struggler gra do dziś. W ubiegłym roku wydał niezłą płytę „Wilma (Determined Protector)”, wykonując na niej też nowe wersje dwóch kawałków z „It Was…”. Ze starego składu został tylko Rene Hulsbosch, a prowadzenie blogu stało się niegroźnym dziwactwem.

***

Martine Franck (na zdjęciu nr 1) – belgijska fotografka, tak wspaniała, że trudno było zrobić selekcję jej zdjęć. Żona Henriego Cartier-Bressona, związana z Magnum Photos.

We własnej osobie
Town and Wear County. Village of Skinningrove. Workers’ Club Carnival.
FRANCE. Clamart. Library for children. Built by the „Atelier de Montrouge”: Jean Renaudie, Pierre Riboulet, Gerard Thurnauer and Jean-Louis Veret. Ile de France. Haut de Seine. 1965.
Town of Newcastle on Tyne.
SWITZERLAND. Rossinière. French painter BALTHUS at home. 1999.
USA. Long Island. Amagansett. Family of fishermen. 1983.
NEPAL. Bodnath. Shechen Monastery. Tulku KHENTRUL LODRO RABSEL (12 years old) with his tutor LHAGYEL. At the age of 5, KHENTRUL decided that he had lived enough with his parents and that it was time for him to enter the monastery. Two or three years after their death, important lamas are reincarnated in the body of a child. The search for this child is based on the information left by the lama himself: dreams, visions and the intuition of other lamas. The Tulkus are discovered at 3 or 4 years of age, declared at about 4 or 5 and then enter the monastery at the age of 6. According to the rules of the monastery, each Tulku is instructed by a tutor and is either prevented or restricted from seeing other young monks from their age group. All the Tulkus are called Rinpoche which means „the precious one”. 1996.

płyty 2021 (2). dezerter, sleaford mods, echoplain, frack!

Tylko cztery płyty, choć zaczęło wychodzić ich od groma. Znów człowiek gubi się w obfitości nowych materiałów do posłuchania, nie wie, nad którymi się skupić, albo brakuje mu czasu.

Poniższe notki były pisane jeszcze w momencie, gdy miałem do czynienia z typowo noworocznym oczekiwaniem, aż coś rzeczywiście ciekawego zacznie się dziać. No i po chwili zaczęło. Ale o tym może następnym razem.

(o)(o)

Dezerter – Kłamstwo to nowa prawda [2021; Mystic Production / Pasażer]

Jeszcze na ostatnim LP Dezertera „Większy zjada mniejszego” (2014) zdarzały się sensowne momenty. Co prawda trudno znieść protekcjonalny ton tekstu „Hodowla głupków” (choć w sumie, czy to słowo tu pasuje? Protekcjonalność cechuje m.in. „pobłażliwa przychylność”, my mamy do czynienia z mędrcem wyśmiewającym tytułowych głupków). Potem, po dość długiej przerwie, przyszła kiepska epka „Nienawiść 100%” (2019). Teraz pojawił się nowy, doraźny materiał „Kłamstwo to nowa prawda”. Nie wiem, dlaczego „nowa”, skoro świat polityki zawsze był mniej lub bardziej skurwiały.

W Polsce źle się dzieje i Dezerter postanowił zareagować. Najbardziej obrzydliwy rząd po tzw. komunie, Trybunał Konstytucyjny zaklepujący nieludzkie prawo antyaborcyjne, państwem z rozmokłego kartonu trzęsie jeden pierdziel z Żoliborza, a na schedę po nim czyhają katoliccy fundamentaliści… Wygląda to fatalnie.

Tak więc cel słuszny. Tylko płyta słaba.

Proste (często prostackie) kompozycje, proste (często prostackie) teksty. Nawet jeśli na „Kłamstwie” zdarzają się ciekawe fragmenty, zostają zduszone przez ograniczone możliwości wokalne Roberta Matery (choć akurat na tej płycie realizator dobrze ustawił jego wokal). Chwilami te nagrania niemal wywołują zażenowanie – gdy wchodzi refren w tytułowym kawałku, mam wrażenie, że o tym „wejściu” wiedziałem, zanim PiS doszedł do władzy. A „apokaliptyczny” „Idziemy po was” nie wystraszyłby nawet Suskiego.

Gdyby te nagrania miały otworzyć komukolwiek oczy na to, co się dzieje w Kraju Kwitnącej Czereśni, mógłbym dać im nawet ocenę 10/10. Przeglądam jednak internet. Przekonani, że jest chujowo, są wciąż przekonani, że jest chujowo. Debile oskarżają Dezertera o „lewackość”. A protekcjonalny ton Grabowskiego nie pomaga.

Aż dziw, że to ten sam człowiek, który pisał takie teksty jak „Chrystus na defiladzie”, „Apokalipsa według św. Mnie” czy „W zakamarkach”. Zresztą nawet jak walił między oczy, to podziwiało się celność ciosu, nie narzekało, że wali cepem. Liryki z najnowszej płyty wyglądają jak pisane na kolanie. No ale w końcu „Kłamstwo” to rzecz doraźna.

Najlepsza w nowym wydawnictwie Dezertera jest okładka.

(o)(o)

Sleaford Mods – Spare Ribs [2021; Rough Trade]

Jak niemal każdy wokół, też jarałem się Sleaford Mods. Ten szczur z lapkiem i browcem w ręce plus nawijający typ, wyglądający jak biseksualny kibic West Hamu – niezłe kino. Trzeba przyznać, że mieli goście z Nottingham pomysł na zespół, jakiego nie miał nikt.

Tylko że jakoś tak trudno było mi zmęczyć w całości jakąkolwiek płytę duetu.

Podobnie jest ze „Spare Ribs”. Coś tu niby jest inaczej, gościnnie pojawia się m.in. Billy Nomates, ale jak muzyka leci, to w sumie myślę o tym, że mogłaby się już skończyć.

Słuchałem niedawno „Tehno Terroru” Maxa i Kelnera i trochę mi się to skojarzyło ze Sleaford Mods. Kelner, podobnie jak Jason Williams, nie miał głosu, ale to, co stworzył z Brylewskim, jest o niebo ciekawsze.

(o)(o)

Echoplain – Polaroid Malibu [2021; Atypeek Music + Zéro égal petit intérieur + Araki Records + Pied De Biche]

Słychać Shellaca, Unwound, Dopplera, Thurstona Moore’a, Truly i pewnie inne mniejsze lub większe gwiazdy gitarowej alternatywy (również, niestety dość tandetny, post-hardcore); czasem wręcz można odnieść wrażenie, że Echoplain kogoś dosłownie cytuje.

I nawet te niby cytaty mi nie przeszkadzają. Problem w tym, że „Polaroid Malibu” jest jak większość nowych płyt noiserockowych: niby OK, ale jednak masz poczucie, że lepiej włączyć coś innego. Ten materiał wydaje się być poza tym wyzbyty energii – jakby ktoś chciał poprawnie odrobić zadanie domowe.

(o)(o)

Frack! – Accelerant [2021; Forbidden Place Records]

Na Bandcampie Forbidden Place widzimy kilka tagów opisujących muzykę Frack!, lecz żadnym z nich nie jest „hardcore” – określenie będące chyba najbliższe temu, co gra ten zespoł. Poza tym zamykający
całość cover bodaj najsłynniejszego kawałka Black Flag „Rise Above” nakierowuje w dość oczywisty sposób.

Można przy okazji zapytać o sens nagrywania kawałka innego wykonawcy, skoro jest sto razy lepszy od tego, co sam spłodziłeś.

The Jesus Lizard attempts to resurrect Lemmy by having Henry Rollins finally beat the living hell out of Greg Ginn while NoMeansNo drinks beer and cheers – czytamy na wspomnianym Bandcampie. Jest to, delikatnie mówiąc, zbyt przychylna opinia.

Niezła płyta, do której pewnie nigdy nie wrócę. Za mało tu zwracających uwagę momentów, za dużo średniawki. Choć jest w tym klimat starych kapel, których słuchało się z kaset, więc kto wie. Może po paru piwach.

płyty 2021 (1). koza, dew, warstone, the klf, celestial swarm

Z nudów, siedząc w robocie, wrzucam po jednym, dwóch zdaniach na temat nowych płyt. Na razie nie słyszałem niczego, co wywaliłoby mnie z butów, ale całkiem przyzwoite rzeczy się zdarzyły, zwłaszcza DEW mi podeszło.

Początek roku to chyba nigdy nie jest ten czas, gdy kapitalne albumy wychodzą hurtowo, ale – jak znam życie – zaraz ludziska dopierdolą potężną dawką rewelacyjnych płyt.

(o)(o)

KOZACalcification of the Human Ghost [2021]

Na newalbumreleases.net ktoś wrzucił płytę zespołu KOZA (co to w ogóle za pokraczna nazwa dla metaluchów?) i dołączył do niej klip polskiego rapera xD.

Stoner/doom/sludge metal razy osiem. Brzmienie takie, że myślałem, iż ściągnąłem uszkodzone pliki mp3. Ale jednak nie: taki sound niechcący wyszedł albo miał wyjść. Mnie się podoba. W jednej z recenzji „Calcification of the Human Ghost” został on określony jako muddy. Ładnie i trafnie.

Dobra rzecz, do której w tym roku jeszcze wrócę.

(o)(o)

DEWRau. [2021; Pogorecords / Mörtel Sounds]

Oldskulowy, surowy, prosty (są tacy, co uznaliby, że prostacki) post-punk z ekspresyjnym wokalem oraz beatami zamiast perkusji, nagrany na żywo. Muzyka DEW ma w sobie również posmak noise rocka i industrialu i jest lepsza niż granie wielu nachalnie promowanych „nowych zespołów”.

Może i kandydat do zestawienia najlepszych płyt 2021. Ma „Rau.” w sobie coś pociągająco desperackiego, bez popadania w egzaltację.

(o)(o)

WarstoneWhose Roots Know Whence They Sprang [2021; Damien Records + MA Glory]

Battle grind, czyli grind plus odgłosy bitewne. Plus jeden akustyczny numer. Brzmi to niepoważnie, ale jednak Warstone wyróżnia się z tej całej grindowej sieczki.

Nie sądzę, żebym długo pamiętał o „Whose Roots”, ale kasetę chętnie bym przytulił.

(o)(o)

The KLF ‎– Solid State Logik 1 [2021; KLF Communications]

Muszę przyznać, że historia z martwą owcą, którą członkowie tego duetu wielu aliasów chcieli rzucić w tłum, średnio mi się podoba, choć doceniam symbolikę. Tak czy siak, jest to jedno z najoryginalniejszych zjawisk w historii popkultury, które chyba bez wielkiej przesady można postawić obok The Residents. Warto poczytać, czym był i jest duet tworzony przez Billa Drummonda oraz Jimmy’ego Cauty’ego.

THE KLF tworzyło utwory czasem niemal obrzydliwie taneczne, czasem awangardowe, czasem jest to miszmasz. Ta składanka z singlami (w zestawie wspaniałe klasyki „What Time Is Love?” i „3AM Eternal”) jest na to dobrym przykładem, bowiem nim całość kończy się wspólnym numerem z Extreme Noise Terror, możemy usłyszeć „Justified & Ancient” z wokalistką country Tammy Wynette na pokładzie.

The KLF zakończyli działalność, żeby pokazać środkowy palec przemysłowi muzycznemu. Dziś ich składanki można posłuchać m.in. na dymającym muzyków Spotify. I mam wrażenie, że ten krótki materiał – choć bardzo fajny – to nie jest idealny wstęp do poznania twórczości Brytyjczyków. Lepiej zacząć od „normalnych” płyt.

(o)(o)

Celestial SwarmGateways to the Necroverse [2021]

Udeathowiony black czy ublackowiony death – wszystko jedno. Ważne, że stereo jest – chyba sam szatan maczał w tym paluchy. Co ciekawe, wygląda na to, że płyta została nagrana w trzech różnych krajach (Australia, Francja, USA), więc cała czwórka sierściuchów, którzy za nią stoją, nie spotkała się w studiu. Na dodatek nie ma tu żywej perkusji. W związku z tym, że w Nowym Lepszym Świecie nie uświadczysz koncertów, nie padnie często powtarzane pytanie: „ciekawe, jak by to zabrzmiało na żywo?”.

Ciężki, brutalny materiał, trzymający poziom od początku do końca, wliczając niemal ośmiominutowy „The Harvesters”.

the zulus – the zulus [1985] / lisette model

linki w komentarzach / links in comments

greenworld records

the legendary rich gilbert

Okładka płyty wydanej przez Greenworld Records miała ładniejszy kolor niż ta z Roadrunner Records:

The Zulus poznałem dzięki źle przeczytanej albo napisanej informacji, że był to zespół, z którego narodził się Sugar albo zespół powstały po rozpadzie autorów „Copper Blue”. Tak naprawdę ta kapela to pochodna zakończenia działalności przez inną, Human Sexual Response. A okazało się, że w The Zulus grał jeden gość, który potem współtworzył Sugar – Malcolm Travis.

„The Zulus” to bardzo dobry materiał, na którym tzw. alternatywny rock spotyka new wave. Trzy czwarte muzyki lat 80. do pewnego momentu kojarzyło się z new wave.

Po self-titled z 1985 roku The Zulus nagrali drugi materiał, „Down on the Floor”, wyprodukowany przez Boba Moulda.

Trudno mi nie lubić pierwszej płyty zespołu, trudno też zapałać sympatią do drugiego LP, bo to jakiś nieciekawy (hard)rock. Choć i na „Down on the Floor” można znaleźć dobre momenty. Chwilami brzmienie gitar, kawałki „Skinny Dip” i „Gotta Have Faith” oraz ślady klimatu new wave sprawiają, że jednak zostawię sobie tę płytę na dysku. Choć pewnie już nigdy jej nie włączę.

A ten rok przyniósł trzypłytową składankę „Cockfight in a Bullring”, za którą stoi Rich Gilbert, który poza The Zulus, grał jeszcze m.in. z Franckiem Blackiem. Nikt nie pamięta o twoim zespole, więc sam o nim przypomnij.

Jak ktoś ma ochotę, może nauczyć się dzięki Richowi grać na gitarze. 25 dolarów za pół godziny, 45 za godzinę albo pakiet: 5 razy 30 minut za 100 dolców. O wszystkim można poczytać na bardzo fajnej stronie artysty. Oby nie uczył zagrywek z „Down on the Floor”. Można sobie też sprawdzić eklektyczne plejlisty Richa, na których Alice Cooper spotyka się z Brianem Eno.

Na marginesie, kiedyś wrzuciłem Sugar na blog. Link do pobrania płyty ostał się całe pięć sekund.

(o)(o)

Lisette Model (Elise Amelie Felicie Stern; 1901-1983). Przydałaby się jakaś biografia na jej temat, bo fakt, że uczyła Diane Arbus, wcale nie był najciekawszy w jej życiu.

sweep the leg johnny – going down swingin’ [2002] / gabriele galimberti

linki w komentarzach / links in comments

southern records

discogs

Zespół, który dawno temu gościł na moim blogu za sprawą składanki „Kids Can Learn from Pi”, na której znalazły się zespoły uznane przez autora za mathrockowe.

Sweep the Leg Johnny to bardzo ciekawa, eksperymentalna kapela, chyba trochę niedoceniona. Można łatwo znaleźć informacje na temat STLJ, więc nie będę się produkował. Najciekawszy fakt to pewnie ten, że Steve Sostak (sax, voc) pracował w Stanach, Chinach, Peru i Malezji jako nauczyciel, global educator. Tu można poczytać, co u niego słychać.

(o)(o)

Pierwsze z wklejonych zdjęć Gabriele Galimbertiego zajęło drugie miejsce w tegorocznych All About Photo Awards. 33-letnia Avery Skipalis pozuje przed swoim domem z kolekcją posiadanej broni. Już sobie wyobrażam, jak ktoś ją napada i biedna nie wie, którą wybrać.

próchno – niż [gusstaff records (mc), don’t sit on my vinyl (lp); 2020]

próchno

gusstaff records

don’t sit on my vinyl

Pewnie panowie nie przypuszczali, jak bardzo ponury, apokaliptyczny klimat ich muzyki będzie pasował do zaczynającej się wiosny 2020.

Dzięki debiutanckiej płycie Próchna stałem się fanem zespołu. To była jedna z rzeczy, jakie ukazały się w minionym roku. Bartosz Leśniewski, Artur Sofiński i Marcel Gawinecki grali na materiale wydanym przez Gusstaffa (CD, MC) i Don’t Sit On My Vinyl (LP) niełatwą do zaszufladkowania muzykę, w której wybrzmiewały echa industrialu, metalu, noise’u i pewnie czegoś jeszcze, co akurat nie przychodzi mi do głowy.

Epkę „Niż” (zapowiadał ją singiel „Śledzą nas”; jak się okazało – odrobinę odstaje od reszty) postrzegam jako trochę bardziej transową i jednocześnie bardziej noise’ową od poprzedniczki. Z przyjemnością słyszę tu echa Sutcliffe Jügend i Bodychoke (ale proszę się tym jakoś bardzo nie sugerować – jest kilka zespołów, które słyszę prawie wszędzie) – choćby w kapitalnym „Wietrze ze wschodu”, w którym pobrzmiewają też echa industrialnego post-punka Killing Joke.

Płytę nagrano w Studiu Cierpienie w Smarzykowie. Trzeba wspomnieć o doskonałej realizacji albumu, za którą odpowiadają Gawinecki i Sofiński (Marcel zrobił też miks, mastering – Maciej Miechowicz). Najlepiej słychać tę robotę („rytualne” bębny Sofińskiego to bodaj najmocniejszy punkt płyty) w zamykającym całość „Kim jesteś, po co przyszedłeś?”.

Tytułowy krzyk, w połączeniu z tym, co widzę za oknem i czytam w newsach ze świata, sprawia, że mam ciarki na plecach.

Próchno: „Niż” – 10 pierdolonych… powiedzmy, że gwiazdek. :)

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Premiera winylu (wraz z kodem do pobrania plików) – 18 kwietnia (Don’t Sit On My Vinyl), podobnie kaseta (Gusstaff). Wysyłka „Niżu” zamówionego w preorderze – 5 kwietnia. Zapraszam na stronę Gusstaff Records.

good night chicken – eudajmonia / diatom – diatom / żurawie – powidok / nameless creations – upon god’s call

I jeszcze krótko o czterech płytach. Dziwnie dużo dostaję ostatnio rzeczy do recenzowania i nie ma bata, żeby nad każdą płytą posiedzieć dłużej. Ale wszystkie, jak zawsze, uczciwie po kilka razy przesłuchane.

Przypominam: żeby (pseudo)recenzja ukazała się na blogu, muszę dostać nagrania przynajmniej w .mp3.

good night chicken – eudajmonia [wydawnictwo prądy; 2019]

bandcamp

facebook

wydawnictwo prądy

Ten nieskromny tytuł dobrze oddaje zawartość płyty, o której nie bardzo umiem napisać coś sensownego. No bo jeśli w głowie pojawia się hasło „bigbitowa Ścianka”, to chyba lepiej w to nie brnąć.

Warto zauważyć, że Good Night Chicken zmieniło się w trio i zaczęło śpiewać po polsku. Trochę się też zmieniło muzycznie – na plus – więc poniekąd mamy do czynienia z innym zespołem (szkoda, że nazwa wciąż ta sama) niż ten, którego słuchaliśmy na poprzedniej płycie , o również nieskromnym tytule „You Like The Taste, Don’t You”.

Jeżeli chodzi o teksty, odnoszę wrażenie, że nadawałyby się do jakiejś polskiej kapeli dreampopowej. „Pokaż mi, pokaż mi jak śnisz”, „liście niech przykryją mnie”, „nie chcę słyszeć słów, chcę odlecieć stąd”… Raczej lepiej się je słucha niż czyta.

Krótka (może i za krótka) i udana płyta, najciekawsza z całej, opisywanej tu czwórki. Tradycyjnie pojawia się pytanie: jak to się sprawdza na żywo?

(o)(o)

diatom – diatom [pies z kulawą nogą; 2019]

bandcamp

facebook

pzkn

Jedna z inspiracji – Muse, muzyka Diatomu określana przez sam zespół jako progresywny rock lub metal… No, nie byłem pozytywnie nastawiony do tego materiału. Nic nie poradzę, że zespół Matthew Bellamy’ego jest dla mnie przykładem rockowego nadęcia i pretensjonalności, a tysiące innych kapel zrobiło wiele, by obrzydzić słowo „progresywny”. Diatom określa swa muzykę również jako „black rock” i „blask metal” – cokolwiek to znaczy. Dla mnie ten materiał zawieszony jest głównie między post-rockiem a post-metalem (choć to drugie określenie brzmi dość śmiesznie, jak dla mnie).

Obawy co do zawartości muzycznej nie potwierdziły się; gdańszczanie na swoim 20-minutowym materiale nie odstraszają, wręcz przeciwnie. A osobiście dorzuciłbym jeszcze ze dwa numery. Dużo dobrego dali goście: Michał Spryszak, który gada w najlepszym na płycie „Najdalej” i w „Każdym” oraz grający na saksofonie Maciej Pohl.

Bardzo dobrze zagrany i nagrany materiał, do którego – głównie z powodu wspomnianego „Najdalej” – być może jeszcze wrócę.

bandcamp

facebook

(o)(o)

żurawie – powidok [2019]

bandcamp

facebook

Gdy włączyłem debiutancki materiał Żurawi, na mej twarzy pojawił się uśmiech niczym u Adriana Monka, gdy w jednym z odcinków serialu znalazł się w idealnie sterylnym pomieszczeniu. Gdyby utwór „002” wyznaczył kierunek, w którym idzie zespół z Trójmiasta, byłbym przeszczęśliwy. Żurawie poszły w innym, nad czym trochę ubolewam.

Jakiś punkt odniesienia, jeśli chodzi o „Powidok”? Ja słyszę tu dalekie echo Pustek, ale starych, sprzed czasów, gdy zespół zaczął się ocierać niemal o poezję śpiewaną. Może dlatego, że główny wokalista trochę przypomina mi głosem Janka Piętkę.

Jeżeli chodzi o teksty, najbardziej podoba mi się „Koniec świata” – Greenpeace raczej nie wybierze Żurawi na swoich ambasadorów. Zresztą to najlepszy po wspomnianym „002” kawałek na płycie. Pewnie dlatego, że nie licząc pierwszego, najbardziej czadowy.

Dzięki otwarciu i zamknięciu EP-ki czekam na to, co jeszcze nagrają Żurawie.

(o)(o)

nameless creations – upon god’s call [kill your parents; 2019]

bandcamp

facebook

soundcloud

kill your parents

Laura Palmer na jednym ze zdjęć zespołu – Nameless Creations mogliby grać jak Farben Lehre, a i tak bym ich lubił.

Wokaliście Davidowi Wisebloodowi (to pseudonim; zespoł jest z Warszawy, nie z Melboourne) chyba najpiękniejsza dziewczyna w mieście powiedziała, że ma seksowny głos, bo chłop nie odpuszcza ani na chwilę, cały czas nawija. Myślę, że czasem przydałoby się zluzować, zostawić choć na momencik samych dwóch kolegów i chyba koleżankę.

„Upon God’s Call”, na co ma wpływ wspomniany wokal, można uznać za płytę monotonną i wkurwiającą, ale… niekoniecznie. Wiseblood potrafi również się wydrzeć, zmieniać swój głos, czym przypomina – państwo wybaczą banał – dawnego Nicka Cave’a.

Poza tym zostaje jeszcze przecież muzyka. Nameless Creations dobrze się czuje w estetyce post-punka czy death rocka. „Upon God’s Call” brzmi chwilami trochę jak nieznany materiał jakiejś polskiej, zapomnianej kapeli z lat 90. (mnie do głowy przyszedł Serpent Beat), i ma to swój urok.

To jest dobra, mająca nawet więcej niż dobre momenty, choć nieco przegadana płyta (tak, Nick Cave też lubi sobie pogadać).

Nowy materiał Nameless Creations wyszedł na CD, winylu i kasecie. Brawo.

the proletariat – indifference [1986] / fan ho

linki w komentarzach / links in comments

proletariatband.com

facebook

wywiad

– Did you have a clear blueprint of what you wanted The Proletariat from the start?

– We wanted to sound like The Clash.

Jedna z tych kapel, której członkowie potrafili podać konkretne inspiracje, tworząc nową jakość. „Indifference” to wspaniała, oryginalna płyta. No, może jeden numer brzmi, jakby PIL znalazł dobrego wokalistę. xD

Fantastyczny zespół z lat 80. (nie mylić z polskim, jarocińsko-owsiakowym szajsem), który rok temu powrócił z nową, udaną płytą. Choć nie jest to już to, co kiedyś.

The Proletariat grał punk, ale łączył go z post-punkiem czy noise rockiem, wchodząc na poziom nieosiągalny dla większości kapel tego nurtu. Motoryka takich numerów, jak „Indifference”, „Recollections” czy „The Guns are Winning”, sprawia, że trudno usiedzieć w miejscu. Pierwsza płyta, „Soma Holiday”, jest słabsza, lecz warto ją poznać.

W sferze ideowej, że tak to ujmę, The Proletariat nie zaskakuje.

Więcej do poczytania na bardzo dobrej – to dziś rzadkość – stronie zespołu.

***

Postanowiłem wrzucić Fan Ho z uwagi na przepiękne, subtelne zdjęcie nr 1. Trzeba będzie nadrobić jakimś Arakim w kolejnym wpisie.

martim monitz – alba [atman i extinction records; 2019]

martim monitz

bandcamp

atman

extinction records

1. Pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie „jedynka” Martim Monitz (2015 r.). Idealna płyta na złe czasy.

2. Słuchając tamtego materiału, zapętlałem sobie utwór „Najlepszy dzień”, przy „Albie” miałem podobnie z „Nikt nie jest”.

3. Ten kawałek jest chyba najlepszy na płycie, pewnie brylowałby na jakiejś alternatywnej liście przebojów. Jest też dość dziwnie skonstruowany. Po zwrotce pojawia się tekst, który powinien być refrenem, lecz zamiast tego jest maniakalnie wręcz powtarzany, a druga zwrotka się nie pojawia. Dramaturgia „Nikt nie jest” – między innymi dzięki saksofonowi Bartłomieja Franka – wzrasta.

4. Cała płyta jest dziwnie skonstruowana. Trzeci, najdłuższy, bo dziesięciominutowy, kawałek „Albo” – świetny i różniący się od reszty, jednocześnie retro i futurystyczny w klimacie – powinien teoretycznie zamykać całość. Większość zespołów tak by zrobiła, Martim Monitz dał go na trzeci numer na płycie, a po nim pojawia się trzyminutowy czad „Bawimy się jak psy”. No i dobrze. Jebać schematy.

5. „Martim Monitz” brzmiał niedzisiejszo, „Alba” brzmi jeszcze bardziej niedzisiejszo. Przy pierwszych odsłuchach wręcz odnosiłem wrażenie, że mam do czynienia z zagubionym demo nieznanego, starego zespołu nowofalowego. Wpływ na to ma też „nowofalowy” (ale przyjemny dla ucha) wokal Piotra Szczepańskiego.

6. „Fajne to, tylko te teksty jakieś dziwne”. Tym razem zwolennicy rockowej publicystyki będą przynajmniej dwukrotnie ukontentowani – dzięki piosenkom „Nowy hymn Polski” (kiedyś jakiś pokurw z ZChN pozwałby zespół za ten tytuł; ach, łza się kręci w oku) i „Spasiba”, choć daleko tym tekstom do infantylnych manifestów, nie są to też liryki doraźne. Taka sytuacja w kraju, że aż się prosi by wypowiedzieć się o tym i owym. Na pocieszenie dodam, że nic się w tej materii nie zmieni.

8. Teksty wciąż należą do najlepszych w Polsce, ale nieco straciły na sile rażenia w porównaniu do tych z pierwszej płyty.


Album promuje przebojowy utwór „Nikt nie jest” oraz wideo wyreżyserowane przez Pawła Pawlikowskiego, dofinansowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

***

9. Mimo programowego ateizmu – jeśli dobrze rozumiem chociażby przekaz kawałka „Kto chodzi po wodzie” – słuchając „Alby” pomyślałem, że pasowałoby Martim Monitz zaśpiewać np. „Brewiarz I” Herberta. :) Albo coś mojego ulubionego anglojęzycznego poety, ateisty Larkina, któremu zawdzięczamy tytuł tej płyty.

10. „Alba” brzmi lepiej niż „Martim Monitz”, lecz chwilami nie podoba mi się „suche” brzmienie perkusji.

9. „Jedynka” była bardziej zwarta, poukładana, „dwójka” wydaje się bardziej chaotyczna. Może dzięki temu ciekawsza?

10. Nie przekonuje mnie numer „Wilki z miasta”, przypominający chwilami wykwit rodzimej sceny geriatric HC/punk. Trzeba jednak przyznać, że „Wilki” zostały uratowane przez saksofon Tomasza Gadeckiego.

12. …który, obecny w trzech utworach, daje wiele dobrego, fantastycznie wzbogaca utwory Martim Monitz. Tak jak w Lonker See wydaje mi się gra Gadeckiego zbyt uładzona, tak tu jest w sam raz.

13. A poza tym to podoba mi się niemal wszystko, choć mam wrażenie, że ośmioutworowa wersja „Alby”, ta na LP, jest jednak lepsza, bardziej zwarta i skupiająca uwagę, od 10-utworowego CD. Niby dobrego nigdy za wiele, ale jednak.

14. Nie wiem, czy to wynika z recenzji, ale uważam „Albę” za bardzo dobrą, a dużymi fragmentami fantastyczną płytę. Nie nazwałbym Martim Monitz najlepszym polskim zespołem, ale swoim ulubionym polskim zespołem – chyba tak. Wynika to oczywiście z tego, że jestem stary.

15. Panowie mają szczęście do okładek płyt. Na pierwszej znalazł się obraz mojej ulubionej malarki, Joanny Karpowicz, na drugiej – zdjęcie Magdy Rosman, świetnie wyglądające w dużym formacie.

16. Będziemy obserwować postępy ciemności.

%d blogerów lubi to: