Posts Tagged ‘alternative rock’

ex uaj zed – 4 [cali zieloni recording studio; 2015]

03/06/2017

ex uaj zedbandcamp / facebook

cali zielonibandcamp / facebook

Myślałem, że to całkiem nowa kapela, a pierwsza płyta EX UAJ ZED ma dziewięć lat. Ta zresztą dwa, choć przyzwyczajony, że dostaję prawie wyłącznie nowe rzeczy, sądziłem, że jest z tego roku.

„4” (świetna okładka; zza drzew widać budynek dawnego zakładu „Bacutil” w Grodzisku Wielkopolskim, rodzinnym mieście zespołu) zaprasza nieco ściankowym wstępem. Drugi numer, „Pulsacyjny”, to bluesowa gitara, ale i noiserockowe akcenty. Słyszę też na tej płycie Breakoutów, ale może to złudzenie, bo ostatnio dość dużo słuchałem zespołu Tadeusza Nalepy. Chociaż… Czy zwłaszcza „Wszystko kiedyś” nie brzmi jak Breakout?

No dobra, nie ma sensu opisywać każdego numeru z osobna, zwłaszcza że płytę można odsłuchać w całości. Aha, Sonic Youth na koniec. Wiadomo, każdy zespół brzmi jak Sonic Youth. Albo The Beatles, Shellac, The Cure, Black Sabbath, Talk Talk. Albo jak The Velvet Undergroud czy Can. Cicho, zamotałem się.

***

Dawno temu bardzo mi się spodobał album „More Parts per Million” The Thermals. Brudne brzmienie płyty wzięło się stąd, że została nagrana bodaj w kuchni. Inne płyty portlandczyków, nagrane lepiej, nie zrobiły na mnie wrażenia.

Gdyby pozbawić EX UAJ ZED brzmienia lo-fi, pewnie byłoby tak samo. To są dobre numery – podoba mi się też to, że zespół nie kokietuje: gra swojego rocka i ma wyjebane (ta piękna zamułka w „Dopóki”…) – ale gdyby zabrzmiały czysto („4” to granie na żywo rejestrowane na kasetowy czteroślad Tascama), straciłyby pewnie cały urok.

Panowie umieją też opowiadać. Jak w „Rytuałach”, które tekstowo – ale bez społecznego i politycznego zacięcia – skojarzyły się mi z „Dziewczyną z innego świata” Drugs & Politics lub z Lesławem z Komet opisującym niełatwe życie zdołowanych kobiet. „Tekstów jest mniej, bo jak nie ma o czym śpiewać, a głos taki sobie, to nie ma co się silić na więcej niż trzeba” – ujęło mnie to wyznanie.

Polecam „4”. Ma niezaprzeczalny urok czegoś niedzisiejszego i parę bardzo dobrych fragmentów.

chavez – gone glimmering [1995] / mateusz hajman

28/01/2017

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

facebook

matador

10fuckingstars-wordpress-com

Na pierwszym LP Chavez znajduje się niemal wszystko, co najlepsze w gitarowych graniu lat 90. Ten miks tzw. alternatywnego rocka z posthardcore’em, przyprawiony math rockiem, pięknie kopie po ponad 20 latach. Gitary brzmią jak Pan Bóg przykazał. Można powiedzieć, że „Gone Glimmering” w dużym stopniu zbiera do kupy to, co w muzyce lat 90. lubię najbardziej.

Po dwudziestu jeden latach Chavez wydał nowy materiał, EP-kę „Cockfighters”. Oby to było słuchalne.

***

Mateusz Hajman. Głośne, brainbombsowe „YES!” dla tego pana.

1

2

3

4

5

6

john frusciante & josh klinghoffer – a sphere in the heart of silence [2004] / parker posey

08/01/2017

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

record collection

john frusciante

10fuckingstars-wordpress-com

Wiater i śnieg walili mnie w pysk, a ja zadumałem się nad tym, jaką drogę artystyczną przeszedł mój ulubiony – obok Kwaska i Kinga Barbecue – gitarzysta, John Frusciante. Ostatnią nagraną przez niego rzeczą, która bardzo mi się podobała, była EP-ka „Letur-Lefr”. Fru arcyciekawie opowiada o muzyce elektronicznej, ale ja tego jakoś nie kupuję.

To, co gra teraz, w jakimś tam stopniu zostało zapowiedziane ponad dekadę temu na „A Sphere in the Heart of Silence”, elektroniczno-rockowej płycie nagranej wspólnie z Joshem Klinghofferem, który zastąpił zresztą Frusciante w roli głównego gitarzysty Red Hot Chili Peppers. Klinghoffer jest także świetnym perkusistą, który wraz z Frusciante i Joe Lallym z Fugazi współtworzył wybitny skład Ataxia.

Mnie „A Sphere In The Heart Of Silence” wchodzi jak nowy Jarmusch, choć może pod koniec – gdy Josh przejmuje wokal – trochę za bardzo to jęczące. Niby nie tak dawno wyszła ta płyta, a jednak – mam wrażenie – w zupełnie innej epoce.

***

Jest coś takiego jak mit seksownej bibliotekarki. Nigdy na takową nie trafiłem. Ostatecznie porzuciłem wszelkie nadzieje, dzwoniąc do biblioteki i pytając o „Miłość w czasach zarazy”. Damski głos, pytający: a kto to napisał?, ostatecznie pozbawił mnie złudzeń.

W genialnym serialu „Louie” najbardziej utkwiły mi w pamięci niezwykłe odcinki z Parker Posey, która albo pracowała w bibliotece, albo tam przychodziła. A zapewne było tak, że pracowała w księgarni lub tam przychodziła.

1

2

3

4

5

6

dyson sphere – discovery [2016]

15/12/2016

10fuckingstars-wordpress-com

bandcamp

facebook

10fuckingstars-wordpress-com

Pierwsza EP-ka Dyson Sphere zaczyna się jak jakaś kosmische musik (okładka w podobnym klimacie), ale potem mamy tzw. alternatywny rock. Bez odkrywania Ameryki, próby wzniecenia pożaru, koszulki z Bolkiem, rozdygotanego wokalisty śpiewającego grabażowską angielszczyzną i innych atrakcyj.

Miła niespodzianka, która sprawiła nieco radości staremu grzybowi, podchodzącemu od pewnego czasu do nowego, gitarowego grania z dystansem. Będę śledził poczynania tych poznaniaków.

campingsex – 1914! [1985]

12/10/2016

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

discogs

10fuckingstars-wordpress-com

„Kolejna zrzynka z Sonic Youth”, może ktoś pomyśleć. Prawda jest taka, że ten materiał zainspirował Thurstona Moore’a.

Wrzucałem niedawno płytę o przydługim tytule – zespołu Mutter, który powstał po rozpadzie Campingsex. Na „1914!” mamy noise rock ożeniony z post-punkiem. Świetna rzecz. Szkoda tylko, że ceny płyty też niczego sobie.

Gdyby ktoś miał poszerzone „1914!”, wydane w 2006 roku, proszę o info. Chętne też przytulę materiał live z 1984 roku.

***

Oto efekt wpisania w wyszukiwarce nazwy zespołu.

10

11

12

13

14

15

daddy longhead – cheatos [1991] / mélanie laurent

30/09/2016

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

touch and go

discogs

1

Z wszystkich wytwórni najbardziej lubię Touch and Go. Nie dość, że wydawała najlepsze zespoły (Shellac, The Jesus Lizard), to na dodatek jej katalog jest niewiarygodnie różnorodny. Dziś T&G to właściwie tylko nowe Shellaki (raz na sto lat) i reedycje. Szkoda.

Debiut Daddy Longhead może skojarzyć się z Butthole Surfers, co w sumie nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że założycielem zespołu był Jeffrey Pinkus. Na bębnach mamy Reya Washama z Big Boys, Rapemana i Scratch Acid. Trzecim członkiem zespołu był Jimbo Young. Nie znam go, szczerze mówiąc, z innych zespołów, ale obawiam się, że chodzi o muzyka, który zmarł w 2015 roku na czerniaka tęczówki. Miał 45 lat. Ja pierdolę, co za pojebany świat.

„Cheatos” to najlepsza płyta Daddy Longhead z tych, które znam, a nie słyszałem jedynie EP-ki. Nie zabija, ale jest bardzo dobra. Debiut Daddy Longhead (Daddy’ego Longheada?) jest pojebany, dwa kolejne albumy są – jak dla mnie – nazbyt rockowe czy jak to nazwać.

***

Mélanie Laurent

1

2

3

4

5

6

truly – heart and lungs [1991] / sean marc lee

19/07/2016

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

facebook

discogs

10fuckingstars.wordpress.com

Nie słuchałem tego zespołu chyba z 25 lat. Ostatnio trafiłem na niego podczas odsłuchu składanki wydanej przez Sub Pop – „Revolution Come and Gone”. Tego było mi trzeba, zwłaszcza jednego z moich ulubionych numerów – tytułowego „Heart and Lungs”.

Strona internetowa Truly nie działa, z martwego majspejsa – jak to z martwego majspejsa – trudno się czegokolwiek dowiedzieć, ostatni wpis na fejsie z 2015 roku… No ale ponoć wciąż grają. Zapowiadana nowa płyta, do tej pory nie ukazała się.

W tamtych czasach gitary pięknie chodziły. Truly, Rein Sanction to moja magdalenka.

***

Sean Marc Lee

1

2

3

4

5

6

uzeda – different section wires [1998] / paula bułczyńska by emanuele ferrari

03/07/2016

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

facebook

touch and go

10fuckingstars.wordpress.com

Przez Euro człowiek tyje, zaniedbał blog i na dodatek musi znosić januszów, którzy chcą pogadać, choć nie odróżniają spalonego od rzutu rożnego.

***

Ktoś określił drugą płytę Uzedy tak: „Like an Italian Breeders hanging out with full-tanked Come and Thalia Zedek!”. Cokolwiek to znaczy. Coś w tym jest, tyle że grupa z Katanii jest jakby trochę smutniejsza niż zespół Kim Deal.

Później muzyka Uzedy skręciła w stronę math rocka, co słychać na „Different Section Wires”. Zaprzyjaźnili się ze Steve’em Albinim, który nagrał trzy płyty i jedną EP-kę zespołu.

Nie nagrali niczego od 10 lat, wciąż jednak koncertują.

Fenomenalna – jak powiedziałby Tomasz Hajto – płyta.

***

Emanuele Ferrari – najchętniej dodawałbym jego foty do każdego postu. Ty razem jedna modelka – Paula Bułczyńska.

1

2

3

4

5

6

jesień – jeleń [music is the weapon, 2016]

21/04/2016

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

music is the weapon

fot. Katarzyna Niejadlik
fot. Katarzyna Niejadlik

Tracę przyjemność z pisania recenzji, bo młodzież teraz wrażliwa. Poważnie: przejmuje się tym, co o jej twórczości napisze dziad pamiętający czasy, gdy nie było internetu, a Dezerter koncertował z Kelnerem.

***

Nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia wcześniejsze materiały Jesieni – dwie EP-ki: „Dla najbliższych” i „Letnie przygody”. Było jednak w tamtych nagraniach coś interesującego, inaczej nie zostawiłbym ich na dysku. Wydaje mi się, że nie słyszałem trzeciej – „O” – bo raczej zapamiętałbym, że Jesień zabrzmiała na niej ciężej.

„Ciężko jest określić nam stylistykę, w której się poruszamy. Domyślamy się, że jest gdzieś element wspólny z polskimi zespołami, które szanujemy, a z których większość już nie istnieje. Ewa Braun, Ścianka, Starzy Singers” – piszą o sobie. Nie wiem, czy Jesień szanuje niepolskie zespoły: Codeine i Sonic Youth, ale te też słychać na „Jeleniu”.

***

Królik w klatce na okładce, a tytuły płyty to „Jeleń”. Ech, ci artyści. ;)

***

Zespół brzmi bardzo dobrze, płyta jest świetnie nagrana – podoba mi się to przybrudzone brzmienie. Jesień przekonująco wypada, gdy gra ciężej (vide noiserockowy wstęp do „Mistrzostw Świata”), jak i wtedy gdy żeni psychodelię z post-rockiem („Do Bozi”).

Jeżeli chodzi o teksty: ani zachwycają, ani denerwują. Są oryginalne i raczej na plus, choć zdania typu: „Płody młodych dziewcząt wystukują rytm” można by sobie darować.

***

No właśnie: jak teksty, to i wokalista. Niestety, akurat wokal to największy minus płyty. Prosty przykład: utwór „Hawaje”. Proszę posłuchać tego kawałka: czy fragmenty instrumentalne nie są dużo lepsze od tych z wokalem? Albo to „łoooo…” w „Mistrzostwach Świata”. Po co? Odnoszę niemiłe wrażenie, że gdy pojawia się głos, muzyka zostaje mu podporządkowana, na czym cała płyta traci.

Nie czepiam się nawet w tej chwili Jesieni; to refleksja ogólna. Otóż wydaje mi się, że w polskim rocku fetyszyzuje się wokal, a to po prostu jeden z instrumentów.

***

Jesień: „Jeleń”. Jest dobrze, ale czekam, aż będzie jeszcze lepiej. Kilka porywających i kilka wyjątkowo przyjemnych fragmentów pozwala wierzyć, że będzie.

„najlepszy dzień raczej masz już za sobą”

31/12/2015

10fuckingstars.wordpress.com

(o)(o)
(o)(o)
(o)(o)

W linkach składanka: po jednym kawałku z moich ulubionych płyt minionego roku. Nie najlepszych, a ulubionych (im kawałek dalej na liście, tym płyta bardziej mi się podobała). Dziś wychodzi tak wiele albumów, że robienie nadętych zestawień typu „Płyta roku” mija się z celem. Sam Oren Ambarchi wydaje kilka rzeczy rocznie, podobnie Matthew Shipp. Jakim cudem miałbym to wszystko ogarnąć?

Rok zacząłem od płyty Martim Monitz. Służyła mi jako soundtrack do jazdy na terapię poznawczo-behawioralną. Polecam. Płytę, nie terapię, bo ta przypomniała mi, czemu jeden z moich profesorów na filozofii gardził psychologią.

***

To było 12 miesięcy, w czasie których wyszło kilka dobrych polskich płyt. Na przykład Ukryte Zalety Systemu. Choć trochę się rozczarowałem, bo sądziłem, że to jakieś dzieciaki, a na koncercie widziałem, że jeden z członków zespołu jest bardziej siwy niż ja. Zaskoczył też Brooks Was Here, podobała mi się Melisa. Fantastyczną płytę nagrała Alchimia – załoga z Polakiem na pokładzie: Robertem Iwanikiem.

Co do zagranicy, nie trafiłem na naprawdę wielką płytę. Nie ukazał się żaden album noiserockowy, który rzuciłby mnie na kolana. Najbardziej w tej materii spodobał mi się materiał Super Luxury. My Disco i Cherubs (oba zespoły wysoko w zestawieniu) nie brzmią jednak jak noise rock.

No i Liturgy dało po głowie. Dziwny zespół.

***

Najlepsza piosenka: „Birds of Flims” Sun Kil Moon. To numer na miarę „Like a Rolling Stone”. Coś pięknego.

***

Nie obyło się też bez rozczarowań. Ostatni Protomartyr jest nudniejszy niż esej Michnika.

***

Na koncertach wielu nie byłem, choć np. [peru] widziałem trzy razy. Polecam wszystkim, bo to mili ludzie, a i instrumenty nie bardzo im przeszkadzają w graniu.

Największe wrażenie zrobił na mnie Sunn O))) na Off Festivalu. Inna sprawa, że ja na tych Offach niespecjalnie jestem trzeźwy.

***

Tu napisałem co nieco o polityce i naszej alternatywie, ale wykasowałem. Zamiast tego, ładna dziewczyna z fajnego filmu:

daisy

***

Przeczytałem też parę książek. Największe wrażenie zrobiły na mnie: „Limonow” Emmanuela Carrère’a, „Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego i „Sześć tysięcy gotówką” Jamesa Ellroya. Ten ostatni to ma łeb, ja pierdolę.

***

Odkryłem również sens życia: jest nim oglądanie „Seinfelda”. Niestety, ma on tylko dziewięć sezonów, a do dwóch ostatnich nie było napisów. Ale za to do „Deadwood” były wszystkie.

al

No i to, co zrobił Jon Voight w „Rayu Donovanie”… Kłaniam się w pas.

***

Filmy tez oglądałem. Najlepszy był „Mad Max: Na drodze gniewu”. W kinie czułem się niemal jak z Tatą za komuny na „Gwiezdnych wojnach” (tez dobre te nowe) albo „Indianie Jonesie”.

***

Dziękuję wszystkim, którzy pisali komentarze tu – na blogu, i na fejsie. Także wszystkim, którzy podsyłali swoje płyty: zwłaszcza Marcelowi, który chyba cztery we mnie wmusił. :) No i Piotrowi z Martim Monitz, który zachował się zaskakująco, ale zdecydowanie na plus.

Jeśli jakiejś nie wrzuciłem / nie zrecenzowałem – sorry. W pojedynkę prowadzę blog, a muszę jeszcze pracować, a weekendy mam zajęte piłką nożną.

***

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.


%d blogerów lubi to: