bellini – the precious prize of gravity [2009] / signe vilstrup

linki w komentarzach / links in comments

bellini (piękny oldskul – oglądajcie, nim zniknie)

bandcamp

temporary residence ltd.

Zespół Bellini przed Teatro Massimo Bellini w Katanii (fot. Maria Vittoria Trovato)

Głos Giovanny Caccioli sprawia, że Bellini może być trudno w pierwszej chwili odróżnić od innego włoskiego zespołu, mianowicie od Uzedy, w którym ta pani również śpiewa (a Agostino Tilotta, mąż donny Caccioli, w obu grupach gra na gitarze). Swoją drogą, zastanawiam się, czy The Precious Prize of Gravity nie byłaby lepsza, gdyby ten specyficzny wokal pojawiał się rzadziej. No, ale ok: artysta ma męczyć odbiorcę.

Dawno temu, gdy muzykę poznawało się z zapartym tchem, ta nazwa, Uzeda, wydawała mi się nieco dziwna, działała na wyobraźnię. Plus fakt, że Steve Albini ponoć poleciał do Włoch, by nagrać drugi album, Waters, za darmo.

Wtedy w sumie połowa nazw wydawała się osobliwa, najbardziej chyba Calexico. Nim po raz pierwszy włączyłem ich muzykę (kiedyś od poznania nazwy kapeli do usłyszenia jej twórczości mogło minąć trochę czasu), spodziewałem się Bóg wie, jakich niesamowitości. Nie wiem, czy kiedykolwiek dźwięki tak bardzo nie pasowały mi do nazwy wykonawcy (nie wiedziałem, czym jest to całe Calexico – kojarzyło mi się z czymś, nie wiem, industrialnym, nie z tym, czym w rzeczywistości jest). Na szczęście zacząłem bodaj od Hot Rail, więc się nie rozczarowałem.

Bellini też nagrywał Albini, co od razu, od otwierającego The Precious Prize of Gravity Wake Up Under a Truck, słychać. Mnie ta, niczym z At Action Park, gitara niespecjalnie przeszkadza. Uzeda jest bardziej rockowa (choć zależy co, bo np. 4, które tu wrzucałem, brzmi dużo ciężej niż np. debiut), w Bellini więcej noise rocka. Ważne, że oba zespoły świetne. Uzeda włoska, Bellini włosko-amerykańskie (na pierwszej płycie bębnił Damon Che z Don Caballero, potem już Alexis Fleisig z Girls Against Boys).

Na marginesie, co do Stevena Franka Albiniego, ciekawa jest ta część Wszyscy kochają nasze miasto Marka Yarma, w której słynny inżynier dźwięku opowiada, że przez współpracę z Nirvaną niemal nie splajtował. Dobrze znać, mimo gównianej korekty w polskim wydaniu.

(o)(o)

Monica Bellucci w obiektywie Signe Vilstrup.

Upiększanie piękna to zazwyczaj nie jest dobry pomysł. Musiałby się za to wziąć fotograf naprawdę wybitny, z poczuciem humoru. Guy Bourdin co prawda nie żyje, ale ma utalentowanych naśladowców, kilku zresztą pojawiło się na 10fs. Zauważyłem, że często aktorki, generalnie gwiazdy, są tak „ulepszane” (vide jakaś koszmarna sesja Kate Winslet) – i przez profesjonalistów, i przez fotografów amatorów – że czasem trudno je poznać. No, ale ludzie pieją z zachwytu. Dograjmy może solówki Yngwiego Malmsteena do Revolver albo The Velvet Underground & Nico.

Yngwie Malmsteen GIF - Find & Share on GIPHY

Nagminnie poprawiana przez czarodziei Photoshopa Monica Bellucci jest trochę jak wielkie płyty nagrywane po latach przez gorszy zespół. Signe Vilstrup czasem też popełnia to faux pas (rozumiem, że takie są wymogi fotografii „okładkowej”), ale – nie licząc nie zamieszczonych tu przypadków – bez wiochy.

nina nastasia – live at peel acres (10 czerwca 2004)

POMAGAMY UKRAINIE

linki w komentarzach / links in comments

nina nastasia

john peel

touch and go records

Czytając o Stevie Albinim, zazwyczaj trafia się na banały o tym, że nagrywał Nirvanę, Pixies i PJ Harvey; że to „lider” zespołu Shellac, który wcześniej grał w „kontrowersyjnych” zespołach Big Black i Rapeman;  czasem – gdy ktoś się bardziej postara – można się dowiedzieć, że jest niezgorszym pokerzystą. Jakoś jednak nie widzę, żeby podkreślało się rolę Albiniego w promowaniu tworzących muzykę kobiet – by wymienić chociażby Ninę Nastasię i Shannon Wright. A jak wiadomo – w świecie rocka, czyli świecie spoconych kretynów, te łatwo nigdy nie miały.  

Przeczytałem gdzieś, że o Nastasii opowiedział Albiniemu śp. John Peel (o którym sam gitarzysta Shellaca powiedział – na wzruszającym koncercie poświęconym Jego pamięci – że był „hell of a man”). Zaowocowało to współpracą słynnego inżyniera dźwięku z urodzoną w Los Angeles artystką i bodaj moją ulubiona płytą w kategorii singer/songwriter (dość kretyński tag), zresztą jedną z najukochańszych w ogóle – „Dogs”. W ubiegłym roku udało mi się ją kupić na winylu w normalnej cenie.

(Choć z wypowiedzi artystki wychodzi na to, że to Albini wysłał jej nagrania Peelowi).

Polecam – wypowiada się tu żona Peela, Sheila Ravenscroft

56-letnia dziś Nastasia ostatni – „Outlaster” – materiał wydała w 2010 r. (w 2018 pojawiła się piosenka pt. „Handmade Card”, w międzyczasie nic). W tym popierdolonym 2022 ma wyjść nowy album. 

Wrzuciłem utwory zagrane na jednej z sesji u wspomnianego Peela. Jego głos i śmiech Nastasii – kojąco wpływają te nagrania na człowieka.

Nina grała niejednokrotnie u słynnego radiowca, ale to niemal na stówę sesja z 10 czerwca 2004 r., z udziałem Huun Huur Tu – najpopularniejszej grupy muzycznej z Tuwy (sam Peel też się chyba załapał na wokale). Widzę, że grali 1 marca we Wrocławiu.

No, nie jest to Jopek z Kydryńskim. Piękna sprawa.

fugazi – in on the kill taker (steve albini demos) [1992] / david lynch

linki w komentarzach / links in comments

dischord.com

dischord – bancamp

tgrec.com

Gdybym miał wybrać ulubioną płytę Fugazi, byłaby to chyba „The Argument”. To jest w ogóle fascynujące, że wielki zespół kończy działalność najlepszym materiałem. Ile takich było w historii? A może jednak „In on the Kill Taker”? To genialna rzecz, choć nigdy nie przepadałem za brzmieniem tej płyty. Co ciekawe, Fugazi wcześniej nagrywało ją u Steve’a Albiniego, ale efekty nie były zadowalające.

Można je sprawdzić, nagrania łatwo znaleźć w sieci, choćby u mnie. Wrzucam dwa ripy, które latają po necie. Ten z 320 kbps wygląda na jakiś sztucznie podrasowany.

Ciekawe, czy i kiedy ten efekt niezadowolenia wyjdzie na winylu.

Na marginesie, „In on the Killl Taker” zawsze wydawała mi się wyjątkowo depresyjną płytą.

***

Zdjęcia Davida Lyncha, chyba wszystkie zrobione w Łodzi. Kocham tego człowieka.

historia zespołu krzycz

k1

Zbieram informacje na temat polskich zespołów noiserockowych – tych, które już nie grają, oraz wciąż aktywnych. Nie dlatego, że nie mam co robić, ale z konkretnego powodu. Mam nadzieję, że mój plan wypali.

Robert Iwanik przysłał mi długą historię Krzycz i pomyślałem, że nie będę jej kisił nie wiadomo jak długo na dysku, a po prostu wrzucę na blog. Wielkie dzięki, Robert, za to, że ci się chciało. Podziękowania także dla Bartka Don Pedro i Kuby Kunysza za zdjęcia.

Ten post można, a nawet należy udostępniać.

***

Zespół Krzycz powstał 9 października 1994 roku w Szczecinie w składzie: Artur Stankiewicz (bas), Przemek Drążek (gitara, trąbka), Maciek Baczyński (bębny). Artur przeprowadził się do Szczecina z Lęborka, aby podjąć studia na Politechnicee Szczecińskiej, a Przemek i Maciek, którzy są rodowitymi Pomorzanami, grali wspólnie w kapeli Klinika Zdrowego Człowieka.

W styczniu 1995 roku dołączyłem do składu (wokal). Krzycz zagrał swój pierwszy koncert zaledwie miesiąc później – w szczecińskim klubie Bronx wraz z dwoma zaprzyjaźnionymi lokalnymi kapelami: Felicite Pueros i Kfaza. Końcem lata tego samego roku, w słupskim studio MCK, zarejestrowana została pierwsza demówka zatytułowana „Novum”. Ukazała się ona wpierw na kasecie nakładem Qrva Sistema, a później wybrane utwory wydane zostały w formie siedmiocalowego singla dla Malarie Records.

k2

Kolejny rok przyniósł rosnącą liczbę koncertów – wpierw w północnej części Polski (Świnoujście, Łobez, Lębork, Gdynia, Słupsk, Bartoszyce, Miastko), po czym, dzięki zaproszeniu do Bielska-Białej, zaczęła się dla Krzycz przygoda z południem. W międzyczasie miejsce Maćka za bębnami zajął Bartek Słaby z Łobza.

Rok 1997 zaczął się obiecująco: koncertem u boku węgierskiej grupy Trottel w poznańskim squacie Rozbrat, który odbył się 27 lutego. Wśród kolejnych koncertów na południu Polski dwa z nich okazały się istotnymi w dalszych dziejach kapeli. Pierwszy z nich miał miejsce 11 kwietnia 1997 roku w Nowym Targu, gdzie mieści się siedziba Nikt Nic Nie Wie, i zaowocował zainteresowaniem tej wytworni współpracą z zespołem, drugi zaś dwa dni później na Czad Giełdzie w Mega Clubie w Katowicach, gdzie Krzycz zagrał u boku Post Regiment, którego gitarzysta Jarek Smak był odpowiedzialny za niepowtarzalne brzmienie tego koncertu. Kolejną kluczową postacią w tym okresie stał się Maciej Głuchowski, perkusista motoryczno-hałaśliwej poznańskiej formacji Dump. Mieliśmy niejednokrotnie okazję ujrzeć go w akcji podczas występów Dump w Szczecinie czy też ich rodzimym klubie Eskulap, grającego u boku amerykańskich zespołów skojarzonych z wytwórnią Amphetamine Reptile, które niejednokrotnie przerastali wyobraźnią i talentem. Maciej zapoznał nas z Pawłem „Monsieur Delay” Wudarskim, akustykiem Dump odpowiedzialnym za kontrolę nad ich potężnym brzmieniem.

k3

W styczniu 1998 roku w warszawskim studio Manta, z Jarkiem Smakiem za głównym sterem oraz przy wsparciu ze strony Głuchowskiego i Wudarskiego, Krzycz zarejestrował album „Trauma”. Gościnnie wystąpił na nim Głuchowski na bębnach w improwizowanym utworze zatytułowanym „Luty” oraz na pianinie w „Czarnych chmurach” i „Ulicy znanej od lat”.

Wiosną tamtego roku skład Krzycz opuścił Artur, a na jego miejsce wstąpił Kamil Dudar ze świnoujskiego zespołu Red Alert. W ramach promocji świeżo wydanej przez Nikt Nic Nie Wie płyty Krzycz kontynuował koncerty po Polsce, m.in. w Warszawie ze Starymi Singers, ulubionym przez zespół Grodźcu pod Opolem, gdzie byli zawsze ciepło przyjmowani przez lokalnego organizatora Kubę Kunysza oraz okoliczną publiczność. Podobnie rzecz miała się w Wołowie pod Wrocławiem, gdzie lokalny zespół Stephans i jego lider Marcin Lokś był w zażyłych kontaktach z Krzycz.

k5

Pod koniec 1998 roku pojawiła się poważna perspektywa zagrania europejskiej trasy koncertowej. Niestety z powodu wymagających studiów oraz półrocznych egzaminów Kamil nie był w stanie się zdeklarować co do wyjazdu, stąd pozostali członkowie Krzycz ponownie zwrócili się do ekipy z Poznania. Nowym, sesyjnym basistą na trasę stał się gitarzysta Dump – Maciej Gnot. Po kilku intensywnych weekendach prób w Poznaniu w styczniu 1999 roku Krzycz wyruszył w swoją jedyną trasę po Europie, odwiedzając Holandię, Belgię, Anglię oraz Szkocję. Jak się później okazało, ostatni występ w tej trasie – w belgijskim Liege, był finałowym koncertem w karierze zespołu. Po powrocie Krzycz kontynuował próby jako trio: ze mną dzielącym funkcję basisty i wokalisty, jednak kilka miesięcy później, z powodu różnic interpersonalnych pomiędzy Bartkiem a Przemkiem i mną, Krzycz oficjalnie zawiesił działalność latem 1999 roku.

Przed rozpadem Krzycz w planach pojawiła się kontynuacja działalności poza granicami kraju, co jeszcze bardziej się skrystalizowało, gdy Przemek i ja powołaliśmy do życia Rope. Zimą 2000 roku, ponownie pod czujnym okiem i uchem Jarka Smaka, zarejestrowaliśmy pierwszą EP-kę „Fever”, a wczesną jesienią osadziliśmy się w Chicago. Rope kontynuował działalność przez kolejne niemal siedem lat jako trio: z Przemkiem na gitarze, mną na basie i wokalu oraz Michaelem Kendrickiem na perkusji. Zarówno „Fever”, jak i kolejne dwa albumy – „Widow’s First Dawn” (nagrany przez Steve’a Albiniego) oraz „Heresy, And Then Nothing But Tears” – ukazały się nakładem wytwórni Family Vineyard.

k4

W 2007 roku przeprowadziłem się na zachodnie wybrzeże Stanów do Seattle, gdzie po kilku latach założyłem formację Alchimia, z którą jak dotąd wydałem dwie płyty: „Lucile” i „Aurora” dla krakowskiej wytwórni Instant Classic. Obecnie mieszkam w San Diego, gdzie udzielam się solowo pod szyldem Faro. Przemek Drążek kontynuuje swoją działalność na gitarze oraz trąbce w chicagowskiej formacji Mako Sica, z wydawnictwami dla następujących wytwórni: La Société Expéditionnaire, Slow Knife, Permanent Records, Chaos of the Stars, Plus Tapes, BLWBCK. Artur Stankiewicz mieszka od wielu lat w Warszawie, gdzie od niedawna gra na basie w grupie Kejtu. Bartek Słaby wyjechał zaś do Australii, gdzie przez kilka lat grał na bębnach w kapeli The Tearaways.

Robert Iwanik

scrawl – velvet hammer [1993] / léa seydoux i adèle exarchopoulos

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

simple machines records

discogs

1

Indie rock też może brzmieć dumnie. „Seamonsters”, „It’ll Be Cool”, „Crazy Rhythms”… Dziś niekoniecznie. Jeśli coś jest tagowane jako „indie rock”, można z góry założyć, że będzie chujowe, a zespół zabrzmi, jakby wygrał casting prowadzony przez Boya George’a.

Scrawl gra jak Pan Bóg przykazał, może dlatego, że nagrywał go Steve Albini. Spokojna muzyka, w której czai się drapieżność. Bomba, choć może chwilami nazbyt kojarząca się z The Breeders.

W 2012 panie tworzące Scawl grały na ATP. Fajnie, jakby przyjechały na Off Festival.

***

Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos

a

aa

b

c

d

e

owls – owls [2001] / amílcar moretti

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

fb

jade tree

polyvinyl records

owls

Kolejny zespół Tima Kinselli. Na płycie grali również: jego brat – Mike oraz Sam Zurick i Victor Villareal. Cała czwórka tworzyła wcześniej Cap’n Jazz, no i Joan of Arc.

Więcej tu nerwowych zagrań i niepokoju niż na „American Football”. Jest tez dużo mathrockowych zagrywek. Płyta nagrana przez Steve’a Albiniego. Jak ci się nie podoba, to wypierdalaj. :)

O kurde, zespół się reaktywował. Grają koncerty, wkrótce nowa płyta.

***

Amílcar Moretti

1

2

3

4

amilcar-moretti-febrero-2014-1_995

6

%d blogerów lubi to: