boro/sull. – the flat parts of the day [2022]

bandcamp

!!!ZESPÓŁ SZUKA WYDAWCY NOŚNIKA FIZYCZNEGO!!!

A miało być Borowski / Sulik. Poważnie niczym w jazzie.

Bartosz „Boro” Borowski (min. rewelacyjne Lonker See [obecnie w zawieszeniu] i Why Bother?) oraz Piotr Sulik (kiedyś m.in. prawdziwa niczym ból zęba Guernica Y Luno i „najlepszy zespół w Europie” – Ewa Braun, dziś chociażby niezwykła formacja Titanic Sea Moon) – możemy więc mówić o „supergrupie” (albo raczej „superduecie”). Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że supergrupy często bywają atrakcją na miarę mysłowickiego dworca PKP albo zejścia po ziemniaki do piwnicy. Jak jest tym razem?

Spotkałem się z opinią (konkurs z nagrodą: zgadnij, czyja to opinia, a podaruję ci kota, który wysikał się na mój winyl Ritual de lo habitual Jane’s Addiction), że „w chuj takich płyt, a to jedna z tysięcy”. No i że za jakiś czas nie będzie się o niej pamiętać. Z drugą opinią mogę się zgodzić. W końcu kto dziś pamięta chociażby o wspólnej płycie Omara Rodrígueza-Lópeza i Johna Frusciante, absolutnie wspaniałej rzeczy w poniekąd podobnym klimacie, co nagrania Borowskiego i Sulika. Muzyki tyle wokół, że można oszaleć.

Jeśli to coś warte, z pierwszą opinią się nie zgodzę. „W chuj takich płyt” słyszałem i w „tej jednej z tysięcy” dostrzegam coś, czego większość nie ma (bo po prostu nie ma; a może, lecz nie poświęciłem należytej uwagi, bo akurat miałem ochotę na Immolation albo Red Hot Chili Peppers, nie na ambienty – nieważne). Coś, co przykuwa uwagę i uruchamia wyobraźnię.

Niestety artyści nie przysłali w celach promocyjnych żadnego współnego zdjęcia, więc wrzucam kibiców Senegalu z trwających MŚ. „Lwy Terangi” niestety poległy w starciu z „Lwami Albionu”

The Flat Parts of the Day… Podoba mi się klimat całości – jakby z postapokaliptycznego (space) westernu. Już psychodeliczny, „pustynny” „otwieracz”, 1:00 a.m. (mocno z czymś się kojarzący, lecz nie wiem z czym) wprowadza w ów klimat – klimat soundtracku do nieistniejącego filmu.

Te psychodeliczno-postrockowe (też ambientowe i bodaj raz prawie noise’owe) dźwięki zostały wygenerowane przez Borowskiego i Sulika przy użyciu czterech wzmacniaczy, dwóch gitar, loopów, efektów gitarowych wszelkiej maści, slide’u i być może nawet śrubokrętu. Ten nie w stu procentach potwierdzony śrubokręt brzmi groźnie, ale całość jest zaskakująco przystępna. To płyta, dzięki której raczej odpłyniesz (czy może, nawiązując do nienakręconego westernu, zgubisz się w kosmosie albo zjesz kaktus na prerii), niż sięgniesz po środek przeciwbólowy.

Jeśli coś mi tu nie pasuje, to czasem (rzadko, bo rzadko, lecz się pojawia) nieco banalna, kojarząca się z post-rockiem à la Mono, gitara (na marginesie, na żywo Japończycy miażdżą). No i „zamykacz”, 7:00 a.m., mógłby być ciekawszy, jednak to, że nagle się urywa, daje ciekawy efekt końcowy.

Wychodzi na to, że jest szansa, iż przynajmniej jedna osoba o The Flat Parts of the Day będzie nawet po dwóch latach pamiętać.

Acha. I tak sobie myślę, że skoro czasem dźwięki z tej płyty z czymś mi się mocno kojarzą, ale nie wiem z czym, to pewnie chodzi najzwyczajniej w świecie o to, co wcześniej, na innych płytach, zagrali Bartosz Borowski i Piotr Sulik.

I jeszcze jedno, mało istotne. Czasem wydaje mi się, że wymyślanie tytułów utworów instrumentalnych jest pozbawione sensu, ale potem przypominam sobie, że przecież mamy takie kawałki bez wokali jak Chłopek z Lego napił się prądu czy I Love You, I’m Going to Blow Up Your School, i stwierdzam, że sens jednak jest. Duet Boro/Sull. poszedł na łatwiznę, ale łatwiznę pomysłową (oksymoron?) – że tak to ujmę.

oren ambarchi – quixotism [2014] / herbert list

linki w komentarzach / links in comments

oren ambarchi

black truffle

Od dawna chciałem wrzucić coś Orena Ambarchiego. Problem w tym, że ten australijski multiinstrumentalista ma dość pokaźną dyskografię, więc trudno się zdecydować. Padło na Quixotism (czyli donkiszoterię), choć pewnie mogło też na coś innego, ale ile można się próbować zdecydować.

To cudo powstało dzięki nielichej liczbie muzyków, bowiem do ósemki, wśród której znajduje się chociażby Jim O’Rourke (syntezatory), trzeba doliczyć Sinfóníuhljómsveit Íslands, czyli islandzką orkiestrę pod batutą izraelskiego dyrygenta, Ilna Volkova. Ambarchi gra na Quixotism na gitarze i instrumentach perkusyjnych. Muzykę nagrywano w czterech krajach, w latach 2012-2014. Polecam zresztą tekst z Bandcampa na temat tej płyty.

Mam wrażenie, że Ambarchi – mimo że jest artystą wybitnym, nagrywającym z wielkimi postaciami awangardy (Keiji Haino, Stephen O’Malley, Richard Pinhas, Alvin Lucier…) – nie jest tak znany i ceniony, jak powinien być (w sumie – jak to zmierzyć?). Pewnie gdyby był z Londynu, nie z Sydney, wyglądałoby to inaczej. A może mnie się tylko tak wydaje.

Pierwszym instrument Australijczyka, który nagrywa też ze swoją partnerką – crys cole (pojawia się zresztą na Quixotism), to perkusja, więc być może dobrym podsumowaniem jego działań jest stwierdzenie Philipa Sherburne’a w pitchforkowej recenzji tegorocznej płyty Shebang: „Jako kompozytor Oren Ambarchi myśli jak perkusista”.

Quixotism to doskonała płyta. Przy pobieżnym odsłuchu nie dzieje się nic, przy uważnym – wszystko.

Może to ten przypadek, gdy muzyki lepiej słuchać z kompaktu, nie z winylu, bowiem wtedy leci ona bez przerwy, a Quixotism można traktować – mimo podzielenia na pięć części – jako jeden utwór.

W tym roku Ambarchi wydał jeszcze Shebang, ਚੈਨਲKAANALचैनलRÁÐעָרוּץ (z Charlemagne Palestine i Erikiem Thielemansem), «Caught in the dilemma of being made to choose» This makes the modesty which should never been closed off itself continue to ask itself: «Ready or not?» (z – nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę dość długi tytuł – Keiji Haino oraz Jimem O’Rourkiem) i Ghosted (podpisali się też Johan Berthling i Andreas Werliin).

No i weź to wszystko ogarnij.

Tymczasem. Idę posłuchać jakiegoś rocka.

PS Właśnie widzę, że Ambarchi jednak pojawił się na moim blogu. W 2017 r. wrzuciłem tu Tikkun, który nasz bohater nagrał wspólnie z Richardem Pinhasem. Rzecz też z 2014 r.

***

Herbert List

emiter – five tracks from a single source [antenna non grata; 2022]

emiter

antenna non grata

fot. Dewi Anna

WSPOMINKI, BY UCIEC OD PISANIA O MUZYCE

Myślałem ostatnio o tym, że po raz pierwszy z twórczością Marcina Dymitera spotkałem się w… radiowej Trójce. W pierwszej połowie lat 90. leciała w niej wybitna audycja Macieja Chmiela, „Ręka boksera” (odgrażałem się kiedyś, że zripuję te wspaniałości z kaset do mp3, ale taśmy jednak zaginęły podczas przeprowadzek), i w jednej z nich MC Chmiel puścił jakieś utwory Ewy Braun; na pewno „Kamienny krzyż” (wstęp trochę jak „To tylko tango” Maanamu), puentując go stwierdzeniem, że ta piosenka dokonuje ostatecznego podziału na „my i oni”. Pamiętam, że zabrzmiało to bardzo poważnie jak na tego dość frywolnego radiowca.

Pozostając w temacie poczucia humoru, poważka Ewy Braun męczyła jej perkusistę, Dariusza Dudzińskiego, stąd dowcipny, jednoosobowy zespół Przyzwoitość. Może też nieco cierpiał Dymiter, bo jako emiter nagrał prawdziwy hit, jakim jest (albo powinno być) bez wątpienia „1500 wiadomości” z „#2: Static”, będący odbiciem słynnych wersów z „Randki z mutantem” Pawła Konnaka: „[kot Antek] rozszerzy zasięg telefonów era gsm / mówi szymon ja kocham erę gsm / bo pierwsze pięć sekund rozmowy jest za darmo / i można powiedzieć dupa dupa dupa”.

Tak więc Dymiter towarzyszy mi od 30 lat. Były przecież oprócz Ewci wspaniałe Mordy, niski szum, Trys Saulės, Zemiter (duet z Hubertem Zemlerem), Sonda, współpraca z Arszynem, solowe płyty jako emiter czy pod własnym nazwiskiem… No, trochę tego jest.

NOBEL DLA DYMITERA!

51-letni słupszczanin zdaje się być osobą dość pracowitą. W tym roku – oprócz „Five tracks” – wydał „Where old buildings once stood come new ones” w Pawlaczu Perskim i ELECTRONICS FOR DOGS (w duecie z Dominiką Korzeniecką).

Facet wydał multum płyt, nagrywa innych wykonawców, prowadzi warsztaty, jest kuratorem festiwali, pisze książki (np. „Notatki z terenu”), jest po prostu żywą legendą undergroundu, choć nie dba o poklask (polecam w tym miejscu bardzo dobrą stronę emitera, żeby poczytać o jego działalności). Myślę, że gdy prezydentem zostanie jakiś Trzaskowski, Dymiter dostanie Złoty Krzyż Zasługi – niczym nasze stare punki od Komorowskiego.

***

Muszę się przyznać, że kompletnie nie potrafię załapać field recordingu (choć i w tej materii coś tam pomarudziłem), którego nasz bohater jest bodaj najbardziej znanym propagatorem w Polsce i stanowi on pokaźną część jego twórczości, więc nieco od tego, co były gitarzysta i wokalista Ewy Braun robił w ostatnich latach, się oddaliłem.

Natomiast gdy dostałem nowe płyty od Antenny Non Grata: „Five tracks from a single source” właśnie, „Breath” ZTB, „zeroes on the loose” gr​ü​m, pomyślałem, że warto wpierw sprawdzić, co słychać u Dymitera. Wręcz postanowiłem sobie, że jaka by nie było jego nowe dzieło, napiszę o nim.

CYTAT Z BANDCAMPA, BY UCIEC OD PISANIA O MUZYCE

„Jakiś czas temu przygotowałem ścieżkę dźwiękową do prac Magdaleny Franczak. W Miejscu Projektów Zachęty w Warszawie, odbyła się wystawa dwóch artystek – Yael Frank i Magdaleny Franczak pt. «Lód topnieje, Pani Frankczak». Po kilku latach, przeglądając dźwiękowe archiwa, znalazłem utwór z wystawy, a także osobne tracki, z których powstał. Zacząłem słuchać ich jak osobnych utworów. Okazało się, że to dobry początek do dalszej dźwiękowej podróży. Pomyślałem, żeby nawiązać do pojedynczych tracków i na ich podstawie nagrać nową muzykę. Tak powstał ten album”.

W KOŃCU TRZEBA SIĘ Z NIĄ ZMIERZYĆ

No dobra. „Five tracks from a single source” to obok „Archival Recordings for Paolo Monti” Coagulant wydawnictwo Antenna Non Grata, które w ostatnim czasie zrobiło na mnie największe wrażenie. Okazało się znów, że tworzenie muzyki na podstawie starych tracków może przynieść nadspodziewanie dobry efekt. Innym przykładem tego typu działania, o którym z przyjemnością tu pisałem, było zeszłoroczne „Sune Soundtracks” Pawła Nałyśnika.

Płyt z tzw. experimentalem wychodzi pewnie kilkaset dziennie, często po niecałej minucie takowe dzieła wyłączam i nigdy do nich nie wracam. W tym przypadku jest inaczej i nie sądzę, by była to magia nazwiska, bowiem – jak wspominałem – część z tego, co nagrał Marcin Dymiter, nie trafiało do mnie.

***

Trudno napisać coś sensownego o zawartości nowego CD emitera, bo ileż raz można powtarzać to samo przy okazji kolejnego materiału z ambientem, noise’em czy dub techno. Tak czy siak, „Five tracks from a single source” przewspaniale szumi, buczy i trzeszczy oraz trochę też wyje, a nawet (w „4.”), skrzeczy. Mój ulubiony kawałek to chyba „2.” – z tą „przypaloną” elektroniką – który przywołuje na myśl wczesne nagrania kompana pana Marcina z Mapy, Paula Wirkusa.

Kończy się kolejny rok, za chwilę znów zabawa w wybieranie ulubionych płyt. Znajdzie się chyba miejsce dla „Pięciu utworów z jednego źródła”.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

fischerle – zamieć [patalax; 2022]

bandcamp

facebook

Od razu myślę: „zawieje i zamiecie śnieżne”. Ta groźnie brzmiąca zapowiedź z prognoz pogodowych, działająca w dzieciństwie na wyobraźnię, utkwiła mi w pamięci. No i dobrze brzmi. Aż dziw, że nikt (?) nie zrobił z niej tytuły płyty albo chociaż pojedynczego utworu.

Siedzę, słucham Zamieci (bodaj czwartej płyty Fischerlego, która się tu, na blogu, pojawia) i myślę sobie, że mi się podoba, ale, kurde faja, czemu jakby mniej niż inne płyty, które pod tym szyldem nagrał Mateusz Wysocki, a które dobrze poznałem, czyli Ptylotics, α​-​ribbon i Kaznodzieja.

Nawet się cieszę bardziej niż zwykle, bo chyba pierwszy raz w twórczości tego projektu usłyszałem wpływy post-rocka, ale mimo to coś mi nie gra tu do końca. Może tym razem nie trafiła do mnie krótka bajka opowiedziana przez Fischerlego na Bandcampie?

***

Psychodeliczne dub techno. Podejrzewam, że generalnie olewane przez fanów gitarowej alternatywy. A przecież taka Fałda (czy ja tam słyszę gitarę?) mogłaby znaleźć się na płycie niektórych dawnych wizjonerów post-rocka, choćby Tortoise. Różnica jest taka, że Wysocki – w przeciwieństwie do chicagowskich mistrzów – nie zaczął przynudzać. Jest też Zamieć (znów słuchamy Fałdy, ale też Punktów odniesienia) bodaj najbardziej przystępnym materiałem Fischerlego. Rzekłbym, że chwilami nawet może zbyt przystępnym.

Leci po raz kolejny ten album i zastanawiam się znów nad tym, czego mi brakuje. Dochodzę do wniosku, że choć każdy kawałek podoba mi się z osobna, to gdy ogarniam je jako całość, mam wrażenie, że brakuje na nowej kasecie Wysockiego spójności. Jak gdyby były to utwory z różnych sesji.

Z drugiej strony, przypomniałem sobie starsze wydawnictwa Fischerlego i na nich też niekoniecznie wszystkie numery był z jednej parafii, więc może to tylko moje odczucia, może kto inny stwierdzi, że Zamieć to rzecz spójna niczym Real Madryt w finale Ligi Mistrzów.

Tak czy siak, Fischerle na słuchawkach to znów przyjemna ucieczka od wulgarnego banału rzeczywistości.

PS Patalax to sublabel Pawlacza Perskiego.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

melatony – droga do rem [pawlacz perski; 2022]

pawlacz perski

hubert zemler

motyw

Zdjęcie pochodzi z facebooka Huberta Zemlera

Niedawno miałem problemy z zasypianiem, postanowiłem więc kłaść się z ambientem na uszach. William Basinski, Noveller, Stars of the Lid, Tim Hecker i inni pomagali zasnąć. Bodaj jedyna płyta, która nie wykonała powierzonego jej zadania, to „Ambient 1: Music For Airports” Briana Eno, według Pitchforka ambientowy album wszech czasów. Na drugi dzień, przy pierwszej możliwej okazji, gdy mogłem w spokoju posłuchać muzyki, wracałem do tego, co pomagało mi zasnąć, albo i – w jednym przypadku – nie pomagało.

Po co ten wtręt osobisty? Już tłumaczę cytatem z bandcampowego opisu płyty Melatonów „Droga do REM”: „Tytuł projektu i albumu Huberta Zemlera sugerują, że autorowi nie będzie za bardzo przeszkadzało jeśli uderzycie przy nim w kimę. Musi się z tym liczyć tworząc muzykę oniryczną i hipnotyzującą. Jeśli jednak wam się to przydarzy nie zapomnijcie wrócić do Melatonów na drugi dzień, by przekonać się, że dziwne zwroty akcji wcale się wam nie przyśniły”.

Przy okazji pierwszego materiału Melatonów czytaliśmy o „Niewątpliwie relaksującym potencjale pierwszej części płyty, wypełnionej monotonnymi, krautrockowymi motywami (…)”, co mnie skierowało ku refleksji: jakże łatwo uznajemy kraut jako synonim awangardy. Czytamy „kraut”, myślimy „Can”, „Faust”, „Neu!” A jak się trafi na jakąś składankę zespołów krautrockowych, to podczas jej słuchania ma się ochotę założyć sandały i zapuścić wąsy, bo gros tych kapel to niemiecki rock regresywny. Ale to tak na marginesie.

„Melatony” były bardziej spójne i bardziej poważne niż „Droga do REM”. Czemu bardziej spójne – za chwilę. A dlaczego bardziej poważne? Może dlatego, że na nowej płycie Huberta Zemlera za gwiazdę większą niż inni goście, czyli Todd Barton, Antonina Nowacka i Emiter, robi dzięcioł, który „dostaje lekkiego szału”. Może zabawny bandcampowy opis zawartości też sprawia, że z automatu myślę o nowym materiale Melatonów jako o będącym mniej na serio.

Ponoć nazwa tego projektu oraz tytuł płyty wskazują na to, że Zemlerowi nie będzie przeszkadzać, gdy uderzysz podczas słuchania w kimę. Tylko jak przy tym dzięciole to zrobić? Równie dobrze można by zasnąć przy zwierzaku z „The Muppet Show”.

Jakoś dziwnie mi się słuchało „Drogi do REM”, nie do końca umiałem się skupić na tej muzyce. Zaczynający całość „Hamakiem”, choć trwa prawie sześć minut, wydaje mi się góra dwuminutowy; potem ten dzięcioł; w „Via Saterna” kobiecy wokal; „Corriendo Galarreta” to niemal dub techno, ładnie złagodzone gitarą (lekkie skojarzenie z Rozwodem), przechodzące w ambient czy raczej w coś, jakby Spiritualized robili wstęp do swej odmiany gospel (poniosło mnie); na koniec tytułowy numer, wykorzystujący oklepany motyw jadącego pociągu. No, ale jak Artysta bierze na warsztat oklepany motyw, i tak wychodzi coś nieprzeciętnego. Zresztą głos Antoniny Nowackiej sprawia, że robi się pięknie i poważnie, i chyba nawet boję spytać, wolę nie wiedzieć, dokąd jedzie ten pociąg.

No i co? Kiedyś, przy takim miszmaszu, pisało się „postmodernizm” – i cześć. Dziś tego słowa nie używają chyba nawet ci, co je wymyślili (abstrahując od tego, czy wciąż żyją).

Nie wiem, czy podoba mi się nowy materiał Melatonów jako całość, czy tylko polubiłem każdy utwór z osobna. W grę wchodzi raczej ta druga możliwość. Wracał będę raczej do „jedynki”.

***

W czerwcu Pawlacz Perski sięgnął do kabury i od razu oddał trzy strzały. Oprócz Melatonów można więc cieszyć się tym, co nagrali Emiter:

i Antek Cholewiński (tytuł jego płyty, „Kotek”, zabawnie został nazwany „clickbaitowym”):

Okładki wszystkich trzech nowych kaset to dzieło podlinkowanego wyżej motywu, co powoduje, że można patrzeć na czerwcowe wydawnictwa Pawlacza jak na całość czy tam trylogię. Podejrzewam, że miło je mieć, choćby po to, by sięgnąć po nie po latach. Tak jak dziś fajnie jest znaleźć na półce muzykę wydaną na kasetach np. przez Obuha.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

rozwód – gold [fonoradar records; 2022]

rozwód

fonoradar

Wydawca stwierdził, że „Gold” Rozwodu to „płyta roku”. Jednak odkąd niemal 30 lat temu Zic Zac próbował sprzedać zespół Wniebowzięci jako polską Nirvanę, nie ufam wydawcom.

Artyści raczej nie lubią, gdy się ich z kimś porównuje. Jakiś czas temu muzyk z zespołu czerpiącego wiadrami z klasyki nurtu post-punk poważnie się obruszył, gdy ktoś (nie ja) nazwał jego zespół „postpunkowym”. Dobrze chociaż, że recenzent nie wspomniał, iż wokalista sepleni niczym śp. Grzegorz Ciechowski.

Co ja poradzę, gdy zazwyczaj wszystko mi się z czymś kojarzy. Rozwód też, ale o tym za chwilę.

Wchodzimy na bandcamp zespolu i widzimy, że muzyka z „Gold” została otagowana w następujący sposób:

Nie wiem, skąd ten postpunk; ja bym tu dorzucił raczej doomjazz (chwilami, bo chwilami, ale pojawia się taki klimat na „Gold”). Oczywiście takie tagi mogą mówić wszystko i nic, ale myślę, że – poza postpunkiem – dobrze opisują drugą płytę Rozwodu. Płytę, o której… nie bardzo wiem, co pisać.

Chyba jeszcze tak nie miałem, żeby nie umieć sklecić pięciu zdań na temat albumu tak bogatego brzmieniowo, odwołującego się do kilku stylistyk, pełnego fantastycznych pomysłów, przywołującego na myśl cenionych wykonawców i – last but not least – najzwyczajniej świetnego, dużymi fragmentami porywającego. Dawno też nie miałem do czynienia z płytą, która przy jednym odsłuchu wydawała mi się niesamowicie fascynująca, a przy kolejnym przelatywała przeze mnie, nie zostawiając śladu. W końcu jednak za każdym razem te 38 minut i 27 sekund z „Gold” zaczęły sprawiać mi przyjemność.

Nową płytę Rozwodu idealnie się przyswaja na słuchawkach. Wtedy łatwiej (przynajmniej mnie) usłyszeć owe fantastyczne pomysły Damiana Kowalskiego, Czarka Rosińskiego i Szymona Szwarca. Jak choćby pojawiające się nagle to lekko nerwowe brzdąkanie na gitarze w kojarzącym się z Lotto (z tymi skojarzeniami chodziło właśnie o to genialne trio, o którym Rozwód przypomina mi w swych najlepszych momentach) – i może trochę Pan Sonic (mnie się ostatnio wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z cięższą elektroniką, kojarzy z tymi Finami) – kapitalnym „Hantel V2”. Niby trochę od czapy, a jest idealnie. Albo kontrolowany chaos utworu „Diesel”, w którym trio zdaje się wcielać w rolę młodszych kolegów Mouse on Mars, jednocześnie trochę oddając im hołd, trochę ich przedrzeźniając. Gdy leci tytułowy „Gold”, myślę o kasetach wydawanych przez Pawlacz Perski. Albo arcydzielne „E” – wpierw postrockowo-doomjazzowe, w pewnej chwilami zamieniające się w ponury dub techno/industrial.

Koniec pisania. Tego trzeba posłuchać, i tyle. W życiu bym nie pomyślał, że słowo „rozwód” może się dobrze kojarzyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)1/2

coagulant – archival recordings for paolo monti [antenna non grata; 2022]

coagulant

antenna non grata

Ambient to zapieczone gówno – można w ten sposób nawiązać do retoryki Charlesa Bukowskiego (nie wiem czyje to tłumaczenie), który tak wyraził się na temat Karola Marksa.

Miliard płyt z muzyką, którą możesz sobie puścić do roboty przyniesionej do domu, do czytania książki czy czego tam jeszcze, ale jeśli potraktujesz ją jako danie główne – umrzesz z nudów. Ambient to zazwyczaj ściema.

Zdarza się jednak, że muzyka, którą można w ten sposób – jako ambient – otagować, wyróżnia się, wchodzi w łeb jak najlepszy szlagwort, najbardziej nośny refren. I właśnie tak na mnie działają „hipnotyczne drone’y” Coagulant. (A niedawno Zguba).

Oczywiście można się posprzeczać o to, czy te nagrania można podciągnąć pod ambient. Według mnie – tak. Choć myślę, że noise ambient to najlepsza łatka.

Coagulant to „konceptualny projekt soundartowy”, wymyślony w 1998 r. przez Fkdrone, a obecnie prowadzony przez Fabia Kubica (pewnie to jedna i ta sama osoba). W notce na temat muzyki zawartej na opisywanej pozycji fonograficznej kluczowe jest dla mnie właśnie określenie „hipnotyczne drone’y”. Bo muzyka zawarta na tym CD to właśnie takie hypnotic drones; wspaniale narastające (choć dające też na chwilę wytchnienie), wbijające się w czaszkę. To muzyka pozbawiona przestojów, nudy, niepotrzebnych urozmaiceń. 33 minuty pieszczenia zmysłów.

„Archival Recordings for Paolo Monti” to nie ambient kojący, raczej coś, co na potrzeby nagrań (albo przy innej okazji) Les Vampyrettes – projektu Holgera Czukaya i Conny’ego Planka – zostało nazwane horror ambientem.

Słuchałem tej płyty kilka razy; w różnych sytuacjach, przy odmiennych nastrojach; po to, by się przekonać, czy pierwotny zachwyt nie był jednorazowy. Nie był. Płyta Coagulant za każdym razem działa (od pierwszego odsłuchu – jak wspomniałem – co też jest dla mnie ciekawe, bo zazwyczaj potrzebuję czasu, by „wejść” we wcześniej niesłyszaną muzykę) na mnie w ten sam, intensywny sposób.

Jest to pierwsza rzecz tego „projektu soundartowego”, którą miałem okazję poznać. No i – jak się obawiałem – Coagulant wydał kilkadziesiąt płyt. Pół żartem, pół serio: oby okazały się gorsze od „Archival Recordings for Paolo Monti”, bo nie wiem, czy mam czas, żeby w to wszystko wsiąknąć.

***

Muzyka oraz opracowanie graficzne poświęcone zostały pamięci wielkiego włoskiego fotografa Paolo Montiego (1908-1982). Zdjęcie zdobiące okładkę (w czasach coraz powszechniejszych ułatwień dla osób niedowidzących tak nieczytelne napisy, jakie widzimy [?] na niej, uważam za skandal), którego autorem jest sam Fabio Kubic, chyba nawiązuje do twórczości urodzonego w Novarze artysty.

Włączyć Coagulant i oglądać prace Montiego – takie połączenie musi dać satysfakcję.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

buhl/wysocki/szwarc (bws) – e03 [jvdasz iskariota; 2022]

UKRAINA

iskariota.com

bandcamp

facebook

Czy w tak paskudnym czasie powinno się w ogóle pisać o płytach? Siedzi mi w głowie gorzkie zdanie wypowiedziane przez Guernicę Y Luno: „Nie ukrywajmy, liczy się muzyka”. Z drugiej strony, trzeba przecież jakoś żyć, mimo tego, co się dzieje obok nas.

***

To ostatnia płyta z serii „S3RI4L NVMB3RS”, której kuratorem jest Szymon Szwarc (tym razem, przy okazji „E03”, „pojawia się nie tylko jako producent, lecz także jako pracownik muzyczny wyposażony w gitarę elektryczną”) – poeta, muzyk (Rozwód, Jesień), animator kultury, jak to się ładnie określa. Myślę, że to dobrze, iż ostatnia. I nie chodzi mi o niską jakość muzyki (bo ta w przypadku „E01” KKZ i „E03” jest co najmniej intrygująca; „E02” słyszałem zaledwie raz), ale o fakt, że po (zaledwie)  trzech materiałach będziemy myśleć o tym, co wydał Jvdasz Iskariota, jako o czymś wyjątkowym; przy kolejnych płytach możliwe, że mielibyśmy do czynienia z seryjniakiem („O, znowu coś wyszło w tej serii Jvdasza. Może włączę”).

***

Każde „rozchwiane” impro, które można wepchnąć w szufladkę z napisem „experimental rock”, już chyba zawsze będzie przynosić mi skojarzenie z amerykańskim Storm and Stress. Tak jak przyniosło w przypadku BWS i „otwieracza” E01.

***

Krytykowanie płyt z muzyką improwizowaną niesie ze sobą ryzyko bycia uznanym za nieosłuchanego kmiota, który – gdy brak podziału „zwrotka-refren” – czuje się niepewnie, jakby czytał Wittgensteina.

***

Muzyczne impro zdaje się najlepiej opisywać chaos dzisiejszego świata. Tak, nie punkowe manifesty, lecz muzyka improwizowana.

***

Bron Boże, nie wpisuję nagrań tria Jacek Buhl / Mateusz Wysocki / Szymon Szwarc w doraźną publicystykę. Po prostu żywioł improwizacji opisuje dziś to, co za oknem, lepiej niż – często deklaratywny – literalny sprzeciw.

***

„Wszystko na tym albumie pracuje. Nagranie to brzmi jak miasto, w którym wszyscy mieszkańcy zasuwają w fabryce. Płyta ma zatem jedno zadanie: zasuwać. Zastanawiam się jednak (niewystarczająco usatysfakcjonowany), co taka fabryka miałaby produkować i czy jej założenia są słuszne i bezpieczne. Słyszymy tu bowiem prąd, chaos i brud. Jest oczywiście nadzieja, że może doświadczamy eksperymentalnego ocieplania wizerunku przemysłowego terroru, choć trzeba przyznać, że działania są zupełnie bezkompromisowe (…) – czytamy w press packu.

***

Buhl (instrumenty perkusyjne; m.in. Alameda 5, Trytony, częsta współpraca z Wojciechem Jachną), Wysocki (elektronika; znany też chociażby jako Fischerle, współtwórca labelu Pawlacz Perski i jego sublabelu Patalax) i Szwarc (gitara, elektronika) serwują miksturę industrialu, noise’u, post-rocka, free jazzu, eksperymentalnego, sonicznego rocka, która w najbardziej intensywnych fragmentach sprawia, że zapomina się o tym, co wokół nas, albo – paradoksalnie – powoduje, że jeszcze mocniej się to coś odczuwa (vide „E02”).

Muzyka na „E03” niesie wiele skojarzeń, można ja tagować do rana, ale róznorodność daje efekt nie bełkotu, wrażenia łapania wielu srok za ogon, lecz spójności.

***

Słuchając (zbyt) wielu płyt z „impro”, „experimentalem” „free jazzem” etc., myślę, że w miarę nieźle potrafię odróżniać rzeczy wartościowe od tych, które brzmią, jakby ktoś robił sobie jaja ze słuchacza (zresztą pewnie niejednokrotnie ten i ów „ktoś” sobie te jaja robi). I choć nie widzę wielkiego sensu w opisywaniu muzyki, za którą stoi abstrakcja (widzę za to sens w dopisywaniu do niej opowieści, jak to zrobił niedawno chociażby kakofoNIKT), to przecież sześć powyższych akapitów nie wzięło się znikąd.

***

We wstępie stwierdziłem, że to dobrze, iż na „E03” kończy się „S3RI4L NVMB3RS”. I zdanie podtrzymuję, bowiem nawet jeśli kolejne płyty z serii trzymałyby poziom, to co zrobił Jvdasz i kurator serii Szymon Szwarc – powtórzę się – mogłoby stracić na wyjątkowości.

A biorąc pod uwagę potencjał wydawnictwa i każdego z muzyków, którzy stoją za „E01”, „E02”i „E03” – wszyscy zaangażowani pewno jeszcze nie raz wzbudzą w słuchaczach uczucie przyjemności z obcowania z niecodzienną muzyką, jak i uczucie niepokoju.

***

Obym dożył spokojniejszych czasów, gdy muzykę improwizowaną będę traktował jako mniej lub bardziej udany przejaw eskapizmu; nie opis tego, co się dzieje za oknem.

Wspaniała płyta.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

paulina owczarek | aleksander wnuk – komentarz eufemistyczny / kakofonikt – dance epidemic: greatest hits a.​d. 1518 [antenna non grata; 2021]

Chciałoby się napisać recenzję każdej godnej uwagi płyty, jaką dostaję w takiej czy innej formie, ale ostatnio jest tego tyle, że nie ma szans. O niektórych wydawnictwach wypada jednak przynajmniej wspomnieć. Tak jak o dwóch poniższych, które wypuściła w świat Antenna Non Grata. Suche (może nie do końca – uważni zauważą) info z mojej strony. W sumie to już żadne nowości: oba CD ukazały się w ubiegłym roku.

W 2002 Antenna zdążyła wydać już Bolka i Lolka oraz split LDQ Ysimaro z Mente-Atada.

(o)(o)

Paulina Owczarek | Aleksander WnukKomentarz eufemistyczny (ANG CD14/2021; 23 listopada 2021; 59’09”)

kto gra? Paulina Owczarek (saksofon barytonowy) i Aleksander Wnuk: obiekty perkusyjne, przetwarzanie. Związani z Krakow Improviser Orchestra; „zasadniczo grają bez zasad” (wszystkie cytaty z Bandcampa Antenny Non Grata)

z czym mamy do czynienia? „«Komentarz eufemistyczny» to projekt udźwiękowienia wyobraźni, pobudzanej przez klaustrofobicznie zamglone, toksyczne miejskie przestrzenie. Muzyczna refleksja nad zjawiskiem estetyzowania katastrof i eufemizacji języka ich opisu. Nad eufemizmem rozumianym jako kamuflaż, kreowanie języka przytulnego, manipulacja, ukrywanie sensu, ale i narzędzie konieczne jednostkom i społecznościom do w miarę bezbolesnego funkcjonowania w rzeczywistości”.

skojarzenie 10fs „Twin Peaks: The Return”. Słuchając „Komentarza eufemistycznego”, mam za każdym razem ochotę wrócić do serialu Lyncha, najlepiej do scen ze „złym Cooperem”.

(o)(o)

kakofoNIKTDance Epidemic: Greatest Hits A​.​D. 1518 (ANG CD 16/2021; 31 grudnia 2021; 64’02”)

kto gra? Patryk Lichota – syntezatory, samplery i sekwencery, efekty, saksofon sopranowy i tenorowy, Fender Bass VI oraz Hubert Wińczyk – syntezator, sampler, nagrania terenowe na CDJ, automaty perkusyjne, wokal.

z czym mamy do czynienia? „«Dance Epidemic» jest fantazją zespołu na temat wydarzeń, które miały miejsce w miejscowości Strasbourg nad rzeką Ren w 1518 roku. Mieszkańcy wpadli wówczas w samoczynny, niespodziewany amok taneczny. Była to epidemia w tym sensie, że według podań zaczęła się od jednej osoby (zwanej Frau Troffea), która nagle zaczęła pląsać i infekować swoim opętańczym tańcem innych mieszkańców, aż taneczna mania pochłonęła większość miasta. Nie ma jednoznacznego wyjaśnienia tego historycznego zdarzenia, choć najbardziej fascynująca jest hipoteza o zatruciu sporyszem, czyli przetrwalnikiem halucynogennego grzyba rozwijającego się na kłosach dojrzewającego żyta oraz ta, iż zdarzenie było rytuałem jednej z sekt, stłumionej później przez inkwizycję, podobnie jak inne heretyckie i wolnomyślicielskie ruchy Europy. Zapiski z tamtych wydarzeń są skromne, ale dały żyzne podglebie dla fantazmatów snutych przez zespół. Album jest wyimaginowanym soundtrackiem do poszczególnych etapów epidemii tańca oraz jej różnych perspektyw (narracyjny zoom in/out) – gremialnych, stadnych jak i jednostkowych. Pojawia się zbiorowy obłęd błaznów miejskich, katatoniczna alienacja w ekstazie tłumu, erotyczne marzenia o Królowej czy pamięć ciała, która powraca niespodziewanie w trakcie tańca i przypomina dawny wypadek”.

skojarzenie 10fs Za Siódmą Górą spotyka Coil.

ala kryształ – sandtrack [loża oficyna; 2021]

ala kryształ

loża oficyna

wywiad

Soundtracki nie wzbudzają mojego zaufania. Zdarzają się co prawda wyjątki („Twin Peaks”, „Ghost Dog”, ostatnio „Symfonia Fabryki Ursus” autorstwa Dominik Strycharski Core i Orkiestry Dętej Ursus) – ale najczęściej jest tak, że muzyka, która zachwyca, gdy ogląda się film, wyjęta z niego – rozczarowuje.

Trzeba też powiedzieć, że jeżeli ścieżka dźwiękowa jest dziełem jednego artysty, płyta z nią zazwyczaj jest słabsza od jego „normalnych” albumów. Świeżym przykładem jest Tim Hecker: zachwycałem się „Anoyo” (2019), natomiast „The North Water [Original Score]” (2021) wydał mi się materiałem zaledwie dobrym, choć do obejrzenia serialu zachęcił.

Z „Sandtrackiem” Ali Kryształ (zdaje się, że „podebrano” świetną ksywę jakiejś singerce/songwriterce; broń Boże, raperce) sytuacja wygląda tak, że zacząłem jej słuchać ze świadomością, iż to muzyka do nieistniejącego filmu, nie mając pojęcia, że CD towarzyszy DVD z „zarejestrowanym w innej rzeczywistości misterium, filmową ucztą, która bogactwem swych smaków zaspokoi zmysły nawet najbardziej doświadczonego kulturalnego sybaryty”. Osobiście robiłem tym razem za ascetę z plikami w formacie .mp3 (w takiej formie dostałem do zrecenzowania „Sandtrack”).

Ala Kryształ to Marcin Karnowski (Variété, 3moonboys, BRDA i in.; pisałem o nim w kontekście niecodziennego projektu „Mapy czasu”), Radosław Drwęcki (3moonboys) i odpowiedzialna za wizualną stronę projektu Monika Kuczyniecka, która ma na koncie współpracę chociażby z Renatą Przemyk, Bajzlem oraz Czesławem Mozilem. Gościnnie udział wzięły m.in. wokalistki: Anna Niestatek i Adela Konop (pojawia się chyba wyłącznie w „Niespodziewanej wizycie”; swoją drogą – ciekawie w tym utworze rytm jest łamany przez elektronikę – jakby chciano nieco zirytować słuchacza), które miały zasadniczy wpływ na klimat nagrań.

***

Przy pierwszym przesłuchaniu pomyślałem wpierw – że nie, ale pod koniec płyty – że jednak tak. Potem znów odczucia się wahały: raz – że więcej niż OK, dwa – że to trochę taka muzyka, która leci, bo leci, ale gdyby nie leciała, to życie nie stałoby się o wiele uboższe.

I właśnie dlatego zazwyczaj zwlekam z recenzowaniem płyt, nie ufam pierwszym wrażeniom. Z muzyką jak z obrazem: trzeba koło niej połazić, nie wystarczy kątem okna zerknąć, czy ktoś równo kładzie farbę.

To, co najbardziej rzuca się w uszy, to wspaniała robota perkusyjna Karnowskiego (na płycie użyto między innymi handpana). W moich ulubionych fragmentach „Sandtrack” kojarzy mi się ze wspólnymi płytami Jakiego Liebezeita i Burnta Friedmanna (np. przykrótki „Koc dla Anny” i lecący zaraz po nim „Spodziewany efekt” [najlepszy na płycie?]). Zresztą skojarzeń z autorami serii „Secret Rhythms” jest więcej, bo i kolejny utwór, „Podział”, też się na takowe załapał. Ale mnie ostatnio wszystko, co ciekawe rytmicznie, przypomina o byłym perkusiście CAN.

Trzeba jednak zaznaczyć, że płyta nie tylko robotą perkusyjną Karnowskiego stoi, o czym świadczy chociażby to, iż jednym z najlepszych utworów na niej jest horrorowaty „Nieprzyjemny gość”, pozbawiony rytmu.

Jakiś czas temu oglądałem „Nosferatu – symfonię grozy” F. W. Murnaua, do której grały na żywo Czerwie. Wydaje mi się, że bohaterowie tego postu zagraliby jeszcze lepiej do tej ramoty tego klasyku filmu grozy. Podobnie niepokojący numer, ale bardziej lynchowski (okładka płyty kojarzy się wszak nie tylko z „Nocą na ziemi” Jima Jarmuscha, ale też z „Mulholland Drive”) w klimacie, to „Lecz jej już tu nie ma”.

Szukając innych porównań muzycznych, można wskazać mało odkrywczo na Karpaty Magiczne – Ala Kryształ zapuszcza się w tereny etno, a wokal Niestatek tylko pomaga w przywołaniu twórczości tych etnoeksperymentatorów.

***

Z każdym przesłuchaniem „Sandtrack” zyskuje. Pełna wersja – z filmem Moniki Kuczynieckiej – zamówiona.

***

LOŻA Oficyna po raz pierwszy pojawiła się na 10fs. Pewnie nie po raz ostatni.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

%d blogerów lubi to: