dola – czasy [widno; 2021]

dola

widno

wywiad (nie mój)

fot. Martyna Kąkalec

Chętnie machnąłbym lepszą recenzję, ale urlopowo jakoś wyobraźnia nie działa.

***

Fajne uczucie podczas pierwszego odsłuchu: chciałem, żeby „Czasy” już się skończyły, ale tylko dlatego, że miałem ochotę zacząć ich słuchać od nowa.

***

Po „W śnialni” Furii i „Acedii” Odrazy – choć to ciekawe (zwłaszcza pierwsza) płyty – miałem nadzieję, że Dola nagrała coś normalnego.

***

Na „Doli” przeważał czad, „Czasy” są bardziej klimatyczne. Przeważał albo i nie przeważał, są albo i nie są. Im jestem starszy, tym chyba częściej zapamiętuję raczej wrażenia, niż to, jaka w rzeczywistości jest muzyka, której słuchałem.

Dola to nie jest zespół, przy którym można powtórzyć stary dowcip: że metalowcy noszą długie włosy, by ukryć blizny po lobotomii. Trio wychodzi od metalu, żeniąc go z rockową awangardą (słyszalne choćby wpływy krautrocka), i częstuje nas propozycją – banalnie pisząc – oryginalną i wyjątkową. Oczywiście znajdą się tacy, którzy porównują autorów „Czasów” to pięćdziesięciu innych kapel, ale ja, słuchając Doli, myślę o Doli.

Choć teraz – już przy pierwszym numerze („Wszystko odrośnie”) – mam wrażenie, że jamują wspólnie Faust i Earth. To komplement, jakby kto pytał.

***

Panowie z Doli grają tak, jakby się im nigdzie nie spieszyło. Słychać to świetnie w „-” – kawałku, w którym zespół kapitalnie używa wyświechtanej formuły post-rocka.

***

To duża sztuka rok po roku nagrać dwie świetne płyty, które różnią się od siebie, ale te różnice nie wiążą się z wyraźną woltą stylistyczną. Ciekawe, w jakie rejony zawędruje Dola, i czy utrzyma tempo nagrywania.

***

Oczywiście, mógłbym przeanalizować kawałek po kawałku, na czym polega zajebistość tego zespołu (nawet mnie kusi, gdy właśnie zaczyna się wspomniany „-”), ale przecież każdy ma uszy. Jak komu nie podejdzie, niech idzie z Bogiem i OFF Country Club.

***

Trzecia płyta, jeszcze lepsza niż „Czasy” – byłoby idealnie. Ale może być nawet jakieś dziwadło, jak wymienione na początku nagrania Furii i Odrazy.

***

Kolejny plus na konto Doli: nową płytę wydał sam zespół, zakładając label Widno.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

szpety – szpety [antenna non grata; 2021]

szpety

antenna non grata

fot. Ksawery Jan Wójciński

W związku z tym, że doba trwa zaledwie 24 godziny i trzeba ją spożytkować również na inne rzeczy niż słuchanie muzyki, staram się nie zagłębiać w niegitarowy underground. Nie ignoruję go, ale bazuję głównie na tym, co mi różni dobrzy ludzie podeślą. Inna sprawa, że z niektórymi wydawnictwami czy artystami zżyłem się na tyle, że gdyby przykładowo Pawlacz Perski nie dawał mi już nowych płyt do recenzji, i tak śledziłbym, czy coś wydaje.

Przyszła pora na label Antenna Non Grata, a wraz z nim na starego znajomego – Wojtka Kurka, który w tym roku już dwa razy gościł na 10fs („Npm” i „Buoyancy”).  A właściwie dwoje znajomych, bowiem „Szpety” nagrano w Wieży Ciśnień.

***

Szpety – świetna nazwa. A może trzeba było grać jako Szepty? Jakiś czilaucik z dwoma żeńskimi wokalami. Muzykę z klasą dla ludzi z klasą. Fryzjerski jazz.

Nic z tego. Są Szpety i muzyka co najmniej dziwna. Za instrumenty perkusyjne oraz elektronikę odpowiada wspomniany Kurek, za wokale Antonina Nowacka i Gosia Zagajewska.

***

„Rzur”, „Kruf”, „Maczak”, „Szusz”, „Czops”, „Bzard” – to tytuły utworów. Jak sobie je czytam, kojarzą mi się z imionami nadawanymi członkom Zboru Leczenia Duchem Świętym „Niebo”. Ten materiał robi zresztą poprzez swą parateatralność wrażenie ścieżki dźwiękowej do religijnych obrzędów. Broń Boże, nie uważam, żeby Kurek chciał zostać nowym Kacmajorem. Trzeba jednak przyznać, że ma to niepokojący klimat, na co zresztą większy wpływ niż gra perkusisty mają wokale obu pań (jedna z nich przez chwilę wydaje dźwięki, które kojarzą się z Naido z trzeciego sezonu „Twin Peaks”). Nie wiem, jakiego demona próbuje obudzić nasze trio np. w „Czopsie”. W każdym razie mam nadzieję, że typ śpi dalej.

Ostatnio przypomniałem sobie – od A do Z – stary serial „Robin z Sherwood”. Szpety pasują do tych bardziej mrocznych odcinków. Oczywiście nie czyni to z nich polskiego Clannad.

Napisać, że Szpety są intrygujące, to tak, jakby stwierdzić, że Jordan kapitalnie grał w kosza. Tu by trzeba użyć jakiejś grubszej metaforyki, dać się ponieść, ale nie będę się przecież wygłupiać. Uwarzyli rzur dziwny w smaku. Na pewno nie do masowej konsumpcji.

***

Bardzo przyjemne podczas słuchania tego materiału było dla mnie uczucie, że nagle zacząłem go postrzegać nie jako dziwadło, lecz – że się tak drętwo wyrażę – świadomą wypowiedź artystyczną. Może ja dojrzewałem do muzyki tria Kurek – Nowacka – Zagajewska, a może trzy ostatnie numery najzwyczajniej w świecie wybijają się na tle wcześniejszych. Albo są po prostu bardziej przystępne (np. w „Czopsie” zespół – świadomie lub nie – flirtuje ze starym post-punkiem, który flirtował z afrobeatem, co przywołuje na myśl chociażby wspaniałą Lizzy Mercier Descloux).

Czas pokaże, czy to płyta do słuchania, czy tylko do podziwiania.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

paweł doskocz/wojtek kurek – npm [czaszka records; 2021]

czaszka
doskocz
kurek

Kiedyś było lepiej: gdy jakaś jazzowa albo okołojazzowa alternatywa coś nagrała, nazywało się to „yassem”, i już. Jak określić muzykę duetu Paweł Doskocz – Wojtek Kurek?

„Fryta, preparacja, melodia, trans i piosenki – wszystko, wyjątkowo bez elektroniki” – czytamy na Bandcampie wydawcy, Czaszki Records. Jak tu jest „melodia” i zwłaszcza „piosenki”, to ja właśnie siedzę z Patrycją Markowską na Zanzibarze.

„Energia gitary i perkusji osadzona w krótkich, skondensowanych formach. Brudne tematy, które dają się zanucić, żywiołowa perkusja, która nadaje wszystkiemu rozchwianego pulsu” – o, to już bardziej adekwatne, poza nuceniem.

Mnie ten materiał kojarzy się z… koncertem Doskocza i Kurka (przy okazji polecam tegoroczny materiał, „Buoyancy”). Piękny czas: Katowice, salka w „Drzwiach Zwanych Koniem”, 10 osób w środku (nie licząc muzyków), dobry set na gitarę i zestaw perkusyjny, potem piwo. Następnie nastał „Black Mirror” i tyle było z koncertów.

***

Nad „npm” czasem unosi się trochę zappowski klimat. Myślę, że takie coś mógłby też nagrać Macio Moretti, choć nie mam pojęcia, co robi obecnie, a bębnienie Kurka odpowiada mi bardziej niż jego. Świetny perkusista – i free, i uporządkowany. Lubię też granie Doskocza, który sprawdza się w jazzowej awangardzie, ale gdyby przyszło mu do głowy nagrać psychodeliczno-garażową płytę (oczywiście z Kurkiem), odrobinę piosenkową, to efekt również mógłby być więcej niż zadowalający .

***

Najlepsza na płycie jest chyba „Mogielica”, kojarząca się z niepiosenkowym Sonic Youth z domieszką mroku serwowanego przez obłąkańców z Les Rallizes Dénudés.

Pod koniec można poczuć zmęczenie „npm”, wynikające z dotychczasowej intensywności nagromadzenia dźwięków, nie ze słabości ostatnich numerów – „Kopy Kondrackiej” i „Świnicy”.

I dobrze. Po to jest awangarda: by wkurwiać i męczyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

próchno – niż [gusstaff records (mc), don’t sit on my vinyl (lp); 2020]

próchno

gusstaff records

don’t sit on my vinyl

Pewnie panowie nie przypuszczali, jak bardzo ponury, apokaliptyczny klimat ich muzyki będzie pasował do zaczynającej się wiosny 2020.

Dzięki debiutanckiej płycie Próchna stałem się fanem zespołu. To była jedna z rzeczy, jakie ukazały się w minionym roku. Bartosz Leśniewski, Artur Sofiński i Marcel Gawinecki grali na materiale wydanym przez Gusstaffa (CD, MC) i Don’t Sit On My Vinyl (LP) niełatwą do zaszufladkowania muzykę, w której wybrzmiewały echa industrialu, metalu, noise’u i pewnie czegoś jeszcze, co akurat nie przychodzi mi do głowy.

Epkę „Niż” (zapowiadał ją singiel „Śledzą nas”; jak się okazało – odrobinę odstaje od reszty) postrzegam jako trochę bardziej transową i jednocześnie bardziej noise’ową od poprzedniczki. Z przyjemnością słyszę tu echa Sutcliffe Jügend i Bodychoke (ale proszę się tym jakoś bardzo nie sugerować – jest kilka zespołów, które słyszę prawie wszędzie) – choćby w kapitalnym „Wietrze ze wschodu”, w którym pobrzmiewają też echa industrialnego post-punka Killing Joke.

Płytę nagrano w Studiu Cierpienie w Smarzykowie. Trzeba wspomnieć o doskonałej realizacji albumu, za którą odpowiadają Gawinecki i Sofiński (Marcel zrobił też miks, mastering – Maciej Miechowicz). Najlepiej słychać tę robotę („rytualne” bębny Sofińskiego to bodaj najmocniejszy punkt płyty) w zamykającym całość „Kim jesteś, po co przyszedłeś?”.

Tytułowy krzyk, w połączeniu z tym, co widzę za oknem i czytam w newsach ze świata, sprawia, że mam ciarki na plecach.

Próchno: „Niż” – 10 pierdolonych… powiedzmy, że gwiazdek. :)

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Premiera winylu (wraz z kodem do pobrania plików) – 18 kwietnia (Don’t Sit On My Vinyl), podobnie kaseta (Gusstaff). Wysyłka „Niżu” zamówionego w preorderze – 5 kwietnia. Zapraszam na stronę Gusstaff Records.

burmese – men [2004] / alain laboile

linki w komentarzach / links in comments

burmese

load records

Arcydzieło muzycznego radykalizmu i minimalizmu spod ręki kwartetu z Bay Area. Dużymi fragmentami shellacowaty wpierdol bez żadnego zbędnego dźwięku.

Fajnie wrzucać – zazwyczaj dla odmiany – zespół, który wciąż gra. W tym roku Burmese wydał płytę „Privileged”.

Load Records, które wypuściło „Men” – a także płyty Brainbombs, Lightning Bolt, Vaz czy Noxagt – niestety w 2017 r. zakończyło działalność.

***

Alain Laboile – Sally Mann z domieszką kiczu.

botch – american nervoso [1998] / damien maloney

linki w komentarzach / links in comments

hydra head records

bandcamp

alchetron

Na sobotę trochę dobrego hard rocka. O zespole w linku powyżej.

***

Damien Maloney

the membranes – crack house [1983] / dennis letbetter

linki w komentarzach / links in comments

themembranes.co.uk

Koledzy wrzucają jakieś nowe, gejowskie postpanki, pora więc dać coś starego.

The Membranes (albo Membranes) to zespół z Blackpool, który zaczął grać równo 40 lat temu i czynił to do 1989 roku. Reaktywował się dzięki My Bloody Valentine, który zaprosił twórców „Crack House” na All Tomorrow Parties. Dziś z oryginalnego składu został tylko John Robb, natomiast Nick Brown gra w Membranes od 1982 roku. Pozostali muzycy dołączyli do zespołu podczas reaktywacji. Powrót zaowocował płytami „Dark Matter/Dark Energy” (2015; warto!) oraz „Inner Space/Outer Space” (2016), której do tej pory nie włączałem, gdyż nie lubię remiksów.

„Crack House” – uwielbiam takie granie. Włanczaj!

***

Dennis Letbetter. Świetny gość, fotografujący m.in. najpiękniejsze istoty – psy i nagie kobiety.

lonker see – lonker sessions / live at pijana czapla [music is the weapon; 2017]

lonker see – bandcamp / facebook

music is the weapon – www / facebook

Ładnych parę lat temu łykałem neopsychodeliczne płyty jak prawak „wzruszające” przemówienie Trumpa. Później, gdy nawet moi ulubieńcy – Wooden Shjips i White Hills – zaczęli nagrywać słabsze rzeczy, mój entuzjazm diametralnie zmalał. Zeszłoroczna „Split Image” Lonker See to była chyba pierwsza od dawna nowa płyta z psychodelią, która nie służyła mi wyłącznie jako ścieżka dźwiękowa do sobotniego sprzątania.


fot. Marcin Pawłowski

W Katowicach – jeżeli chodzi o koncerty klubowe – chuj nocuje, więc nie mogłem przepuścić okazji, jaką był gig Lonker See. Jak się okazało – świetny. Choć podczas występu w katowickiej Katofonii miałem wątpliwości, czy saksofon Tomasza Gadeckiego jest na pewno potrzebny, tak słuchając „Lonker Sessions”, mam wrażenie, że jest on – saksofon albo Gadecki, jak kto woli – najważniejszą postacią na płycie.

Lonker See – niezależnie czy powoli buduje napięcie w otwierającym płytę „Dark Mother” (akurat przy kolejnym odsłuchu wcale nie mam wrażenia, że to się dzieje powoli), który w pewnym momencie nieco przypomina White Hills z najlepszych numerów (mnie niemal każdy dzisiejszy psych przypomina zespół Dave’a Weinberga), czy improwizuje na bębny i saksofon (Michał Gos i Gadecki w „The Element”) – przykuwa uwagę, niemal hipnotyzuje; pokazuje, że od dawna nie trzeba pisać udupiającego naszą scenę muzyczną zdania: „dobre jak na polskie warunki”.


fot. Paweł Jóźwiak

Trwające po około 20 minut „Awaking pt. 1 & 2” i „New Down” udowadniają, że z jednej strony można darować sobie puszczanie oka zarówno do alternatywnej publiki, jak i do koryfeuszy sceny niezależnej, promujących asłuchalne bzdety, ale i nie uciec w artystowskie pierdzenie.

***

Poprzedni rok był genialny dla polskiej muzyki. Wacław Zimpel, LAM, Lotto, Furia… No i Lonker See. Ten nie dorównuje – i pewnie nie dorówna – 2016. Ale nie jest źle, chociażby dlatego, że wyszły „Lonker Sessions” – na tę chwilę najlepsza polska płyta tego roku.

Kapitalny materiał.

Na drugim krążku znajdziemy świetnie brzmiący koncert, zarejestrowany w olsztyńskiej Pijanej Czapli. Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć Lonker See na żywo, nawet się nie zastanawiajcie.

Premiera albumu – 22 lipca.

Tinsel Teeth / Bastard Noise / Clockcleaner

słuchaliście kiedyś adolf satan? tam nie było dziewczyny na wokalu ale też ok

***

zmieniając temat, warto sprawdzić tego osobnika, który upodobał sobie dinozaury, lasery oraz rysunek. narysował między innymi deskorolkę z czaszką, szereg muskularnych ludzi, wykonał wiele plakatów dla punkowych gigów. ma również niejasne powiązania z zespołem Kaseciarz i to prawdopodobnie jego praca widnieje na okładce splitu tego zespołu z IR-3000. zna się również, jak mało kto, na ufo, glutach oraz naroślach. miał kiedyś fajny zespół, ale już nie ma go. jeśli coś pomyliłem, to spłonę ze wstydu bądź dokona się na mnie tzw. turbo abduction

https://www.facebook.com/bummersforbreakfast