Posts Tagged ‘experimental rock’

marriage ‎– for brötzmann [2013] / ralph gibson

07/07/2018

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

facebook

monofonus press

Zespół, w którym grają m.in. Mike Kanin z Black Eyes i Nate Cross z USA/Mexico. Marriage to jedna z moich ulubionych kapel z ostatnich lat – zupełnie nieefektowne połączenie psychodelii i post-punka czy jak to nazwać. „For Brötzmann” (chodzi oczywiście o Petera) to płyta, którą tak naprawdę doceniłem dopiero teraz.

Trzeba by w końcu sprawdzić materiał nagrany z Robem Mazurkiem.

***

Ralph Gibson

space streakings – 7-toku [1994] / chi

03/01/2017

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

facebook

skin graft

discogs

10fuckingstars-wordpress-com

Japoński zespół noiserockowy (ale, podkreślmy, japoński zespół noiserockowy), stworzony ponoć przez czterech gości robiących gry. „7-Toku” zostało nagrane przez Steve’a Albiniego, który poleciał w tym celu do Japonii.

Wystarczy spojrzeć na ksywy członków zespołu: Captain Insect, Kame Bazooka, Karate Condor, Screaming Stomach. Wiadomo, że to musi być dobre.

Po dwóch płytach nagrali jeszcze – wspólnie z Mount Shasta, jako Shakuhachi Surprise – trzeci album, który zresztą kiedyś wrzuciłem na blog. Na „Space Streakings Sighted Over Mount Shasta” nie było już Captaina Insecta. Tak jak i na zamykającej chyba dyskografię Space Streakings siódemce „Taco Beya / Lift Up 65000”.

Nie wiem, czy ktokolwiek ze Space Streakings grał gdzieś później.

***

Chi

1

2

3

4

5

6

rhys chatham – die donnergötter [1987] / lily zompouli

11/04/2016

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

rhys chatham

table of the elements

1

63-letniego dziś Rhysa Chathama poznałem dzięki kawałkowi ze składanki „New York Noise” – niesamowicie spodobało mi się brzmienie gitar w numerze „Drastic Classicism”.

Chatham zaczynał od strojenia fortepianu La Monte Younga; pewnie kontakt z tym gościem miał wpływ na nowojorczyka. Dodajmy do tego współpracę z Tonym Conradem i mamy nastolatka, który miał zupełnie niesamowity muzyczny start. Jak ktoś ma czas, niech sobie poczyta na temat Chathama, bo jest o kim.

Co ciekawe, najwięcej płyt zaczął wydawać, gdy miał już pięćdziesiątkę. Ja jednak wrzucam rzecz z 1987 roku – „Die Donnergötter”, na której pojawił się wspomniany „Drastic Classicism”. Trochę tego nagrał, ale jak na awangardzistę – nie jest to liczba porażająca.

Ten album ukazywał się na przestrzeni lat z różną liczbą kawałków w różnej kolejności, z innymi okładkami. Ja wrzuciłem wersję z 2006 roku, wydaną przez Radium na CD. Table of The Elements (Radium to zresztą jego sublabel) wydało w tym samym roku podwójny LP, z jednym dodatkowym kawałkiem: „Guitar Trio, Take Two”.

Wspaniała rzecz. Wystarczy posłuchać, jak tytułowy numer antycypuje post-rock. Podobnie zresztą jest z „Guitar Trio” skomponowanym w 1977 roku. Bomba.

***

Lily Zoumpouli

1

2

3

4

5

6

gorge trio – dead chicken fear no knife [1998] / caitlin worthinghton

06/04/2014

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

skin graft records

discogs

GORGE_TRIO_001

Blog istnieje już tak długo, że zdążyłem się zestarzeć, wrzucić tu niemal wszystkie ważne dla mnie zespoły. No cóż, powiedzmy, że dopóki nie dowiem się, czy sąsiadka w rozciągniętym T-shircie obciągnęła szpakowatemu listonoszowi, coś tu jeszcze będę dodawał.

Gorge Trio to zespół składający się z ¾ Colossamite. Tworzą czy też tworzyli go: Chad Popple (grał też z naszym LXMP), Ed Rodriguez i John Dieterich (ten chyba nie pojawił się na „Dead Chicken”). Jak widać, brakującą ¼ stanowi Nick Sakes.

Muzyka zawarta na tym LP przywodzi mi na myśl Storm & Stress, choć trudno w sumie powiedzieć, żeby Gorge Trio grało podobnie. Może chwilami. Mathrockowo-postrockowe, psychodelizujące dźwięki, odjeżdżające w rejony tzw. eksperymentalnego rocka, „gęste” bębny… Dobre. A gdy ma się dzień na słuchanie takiej muzyki – dobre w chuj.

***
Caitlin Worthinghton. Tak powinny wyglądać dziewczyny. I nie używać ajfonów.

1

2

3

4

5

6

storm and stress – storm&stress [1997] / dany peschl

02/11/2013

storm

linki w komentarzach / links in comments

touch and go records

kevin shea

1

Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego post-rockiem nazywa się to, co grają np. i Tortoise, i Mogwai, zespoły tak różne od siebie. Dla mnie kwintesencją post-rocka są nagrania chyba nieco zapomnianej kapeli z Touch and Go Records, Storm and Stress. Oni faktycznie brzmią trochę, jakby rock umarł, i muzycy próbowali go metodą prób i błędów ożywić.

Uwielbiam takie gęste bębny. Swoją drogą, ciekawe, co myślał o całej tej sesji nagrywający ją Steve Albini, który nie trawi jazzu.

Zespół tworzyli: Ian Williams – gitara i wokal (przed Storm and Stress grał w Sludgehammer i Don Caballero, teraz w Battles), Kevin Shea – bębny (było trochę tych grup, dziś na pewno jest związany z Talibam! oraz Barr / Shea / Dall) oraz M. Eric Topolsky aka Eric Emm – bas (wcześniej Vehicle Flips, Good Morning i Don Caballero, wydał też singla jako Eric Emm, obecnie Tanlines i chyba Restless People). Oczywiście ci trzej panowie, może poza Williamsem, mogli grać również w 155 innych zespołach.

***

Dany Peschl i jego seria „Disturbes”, czyli ludzie niby złapani w żenujących, zawstydzających czy po prostu intymnych sytuacjach. Fajny pomysł, druga fotka rozpierdala. :)

1

2

3

4

5

6

the velvet underground & nico – unripened [2007]

29/10/2013

R-1234598-1203747965

linki w komentarzach / links in comments

Ponoć jedyna rzecz nagrana jako The Velvet Underground & Nico (w cztery kwietniowe dni 1966 r.). Reszta, łącznie z „The Velvet Underground & Nico” to już dzieła The Velvet Underground. Fajnie wygląda ten zielony banan.

Photo_VelvetUnd_300CMYK41_zps87e8fb28

va – side 1-4 [1995], sides 5-6 [1997], sides 7-10 [1998], sides 11-14 [2008] / magdalena wosińska

26/10/2013

Sides 1-4

Sides 5 - 6

Sides 7-10

Sides 11-14

linki w komentarzach / links in comments

skin graft records

gasoline boost

Cztery płytki wydane przez Skin Graft i Gasoline Boost z zespołami coverującymi kawałki AC/DC (w niektórych przypadkach to raczej wariacje na temat twórczości Australijczyków). Najfajniejsza jest pierwsza płyta (nie licząc Brise-Glace), z innych najbardziej podoba mi się chyba wersja Killdozer. Zresztą zazwyczaj lepiej wypadają kawałki przypominające oryginały niż eksperymenty. Do każdej płyty dodawany był komiks. Fantastyczny pomysł, choć „Sides 11-14” nie trzyma poziomu poprzednich.

Spakowałem wszystko razem, bo nie chciało mi się bawić z wrzucaniem czterech EP-ek osobno.

***
Magdalena Wosińska. Była co prawda na Męskim Graniu, ale można jej to wybaczyć. ;)

1

2

3

4

5

6

„kiedyś muzyka była lepszej jakości i tekst był bardziej zrozumiały” (1/2013)

30/03/2013

2
Alameda Trio (fotka z fb, autor: Piotr Lewandowski)

„Gramy na chaos!”, wołał wybitny trener Piotr Świerczewski (był też wybitnym piłkarzem, bo miał 100 proc. celnych podań – wszystkie szły do tyłu), gdy ŁKS na gwałt potrzebował bramki w końcówce jakiegoś meczu. Przypomniała mi się ta rozbudowana i nowatorska taktyka, bo na chaos słucha się też muzyki, gdyż nie ma szans, żeby wszystko ogarnąć. Staram się być na bieżąco z tym, co wychodzi (dzięki czemu mogę niemal na żywo śledzić degrengoladę zespołu The Men), ale wiadomo – nie udaje się: ostatniego singla Scout Nibblet, „No More Nasty Scrubs”, usłyszałem po paru miesiącach, a o „Psychedelic Pill” Neila Younga dowiedziałem się dopiero na początku tego roku.

Tak czy siak, postaram się coś skrobnąć raz na kwartał o płytach, z którymi udało mi się zapoznać na tyle, żeby móc o nich napisać parę zdań. Nie wiem, czy pojawi się cokolwiek na temat wydawnictw ewidentnie złych, rozczarowujących etc. W końcu lepiej po raz nie wiadomo który włączyć Shellaca czy PRL, niż jak kiedyś słuchać rzeczy dennych niczym TVN24 tylko po to, by się potem wyżyć, stukając w klawiaturę.

No to zobaczmy. W krótkiej formie, bo nic mnie tak nie wkurwia, jak „erudycyjne” recenzje. (Czy „hajdeger” piszemy przez dwa „g”, czy przez dwa „d”?).

***


Alameda Trio – Tzimtzum (Milieu L’Acéphale)

Na razie (jak ja lubię to określenie) płyta roku!

10fuckingstars wykazuje entuzjazm

***


Bad ReligionTrue North (Epitaph)
Niezła płyta punkrockowych dziadków. Ciekawe, jak wygląda u nich proces twórczy, ale mam wrażenie, że takich LP mogliby nagrać 20 rocznie. Dobra odtrutka na te wszystkie ambienty, experimentale itp., które uśpiłyby Jonasa Engströma, a prawie zawsze dostają te swoje cztery gwiazdki. Są tu słabsze momenty, ale np. „Hello Cruel World” szybko dostaje w łeb od panczura „Vanity”, i wszystko gra.
Płyta powinna mieć jednak 10 numerów, a nie 16. A w świetnym „Robin Hood In Reverse” mogłaby się nie pojawić na parę sekund ta gitara, za którą musi odpowiadać jakiś weselny grajek, któremu na chwilę pozwolono zagrać „rocka”.
A tak w ogóle, to ciekawi mnie, kto jest „targetem” kapeli Grega Graffina? Ci od Green Day? Stare punki? (czy oni traktują tę kapelę serio?). W każdym razie ja się pochyliłem nad ich twórczością po raz pierwszy od „Recipe For Hate”. Ze „Stranger Than Fiction” nie pamiętam żadnego numeru.

Prognoza: Raz na jakiś czas włączę 3-4 numery z „True North”.


Ocenzurowane, bo w radiu. Ale biednie brzmią te „chórki”. :)

***


Pere UbuLady From Shanghai (Fire Records)
Pierwsze wrażenie było takie, że dobre, ale zdecydowanie nie tak, jak „Why I Hate Women”. Potem jednak przyszła myśl, że wpływ na odbiór tamtej płyty (2006), zasadniczy wpływ mógł mieć genialny tytuł.
Na „The Lady From Shanghai” mamy mamrotanie Davida Thomasa ożenione z „eksperymentalnym rockiem” i elektroniką. W sumie przystępna rzecz, ale też nieefektowna. Kto tak naprawdę ceni tę kapelę u nas? Rafał Księżyk?
Może TLFS to nie jest płyta na miarę WIHW, ale zapewne jeszcze nie raz zechcę posłuchać, jak Thomas mamrocze „She calls me Johnny Rotten”. I don’t know why” (update: jednak „Rocket” ;]). Warto tę płytę włączyć nie tylko dlatego, że Davidowi Thomasowi należy się szacunek. Chciałbym, żeby te wszystkie młode kapele lansowane tu i tam, że odświeżają to i owo, potrafiły nagrać na przykład taki numer, jak „And Then Nothing Happened”.

Prognoza: Wrócę do całej „Lady From Shanghai” od czasu do czasu.


Wrzucam z powodu Debbie Harry. :)

***


Chelsea Light MovingChelsea Light Moving (Matador)
Pomiędzy schyłkowym nudziarstwem Sonic Youth a solowymi (rockowymi, nie noise’owymi) wydawnictwami Thurstona Moore’a, nim ten zaczął przynudzać.
Ta płyta jest tak oczywista, jak szczynowatość piwa na Off Festivalu (ale smakuje o wiele lepiej) – oczywistość dotyczy i muzyki, i choćby tytułów kawałków: „Burroughs”, „Frank O’Hara Hit”… – ale mnie się podoba, chwilami („Sleeping Where I Fall”, „Alighted”, „Groovy & Linda”) nawet bardzo.
Nie wierzę, żeby Moore nagrał jeszcze kiedykolwiek coś, co wbije mnie w fotel, ale inny szyld niż SY sprawia, że oczekiwania mam mniejsze, więc nie czuję się rozczarowany.

Prognoza: Jak wyżej. Choć ominę chyba „Mohawk”.

***


Pissed JeansHoneys (Sub Pop)
Nie wiem do końca, na czym polega (mój) problem z Pissed Jeans. Teoretycznie mają wszystko, żebym, słuchając ich, wyrżnął łbem w sufit, praktycznie – włączam ich raz na ruski rok. Być może rzecz polega na tym, że większość ich kawałków ginie w konfrontacji z tymi najlepszymi. „Vain in Costume” to jedyny genialny numer na tej płycie. Podobnie było z „False Jesii Part 2” z „Kings of Jeans”. Ale chyba przyczyna jest inna.
Otóż, choć wokalista Obszczanych Dżinsów, Matt Korvette, ma jaja niemal jak Shannon Selberg czy David Yow, to wkurwiać może tym, że cały czas kłapie dziobem, nie daje chwili wytchnienia. Jakby się choć na chwilę zamknął, to może wpuściłby trochę powietrza do kawałków swojej kapeli.
W nadziei, że ten było nie było świetny zespół jednak zgwałci moje uszy – idę słuchać dalej. Najwyżej będę prostował na koniec roku.

Prognoza: Patrz ostatnie zdanie.

***


Johnny MarrThe Messenger (Warner Bros. Records)
To miał być rok Johnny’ego Marra (pierwsza autorska płyta, składanka na jego cześć). No ale nie będzie. „The Messenger” to sympatyczne, rockowe nudziarstwo. Płyta robi wrażenie strasznie asekuranckiej, wykoncypowanej, taka alternatywna muzyka środka – jakby Marr stał na baczność podczas jej nagrywania. Nawet zdjęcie na okładce wydaje się trochę sztuczne. Jest lekkie „alternative”, a ludzie na Wyspach chyba i tak to kupią. Choć w sumie, kiedy słucham takiego „European Me”, mam wrażenie, że ta muzyka brzmi szczerze i naturalnie, ale też, że byłego gitarzystę The Smiths tylko na tyle dziś stać. Szkoda. (Ponoćmagazyn „Mojo” użył w stosunku do tej płyty określenia „Post-punk monster”. Jeżeli tak, to mamy do czynienia z większym idiotyzmem, niż nazwanie przez red. Cieślaka Kumki Olik zespołem post-punkowym).
Zamiast „The Messenger”, chyba lepiej posłuchać składanki „Marr and Friends”. Są tam fajne kawałki nagrane przez Johnny’ego wspólnie z m.in. Johnem Frusciante, Billym Braggiem, Modest Mouse i The The.
(Przyszło mi do głowy, że w tych numerach ze składanki Marr idealnie dopasowuje się do tych wykonawców, on nie gra z nimi, żeby zabłysnąć. Może stąd bierze się przeciętniactwo „The Messenger”? Jakby Marr próbował się wpasować w samego siebie).

Prognoza: na trzeźwo raczej nie włączę „The Messenger”.


Well, the pleasure – the privilege is mine

***


Banque AllemandeWillst Du Chinese Sein Musst Du Die Ekligen Sachen Essen (S-S Records)
Miliard zespołów krążących wokół estetyki (post)punk/garage. Co wyróżnia tych tajemniczych helmutów? Może to, że jak ich słucham, to nie mam wrażenia, że odpowiednie fryzura i gacie są ważniejsze niż muzyka. No i, w przeciwieństwie do Pissed Jeans, pozytywnie odpowiadają na zawołanie Moskwy: „Powietrza!”.
Wrzucam to wszystko do bardzo głębokiego wora, ale gdybym miał wskazać dwie kapele, które poruszając się w owej estetyce, jednocześnie grają zajebistą muzykę i wydają się być zupełnie bezpretensjonalne – to byłyby to Sex Church i właśnie Banque Allemande. Posłuchajcie basu w drugim numerze – jakby chłop nie umiał skończyć. Raczej myśli wyłącznie o sobie, nie o piczforku. Kiedy słuchałem dziś tego numeru, wracając do domu, pomyślałem, że nie miałbym nic przeciwko, gdyby trwał ze dwa lata.
„Willst cos tam” to nie jest „At Action Park” ani „Spiderland”, przez parę chwil nawet mnie znudziła, ale na pewno poświęcę Banque Allemande osobnego posta.

Prognoza: Kolejne satysfakcjonujące odsłuchy. Zastąpią na Off Festivalu nudziarzy z GY!BE.

***

trt

libraness – yesterday …and tomorrow’s shells [2000] / ken merfeld

28/02/2013

a

linki w komentarzach

discogs

2
Po wpisaniu „Ash Bowie” w google pojawiają się niemal wyłącznie zdjęcia jakichś butów

Koncert Polvo był jednym z nielicznych offowych wydarzeń, odkąd Off Festival przeniósł się do Katowic. Gig tej kapeli – i jeszcze The Psychic Paramount – idealnie pokazywał, czym powinno być alternatywne, gitarowe granie. Półtoragodzinny występ facetów ubranych w zwyczajne gacie i T-shirty był bezpośrednim i celnym rzygiem w tych wszystkich Yorke’ów i Bellamych. No right to live.

‚Yesterday …And Tomorrow’s Shells” to solowa płyta Asha Bowiego, wokalisty i gitarzysty Polvo. Składają się na nią kawałki nagrywane w domu w latach 1993-2000. Bardziej wykręcone, ale i wyciszone Polvo w wersji lo-fi.

***

Ken Merfeld

1

2

4

5

3

67

of cabbages and kings – face [1988] / elmer batters

19/08/2012

easiest room / in hell

kup

kabanos

Of Cabbages And Kings to kapela, przez którą przewinęli się ludzie znani m.in. ze Swans, Prong, Live Skull czy zespołu Glenna Branki. Było ich trochę, ale twardym rdzeniem kapeli byli Algis A. Kizys (bas, wokal) i Carolyn Master (gitara, klawisze, wokal). W pierwszym składzie grał również znany bębniarz Ted Parsons. Wydali cztery LP, jedną EP-kę oraz dwa single dla Triple X i Purge/Sound League.

Troszkę zamulają, ale warto posłuchać.

***
Elmer Batters. Nigdy za nim nie przepadałem, ale z biegiem czasu uznałem, że jest okej. Choć to akurat nie mój fetysz. ;)


%d blogerów lubi to: