karen dalton – it’s hard to tell who’s going to love you the best [1969]

linki w komentarzach / links in comments

wirz.de

Karen Dalton i Tim Hardin w Boulder, Kolorado; lata 60. (fot. Dan Hankin). KD grała ze swoim mężem, gitarzystą Richardem Tuckerem. Czasem tworzyło się trio, gdy dołączał do nich właśnie Hardin

Zakochałem się w płycie „It’s Hard to Tell Who’s Going to Love You the Best”, więc pomyślałem, że jej autorka, Karen Dalton, powinna pojawić się na blogu. Kobiet z gitarami nigdy za wiele, o ile nie jest to np. Maryla Rodowicz.

Wcześniej czyjś wygląd tak bardzo nie pasował mi do głosu, gdy zorientowałem się, że „Where have they been?” nie śpiewa facet po czterdziestce, lecz dwudziestoparolatek. No więc wpierw Ian Curtis, potem Karen Dalton. Nazywano ją „Billie Holiday folku”, co wiele tłumaczy.

Należała do tej samej sceny folkowej, co m.in. Bob Dylan (bardzo ją cenił, występowali razem). Grała na dwunastostrunowej gitarze i bandżo z długim gryfem; jej głos – cytując Janusza Reichela – czasem chwyta za serce, a czasem za jaja (zwłaszcza gdy na koniec wersu wibruje). Sukcesu komercyjnego nie odniosła, dopiero po śmierci zyskała uznanie; i tak zbyt małe. Zyskała je dzięki m.in. Nickowi Cave’owi, który jest nieoceniony – podobnie jak Jason Pierce ze Spiritualized – w przypominaniu folkowych pieśniarzy i pieśniarek.

Myślę: „Karen Dalton” i w głowie pojawia mi się też inna tragiczna postać amerykańskiej kultury, pisarka Carson McCullers.

Mająca problemy z piciem i dragami Dalton, zmarła w wieku 55 lat na chorobę powiązaną z AIDS. Przez długi czas panowało przekonanie, że odeszła jako bezdomna. Wychodzi jednak na to, że ktoś się nią zaopiekował nim zmarła.

Wydała dwie płyty. Oprócz „It’s Hard…” „In My Own Time” (1971). Ta pierwsza robi na mnie większe wrażenie, może dlatego, że jest bardziej surowa. Szkoda tylko, że kosztuje tyle, jakby ją dotknęła nasza inflacja.

Dwa lata temu nakręcono film o tej artystce z Teksasu – „In My Own Time: A Portrait of Karen Dalton” (gdzie go można obejrzeć?). Pojawia się w nim wspomniany Cave. Wiele lat po śmierci autorka „In My Own Time” zaczyna być rozpoznawalna.

W Polsce Karen Dalton może kojarzyć się może co najwyżej z braćmi Daltonami z kreskówki o Luckym Luke’u.

columbus duo avec guiding lights [fonoradar records; 2020]

fonoradar records

columbus duo

guiding lights

Split zespołów, które wyraźnie wyróżniają się w polskim – przepraszam za wyrażenie – „niezalu”.

(o)(o)

Columbus Duo (Irek Swoboda – bębny; Tomek Swoboda – gitara, wokal) jest niepodobne zupełnie do nikogo, od lat idzie swoją drogą. I niezależnie od tego, czy gra abstrakcyjną, zgrzytająco-trzeszczącą muzykę, czy – jak teraz – dość przystępną, jest to po prostu Columbus Duo.

(o)(o)

Guiding Lights (Joanna Świderska – bas, theremin, wokal; Piotr Mączkowski – perkusja; Łukasz Ciszak – gitara, wokal) obecnie wyróżnia się tym, że gra coś, co można otagować jako „math rock” – czyli gatunek u nas nieuprawiany.

(o)(o)

Gdy pisałem o którejś z płyt Columbus Duo, zastanawiałem się, czy panowie – w swoich szumach, trzaskach i generalnym wyjebaniu na to, by komukolwiek się spodobać – nie doszli do ściany. Teraz grają zupełnie inną muzykę, bardziej przyjazną dla ucha. No i zaskakującą. Pierwszy numer – dziesięciominutowy, doskonały „Obligé, mec” – to przecież jakiś maniakalny blues. Drugi, „Ville”, też raczej przyjemny, niż wywołujący dyskomfort u słuchacza.

(o)(o)

Guiding Lights również radykalnie się zmienili. Od szybkich indie-punkowych (ale durne określenie – mojego autorstwa) numerów do wspomnianego math rocka.

(o)(o)

(W sumie Columbus Duo odejście od wypracowanego stylu zasygnalizowało już na koncertówce „Schein”, a Guiding Lights na epce „Ok for Now”).

(o)(o)

Polecam koncerty obu zespołów. Byłem na ich wspólnym (tzn. nie grali razem w piątkę, tylko jedni po drugich) występie w październiku ubiegłego roku w krakowskiej Bazie. „Weterani” zagrali wybitnie, „młodzież” – bardzo dobrze.

(o)(o)

Z uwagi na oba numery Columbus Duo kolejne udane wydawnictwo Fonoradar Records pewnie trafi do mojego podsumowania najlepszych albumów roku. Guiding Lights jest tu trochę za mało (niecałe sześć minut, w tym minuta czegoś w rodzaju ambientu), żeby się zachwycić. Ot, zajawka przed dużą, mam nadzieję płytą. Tylko i aż tyle. No chyba, że znów zmienią styl.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

the honeymoon killers – turn me on [1987] / mikey mcmichaels

linki w komentarzach / links in comments

scaruffi

discogs

The Honeymoon Killers, jeden z wielu zespołów, w którym udzielał się Jon Spencer (The Blues Explosion, Boss Hog, Pussy Galore…), usłyszałem po raz pierwszy chyba w trójkowej audycji „Ręka boksera”, którą prowadził Maciej Chmiel; był to 1992 rok czy jakoś tak, a gośćmi byli ludzie z zine’a „Korek”. Poleciał wtedy kawałek, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale jak lecę teraz przez dyskografię nowojorczyków, nie umiem trafić na tamtą piosenkę (a może była to „Dazed’n’Heazy” z „Turn On Me”?). Oczywiście może być tak, że to nie byli Honeymoon Killers, „Korek” i Chmiel (choć ten świetny dziennikarz – chyba raczej tak. Bo kto inny wieczorem w Trójce?).


Słynna, „seksistowska” okładka „Korka” – z panią Cristiną Martinez w roli głównej. Zerknijcie zresztą na zawartość pisma – nie jest to raczej „Teraz Rock” ani „Pasażer”

Na „Turn Me On” nie pojawił się jeszcze wspomniany Spencer (z tego, co widzę grał dopiero na ostatniej studyjnej płycie HK, „Hung Far Low”), pojawiła się za to jego żona Cristina Martinez (jej pierwszy materiał nagrany z HK) wraz z resztą stałego/starego składu: Jerrym Teelem, Lisą Wells oraz Sally Erdoso. Trzeba przyznać, że Teel umiał się ustawić. A może był wkurwiony brakiem męskiego towarzystwa? Niestety, nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie.

Grający brudnego, garażowego rocka The Honeymoon Killers rozwiązali się, gdy Teel postanowił założyć grających brudnego, garażowego rocka Chrome Cranks. Swoją drogą, też świetny zespół.

„Turn Me On” (w sumie nie wiem, czemu akurat ten przykład chamskiego bluesa wrzuciłem) chyba nigdy nie ukazał się na CD, ale można go kupić w ludzkiej cenie na winylu. Wydał to Buy Our Records, prowadzony przez dwóch typów z Adrenalin O.D.

***

Mikey McMichaels (nawet nie wiem, czy podlinkowałem tę stronę, co trzeba, ale raczej tak). Fajne, surowe foty.

boss hog – cold hands [1990]

10fuckingstars.wordpress.com

coldhands2

cold hands 3

linki w komentarzach / links in comments

amrep

boss_hog

Przypomniał mi się zin „Korek”, bowiem na jednej z okładek pojawiła się Cristina Martinez z Boss Hog. Było to to samo zdjęcie, które zdobiło okładkę płyty „Cold Hands”. Widywał człowiek brzydsze kobiety w swoim życiu.

„Korek” był ok: bez typowo scenowego, politycznie poprawnego kija w dupie.

korek5_93_1
independentzambrow.blogspot.com

Boss Hog to jeden z zespołów Jona Spencera. Nie wiem, może i mój ulubiony, choć pod koniec brzmiał chwilami niemal popowo (pojawiły się nawet taneczne remiksy).

Zespół reaktywował się w 2008 roku. Niestety, koncertówka „Live At WFMU On The Cherry Blossom Clinic 12/20/2008” nie zachwyca.

Tak czy siak, zajebista kapela. No i okładki najlepsze. Wrzucam „Cold Hands” – najlepszy materiał. No i kawałki z niego, to pierwsze numery zespołu Martinez, jakie usłyszałem.

1

2

4

5

6

batu kán pesti rokona – dunántúli etűdök [hudini records; 2015]

10fuckingsstars.wordpress.com

bandcamp

hudini records

facebook

Węgry chyba po raz pierwszy. Jest w tym trochę Johna Faheya. Fajne.

oxbow – the narcotic story [2007]

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

1

fajnie się tego słucha na kacu.

wczoraj był „dzień bez stanika”. w moim mieście, jeżeli nic mnie nie ominęło, nie obchodzony (nieobchodzony?). może przez pogodę, może przez śmierć tow. generała. a nie, czekaj – to mysłowice. tu na bitlesów w oryginalnym składzie przyszłyby trzy osoby.

patrickdemarchelier-laetitiacasta

%d blogerów lubi to: