pleń – pleń [jvdasz iskariota; 2021] / zzzu – zzzu [głowa konia nagrania; 2021]

Jeden post, dwa zespoły. Po pierwsze – lenistwo. Po drugie – chęć zwrócenia uwagi na pewien całkiem przyjemny trend w polskim undergroundzie (czy w czasach Facebooka i nieprzyzwoicie wręcz łatwego dostępu do muzyki, możemy wciąż mówić o undergroundzie? To pytanie na inną okazję).

***

Zdarzały się wyjątki, ale w życiu bym nie pomyślał, że polskie kapele zaczną grać może nie masowo, ale też nie raz na ruski rok muzykę psychodeliczną czy post-rockową – generalnie taką, która daje pole do improwizacji, do wyjścia poza schemat zwrotka-refren. Obecnie mamy dość dużo takich grup: lepszych lub gorszych, wiadomo. Ważne jednak, że są.

Największy wpływ w ostatnich paru latach na rozwój muzyki rockowej, która – że tak to ujmę – rozszerza ramy rocka, miało niezmordowane, koncertujące często nawet na takim wypiździewie muzycznym jak Katowice, Lonker See. I za to należy się twórcom „Hamzy” nisko pokłonić.

Poniżej dwa przykłady zespołów, które w świecie po tzw. pandemii raczej nie zrobią kariery na juwenaliach.

Pleń: „Pleń” (Jvdasz Iskariota Rec.; 2021)

pleń

iskariota.com

PLEŃ (widzimy panów na zdjęciu głównym) to zespół z Łodzi, który od razu chwalę za nazwę. Piękna, polska, zamiast beznadziejnej angielskiej, jakie lubią wybierać rodzime gitarowe drużyny. „Pleń”. Super.

Mało kto chyba lubi być porównywany z kolegami po fachu, ale mnie od razu rzuciło się w uszy (mojej żonie też, więc nie siedzę sam z tym wrażeniem) pewne podobieństwo tria do jednego z nielicznych zespołów z Górnego Śląska, którego można słuchać z przyjemnością – Ciśnienia.

Już na początku albumu łódzkiej grupie udała się niełatwa sztuka: „Rozkład”, który trwa ponad dziesięć minut, prowokuje raczej myśl „szkoda, że się kończy”, niż chęć przeskoczenia do następnego utworu.

Zgodnie z obietnicą, którą otrzymałem od zespołu, jest tu też trochę „noiserockowej patologii”. Drugi kawałek, „Shibuya”, jest tak napędzany przez bas, że możemy odnieść wrażenie, iż tak mogłoby brzmieć postrockowe Nomeansno; potem wiele dobrego robi też przesterowana gitara. Naprawdę świetne, niecałe pięć minut.

Później w mroczny klimat wprowadza „Hrsta”, a podtrzymuje go „Bluszcz”. Kapitany kawałek, w którym obok post- i noise rocka pojawia się coś, co można skojarzyć z noise’em à la Wolf Eyes bądź klimatem ładnie zwanym horror ambient. Na koniec gitara daje brzmienie kojarzące się z „Twin Peaks” i płynnie wprowadza nas do przedostatniego utworu, w którym czeka niespodzianka w postaci kalimby. To już drugi zespół – po Salimarze – z Jvdasza Iskarioty, który tu gościł, używający tego instrumentu.

A szósty numer… Dobra, dość. Czuję się, jakbym spoilerował.

Świetna płyta. Bogata w pomysły, które zostały tak zrealizowane, że nie bardzo jest się do czego przyczepić.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

ZZZU: „ZZZU” (Głowa Konia Nagrania; 2021)+

Na drugi ogień idzie stary znajomy Paweł Nałyśnik, który na blogu gościł już parę razy jako członek Parampampam Trio, Razów i Zwidu. Odgrażał się, że tym razem nagrał coś, co chwilami jest wręcz piosenkowe, czy jakoś tak.

PPPT, które ma na koncie kilkadziesiąt epek, brzmi trochę jak połączenie The Dead C (ale tylko tych z dobrych płyt) i Sonic Youth, kiedy ci nie śpiewali i nie grali melodii (ale też nie nudzili, jak na serii „SYR”).

Czy ZZZU jest bardziej przystępne niż PPPT? Chyba tak, choć na weselach raczej nie poleci. Co prawda na płytach Tria zdarzały się momenty, gdy delikatny (ale bez przesady) dźwięk wygrywał z rzężeniem, lecz nowy projekt Nałyśnika jednak mniej rzęzi. Im ZZZU dłużej gra, tym bardziej zdaje się polegać na przyjemnym dla ucha transie. Półmetrowy reefer – właśnie on powinien być dodawany do płyty.

O, a w trzecim kawałku wyczuwam perwersyjną „piosenkowość” Psychic TV.

No jest tu trochę takiej pulsującej, lekkiej perwersji (co ja piszę?), co bardzo ładnie podkreśla wokal w „Ziemia noc echo”.

Zamykające płytę „Sto kamieni milion oczu” z kolei kojarzy się nieco z Blanck Mass.

A najpiękniejsze są doskonale transowe „Głowy”.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Czyli co? Polska post-rockowa psychodelia, co widać na przykładzie Plenia („który jest niezwykle rzadkim zjawiskiem” – jak donosi Wikipedia) i ZZZU, ma się świetnie. Nie chcę wchodzić w patos, ale muzyka takich zespołów jak bohaterowie tego postu, pozwala z nieco mniejszym wkurwieniem żyć w tych pojebanych czasach.

Amen.

***

„Pleń” można kupić na CD u Jvdasza Iskarioty (swoją drogą, osobliwa nazwa. Nie to, co Głowa Konia, he he), „ZZZU” i na CD, i na winylu u Pawła Nałyśnika. To znaczy chyba jeszcze można. Najlepiej jego spytać.

„kto wierzy w szatana, musi być pojebany, nie?” – podsumowanie 2020, cz. II

Pierwsza dycha podsumowania 2020 roku bardzo ładnie się ułożyła, więc nie chciało mi się pisać drugiej części, ale zapomniałem wspomnieć o dwóch wydawnictwach, którym kibicuję, tak że wypada to nadrobić.

FONORADAR RECORDS

Dawno temu dwóch początkujących biznesmenów wydało dwie kasety świetnego niemieckiego zespołu Couch – „Etwas Benutzen” (słuchałem wczoraj – gra jak ta lala) i „Fantasy”. Wydajesz kasety, ale pod szyldem „Vinyl” – można i tak. Na ten nośnik zapotrzebowanie się skończyło i nic poza Couch już się nie ukazało w Vinylu.

W dziwnym, pandemicznym roku panowie wrócili jako Fonoradar Records i, mówiąc krótko, rozjebali – tym razem na winylach i CD. Titanic Sea Moon, wznowienie „Killwater” Thing, nowy June of 44, kapitalny Luggage, Columbus Duo i Guiding Lights… W 2021, który pewnie będzie jeszcze gorszy niż kończący się rok, też pojawią się ciekawe rzeczy.

Zapomniałem wspomnieć nie o dwóch wydawnictwach, lecz trzech, bowiem mamy jeszcze

PAWLACZ PERSKI i PATALAX

Eksperymentalna muzyka na… kasetach, dużo dub techno, którego jestem może nie fanem, ale na pewno sympatykiem.

Jest Pawlacz Perski, ale jest też Patalax, który powstał również chyba po to, by opowiadać krótkie, psychodeliczno-surrealistyczne bajki. A może sublabel Patalax zawładnął Pawlaczem? Ten wydał w tym roku tylko dwa materiały (Jachna/Ziołek/Buhl i Wojtek Traczyk), ten od bajek – cztery . W tym bodaj najciekawszy: „Mulet” Monte Omok. Ale może tylko dlatego najciekawszy, że dopiero czeka u mnie na odsłuch kaseta „Bezruch” Mechu.

Przejdźmy do drugiej dziesiątki mych ulubionych płyt:

(o)

facsvoid moments [trouble in mind records; 2020]

Post-punk i noise rock obok często rozbuchanego napierdalania mają też nurt minimalistyczny. Warto w tym miejscu wymienić australijskie My Disco (świetni byli na „Severe” [2015], na „Environment” [2019] od minimalizmu przeszli do pretensjonalności) oraz Luggage (kapitalna „Shift” [2019] i nie gorsza „Three” [2017], wydana u nas przez wspomniany Fonoradar). FACS grają w tej samej lidze i mniej więcej w tę samą grę, choć mam wrażenie, że na „Void Moments” nieco odeszli od swej surowości. Pytanie, czy słusznie. Tak czy siak, płyta świetna.

(o)(o)

the budos bandlong in the tooth [daptone records; 2020]

Pod tym fajnym tytułem kryje się najlepszy istniejący soundtrack do najlepszego nieistniejącego amerykańskiego sensacyjnego filmu z lat 70.

(o)(o)(o)

pay for painpain [dark medicine; 2020]

Można grać w 2020 tzw. indie rock i nie być miałkim. Ta płyta to – może to krzywdząca opinia – tak naprawdę dwa numery: otwierający całość „Fallen Angel” i zamykający – „Until I Walk Through the Flames”. Paradoksalnie, gdyby Pay for Pain wydali singiel, uznałbym, że to za mało, żeby ich wrzucić do tego zestawienia.

(o)(o)(o)(o)

incantationsect of vile divinities [relapse records; 2020]

Nigdy nie pokocham death metalu z powodu komicznego imidżu oraz debilnego przekazu, ale ta płyta to po prostu 12 doskonałych, ponurych numerów legendarnej kapeli, które fantastycznie wwiercają się w czaszkę.

(o)(o)(o)(o)(o)

oily boyscro memory grin [cool death records, static shock records; 2020]

Brudny jak dupsko szatana punk czy tam hardcore Australijczyków po części związanych z doskonałą postpunkową kapelą Low Life. Dlaczego można grać tak dobrze punka? Chyba nie dlatego, że się nie jest z Polski. A może?

(o)(o)(o)(o)(o)(o)

odrazarzeczom [godz ov war; 2020]

Chwilami płyta może irytować tym zaśpiewami à la górale, którzy wyszli z siłowni ze śpiewem na ustach, albo gitarami, jakby gościnnym występem raczył nas Grzegorz Skawiński. Ale tak czy siak, Odraza to obecnie bodaj najlepszy metal w tym kraju, z na dodatek niegłupimi tekstami (Furia przegrywa kretyńskimi lirykami Nihila). Inna sprawa, że jak popatrzysz na plecy koszulek Odrazy, widzisz, że jest to jednak, niestety, fucktycznie metal.

A jak bywa tak se na „Rzeczom”, to trzeba się wsłuchać wyłącznie w grę perkusisty – dobry typ. Nie wiem, czy lepsza ta płyta, czy surowa „Esperalem tkane”. Na pewno obejrzałbym krakowski zespół na żywo.

Bardzo ładna okładka. Plus ksywa Stawrogin (oczytani metale odczuwają dumę).

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

młody dzbanżycie na parkingu (edycja żałosna) [2020]

Najpierw miałem tu wrzucić Oranssi Pazuzu, ale jak ostatnio słuchałem tegorocznej płyty Finów – „Mestarin Kynsi”, to w sumie miałem lekkie kino. Ten śmieszny wokal plus to muzyczne zadęcie – co za pierdolety. Więc niech będzie zamiast nich Młody Dzban – za porównania i wsamplowanie bohaterów „Chłopaków z baraków”.

A w ogóle to przecież Smarki wrócił:

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

columbus duo and guiding lightscolumbus duo avec guding lights [fonoradar records; 2020]

Głównie z powodu dwóch znakomitych numerów Columbus Duo.

recenzja

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

jarsджрc III [pogo records; 2020]

Klasyczny, można powiedzieć, noise rock, ale to po prostu Jars, nie kolejna podróbka Unsane. Żeby tak u nas grano jak w Moskwie… I pomyśleć, że ludzie zachwycają się nową płytą METZ.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

neil young & crazy horsereturn to greendale [reprise records; 2020]

Koncert z 2003 r., prezentujący materiał z płyty „Greendale” wydanej w tym samym roku. Trochę od czapy wydawnictwo w tym zestawieniu, bo archiwalne, ale był to wspaniały występ, zwłaszcza „Be the Rain” chwyta za serce.

Young nagrywa w domu, wydaje archiwalne nagrania (w tym roku ukazało się 10-płytowe „Neil Young Archives Volume II: 1972–1976”, zawierające m.in. materiał z sesji z „Zumy”) – 75-letni Kanadyjczyk zawstydza młodych.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

tarlive i inne

2019 był rokiem koncertówek Sonic Youth. W końcu znudziły mi się te bootlegi, a czarę goryczy przelały kiepskie „Rarities 2”. W tym roku z miłą chęcią odsłuchiwałem za to nagrań live jednej z moich ulubionych kapel lat 90., Tar.

Ach – uwaga, piszę jak Krzysztof Varga – pójść na koncert, i stresować się, czy aby na pewno zagrają „Dark Mark” i „Viaduct Removal”.

Oprócz koncertów (sami twierdzą, że w najwyższej formie byli, gdy grali z The Jesus Lizard), ukazała się płyta z nagraniami z prób „Abogados!” oraz materiał zespołu Luckyj, w których grało bodaj dwóch typów z Tar.

Szanuję za to, że zamiast wydawać te rzeczy na winylach, po prostu wrzucają je za dolara lub za darmo na Bandcamp.

***

Nie rozumiem ludzi, którzy ględzą o tym, że kiedyś było lepiej, że teraz nie ma dobrych płyt itp. Kiedyś było lepiej, kondonie, bo ważyłeś o 20 kilo mniej, a twój kac trwał dwie godziny, nie dwa dni. I tyle. Przecież obecnie świetnych polskich płyt wychodzi tyle w ciągu roku, ile kiedyś przez dekadę. Za granicą też dają radę.

Śmieszą mnie podsumowania z 50 albo setką pozycji, ale sam mógłbym dołożyć do tych swoich dwudziestu płyt wiele innych. Oto parę dodatkowych:

Jest tego od groma.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

all scars – early ambient [1997] / letizia battaglia

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

dischord

wfmu.org

freemusicarchive.org

Może najbardziej free zespół w katalogu Dischord Records, kojarzący się chwilami z inną kapelą z waszyngtońskiej wytwórni, Black Eyes, gdy ta szła w stronę bardziej otwartej formy swych utworów.

Otwierający „Early Ambient” utwór „(tk. 1) Early Set” znalazł się na fantastycznej składance „Dischord 4 Poland”, która ukazała się wraz z nieodżałowanym magazynem „Brum” w 1998 r. Jest to jednocześnie utwór bodaj najbardziej trzymający się posthardcore’owej estetyki. Pozostałe, należące do zbioru „Early Set” (kawałki 1-9, nagrane od 1 do 9 maja 1996), przeplatają się w coraz większym stopniu z eksperymentalnym graniem, nie mówiąc już o drugiej części płyty, „Ambient Set” (10-16.10.1996) – tutaj panowie mogą nie przypaść do gustu fanom zespołu Analogs.

Za „Early Ambient” stoją postacie znane z wielu waszyngtońskich zespołów, m.in. Brendan Canty z Fugazi. Fantastyczny album, który za każdym razem – że tak banalnie zapodam – można odkrywać na nowo.

Dodajmy, ze na drugim LP – „Introduction of Humanity” (1999) – panowie już niemal zupełnie uwalniają się z okowów postHC. Trzeci – „Lunar Magus” (2002) – zamknął dyskografię All Scars. Na wiolonczeli zagrała tu Amy Domingues. Trio zawędrowało w naprawdę dziwne rejony (vide wykręcone country w „Aleatoric Chambers”).

W sumie najbardziej przystępnym materiałem All Scars jest epka z 1998 r.

***

Letizia Battaglia – fantastyczna fotografka. Dziś 85-latka, kiedyś uwieczniała na zdjęciach mafię. Ma bardzo ciekawą biografię, więc warto poszukać artykułów na jej temat.

brise-glace – when in vanitas… [1995] / david fenton

linki w komentarzach/links in comments

skin graft records

bandcamp

Supergrupa (1993-1997) założona w Chicago. Poznałem ją dzięki wspaniałej epce „Sides 1-4”, wydanej też przez Skin Graft, na której cztery zespoły: bohaterowie tego postu, Shellac, Big’n oraz U.S. Maple, coverowały utwory protoplastów – jak niektórzy sądzą – noise rocka, czyli AC/DC. Brise-Glace w sumie nie nagrali coveru, tylko utwór „Angus Dei Aus Licht”.

Zespół tworzyli: Darin Gray, Dylan Posa, Jim O’Rourke oraz Thymme Jones – postacie związane z dość prominentnymi zespołami gitarowej alternatywy: m.in. Sonic Youth czy Dazzling Killmen.

Poza wspomnianym splitem Brise-Glace nagrali singiel „In Sister All and Felony / Angels on Installment Plan” (pojawił się tu również Gene Coleman na klarnecie. The Heroine Sheiks świadomie nawiązali do tego tytułu?) oraz LP „When in Vanitas…”, na którym – obok Colemana i stałego składu – zagrali też Henry Kaiser, David Grubbs, Carolyn Fabber i Christoph Heemann.

Brise-Glace to (anty)rockowa awangarda, ale nieprzekraczająca granicy pretensjonalności. A nawet jeśli – to świadomie, więc się nie liczy. Wybitna płyta, której najlepszą wizytówką jest chyba ostatni numer – 24-minutowy „One Syntatical Unit”, w którym Lodołamacz przechodzi od slintowego post-rocka przez gitarowy ambient do sonicznej awangardy. 10/10 plus smutna konstatacja, że dziś nikt – choćby Szwed na chuju szedł – nie nagra takiej płyty.

Jest również francuski zespół z tą sama nazwą.

***

David Fenton

sweep the leg johnny – going down swingin’ [2002] / gabriele galimberti

linki w komentarzach / links in comments

southern records

discogs

Zespół, który dawno temu gościł na moim blogu za sprawą składanki „Kids Can Learn from Pi”, na której znalazły się zespoły uznane przez autora za mathrockowe.

Sweep the Leg Johnny to bardzo ciekawa, eksperymentalna kapela, chyba trochę niedoceniona. Można łatwo znaleźć informacje na temat STLJ, więc nie będę się produkował. Najciekawszy fakt to pewnie ten, że Steve Sostak (sax, voc) pracował w Stanach, Chinach, Peru i Malezji jako nauczyciel, global educator. Tu można poczytać, co u niego słychać.

(o)(o)

Pierwsze z wklejonych zdjęć Gabriele Galimbertiego zajęło drugie miejsce w tegorocznych All About Photo Awards. 33-letnia Avery Skipalis pozuje przed swoim domem z kolekcją posiadanej broni. Już sobie wyobrażam, jak ktoś ją napada i biedna nie wie, którą wybrać.

parampampam trio – ep#30 [2020]

bandcamp

facebook


zdjęcie: Magda Patocka

Paradoks Parampampam Trio polega na tym, że jest to grupa i improwizująca (więc nigdy nie wiem, co zagrają), i jednak przewidywalna (mamy jakichś dziwaków z Olsztyna, po których spodziewamy się, że w ciągu roku wydadzą więcej płyt niż Oren Ambarchi czy Matthew Shipp). PPPT jest zespołem przewidywalnym w swej nieprzewidywalności. Czy to ja napisałem to durne zdanie? Na to wygląda.

Na „EP#30” panowie penetrują rejony transowego, surowego grania, które mogłoby służyć jako ścieżka dźwiękowa do spaceru po ponurym lesie. Może nie tym z Twin Peaks, raczej lekkie postapo. Skojarzenia z The Dead C chyba będą na miejscu.

Pisząc w 2019 parę razy o zespole z Olsztyna (wydał w poprzednich 12 miesiącach chyba dziewięć płyt), zastanawiałem się, czemu tak rzadko pojawia się choćby na facebookowych ściankach niby kumatych znajomych, będąc przecież jednym z najciekawszych składów w Polsce. Wpływ pewnie ma na to szalona liczba epek (panie kochany, kto by to wszystko ogarnął?) oraz kompletna wyjebka PPPT na promocję, nawet w skali niezależnego grajdołka. No i brak odpowiednich znajomości (he, he).

(o)(o)

W związku z tym, że jak ostatnio łaziłem po lesie, to dojechałem sobie ścięgno Achillesa, tej i kolejnych oraz poprzednich epek PPPT z wielką chęcią posłucham w domu. Więcej niż udanie zaczęli panowie ten rok. „EP#30” to najlepszy materiał Andrzeja Koczana, Dariusza Dzwolaka i Pawła Nałysnika, jaki poznałem. Trzeci z nich pewnie znów napisze, że przesadzam, ale ten materiał jest po prostu wybitny.

Do usłyszenia pewnie za miesiąc.

PS Bardzo ładna okładka, choć ja bym chyba usunął białą obwódkę.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

parampampam trio – pppt ep#26 [2019]

bandcamp

facebook

Ech, znajomi na fejsie wrzucają jakieś bzdety typu Tool, a nikt nie da Parampampam Trio. Znów po stronie mniejszości – proste.

Słucham kolejnej EP-ki jednego z najciekawszych polskich zespołów i po głowie chodzi mi idiotyczny tag „jarmusch rock” (przypomniało mi się, jak ktoś granie Sonic Youth na „NYC Ghosts & Flowers” określił jako „burroughs rock”, może nawet oficjalna strona SY).

Może dlatego chodzi, że „PPPT EP#26” jakoś mi soundtracki do niektórych filmów Jarmuscha przypomina, albo czuję, że by do nich pasowała. Może też dlatego, że chyba tego samego dnia, gdy zaczałęm swą przygodę z nowym materiałem olsztynian, słuchałem płyty kwartetu Jim Jarmusch, Lee Ranaldo, Marc Urselli, Balázs Pándi. Bardzo płynnie przechodzi jedno w drugie. Może Parampampam Trio powinno nagrać materiał z Krzysztofem Zanussim.

A może wzięło się to stąd, że przymierzam się do nowego filmu amerykańskiego reżysera. Wszyscy go gnoją, a mnie bardziej martwi obecność Iggy’ego Popa, za którym nie przepadam, niż zniżka formy Mistrza.

Fajnie, jakby Parampampam Trio zagrało tu, w Katowicach, bo niewiele się dzieje. Mamy na szczęście Ciśnienie – kapitalne, gdy wychodzi poza ramy „akademickiego” post-rocka. No i Lonker See, grający tak często, jakby mieszkali na Koszutce. Może kiedyś wpadnie PPPT.

A za rok OFF Festival. Już słyszę, jak Anna Gacek potwierdza ogłoszenie Artura Rojka, a ja – w piątek, po pracy – przyjeżdżam na ostatnie trzy minuty koncertu Parampampam.

Z EP-ek opisywanego tria, które słyszałem, „PPPT EP#26” wydaje mi się najbardziej przystępna. Jeśli ktoś nie zna zespołu, może zacząć od niej.

butthole surfers – butthole surfers [1983] / giovanni pasini

linki w komentarzach / links in comments

butthole surfers

facebook

alternative tentacles

Nie było do tej pory na blogu Butthole Surfers. Zastanawiałem się, którą płytę wrzucić, i doszedłem do wniosku, że zazwyczaj daję pierwsze materiały zespołów, więc w tym przypadku też może tak być. W końcu ta EP-ka z 1983 r. już oddawała popierdolenie popierdoleńców z San Antonio (no i ma urokliwą okładkę). Co my tu mamy? Noise punk, alt-country, psycho funk-rap, noise rock…

Tak w ogóle to niewiele jest przyjemniejszych rzeczy niż siedzenie nad dyskografiami wybitnych kapel, czym zajmuję się w tym roku kosztem nowych płyt. Butthole Surfers, This Heat, Dag Nasty, Devo… Tak trzeba żyć. Można ominąć New Order. Jak powiedział w latach 90. pewien trójkowy radiowiec: „Ian Curtis przewraca się w grobie”.

(o)(o)

Giovanni Pasini. Jeśli włosy pod pachami, to tylko u kobiet. :)

parampampam trio – pppt ep#24 [2019], pppt ep#25 [2019]

bandcamp

facebook

Na niedawno zakończonym Off Festivalu zabrakło mi polskiej, gitarowej alternatywy. Człowiek łaził po terenie festiwalu, czekał na gwiazdy wieczoru (raczej Electric Wizard i OM niż Suede czy Jarvis Cocker), pił to pseudopiwo i myślał o wielu naszych fantastycznych kapelach, które mogłyby zagrać zamiast jakichś koszmarków z tanecznym beatem. No, ale może tak jest lepiej. To nie festiwal stworzony dla starych pierdzieli – niech się młodzi bawią. Choć obecność niektórych gwiazd zdaje się temu przeczyć.

Chętnie bym zobaczył scenę, na której pojawiają się ci, którzy na naszej szeroko rozumianej scenie niezależnej grają najciekawsze dźwięki, np. Parampampam Trio. Pisałem o tym zespole dwa razy w tym roku („PPPT EP22 2019”, „PPPT EP 23”), nie będę się produkował po raz trzeci, by opisać to, co grają olsztynianie. Jak ktoś ma ochotę, niech zerknie w stare recenzje. One dadzą obraz sztuki tworzonej przez PPPT. A najlepiej po prostu włączyć muzykę.

Nie jest to najłatwiejsze w odbiorze granie na świecie, ale zawsze bardzo dobre, a chwilami wręcz fascynujące. Parampampam Trio to jeden z najciekawszych zespołów w Polsce. Każde z jego wydawnictw, którego słuchałem, warte jest by poświęcić mu uwagę. I nie ma się co zrażać ich liczbą.

Napierdalać, panowie, póki są siły i pomysły.

***

Ledwo co się zebrałem, żeby wrzucić info o tych dwóch epkach, a chłopaki dały na Bandcampa kolejną – „PPPT las OLSZTYN 7. 06. 2019”.

Gorąco zachęcam do kliknięcia w BUY. Zarobiona kasa zostanie przekazana na leczenie Joanny „Tekli” Woźniak. Więcej pod tym linkiem.

this heat – made available (john peel sessions) [1996] / frédéric fontenoy

linki w komentarzach / links in comments

this heat

this is not this heat

light in the attic

furious.com

Przeczytałem gdzieś, że okładka „1000 Hurts” Shellaca to hołd dla This Heat, wszak grafika na jednej z wersji „Made Available” jest bardzo podobna do opakowania trzeciej płyty zespołu Steve’a Albiniego, Todda Trainera i Boba Westona.

Zresztą podobną okładkę mieli chociażby The Grateful Dead („Dick’s Picks Volume 1”).

A to chyba hołd dla taśm szpulowych wydawanych przez firmę Ampex. Ten design był po prostu fantastyczny.

Trudno mi w sumie uwierzyć – choć może, biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej było coś takiego, jak kraut, nie powinienem się dziwić – że te nagrania powstały w 1977 r. Kurwa, co tu się dzieje. To, co gra This Heat, można by nawet nazwać art-rockiem. Tym bardziej imponuje fakt, że ani przez chwilę nie mamy do czynienia z muzyczną bufonadą i pretensjonalnością.

A mnie – gdy zaczyna się „Not Waving” – po głowie chodzi taka wizja: This Heat feat. Mark Hollis.

Zespół tworzyli: Charles Bullen, Charles Hayward i Gareth Williams. Williams zmarł na raka w 2001 r. Od 2016 r. jego koledzy grają jako This Is Not This Heat. Bodaj 31 lipca zagrają ostatni koncert.

„Made Available” wydało rok temu Modern Classics Records. W ładnej, choć nie tak pięknej okładce, jak ta.

(o)(o)(o)

Frédéric Fontenoy. Bardzo sympatyczne zdjęcia, chyba jeszcze ten pan tu zagości.

%d blogerów lubi to: