melatony – droga do rem [pawlacz perski; 2022]

pawlacz perski

hubert zemler

motyw

Zdjęcie pochodzi z facebooka Huberta Zemlera

Niedawno miałem problemy z zasypianiem, postanowiłem więc kłaść się z ambientem na uszach. William Basinski, Noveller, Stars of the Lid, Tim Hecker i inni pomagali zasnąć. Bodaj jedyna płyta, która nie wykonała powierzonego jej zadania, to „Ambient 1: Music For Airports” Briana Eno, według Pitchforka ambientowy album wszech czasów. Na drugi dzień, przy pierwszej możliwej okazji, gdy mogłem w spokoju posłuchać muzyki, wracałem do tego, co pomagało mi zasnąć, albo i – w jednym przypadku – nie pomagało.

Po co ten wtręt osobisty? Już tłumaczę cytatem z bandcampowego opisu płyty Melatonów „Droga do REM”: „Tytuł projektu i albumu Huberta Zemlera sugerują, że autorowi nie będzie za bardzo przeszkadzało jeśli uderzycie przy nim w kimę. Musi się z tym liczyć tworząc muzykę oniryczną i hipnotyzującą. Jeśli jednak wam się to przydarzy nie zapomnijcie wrócić do Melatonów na drugi dzień, by przekonać się, że dziwne zwroty akcji wcale się wam nie przyśniły”.

Przy okazji pierwszego materiału Melatonów czytaliśmy o „Niewątpliwie relaksującym potencjale pierwszej części płyty, wypełnionej monotonnymi, krautrockowymi motywami (…)”, co mnie skierowało ku refleksji: jakże łatwo uznajemy kraut jako synonim awangardy. Czytamy „kraut”, myślimy „Can”, „Faust”, „Neu!” A jak się trafi na jakąś składankę zespołów krautrockowych, to podczas jej słuchania ma się ochotę założyć sandały i zapuścić wąsy, bo gros tych kapel to niemiecki rock regresywny. Ale to tak na marginesie.

„Melatony” były bardziej spójne i bardziej poważne niż „Droga do REM”. Czemu bardziej spójne – za chwilę. A dlaczego bardziej poważne? Może dlatego, że na nowej płycie Huberta Zemlera za gwiazdę większą niż inni goście, czyli Todd Barton, Antonina Nowacka i Emiter, robi dzięcioł, który „dostaje lekkiego szału”. Może zabawny bandcampowy opis zawartości też sprawia, że z automatu myślę o nowym materiale Melatonów jako o będącym mniej na serio.

Ponoć nazwa tego projektu oraz tytuł płyty wskazują na to, że Zemlerowi nie będzie przeszkadzać, gdy uderzysz podczas słuchania w kimę. Tylko jak przy tym dzięciole to zrobić? Równie dobrze można by zasnąć przy zwierzaku z „The Muppet Show”.

Jakoś dziwnie mi się słuchało „Drogi do REM”, nie do końca umiałem się skupić na tej muzyce. Zaczynający całość „Hamakiem”, choć trwa prawie sześć minut, wydaje mi się góra dwuminutowy; potem ten dzięcioł; w „Via Saterna” kobiecy wokal; „Corriendo Galarreta” to niemal dub techno, ładnie złagodzone gitarą (lekkie skojarzenie z Rozwodem), przechodzące w ambient czy raczej w coś, jakby Spiritualized robili wstęp do swej odmiany gospel (poniosło mnie); na koniec tytułowy numer, wykorzystujący oklepany motyw jadącego pociągu. No, ale jak Artysta bierze na warsztat oklepany motyw, i tak wychodzi coś nieprzeciętnego. Zresztą głos Antoniny Nowackiej sprawia, że robi się pięknie i poważnie, i chyba nawet boję spytać, wolę nie wiedzieć, dokąd jedzie ten pociąg.

No i co? Kiedyś, przy takim miszmaszu, pisało się „postmodernizm” – i cześć. Dziś tego słowa nie używają chyba nawet ci, co je wymyślili (abstrahując od tego, czy wciąż żyją).

Nie wiem, czy podoba mi się nowy materiał Melatonów jako całość, czy tylko polubiłem każdy utwór z osobna. W grę wchodzi raczej ta druga możliwość. Wracał będę raczej do „jedynki”.

***

W czerwcu Pawlacz Perski sięgnął do kabury i od razu oddał trzy strzały. Oprócz Melatonów można więc cieszyć się tym, co nagrali Emiter:

i Antek Cholewiński (tytuł jego płyty, „Kotek”, zabawnie został nazwany „clickbaitowym”):

Okładki wszystkich trzech nowych kaset to dzieło podlinkowanego wyżej motywu, co powoduje, że można patrzeć na czerwcowe wydawnictwa Pawlacza jak na całość czy tam trylogię. Podejrzewam, że miło je mieć, choćby po to, by sięgnąć po nie po latach. Tak jak dziś fajnie jest znaleźć na półce muzykę wydaną na kasetach np. przez Obuha.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

rozwód – gold [fonoradar records; 2022]

rozwód

fonoradar

Wydawca stwierdził, że „Gold” Rozwodu to „płyta roku”. Jednak odkąd niemal 30 lat temu Zic Zac próbował sprzedać zespół Wniebowzięci jako polską Nirvanę, nie ufam wydawcom.

Artyści raczej nie lubią, gdy się ich z kimś porównuje. Jakiś czas temu muzyk z zespołu czerpiącego wiadrami z klasyki nurtu post-punk poważnie się obruszył, gdy ktoś (nie ja) nazwał jego zespół „postpunkowym”. Dobrze chociaż, że recenzent nie wspomniał, iż wokalista sepleni niczym śp. Grzegorz Ciechowski.

Co ja poradzę, gdy zazwyczaj wszystko mi się z czymś kojarzy. Rozwód też, ale o tym za chwilę.

Wchodzimy na bandcamp zespolu i widzimy, że muzyka z „Gold” została otagowana w następujący sposób:

Nie wiem, skąd ten postpunk; ja bym tu dorzucił raczej doomjazz (chwilami, bo chwilami, ale pojawia się taki klimat na „Gold”). Oczywiście takie tagi mogą mówić wszystko i nic, ale myślę, że – poza postpunkiem – dobrze opisują drugą płytę Rozwodu. Płytę, o której… nie bardzo wiem, co pisać.

Chyba jeszcze tak nie miałem, żeby nie umieć sklecić pięciu zdań na temat albumu tak bogatego brzmieniowo, odwołującego się do kilku stylistyk, pełnego fantastycznych pomysłów, przywołującego na myśl cenionych wykonawców i – last but not least – najzwyczajniej świetnego, dużymi fragmentami porywającego. Dawno też nie miałem do czynienia z płytą, która przy jednym odsłuchu wydawała mi się niesamowicie fascynująca, a przy kolejnym przelatywała przeze mnie, nie zostawiając śladu. W końcu jednak za każdym razem te 38 minut i 27 sekund z „Gold” zaczęły sprawiać mi przyjemność.

Nową płytę Rozwodu idealnie się przyswaja na słuchawkach. Wtedy łatwiej (przynajmniej mnie) usłyszeć owe fantastyczne pomysły Damiana Kowalskiego, Czarka Rosińskiego i Szymona Szwarca. Jak choćby pojawiające się nagle to lekko nerwowe brzdąkanie na gitarze w kojarzącym się z Lotto (z tymi skojarzeniami chodziło właśnie o to genialne trio, o którym Rozwód przypomina mi w swych najlepszych momentach) – i może trochę Pan Sonic (mnie się ostatnio wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z cięższą elektroniką, kojarzy z tymi Finami) – kapitalnym „Hantel V2”. Niby trochę od czapy, a jest idealnie. Albo kontrolowany chaos utworu „Diesel”, w którym trio zdaje się wcielać w rolę młodszych kolegów Mouse on Mars, jednocześnie trochę oddając im hołd, trochę ich przedrzeźniając. Gdy leci tytułowy „Gold”, myślę o kasetach wydawanych przez Pawlacz Perski. Albo arcydzielne „E” – wpierw postrockowo-doomjazzowe, w pewnej chwilami zamieniające się w ponury dub techno/industrial.

Koniec pisania. Tego trzeba posłuchać, i tyle. W życiu bym nie pomyślał, że słowo „rozwód” może się dobrze kojarzyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)1/2

coagulant – archival recordings for paolo monti [antenna non grata; 2022]

coagulant

antenna non grata

Ambient to zapieczone gówno – można w ten sposób nawiązać do retoryki Charlesa Bukowskiego (nie wiem czyje to tłumaczenie), który tak wyraził się na temat Karola Marksa.

Miliard płyt z muzyką, którą możesz sobie puścić do roboty przyniesionej do domu, do czytania książki czy czego tam jeszcze, ale jeśli potraktujesz ją jako danie główne – umrzesz z nudów. Ambient to zazwyczaj ściema.

Zdarza się jednak, że muzyka, którą można w ten sposób – jako ambient – otagować, wyróżnia się, wchodzi w łeb jak najlepszy szlagwort, najbardziej nośny refren. I właśnie tak na mnie działają „hipnotyczne drone’y” Coagulant. (A niedawno Zguba).

Oczywiście można się posprzeczać o to, czy te nagrania można podciągnąć pod ambient. Według mnie – tak. Choć myślę, że noise ambient to najlepsza łatka.

Coagulant to „konceptualny projekt soundartowy”, wymyślony w 1998 r. przez Fkdrone, a obecnie prowadzony przez Fabia Kubica (pewnie to jedna i ta sama osoba). W notce na temat muzyki zawartej na opisywanej pozycji fonograficznej kluczowe jest dla mnie właśnie określenie „hipnotyczne drone’y”. Bo muzyka zawarta na tym CD to właśnie takie hypnotic drones; wspaniale narastające (choć dające też na chwilę wytchnienie), wbijające się w czaszkę. To muzyka pozbawiona przestojów, nudy, niepotrzebnych urozmaiceń. 33 minuty pieszczenia zmysłów.

„Archival Recordings for Paolo Monti” to nie ambient kojący, raczej coś, co na potrzeby nagrań (albo przy innej okazji) Les Vampyrettes – projektu Holgera Czukaya i Conny’ego Planka – zostało nazwane horror ambientem.

Słuchałem tej płyty kilka razy; w różnych sytuacjach, przy odmiennych nastrojach; po to, by się przekonać, czy pierwotny zachwyt nie był jednorazowy. Nie był. Płyta Coagulant za każdym razem działa (od pierwszego odsłuchu – jak wspomniałem – co też jest dla mnie ciekawe, bo zazwyczaj potrzebuję czasu, by „wejść” we wcześniej niesłyszaną muzykę) na mnie w ten sam, intensywny sposób.

Jest to pierwsza rzecz tego „projektu soundartowego”, którą miałem okazję poznać. No i – jak się obawiałem – Coagulant wydał kilkadziesiąt płyt. Pół żartem, pół serio: oby okazały się gorsze od „Archival Recordings for Paolo Monti”, bo nie wiem, czy mam czas, żeby w to wszystko wsiąknąć.

***

Muzyka oraz opracowanie graficzne poświęcone zostały pamięci wielkiego włoskiego fotografa Paolo Montiego (1908-1982). Zdjęcie zdobiące okładkę (w czasach coraz powszechniejszych ułatwień dla osób niedowidzących tak nieczytelne napisy, jakie widzimy [?] na niej, uważam za skandal), którego autorem jest sam Fabio Kubic, chyba nawiązuje do twórczości urodzonego w Novarze artysty.

Włączyć Coagulant i oglądać prace Montiego – takie połączenie musi dać satysfakcję.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

buhl/wysocki/szwarc (bws) – e03 [jvdasz iskariota; 2022]

UKRAINA

iskariota.com

bandcamp

facebook

Czy w tak paskudnym czasie powinno się w ogóle pisać o płytach? Siedzi mi w głowie gorzkie zdanie wypowiedziane przez Guernicę Y Luno: „Nie ukrywajmy, liczy się muzyka”. Z drugiej strony, trzeba przecież jakoś żyć, mimo tego, co się dzieje obok nas.

***

To ostatnia płyta z serii „S3RI4L NVMB3RS”, której kuratorem jest Szymon Szwarc (tym razem, przy okazji „E03”, „pojawia się nie tylko jako producent, lecz także jako pracownik muzyczny wyposażony w gitarę elektryczną”) – poeta, muzyk (Rozwód, Jesień), animator kultury, jak to się ładnie określa. Myślę, że to dobrze, iż ostatnia. I nie chodzi mi o niską jakość muzyki (bo ta w przypadku „E01” KKZ i „E03” jest co najmniej intrygująca; „E02” słyszałem zaledwie raz), ale o fakt, że po (zaledwie)  trzech materiałach będziemy myśleć o tym, co wydał Jvdasz Iskariota, jako o czymś wyjątkowym; przy kolejnych płytach możliwe, że mielibyśmy do czynienia z seryjniakiem („O, znowu coś wyszło w tej serii Jvdasza. Może włączę”).

***

Każde „rozchwiane” impro, które można wepchnąć w szufladkę z napisem „experimental rock”, już chyba zawsze będzie przynosić mi skojarzenie z amerykańskim Storm and Stress. Tak jak przyniosło w przypadku BWS i „otwieracza” E01.

***

Krytykowanie płyt z muzyką improwizowaną niesie ze sobą ryzyko bycia uznanym za nieosłuchanego kmiota, który – gdy brak podziału „zwrotka-refren” – czuje się niepewnie, jakby czytał Wittgensteina.

***

Muzyczne impro zdaje się najlepiej opisywać chaos dzisiejszego świata. Tak, nie punkowe manifesty, lecz muzyka improwizowana.

***

Bron Boże, nie wpisuję nagrań tria Jacek Buhl / Mateusz Wysocki / Szymon Szwarc w doraźną publicystykę. Po prostu żywioł improwizacji opisuje dziś to, co za oknem, lepiej niż – często deklaratywny – literalny sprzeciw.

***

„Wszystko na tym albumie pracuje. Nagranie to brzmi jak miasto, w którym wszyscy mieszkańcy zasuwają w fabryce. Płyta ma zatem jedno zadanie: zasuwać. Zastanawiam się jednak (niewystarczająco usatysfakcjonowany), co taka fabryka miałaby produkować i czy jej założenia są słuszne i bezpieczne. Słyszymy tu bowiem prąd, chaos i brud. Jest oczywiście nadzieja, że może doświadczamy eksperymentalnego ocieplania wizerunku przemysłowego terroru, choć trzeba przyznać, że działania są zupełnie bezkompromisowe (…) – czytamy w press packu.

***

Buhl (instrumenty perkusyjne; m.in. Alameda 5, Trytony, częsta współpraca z Wojciechem Jachną), Wysocki (elektronika; znany też chociażby jako Fischerle, współtwórca labelu Pawlacz Perski i jego sublabelu Patalax) i Szwarc (gitara, elektronika) serwują miksturę industrialu, noise’u, post-rocka, free jazzu, eksperymentalnego, sonicznego rocka, która w najbardziej intensywnych fragmentach sprawia, że zapomina się o tym, co wokół nas, albo – paradoksalnie – powoduje, że jeszcze mocniej się to coś odczuwa (vide „E02”).

Muzyka na „E03” niesie wiele skojarzeń, można ja tagować do rana, ale róznorodność daje efekt nie bełkotu, wrażenia łapania wielu srok za ogon, lecz spójności.

***

Słuchając (zbyt) wielu płyt z „impro”, „experimentalem” „free jazzem” etc., myślę, że w miarę nieźle potrafię odróżniać rzeczy wartościowe od tych, które brzmią, jakby ktoś robił sobie jaja ze słuchacza (zresztą pewnie niejednokrotnie ten i ów „ktoś” sobie te jaja robi). I choć nie widzę wielkiego sensu w opisywaniu muzyki, za którą stoi abstrakcja (widzę za to sens w dopisywaniu do niej opowieści, jak to zrobił niedawno chociażby kakofoNIKT), to przecież sześć powyższych akapitów nie wzięło się znikąd.

***

We wstępie stwierdziłem, że to dobrze, iż na „E03” kończy się „S3RI4L NVMB3RS”. I zdanie podtrzymuję, bowiem nawet jeśli kolejne płyty z serii trzymałyby poziom, to co zrobił Jvdasz i kurator serii Szymon Szwarc – powtórzę się – mogłoby stracić na wyjątkowości.

A biorąc pod uwagę potencjał wydawnictwa i każdego z muzyków, którzy stoją za „E01”, „E02”i „E03” – wszyscy zaangażowani pewno jeszcze nie raz wzbudzą w słuchaczach uczucie przyjemności z obcowania z niecodzienną muzyką, jak i uczucie niepokoju.

***

Obym dożył spokojniejszych czasów, gdy muzykę improwizowaną będę traktował jako mniej lub bardziej udany przejaw eskapizmu; nie opis tego, co się dzieje za oknem.

Wspaniała płyta.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

paulina owczarek | aleksander wnuk – komentarz eufemistyczny / kakofonikt – dance epidemic: greatest hits a.​d. 1518 [antenna non grata; 2021]

Chciałoby się napisać recenzję każdej godnej uwagi płyty, jaką dostaję w takiej czy innej formie, ale ostatnio jest tego tyle, że nie ma szans. O niektórych wydawnictwach wypada jednak przynajmniej wspomnieć. Tak jak o dwóch poniższych, które wypuściła w świat Antenna Non Grata. Suche (może nie do końca – uważni zauważą) info z mojej strony. W sumie to już żadne nowości: oba CD ukazały się w ubiegłym roku.

W 2002 Antenna zdążyła wydać już Bolka i Lolka oraz split LDQ Ysimaro z Mente-Atada.

(o)(o)

Paulina Owczarek | Aleksander WnukKomentarz eufemistyczny (ANG CD14/2021; 23 listopada 2021; 59’09”)

kto gra? Paulina Owczarek (saksofon barytonowy) i Aleksander Wnuk: obiekty perkusyjne, przetwarzanie. Związani z Krakow Improviser Orchestra; „zasadniczo grają bez zasad” (wszystkie cytaty z Bandcampa Antenny Non Grata)

z czym mamy do czynienia? „«Komentarz eufemistyczny» to projekt udźwiękowienia wyobraźni, pobudzanej przez klaustrofobicznie zamglone, toksyczne miejskie przestrzenie. Muzyczna refleksja nad zjawiskiem estetyzowania katastrof i eufemizacji języka ich opisu. Nad eufemizmem rozumianym jako kamuflaż, kreowanie języka przytulnego, manipulacja, ukrywanie sensu, ale i narzędzie konieczne jednostkom i społecznościom do w miarę bezbolesnego funkcjonowania w rzeczywistości”.

skojarzenie 10fs „Twin Peaks: The Return”. Słuchając „Komentarza eufemistycznego”, mam za każdym razem ochotę wrócić do serialu Lyncha, najlepiej do scen ze „złym Cooperem”.

(o)(o)

kakofoNIKTDance Epidemic: Greatest Hits A​.​D. 1518 (ANG CD 16/2021; 31 grudnia 2021; 64’02”)

kto gra? Patryk Lichota – syntezatory, samplery i sekwencery, efekty, saksofon sopranowy i tenorowy, Fender Bass VI oraz Hubert Wińczyk – syntezator, sampler, nagrania terenowe na CDJ, automaty perkusyjne, wokal.

z czym mamy do czynienia? „«Dance Epidemic» jest fantazją zespołu na temat wydarzeń, które miały miejsce w miejscowości Strasbourg nad rzeką Ren w 1518 roku. Mieszkańcy wpadli wówczas w samoczynny, niespodziewany amok taneczny. Była to epidemia w tym sensie, że według podań zaczęła się od jednej osoby (zwanej Frau Troffea), która nagle zaczęła pląsać i infekować swoim opętańczym tańcem innych mieszkańców, aż taneczna mania pochłonęła większość miasta. Nie ma jednoznacznego wyjaśnienia tego historycznego zdarzenia, choć najbardziej fascynująca jest hipoteza o zatruciu sporyszem, czyli przetrwalnikiem halucynogennego grzyba rozwijającego się na kłosach dojrzewającego żyta oraz ta, iż zdarzenie było rytuałem jednej z sekt, stłumionej później przez inkwizycję, podobnie jak inne heretyckie i wolnomyślicielskie ruchy Europy. Zapiski z tamtych wydarzeń są skromne, ale dały żyzne podglebie dla fantazmatów snutych przez zespół. Album jest wyimaginowanym soundtrackiem do poszczególnych etapów epidemii tańca oraz jej różnych perspektyw (narracyjny zoom in/out) – gremialnych, stadnych jak i jednostkowych. Pojawia się zbiorowy obłęd błaznów miejskich, katatoniczna alienacja w ekstazie tłumu, erotyczne marzenia o Królowej czy pamięć ciała, która powraca niespodziewanie w trakcie tańca i przypomina dawny wypadek”.

skojarzenie 10fs Za Siódmą Górą spotyka Coil.

ala kryształ – sandtrack [loża oficyna; 2021]

ala kryształ

loża oficyna

wywiad

Soundtracki nie wzbudzają mojego zaufania. Zdarzają się co prawda wyjątki („Twin Peaks”, „Ghost Dog”, ostatnio „Symfonia Fabryki Ursus” autorstwa Dominik Strycharski Core i Orkiestry Dętej Ursus) – ale najczęściej jest tak, że muzyka, która zachwyca, gdy ogląda się film, wyjęta z niego – rozczarowuje.

Trzeba też powiedzieć, że jeżeli ścieżka dźwiękowa jest dziełem jednego artysty, płyta z nią zazwyczaj jest słabsza od jego „normalnych” albumów. Świeżym przykładem jest Tim Hecker: zachwycałem się „Anoyo” (2019), natomiast „The North Water [Original Score]” (2021) wydał mi się materiałem zaledwie dobrym, choć do obejrzenia serialu zachęcił.

Z „Sandtrackiem” Ali Kryształ (zdaje się, że „podebrano” świetną ksywę jakiejś singerce/songwriterce; broń Boże, raperce) sytuacja wygląda tak, że zacząłem jej słuchać ze świadomością, iż to muzyka do nieistniejącego filmu, nie mając pojęcia, że CD towarzyszy DVD z „zarejestrowanym w innej rzeczywistości misterium, filmową ucztą, która bogactwem swych smaków zaspokoi zmysły nawet najbardziej doświadczonego kulturalnego sybaryty”. Osobiście robiłem tym razem za ascetę z plikami w formacie .mp3 (w takiej formie dostałem do zrecenzowania „Sandtrack”).

Ala Kryształ to Marcin Karnowski (Variété, 3moonboys, BRDA i in.; pisałem o nim w kontekście niecodziennego projektu „Mapy czasu”), Radosław Drwęcki (3moonboys) i odpowiedzialna za wizualną stronę projektu Monika Kuczyniecka, która ma na koncie współpracę chociażby z Renatą Przemyk, Bajzlem oraz Czesławem Mozilem. Gościnnie udział wzięły m.in. wokalistki: Anna Niestatek i Adela Konop (pojawia się chyba wyłącznie w „Niespodziewanej wizycie”; swoją drogą – ciekawie w tym utworze rytm jest łamany przez elektronikę – jakby chciano nieco zirytować słuchacza), które miały zasadniczy wpływ na klimat nagrań.

***

Przy pierwszym przesłuchaniu pomyślałem wpierw – że nie, ale pod koniec płyty – że jednak tak. Potem znów odczucia się wahały: raz – że więcej niż OK, dwa – że to trochę taka muzyka, która leci, bo leci, ale gdyby nie leciała, to życie nie stałoby się o wiele uboższe.

I właśnie dlatego zazwyczaj zwlekam z recenzowaniem płyt, nie ufam pierwszym wrażeniom. Z muzyką jak z obrazem: trzeba koło niej połazić, nie wystarczy kątem okna zerknąć, czy ktoś równo kładzie farbę.

To, co najbardziej rzuca się w uszy, to wspaniała robota perkusyjna Karnowskiego (na płycie użyto między innymi handpana). W moich ulubionych fragmentach „Sandtrack” kojarzy mi się ze wspólnymi płytami Jakiego Liebezeita i Burnta Friedmanna (np. przykrótki „Koc dla Anny” i lecący zaraz po nim „Spodziewany efekt” [najlepszy na płycie?]). Zresztą skojarzeń z autorami serii „Secret Rhythms” jest więcej, bo i kolejny utwór, „Podział”, też się na takowe załapał. Ale mnie ostatnio wszystko, co ciekawe rytmicznie, przypomina o byłym perkusiście CAN.

Trzeba jednak zaznaczyć, że płyta nie tylko robotą perkusyjną Karnowskiego stoi, o czym świadczy chociażby to, iż jednym z najlepszych utworów na niej jest horrorowaty „Nieprzyjemny gość”, pozbawiony rytmu.

Jakiś czas temu oglądałem „Nosferatu – symfonię grozy” F. W. Murnaua, do której grały na żywo Czerwie. Wydaje mi się, że bohaterowie tego postu zagraliby jeszcze lepiej do tej ramoty tego klasyku filmu grozy. Podobnie niepokojący numer, ale bardziej lynchowski (okładka płyty kojarzy się wszak nie tylko z „Nocą na ziemi” Jima Jarmuscha, ale też z „Mulholland Drive”) w klimacie, to „Lecz jej już tu nie ma”.

Szukając innych porównań muzycznych, można wskazać mało odkrywczo na Karpaty Magiczne – Ala Kryształ zapuszcza się w tereny etno, a wokal Niestatek tylko pomaga w przywołaniu twórczości tych etnoeksperymentatorów.

***

Z każdym przesłuchaniem „Sandtrack” zyskuje. Pełna wersja – z filmem Moniki Kuczynieckiej – zamówiona.

***

LOŻA Oficyna po raz pierwszy pojawiła się na 10fs. Pewnie nie po raz ostatni.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

kkz – se01 [jvdasz iskariota rec.; 2021] / łukasz poleszak – korzenie [nagrania somnambuliczne; 2021] / chore ia – reanimacja [antenna non grata; 2021]

Wszystkie płyty tu przedstawione zasługują na osobny post. O to, że wrzuciłem je do jednego, można winić chodzenie do pracy, sześć kotów, które zawracają dupę, mecze piłkarskie, seriale itd. oraz coraz większe poczucie, że pisanie o muzyce jest dość głupie. Albo po prostu stare, dobre lenistwo.

Notki na temat KKZ i Łukasza Poleszaka pisane były na żywo, podczas słuchania muzyki. Inaczej z Chorym Ia, o którym pisało mi się najtrudniej, i za cholerę nie wiedziałem, co to miałoby być.

***

Kowalski/Kowalski/Zadrużyński – SE01 [Jvdasz Iskariota Rec.; 2021]

Pierwsze wydawnictwo z serii „S3RI4L NVMB3RS”, „która za zadanie ma prezentację i promocję efemerycznych nagrań muzyki improwizowanej i eksperymentalnej dokonanych przez zaproszonych muzyków sceny niezależnej. Podstawą projektu są sesje nagraniowe z udziałem zaproszonych muzyków, instrumentalistów reprezentujących różne środowiska muzyczne, którzy grając ze sobą po raz pierwszy, nawiązują swobodny i konceptualny muzyczny dialog”. Kuratela producencka: Szymon Szwarc.

Brzmi poważnie. I jest poważnie, gdyż tych sześć kawałków wbrew – być może uzasadnionym – obawom, to nie jest improwizacja będąca synonimem nudnawego pitolenia, sztuki dla sztuki, lecz rzecz robiąca wrażenie przemyślanej i nawiązującej do dokonań najciekawszych formacji rodzimej alternatywy: Rozwodu (Damian Kowalski zresztą gra w nim), Dynasonic czy Lotto.

Na mnie największe wrażenie robi bodaj numer „E04”, w którym KKZ osiągają poziom nagrań śp. Jakiego Liebezeita i Burnta Friedmanna z serii „Secret Rhythms”. Zresztą mam wrażenie, że nad robotą perkusyjną na „SE01” unosi się duch genialnego perkusisty Can.

Kapitalny jest również ten fragment zamykającego płytę „E06”, gdy KKZ wchodzą na naprawdę wysoki poziom intensywności. Innym utworom też niczego nie brakuje.

Świetny materiał. Panowie Kowalski, Kowalski i Zadrużyński – ukłony!

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Łukasz PoleszakKorzenie [Nagrania Somnambuliczne; 2021]

Prace nad „Korzeniami” trwały sześć lat – były podróżą od Śląska przez Barcelonę po Zanzibar. Czy wypadałoby w ogóle skrytykować coś, na co artysta poświęcił aż tyle czasu ze swego cennego życia? Oczywiście, że wypadałoby. Na szczęście płytę wydaną przez Nagrania Somnambuliczne można – choć nie bezkrytycznie – polecić.

Słuchając jej, myślę o miejscach, które zapewne są fascynujące, i wiem, że raczej nigdy ich nie odwiedzę. To często niepokojące dźwięki, o czym przekonujemy się już przy „Białych klifach”, drugim utworze na „Korzeniach”. Ale niepokój ten (wyobraźmy sobie, że znajdujemy się gdzieś… nie wiem… dajmy na to przed wielkim, rozłożystym drzewem, z dala od miasta) nie dotyczy uczucia, że może nam się coś stać, lecz tego, że piękno roztaczające się wokół może zniknąć.

Gdy leci chociażby „Księżyc” (nb. utwór najbardziej wpadający w ucho), mam wrażenie, że Poleszak faktycznie nagrał płytę o czymś, czego zaraz nie będzie.

Nie podzielałem opinii Jarka Szczęsnego z Nowamuzyka.pl, że dobrym posunięciem było dodanie wokali do „Korzeni”, bowiem te nie są mocnym punktem płyty. Wolałem zresztą, żeby w miejscach przywoływanych muzyką Poleszaka nie było ludzi.

Takie było moje pierwsze wrażenie. Potem doszedłem do wniosku, że niektóre utwory bez głosu pewnie wiele by straciły (np. „Wilcze tropy” i „Serce lasu”). Podsumowując: czasem wokal przeszkadza, czasem pomaga.

„Pozyskiwałem je (dźwięki – 10fs) w bardzo różny sposób. Na przykład bardzo lubiłem chodzić na całodniowe wycieczki w góry, albo do lasu, gdzie wchodziłem najgłębiej jak się dało, tak, żeby żaden człowiek nie przechodził w pobliżu, i zostawiałem w możliwie najdzikszym miejscu rejestrator. Oddalałem się i po kilku godzinach wracałem po sprzęt. Dopiero w domu sprawdzałem, co się złapało. Czasami siedziałem obok i słuchałem natury, co stało się moją formą medytacji”opowiada Poleszak Aleksandrze Wojcińskiej. Do stworzenia nagrań użył m.in. nagrań terenowych, syntezatora analogowego, mis tybetańskich oraz dzwonków zaphir.

A mnie ciekawi, czy pojawiły się głosy zarzucające Poleszakowi, że przerobił egzotykę na zbyt przystępne dźwięki, na ambient i elektronikę dla mniej wymagającego słuchacza. Przysłuchując się niektórym fragmentom tej ciekawej płyty (za którą stoi nawet ciekawsza od niej historia), wcale bym się nie zdziwił. Inna sprawa, że sam Poleszak „rozbraja” takie zarzuty w wyżej wspomnianym wywiadzie, który gorąco polecam.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Chore IaReanimacja [Antenna Non Grata / Wanatka; 2021]

Robiąc porządki w kasetach, natrafiłem na prawdziwą perełkę: materiał „Neologizmowa” Chorego IA, wydany w 1995 r. przez OBUH Records (na zdjęciu głównym). Ładnie, trochę baśniowo to wygląda, pasując do hasła „Muzyka jakiej świat nie widzi”, będącego tytułem płyty sztandarowego zespołu OBUH-a, Za Siódmą Górą.

Spotkałem się ostatnio z opinią, że polski underground przeżywa kryzys, również wydawniczy. Najwyraźniej nie dotknął on Antenny Non Grata, bo w tym roku ta ma na koncie bodaj 13 wydawnictw (wliczając składanki). Sam pisałem o trzech: Szpetach, Sambarze i dosłownie przez chwilą o Trio_io.

Chore IA to solowy projekt Jacka Wanata, „filozofa, basisty, miłośnika awangardy rockowej”, od lat generującego dziwne dźwięki, wydawane przez wspomniany OBUH czy Requiem Records. Trzeba przyznać, że chłop prowadzi dość ożywioną działalność, gdyż oprócz „Reanimacji”(jest też na jego Bandcampie, ale z inną okładką niż antennowa) nagrał w tym roku bodaj trzy płyty.

W przypadku Poleszaka jego opowieść wpływa korzystnie na odbiór „Korzeni”. Frywolna gadka Wanata („Raczej trudno ją [„Reanimację” – 10fs] nucić i z pewnością nie można przy niej rytmicznie poklaskać. No i ten niemodny temat: umieranie. A jednak – jeśli się jej słucha – to wpada do ucha. Bo do tego właśnie służy muzyka: do słuchania – nie do latania.”) – niekoniecznie. Nie chodzi mi o to, żeby autor nagrał film, na którym przez godzinę smutno patrzy w czarną ścianę, ale rola kpiarza, którą przybrał, średnio mi tu pasuje. A stwierdzenie, że nie da się do „Reanimacji” rytmicznie poklaskać, jest już w ogóle niepotrzebne. Jak wiemy, Polacy nie umieją rytmicznie klaskać do niczego, o czym przekonuje się każdy muzyczny gwiazdor z zagranicy, który próbuje ich (czyli nas) do tego namówić na koncertach, na których gra z playbacku. Tak przynajmniej zawsze twierdzili dziennikarze muzyczni. Czyżby tylko zagraniczny odbiorca twórczości Chorego IA może nie klaskać z sensem przy jego nagraniach?

Miałem – co może widać – problem, żeby napisać cokolwiek o „Reanimacji” („20 utworów w pięciu aktach – jedna opowieść”), będącej na CD jednym kawałkiem, trwającym niecałe 70 minut. Znalazłem jednak prosty sposób na ten problem: ściągnąłem ją sobie ze wspomnianego Bandcampa Wanata i proszę – od razu lepiej, gdy wiem, kiedy dany utwór się zaczyna, a kiedy kończy.

Zarówno „Neologizmowa”, jak i późniejsza o 26 lat „Reanimacja” mają w sobie pewien amatorski klimat; jakby Wanat nie chciał zabrzmieć do końca poważnie. Mam wrażenie, że choć śmierć z „Reanimacji” to zazwyczaj ta Bergmanowska, od szachów, to często artysta zwraca się do słuchacza: „patrzcie, robię coś na poważnie, o umieraniu, ale żeby nie wystraszyć was wszystkich do końca (i siebie samego?), zaprosiłem też Pana Śmierć z Monty Pythona” (tego, od „bo wy, Angole, jesteście tacy, kurwa, pompatyczni”)..

Miałem ostatnio do czynienia ze śmiercią – nie ma do niej dobrego soundtracku. Horror ambient, który zafundowało Chore IA, trochę mnie przeraża, ale też doceniam elementy – choć to może zbyt mocne slowo – frywolne (w muzyce, nie w opisie zawartości płyty; choć kto wie, czy gdyby nie ów opis, usłyszałbym pewną dezynwolturę w dźwiękach). Dobrze się przy „Reanimacji” zasypia, choć biorąc pod uwagę dźwięki pojawiające się przykładowo w „Phobii” – było to może tylko moje zmęczenie.

Warto – głównie dzięki „Agonii” – spróbować się zmierzyć z tym, co proponuje Wanat. Pytanie, czy będzie się chciało do tego wracać.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

trio_io – new animals [2021; antenna non grata]

trio_io

antenna non grata

Niby „New Animals”, a bohaterami płyty są zwierzęta dobrze znane z telewizji, może nawet z kontaktów osobistych: oposy, wieloryby, lamy, mrówki, dzięcioły, słonie oraz pszczoły. Nie można ufać awangardzistom.

***

Trio_io widziałem w marcu ub.r. w Katowicach. Koncert odbył się przy okazji katowickiego JazzArtu (by być dokładnym: w ramach Before Katowice JazzArt Festival 2020), więc frekwencja była konkretna. Chwilę później ogłoszono pandemię, więc przepadł mi chociażby występ Hioba Dylana i Vermona Kids w Drzwiach Zwanych Koniem. O Full of Hell i Eye Flys we Wrocławiu nie wspominając.

Nie żebym wierzył w negatywną moc sprawczą Zofii Ilnickiej (flet), Łukasza Marciniaka (gitara elektryczna) i Jakuba Wosika (skrzypce), ale gdy cała trójka ponownie, w listopadzie br., zawitała do Katowic, znów wiązało się to ze straszeniem obywatela obostrzeniami, lockdownem itp.

Tym razem (17 listopada) Trio_io zagrało w Bazarze „niezależnej mody, sztuki i muzyki” (niedawno wystąpił tam chociażby typ z Zs). Frekwencja mniejsza niż przed ponad rokiem (bo to przecież żaden JazzArt, tylko zwykły koncert), ale i tak według mnie niezła, jak na Katowice (czemu nie zrobiłem żadnego zdjęcia?).

***

Porównywanie czegoś, co miało miejsce kilkanaście miesięcy wstecz, z tym, co odbyło się przed chwilą, nie ma wielkiego sensu, bo pamięć nas oszukuje, ale mam wrażenie, że Ilnicka, Marciniak i Wosik na bazarowym koncercie lepiej współbrzmieli niż półtora roku temu.

Kapitalnie patrzyło się na to, jak cała trójka „znęca się” nad swoimi instrumentami – jak Marciniak robi swoje czary-mary na gitarze, a Ilnicka i Wosik używają fletu i skrzypiec nie tylko w klasyczny sposób, ale też szarpią struny albo używają ich jako instrumentów perkusyjnych (na płycie słychać to najlepiej chyba w „Woodpeckers”). To nieklasyczne podejście do fletu, skrzypiec i gitary nie ma nic wspólnego z popisywaniem się. Przeciwnie – Trio_io gra minimalistycznie. Podobnie jak recenzowani niedawno El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra zdaje się wyznawać zasadę, że lepiej jeden dźwięk za mało niż jeden za dużo.

A ja z pierwszym odsłuchem „New Animals” czekałem właśnie do momentu, gdy obejrzę Trio_io na żywo, choć w takich przypadkach zawsze jest ryzyko, że powie się: „Eee… To nie to samo, co live”.

***

 „Nasza muzyka jest wypadkową trzech umysłów, trzech różnych języków muzycznych, trzech różnych źródeł pochodzenia. Nasze spotkanie przyniosło otwarte formy, czerpiące z tradycji muzyki kompozytorów współczesnych, eksperymentów z preparacją instrumentów oraz elementów free jazzu i muzyki ludowej. Nasza muzyka może być określana po prostu jako nowa muzyka” – pisze o sobie – zwięźle i z sensem – Trio_io.

Jak zwykle, słuchając czegoś, co z rockiem zdaje się nie mieć niczego wspólnego (nawet mimo obecności gitary elektrycznej), najbardziej lubię te momenty, gdy to awangardowe coś granie rockowe przypomina. W przypadku Trio_io można chociażby pomyśleć o radykalnych postrockowcach ze Storm & Stress (chaos w „Whales”). Pojawiają się na „New Animals” też echa niemal industrialu (gitara w „Llamas”) czy psychodelii.

Trio nie gra muzyki łatwej (podobnie jak na koncercie, na płycie dalekie jest od konwencjonalnego traktowania instrumentów), przy goleniu raczej tego nie zanucisz (w każdym razie raczej bym nie próbował), choć też nie jest to drapanie styropianem po szybie. Każdy, kto ma umysł otwarty na niecodzienne dźwięki, powinien poznać „New Animals”. No i poprzedni materiał, „Waves”.

Przeszkadza mi może tylko jedno: niemal przy każdym odsłuchu mam wrażenie, że tak jak każdy z utworów podoba mi się osobno („Llamas”, „Woodpeckers” czy „Bees” to rzeczy – jak mówią mądrzy ludzie – arcydzielne), tak nie do końca – mimo że za płytą stoi jasna koncepcja przedstawienia zwierząt za pomocą dźwięków – potrafię odebrać ją jako całość. Może w ten sposób: poprzez muzykę Ilnickiej, Marciniaka oraz Wosika, przejawia się różnorodność świata przyrody? W końcu co ma wspólnego mrówka ze słoniem. OK, koniec z tanim filozofowaniem.


Kot (cat) – zwierzę pominięte na „New Animals”

Jeden z najciekawszych polskich zespołów nagrał świetną płytę (gustownie wydaną na CD przez Antennę Non Grata). I tą mało efektowną konstatacją kończymy.

PS Choć półtora roku temu widziałem na koncercie Trio_io więcej osób niż teraz, mam wrażenie, że wreszcie Ilnicka, Marciniak i Wosik zostali jako tako zauważeni. A może to tylko moja, facebookowa bańka.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

staszek fungus – bloudit [pawlacz perski; 2021]

staszek fungus – bandcamp

staszek fungus – facebook

pawlacz perski – bandcamp

pawlacz perski – facebook

„Psychoakustyczne halucynacje” – sprawdzamy, czy warto im ulec.

***

Mam wrażenie, że Pawlacz Perski, kładąc nacisk na psychodeliczny charakter „Bloudit”, podkreśla odrębność materiału Staszka Fungusa od tego, co ten szacowny kasetowy label wydał wcześniej.

Mnie jednak owe utwory, które „(…) umieszczają nas wewnątrz miejsc będących dźwiękowymi halucynacjami opatrzonymi ścieżką dźwiękową” (Lech Nienartowicz), nie wydają się czymś bardzo odmiennym od wielu innych wydawnictw Pawlacza; zwłaszcza skojarzenie z „wodną psychodelią” Wojtka Kurka, którą mogliśmy podziwiać na „Buoyancy”, jest żywe.

***

Na chwilę z innej beczki. Do łba przyszła mi też poboczna refleksja, mająca się nijak do tego, co nagrał Staszek Fungus. Słuchając trzeciego utworu – „216 metrów, za oknem”, pomyślałem o tych wszystkich przeciętnych lub kiepskich zespołach rockowych, które nudę swej muzyki próbują przykryć psychodelizującymi zagrywkami. Problem ten występuje zapewne wszędzie, ale patriotycznie wymienię tu nasz Myslovitz. Z perspektywy czasu zabawnym wydaje się fakt, że jego lider Artur Rojek pozował na jedynego eksperymentatora w mysłowickiej grupie. Zabawnym, gdy skonfrontuje się dawne ambicje z nędzą jego obecnych, solowych dokonań. „Psychodeliczne ozdobniki jako narzędzie mające ukryć nudę muzyki rockowej i popowej” – temat, nad którym chyba warto się kiedyś bardziej pochylić.

Ale to tak na marginesie. Zostawmy szmirę, wróćmy do sztuki.

***

„Systematycznie odkształcane klimatyczne syntezatorowe pasaże” (znów Lenartowicz), wkomponowane głosy z otaczającego nas świata, niepokojący ambient i puls miasta. Staszek Fungus (trzeba wspomnieć, że za tym pseudonimem kryje się Michał Lejczak) zabiera nas w miejsca, które niewątpliwie warto zwiedzić, choć będąc tam, od czasu do czasu wypada zerknąć przez ramię, czy nie czai się za nami coś podejrzanego. Jest w tej muzyce dużo mroku.

***

„Bloudit” pozostawia lekki niedosyt, zrobiło na mnie nieco mniejsze wrażenie niż „Buoyancy” Kurka czy zwłaszcza kapitalne (i, jak znam życie, niedocenione i niezauważone) „Endless Fluctuations” Ostrowskiego, ale ta muzyka to i tak kolejny dowód na to, że Pawlacz Perski jest wydawcą z wybitnym gustem.

Inna sprawa, że przy tego typu graniu każde kolejne przesłuchanie tylko pomaga w jego odbiorze, więc niewykluczone za jakiś czas tego, co nagrał Lejczak vel Fungus, będę słuchał z równie dużą przyjemnością, jak materiałów Kurka czy Ostrowskiego.

***

Warto również zwrócić uwagę na świetną grafikę Lidii Wnuk, zdobiącą okładkę „Bloudit”. Tym, jak Pawlacz wydaje kasety, też można się pozachwycać.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

dawno temu – automatic reply [jvdasz iskariota; 2021]

iskariota.bandcamp.com

iskariota.com

dawnotemu.bandcamp.com

facebook

fot. Karolina Borkowska

Firma, w której w każdy poniedziałek, wtorek, środę, czwartek oraz piątek marnuję po kilka godzin życia, postanowiła swego czasu się unowocześnić. Zainstalowano nam więc w komputerach – cytuję za Wikipedią – „aplikację internetową stworzoną w 2009 roku przez polskiego programistę Kamila Rudnickiego do monitorowania komputerowej aktywności jej użytkowników”. A do mejli, pisanych polszczyzną gorszą nawet od tej wikipediowskiej, dodano nowoczesne koszmarki językowe, w tym mój ulubiony – słowo „dedykowany”.

***

Jak się nie ma nic nowego do powiedzenia, zawsze można się powtórzyć. Powtórzę więc, że bardzo lubię, gdy artyści obudowują swoją twórczość jakąś historią, zwłaszcza gdy zajmują się muzyką instrumentalną (by być dokładnym: na „Automatic Reply” pojawiają się wokale). Pozwala ona na przyjemną zabawę: skonfrontowanie historii, które pojawiają się w mojej głowie podczas odsłuchu, z tym, co widzi artysta albo wydawca (pozdrawiam Pawlacza Perskiego i Patalax).

***

Na pomysłowym i bardzo ładnym zdjęciu, które możecie zobaczyć nieco wyżej, widnieje Ago Calipso, która jako Dawno Temu nagrała „Automatic Reply”. Muzykę wydaną na CD i kasecie przez Jvdasza Iskariotę można określić po prostu jako ambient, ale sama artystka czy też wydawca nazywa(ją) ją również soundtrack for dreams czy avant-bedrooming. Fajnie i oryginalnie.

***

Przejdźmy jednak do historii stojącej za „Automatic Reply”, co przy okazji wytłumaczy mój wstęp:

„prace nad tym albumem rozpoczęłam dwa lata temu (dokładnie w październiku 2019), jednocześnie rozpoczynając nową pracę. jest to o tyle kluczowe, że miejsce pracy zainspirowało mnie w sposób, który w efekcie przerósł moje oczekiwania. praca w dużej korporacji jest trudna, z wielu względów: począwszy od struktury, obowiązków, idąc przez narzędzia, harmonogramy, rutyny, mijając nowych ludzi, języki, a skończywszy na sumieniu, tożsamości i wątpliwościach. co warte dodania, dzielę to doświadczenie z wieloma osobami w moim wieku (tak zwanymi millenialsami) – wiele z tych osób to również artystki i artyści. i nie mówię przez to, że jest to dobre lub złe – stwierdzam tylko fakt. doprowadziło mnie to do wielogodzinnych rozmyślań o kondycji współczesnego człowieka, a które to rozmyślania postanowiłam zawrzeć w muzyce.

dlaczego automatic reply? każdy, kto pracował, lub pracuje w dużej korporacji prawdopodobnie przekonał się o tym, jak bardzo istotnym jest pozostawienie automatycznej zwrotki na swojej skrzynce mailowej podczas dłuższej nieobecności. fenomen ten, bycia częścią systemu w sposób cyborgiczny, odbił się znacząco na moich zmysłach. informowanie kogoś o tym, że cię nie ma, jest dla mnie równie symboliczne: co dziś znaczy nie bycie? do jakiego stopnia nasze życia są zautomatyzowane? gdzie jest granica? czy w ogóle jest?”.

Wrzucam, zachowując oryginalną pisownię, fragment tzw. zestawu prasowego (używając sformułowania press kit, stanąłbym po stronie tych od „dedykowanego” i „destynacji”), dodany do „Automatic Reply”, bo jest ciekawy. A od siebie dodam, nawiązując do końcówki pierwszego akapitu: jest to złe.

***

Dobry, nawet bardzo, jest natomiast ten materiał. Co ciekawe, choć bazuje na abstrakcji, jaką jest ambient, przemawia – dzięki historii opowiedzianej przez Ago – w sposób bezpośredni niczym… nie wiem… kaseta „Ciekawość cierpienia” punkowego zespołu Niech Będzie?, której słuchałem w środowy wieczór.

***

A muzyka broni się niezależnie od opowieści o korpo. I można byłoby do niej dopisać inną historię. Albo po prostu słuchać jej i nie myśleć o niczym.

***

Biorąc pod uwagę kontekst „Automatic Reply”, to nawet zabawne: napisałem tę recenzję w pracy.

%d blogerów lubi to: