Posts Tagged ‘blues’

fertile hump – kiss kiss or bang bang / guiding lights – not much war / zwidy – szum

16/12/2018

Krzysiek Kwiatkowski wrzucił niedawno na swoje Trzy Szóstki tekst o pisaniu – uproszczę – recenzji. Ze swojej strony dodam, że chętnie marudziłbym o każdej płycie – od najlepszej do najgorszej – i to dużo, i może nawet z sensem, ale po pierwsze – czasem po pracy nie chce mi się nawet piwa odkapslować, po drugie – robienie czegoś regularnie i profesjonalnie za darmo, to raczej średnia atrakcja.

Zwłaszcza że artyści wrażliwi. Raz napisałem coś w sumie miłego o jakiejś posthardcore’owej średniawce i członek zespołu się nafuczył, bo chyba mu się wydawało, że spłodził nową „In on the Killtaker” albo „Lurid Traversal of Route 7”, a ja nie byłem wystarczająco entuzjastyczny.

Napisałem dziś na fejsie, że wrzucę na blog tekst analizujący kondycję polskiego rocka. W związku z tym, że okrasiłem to żenującym memem z Lady Pank, wydawało mi się, że widać, że to żart.

Tak czy siak, nie martwi mnie kondycja polskiego rocka (czy po prostu muzyki, której słucham), gdyż nasza alternatywa nie jest w niczym gorsza od zagranicznej. W miarę możliwości staram się wspierać na swym biedablogu ludzi z szeroko rozumianego undergroundu – czasem z własnej inicjatywy, czasem na czyjąś prośbę. Jeśli mam czas, chęć i nie uważam, że jakieś wydawnictwo promuje rzeczy autentycznie szkodliwe i gwałcące gusta, a przyklepywane przez znajomych na zasadzie wyśpiewanej przez Lecha Janerkę: „Lubią nas a my lubimy znowu innych / Lubią nas drabina głupich sięga nieba / Lubią nas i więcej nic już nie potrzeba nam / Bo lubią nas”.

***

Poniżej krótko o trzech świetnych polskich płytach. Ideałem krótkiego pisania był Tomek Ryłko. Raz napisał w paru pierwszych zdaniach, że jakieś meble przywieźli do sklepu, a w ostatnim, że słuchał też nowego Wire, ale płyta rozczarowuje.

***

Fertile Hump, „Kiss Kiss or Bang Bang” (wyd. własne; 2018]

bandcamp

8merch

facebook

Dawno, dawno temu, gdy zaczynałem swą przygodę czytelnika pism muzycznych, mokrym snem niektórych dziennikarzy był polski zespół grający jak amerykański i przy okazji równie dobry jak amerykański. Próbowano uskuteczniać te próby. Najpierw powstał Lessdress, potem Incrowd. Obie grupy muzyczne pomińmy milczeniem. Był jeszcze Houk, ale mnie on – może przez Darka Malejonka, który zawsze wyglądał trochę jak zjarany przypałowiec, który dosiada się w knajpie i męczy bułę – chyba zawsze wydawał się bardziej słowiański niż amerykański. Gdyby Fertile Hump przenieśli się w czasie do przełomu lat 80. i 90., wspomnieni dziennikarze oszaleliby z radości.

„Polski rock” nie kojarzy mi się najlepiej: z – jak śpiewali Starzy Singers – Dżejmsem Bo albo tym błaznem niepokonanym, który krytykował Neila Younga, bo ten się niby trzęsie. Trzeba więcej takich zespołów, jak Fertile Hump, grających rocka, który nie kojarzy się z wąsami (chyba że Zappy).

Wolę tę kapelę Tomka Szkieli nawet od wcześniejszej – The Stubs, a Magda Kramer awansowała na szczyt moich ulubionych wokalistek z naszego pięknego kraju.

Na Śląsku, gdzie mieszkam, zrobiono wiele (a nawet więcej), by zohydzić bluesa, którego pełno na „Kiss Kiss or Bang Bang”. Jednak Fertile Hump stoi na antypodach gustów tutejszych Heńków, którzy rozbiją ci o głowę kufel z Tyskim za brak szacunku do „Ryśka”.

Jak się komuś nie spodoba chociażby taki „Wise Man”, to niech sobie włączy Radio Złote Przeboje.

***

Guiding Lights, „Not Much War” (Instant Classic; 2018)

bandcamp

facebook

Gdybym umiał grać, chyba chciałbym to robić jak Guiding Lights (mieszkam na Śląsku, więc i tak nie miałbym z kim). Nie licząc sonicznych otwieracza i zamykacza, zespół dokonuje wielkiej sztuki: gra jakby jeden numer (nie licząc fragmentu, gdy się chyba zapomniał i zaczął mieszać jakimś cięższym motywem), ale nie nudzi. Jest coś fascynująco namolnego w tym 30-minutowym materiale, w którym – upraszczając – punk został ożeniony z indie rockiem (słyszę chwilami swych ukochanych The Feelies).

To, co się rzuca w uszy, to jak „Not Much War” brzmi – zajebiście. Ale to akurat nie dziwi, bo odpowiada za ten fakt gitarzysto-wokalisto-keybordzista Guiding Lights Łukasz Ciszak. Nawet wokale – wciąż rzadkość na polskich płytach – słychać jak trzeba, czyli nie 50 razy głośniej niż instrumenty.

Przebojowa płyta bez przebojów. Tak to widzę.

***

Zwidy, „Szum” (Trzy Szóstki; 2018)

bandcamp

facebook


fot. Agata Hudomięt

Zespół chyba najbliższy mi muzycznie (i jedyny, gdzie mam ochotę się przyczepić do wokali). No i ze zdecydowanie najlepszą nazwą. Nie musiałem wziąć tygodnia wolnego, żeby się jej nauczyć.

Zwidy najlepsze są, gdy swym połamanym „alternatywnym rockiem” wchodzą na tereny, na których króluje Polvo. Słuchając „Szumu”, zastanawiałem się nad odnośnikiem do tej muzyki, bowiem coś mi cały czas chodziło po głowie, i w końcu zatrybiłem: idzie o autorów „Today’s Active Lifestyle”. Słychać też na tym materiale – jak niemal wszędzie – Sonic Youth (vide „Dość”).

Plusem są niewątpliwie teksty – o czymś, ale nie takie, co walą kijem po łbie, pozbawione też pretensjonalności i poetyckiego zadęcia. „(…) odpocznij, by pracować wydajniej / jesteś potrzebny, a wyglądasz fatalnie / / Pierwszy wyjazd od siedmiu lat / w to samo miejsce, co zawsze / to wszystko, na co jest go stać / to wszystko, o czym może pomarzyć / / I znowu o świcie musi wstać / i znowu w tłoku gdzieś przepadnie / za parawanem schowa fakt, że ciągle wygląda fatalnie (…)” – no, niemal jak Kwasek w PRL.

Wracając do wokali – przy pierwszych dwóch odsłuchach „Szumu” strasznie mi przeszkadzały, za trzecim i czwartym stwierdziłem, że czasem mają swój nieco gówniarski urok i pasują do danego numeru (np. „Ostatnie pięć lat”), a czasem mniej (np. „Dzień dobry”).

Wracając do muzyki – jak wchodzi chociażby taki „Zwycięzca (Przegrany)”, wiele więcej mi do szczęścia nie trzeba.

***

„I tylko czasem kiedy zsikam się / Wątpię czy lubią mnie”.

boss hog – cold hands [1990]

15/04/2016

10fuckingstars.wordpress.com

coldhands2

cold hands 3

linki w komentarzach / links in comments

amrep

boss_hog

Przypomniał mi się zin „Korek”, bowiem na jednej z okładek pojawiła się Cristina Martinez z Boss Hog. Było to to samo zdjęcie, które zdobiło okładkę płyty „Cold Hands”. Widywał człowiek brzydsze kobiety w swoim życiu.

„Korek” był ok: bez typowo scenowego, politycznie poprawnego kija w dupie.

korek5_93_1
independentzambrow.blogspot.com

Boss Hog to jeden z zespołów Jona Spencera. Nie wiem, może i mój ulubiony, choć pod koniec brzmiał chwilami niemal popowo (pojawiły się nawet taneczne remiksy).

Zespół reaktywował się w 2008 roku. Niestety, koncertówka „Live At WFMU On The Cherry Blossom Clinic 12/20/2008” nie zachwyca.

Tak czy siak, zajebista kapela. No i okładki najlepsze. Wrzucam „Cold Hands” – najlepszy materiał. No i kawałki z niego, to pierwsze numery zespołu Martinez, jakie usłyszałem.

1

2

4

5

6

batu kán pesti rokona – dunántúli etűdök [hudini records; 2015]

25/05/2015

10fuckingsstars.wordpress.com

bandcamp

hudini records

facebook

Węgry chyba po raz pierwszy. Jest w tym trochę Johna Faheya. Fajne.

oxbow – the narcotic story [2007]

31/05/2014

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

1

fajnie się tego słucha na kacu.

wczoraj był „dzień bez stanika”. w moim mieście, jeżeli nic mnie nie ominęło, nie obchodzony (nieobchodzony?). może przez pogodę, może przez śmierć tow. generała. a nie, czekaj – to mysłowice. tu na bitlesów w oryginalnym składzie przyszłyby trzy osoby.

patrickdemarchelier-laetitiacasta


%d blogerów lubi to: