nick cave & the bad seeds – gliwice, 7 sierpnia 2022

Po koncertach wielkich zespołów, które trzymają formę i mają na koncie bogatą dyskografię, zawsze pozostaje niedosyt; mnie się np. marzyło „Fifteen Feet of Pure White Snow” (o „Babe, I’m on Fire” nawet nie śniłem). Ale jak wczoraj Nick Cave & the Bad Seeds dokurwili takim „From Her to Eternity”, to nie miałem pytań. Plus bardzo miłe zaskoczenie, czyli „Vortex” na bis.

Arena Gliwice, sektor któryś tam. Ale i tak było warto. „Into My Arms” teraz będzie za mną chodzić przez miesiąc.

melisa – zasługuję na istnienie [koty records; 2022]

melisa

koty records

Ładnych parę lat temu pokładałem wielkie nadzieje w polskim, gitarowym graniu na podstawie tego, czym częstowały takie zespoły, jak The Spouds, Melisa czy Brooks Was Here. Po części wynikało to z początkowej nieświadomości, że to ekipy powiązane personalnie, więc nie mógł stać za tym jakiś szerszy trend. Wtedy też nie do końca sobie to uświadamiałem, ale być może lekkie przecenienie ich – było nie było, bardzo dobrych – nagrań (choć gdy teraz przypomniałem sobie pierwszy, noisepunkowy materiał Melisy, „Dla Melizy”, myślę, że może jednak ja tu nikogo nie przeceniałem…) wzięło się z faktu, że wymienione grupy stanęły przeciwko biedzie polskiego punka i hardcore’a; nie były ową biedą obciążone ani muzycznie, ani mentalnie. Stanęły przeciwko nędzy chujowego brzmienia, banalnych kompozycji, protekcjonalnego (a może raczej wzgardliwego) przekazu i – last but not least – ogólnej, punkowej głuchocie, dzięki której publika zawsze tłumniej przyjdzie na – dajmy na to – Eye for an Eye niż na Titanic Sea Moon, Columbus Duo czy… Melisę.

Wracając do owego protekcjonalnego przekazu – do granic został on chyba doprowadzony w kawałku Dezertera „Hodowla głupków” z płyty „Mniejszy zjada większego”. Jakże inaczej wypadają teksty Melisy czy Brook Was Here z ich „polskiej” płyty przy tych pisanych ex cathedra tekścidłach, traktujących słuchacza jak debila, który dowiaduje się, że jest nim, debilem, bo ogląda w telewizji nie te programy, które powinien.

Tak, teksty na „III” były miłą niespodzianką, zwłaszcza gorzkie „Lunaparki” („Kanały dzisiaj piękne, mogę być tu przez cały dzień / Przepaski, panny wyklęte, słucham płyt de press / Tacy sami, tacy sami / Strzelanie dzisiaj jest piękne, od rana ktoś bawi się / Maleo otwiera kopertę do jutra ma za co jeść”), przypominające nieco Świetlickiego, który robił sobie jaja z nie kogo innego, jak Malejonka: „Dzisiaj dostałem list od papieża / Pisze, że we mnie wierzy / Dzisiaj dostałem list od papieża / Pisze, że jestem niezły”).

Podobnie jest na nowym wydawnictwie Melisy (Marcel Gawinecki – bas, Mateusz Romanowski – gitara i głos, Antoni Zajączkowski – bębny), mającym dość (tu zabrakło mi przymiotnika; możecie sobie go dodać) tytuł „Zasługuję na istnienie”. Słowa napisane przez Romanowskiego zostają w głowie („chciałeś pluralizm / a stałeś się nami”), a ja mam przyjemne wrażenie, że nikt mnie nie poucza; że pisał je ktoś, kto po dyskusji nie podejmuje niezwykle radykalnego kroku, jakim jest usunięcie ze znajomych na fejsie.

Dobrze to też brzmi (nagrywali w Studiu Cierpienie Gawinecki i Zajączkowski). Inżynieria dźwięku na piątkę z plusem, choć z punktu widzenia sztuki rockowej – ktoś może powiedzieć – płyta gra jak gówno. Gitary często nieco schowane, zdominowane przez „zawiesisty” bas, wokale nie są wysunięte o kilometr względem instrumentów. Bębny – nie wypada nie wspomnieć – dają po uszach jak Pan Bóg przykazał. Mnie to podchodzi, zwłaszcza że „Zasługuję na istnienie” potrafi zabrzmieć nie tylko brudno, ale i potężnie, wręcz metalowo (vide „Śnienie”). Jedyne, do czego bym się przyczepił, to wysunięty głos w „Śnieniu” właśnie. Psuje nieco efekt, choć może nawet ten amatorsko brzmiący wokal ma swój gówniarski urok. Jak miał wokal np. w Guernice y Luno.

Całość trwa 17 minut, czyli niewiele mniej niż powinien trwać hardcore’owy koncert. Pisząc „hard core” mam na myśli Geld czy Electric Chair, nie neandertali charczących o „pride” i „unity”.

Kilkanaście minut pełnych wpierdolu i emocji plus chwila wytchnienia – „Samotność skit” (wytchnienia tylko od tego pierwszego). Plus jeden emo-hit „Wystarczasz”.

„Tylko” 8/10 (wystawianie ocen płytom wydaje mi się dość niemądre, ale jakoś od dłuższego czasu nie umiem się powstrzymać). Pierwszy kawałek, „Widzimy się” (gościnnie zaśpiewała Kudłata ze składu Qx), robi wrażenie raczej szkicu (choć ta shellacowa gitara na początku to miód na me serce…). Brakuje mi też jakiegoś zamknięcia płyty (może „Samotność skit” na koniec to byłoby dobre rozwiązanie? Tyle że skitu chyba nie daje się na koniec). A może ten lekki chaos to zamysł?

Zjełczały zgred pozdrawia Melisę i oznajmia, że będzie wracał do „Zasługuję na istnienie”. Czekam, aż Koty wypuszczą ten materiał na nośniku/ach.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Dziś, 2 marca, Lou Reed miałby 80. urodziny…

…i nie wiedziałem, jaką jego płytę włączyć.

Miałem już przygotowaną „The Blue Mask”, ale nagle pomyślałem, że muszę posłuchać „Men of Good Fortune”, więc poleciała „Berlin”. Może faktycznie kocham ją bardziej niż „Transformer”. Może kiedyś się zbiorę, żeby napisać coś więcej o Nim.

dola – czasy [widno; 2021]

dola

widno

wywiad (nie mój)

fot. Martyna Kąkalec

Chętnie machnąłbym lepszą recenzję, ale urlopowo jakoś wyobraźnia nie działa.

***

Fajne uczucie podczas pierwszego odsłuchu: chciałem, żeby „Czasy” już się skończyły, ale tylko dlatego, że miałem ochotę zacząć ich słuchać od nowa.

***

Po „W śnialni” Furii i „Acedii” Odrazy – choć to ciekawe (zwłaszcza pierwsza) płyty – miałem nadzieję, że Dola nagrała coś normalnego.

***

Na „Doli” przeważał czad, „Czasy” są bardziej klimatyczne. Przeważał albo i nie przeważał, są albo i nie są. Im jestem starszy, tym chyba częściej zapamiętuję raczej wrażenia, niż to, jaka w rzeczywistości jest muzyka, której słuchałem.

Dola to nie jest zespół, przy którym można powtórzyć stary dowcip: że metalowcy noszą długie włosy, by ukryć blizny po lobotomii. Trio wychodzi od metalu, żeniąc go z rockową awangardą (słyszalne choćby wpływy krautrocka), i częstuje nas propozycją – banalnie pisząc – oryginalną i wyjątkową. Oczywiście znajdą się tacy, którzy porównują autorów „Czasów” to pięćdziesięciu innych kapel, ale ja, słuchając Doli, myślę o Doli.

Choć teraz – już przy pierwszym numerze („Wszystko odrośnie”) – mam wrażenie, że jamują wspólnie Faust i Earth. To komplement, jakby kto pytał.

***

Panowie z Doli grają tak, jakby się im nigdzie nie spieszyło. Słychać to świetnie w „-” – kawałku, w którym zespół kapitalnie używa wyświechtanej formuły post-rocka.

***

To duża sztuka rok po roku nagrać dwie świetne płyty, które różnią się od siebie, ale te różnice nie wiążą się z wyraźną woltą stylistyczną. Ciekawe, w jakie rejony zawędruje Dola, i czy utrzyma tempo nagrywania.

***

Oczywiście, mógłbym przeanalizować kawałek po kawałku, na czym polega zajebistość tego zespołu (nawet mnie kusi, gdy właśnie zaczyna się wspomniany „-”), ale przecież każdy ma uszy. Jak komu nie podejdzie, niech idzie z Bogiem i OFF Country Club.

***

Trzecia płyta, jeszcze lepsza niż „Czasy” – byłoby idealnie. Ale może być nawet jakieś dziwadło, jak wymienione na początku nagrania Furii i Odrazy.

***

Kolejny plus na konto Doli: nową płytę wydał sam zespół, zakładając label Widno.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

szpety – szpety [antenna non grata; 2021]

szpety

antenna non grata

fot. Ksawery Jan Wójciński

W związku z tym, że doba trwa zaledwie 24 godziny i trzeba ją spożytkować również na inne rzeczy niż słuchanie muzyki, staram się nie zagłębiać w niegitarowy underground. Nie ignoruję go, ale bazuję głównie na tym, co mi różni dobrzy ludzie podeślą. Inna sprawa, że z niektórymi wydawnictwami czy artystami zżyłem się na tyle, że gdyby przykładowo Pawlacz Perski nie dawał mi już nowych płyt do recenzji, i tak śledziłbym, czy coś wydaje.

Przyszła pora na label Antenna Non Grata, a wraz z nim na starego znajomego – Wojtka Kurka, który w tym roku już dwa razy gościł na 10fs („Npm” i „Buoyancy”).  A właściwie dwoje znajomych, bowiem „Szpety” nagrano w Wieży Ciśnień.

***

Szpety – świetna nazwa. A może trzeba było grać jako Szepty? Jakiś czilaucik z dwoma żeńskimi wokalami. Muzykę z klasą dla ludzi z klasą. Fryzjerski jazz.

Nic z tego. Są Szpety i muzyka co najmniej dziwna. Za instrumenty perkusyjne oraz elektronikę odpowiada wspomniany Kurek, za wokale Antonina Nowacka i Gosia Zagajewska.

***

„Rzur”, „Kruf”, „Maczak”, „Szusz”, „Czops”, „Bzard” – to tytuły utworów. Jak sobie je czytam, kojarzą mi się z imionami nadawanymi członkom Zboru Leczenia Duchem Świętym „Niebo”. Ten materiał robi zresztą poprzez swą parateatralność wrażenie ścieżki dźwiękowej do religijnych obrzędów. Broń Boże, nie uważam, żeby Kurek chciał zostać nowym Kacmajorem. Trzeba jednak przyznać, że ma to niepokojący klimat, na co zresztą większy wpływ niż gra perkusisty mają wokale obu pań (jedna z nich przez chwilę wydaje dźwięki, które kojarzą się z Naido z trzeciego sezonu „Twin Peaks”). Nie wiem, jakiego demona próbuje obudzić nasze trio np. w „Czopsie”. W każdym razie mam nadzieję, że typ śpi dalej.

Ostatnio przypomniałem sobie – od A do Z – stary serial „Robin z Sherwood”. Szpety pasują do tych bardziej mrocznych odcinków. Oczywiście nie czyni to z nich polskiego Clannad.

Napisać, że Szpety są intrygujące, to tak, jakby stwierdzić, że Jordan kapitalnie grał w kosza. Tu by trzeba użyć jakiejś grubszej metaforyki, dać się ponieść, ale nie będę się przecież wygłupiać. Uwarzyli rzur dziwny w smaku. Na pewno nie do masowej konsumpcji.

***

Bardzo przyjemne podczas słuchania tego materiału było dla mnie uczucie, że nagle zacząłem go postrzegać nie jako dziwadło, lecz – że się tak drętwo wyrażę – świadomą wypowiedź artystyczną. Może ja dojrzewałem do muzyki tria Kurek – Nowacka – Zagajewska, a może trzy ostatnie numery najzwyczajniej w świecie wybijają się na tle wcześniejszych. Albo są po prostu bardziej przystępne (np. w „Czopsie” zespół – świadomie lub nie – flirtuje ze starym post-punkiem, który flirtował z afrobeatem, co przywołuje na myśl chociażby wspaniałą Lizzy Mercier Descloux).

Czas pokaże, czy to płyta do słuchania, czy tylko do podziwiania.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

paweł doskocz/wojtek kurek – npm [czaszka records; 2021]

czaszka
doskocz
kurek

Kiedyś było lepiej: gdy jakaś jazzowa albo okołojazzowa alternatywa coś nagrała, nazywało się to „yassem”, i już. Jak określić muzykę duetu Paweł Doskocz – Wojtek Kurek?

„Fryta, preparacja, melodia, trans i piosenki – wszystko, wyjątkowo bez elektroniki” – czytamy na Bandcampie wydawcy, Czaszki Records. Jak tu jest „melodia” i zwłaszcza „piosenki”, to ja właśnie siedzę z Patrycją Markowską na Zanzibarze.

„Energia gitary i perkusji osadzona w krótkich, skondensowanych formach. Brudne tematy, które dają się zanucić, żywiołowa perkusja, która nadaje wszystkiemu rozchwianego pulsu” – o, to już bardziej adekwatne, poza nuceniem.

Mnie ten materiał kojarzy się z… koncertem Doskocza i Kurka (przy okazji polecam tegoroczny materiał, „Buoyancy”). Piękny czas: Katowice, salka w „Drzwiach Zwanych Koniem”, 10 osób w środku (nie licząc muzyków), dobry set na gitarę i zestaw perkusyjny, potem piwo. Następnie nastał „Black Mirror” i tyle było z koncertów.

***

Nad „npm” czasem unosi się trochę zappowski klimat. Myślę, że takie coś mógłby też nagrać Macio Moretti, choć nie mam pojęcia, co robi obecnie, a bębnienie Kurka odpowiada mi bardziej niż jego. Świetny perkusista – i free, i uporządkowany. Lubię też granie Doskocza, który sprawdza się w jazzowej awangardzie, ale gdyby przyszło mu do głowy nagrać psychodeliczno-garażową płytę (oczywiście z Kurkiem), odrobinę piosenkową, to efekt również mógłby być więcej niż zadowalający .

***

Najlepsza na płycie jest chyba „Mogielica”, kojarząca się z niepiosenkowym Sonic Youth z domieszką mroku serwowanego przez obłąkańców z Les Rallizes Dénudés.

Pod koniec można poczuć zmęczenie „npm”, wynikające z dotychczasowej intensywności nagromadzenia dźwięków, nie ze słabości ostatnich numerów – „Kopy Kondrackiej” i „Świnicy”.

I dobrze. Po to jest awangarda: by wkurwiać i męczyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

próchno – niż [gusstaff records (mc), don’t sit on my vinyl (lp); 2020]

próchno

gusstaff records

don’t sit on my vinyl

Pewnie panowie nie przypuszczali, jak bardzo ponury, apokaliptyczny klimat ich muzyki będzie pasował do zaczynającej się wiosny 2020.

Dzięki debiutanckiej płycie Próchna stałem się fanem zespołu. To była jedna z rzeczy, jakie ukazały się w minionym roku. Bartosz Leśniewski, Artur Sofiński i Marcel Gawinecki grali na materiale wydanym przez Gusstaffa (CD, MC) i Don’t Sit On My Vinyl (LP) niełatwą do zaszufladkowania muzykę, w której wybrzmiewały echa industrialu, metalu, noise’u i pewnie czegoś jeszcze, co akurat nie przychodzi mi do głowy.

Epkę „Niż” (zapowiadał ją singiel „Śledzą nas”; jak się okazało – odrobinę odstaje od reszty) postrzegam jako trochę bardziej transową i jednocześnie bardziej noise’ową od poprzedniczki. Z przyjemnością słyszę tu echa Sutcliffe Jügend i Bodychoke (ale proszę się tym jakoś bardzo nie sugerować – jest kilka zespołów, które słyszę prawie wszędzie) – choćby w kapitalnym „Wietrze ze wschodu”, w którym pobrzmiewają też echa industrialnego post-punka Killing Joke.

Płytę nagrano w Studiu Cierpienie w Smarzykowie. Trzeba wspomnieć o doskonałej realizacji albumu, za którą odpowiadają Gawinecki i Sofiński (Marcel zrobił też miks, mastering – Maciej Miechowicz). Najlepiej słychać tę robotę („rytualne” bębny Sofińskiego to bodaj najmocniejszy punkt płyty) w zamykającym całość „Kim jesteś, po co przyszedłeś?”.

Tytułowy krzyk, w połączeniu z tym, co widzę za oknem i czytam w newsach ze świata, sprawia, że mam ciarki na plecach.

Próchno: „Niż” – 10 pierdolonych… powiedzmy, że gwiazdek. :)

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

Premiera winylu (wraz z kodem do pobrania plików) – 18 kwietnia (Don’t Sit On My Vinyl), podobnie kaseta (Gusstaff). Wysyłka „Niżu” zamówionego w preorderze – 5 kwietnia. Zapraszam na stronę Gusstaff Records.

burmese – men [2004] / alain laboile

linki w komentarzach / links in comments

burmese

load records

Arcydzieło muzycznego radykalizmu i minimalizmu spod ręki kwartetu z Bay Area. Dużymi fragmentami shellacowaty wpierdol bez żadnego zbędnego dźwięku.

Fajnie wrzucać – zazwyczaj dla odmiany – zespół, który wciąż gra. W tym roku Burmese wydał płytę „Privileged”.

Load Records, które wypuściło „Men” – a także płyty Brainbombs, Lightning Bolt, Vaz czy Noxagt – niestety w 2017 r. zakończyło działalność.

***

Alain Laboile – Sally Mann z domieszką kiczu.

botch – american nervoso [1998] / damien maloney

linki w komentarzach / links in comments

hydra head records

bandcamp

alchetron

Na sobotę trochę dobrego hard rocka. O zespole w linku powyżej.

***

Damien Maloney

%d blogerów lubi to: