nick cave & the bad seeds – gliwice, 7 sierpnia 2022

Po koncertach wielkich zespołów, które trzymają formę i mają na koncie bogatą dyskografię, zawsze pozostaje niedosyt; mnie się np. marzyło „Fifteen Feet of Pure White Snow” (o „Babe, I’m on Fire” nawet nie śniłem). Ale jak wczoraj Nick Cave & the Bad Seeds dokurwili takim „From Her to Eternity”, to nie miałem pytań. Plus bardzo miłe zaskoczenie, czyli „Vortex” na bis.

Arena Gliwice, sektor któryś tam. Ale i tak było warto. „Into My Arms” teraz będzie za mną chodzić przez miesiąc.

letnie hardkorowanie: benefit na food not bombs (zawody, titanic sea moon, drah) [19.06.2021]

Koncertowe zakupy, prowokujące filozoficzne pytanie, będące jednocześnie ciężkim dowcipem: czy gdy kupujesz płyty od zespołu, tak naprawdę kupujesz je od wydawcy?

Nie chce mi się ostatnio pisać, więc wrzucę zdjęcia, które pstryknął Stef Len (tylko główne jest mojego autorstwa), nie marudząc za dużo. Kolega na dodatek jeździ szybko i bezpiecznie, a także błyskawicznie znajduje miejsce parkingowe. Idealny towarzysz koncertowy, zwłaszcza dla kogoś, kto nie odróżnia koła od kierownicy.

Wyjście Awaryjne to świetne miejsce. No i można mecz obejrzeć.

***

zawody

Kiedy ja ostatnio widziałem na żywo młody zespół? Ale na serio młody wiekiem, nie stażem. Ze dwa lata temu w Katowicach, w Drzwiach Zwanych Koniem, gdy grały właśnie zawody. Tyle że w małej salce tej knajpy nie ma znaczenia, czy wystąpi Pidżama Porno czy Shellac – i tak słychać bliżej nieokreślony hałas. A tu, proszę, widzisz bardzo dobry zespół, w którym nikt jeszcze nie siwieje, i wreszcie dowiadujesz się, jak gra. A gra świetnie. Brawo.

Titanic Sea Moon

Mój ulubiony zespół czy tam jeden z ulubionych (nie można kadzić za bardzo). Zagrali ciężej niż na płytach i koncercie, który miałem przyjemność widzieć w październiku. Wybitna kapela. Mają takie momenty, że się wręcz mistycznie robi.

DRAH

Tutaj mały wyrzut sumienia. Zaczepił mnie pewien basista i koncert DRAH spędziłem na rozmowie o Stefanie Szczepłku, Swans, Joy Division i zespole GA-GA obwieszczającym naszą porażkę z Hiszpanią w finale igrzysk olimpijskich oraz innych sprawach, o których można gadać godzinami.

Ale moja żona stwierdziła, że panowie zagrali bardzo dobrze. Następnym razem, choćby José Mourinho chciał ze mną gadać o sezonie, w którym wygrał Ligę Mistrzów z Interem, koncertu DRAH nie odpuszczę.

To był kapitalny wieczór. Odwiedzajcie Wyjście Awaryjne, kupujcie płyty zawodów, TSM i DRAH. Chodźcie na ich koncerty.

Amen.

lonker see + titanic sea moon / akademia / wrocław [10.10.2020]

Jak mam jechać do Wrocławia, wiem, że będzie padać i że odbędzie się jakieś demo. Najśmieszniej było przed Unsane trzy lata temu, gdy biedna grupka nazioli przez megafon odczytywała swoje wysrywy, subtelnie łącząc homoseksualizm z wszawicą. Teraz, w sobotę 10 października, swoje racje przedstawiali antycovidowcy. Może jestem przeczulony, ale widok policji i biało-czerwonych flag nie sprawia, że czuję się komfortowo.

Za stary jestem na tłuczenie się pociągami, ale co zrobić: chęć zobaczenia Titanic Sea Moon wygrała; wcześniej „trzech czwartych Ewy Braun” nie miałem okazji widzieć na żywo. W przeciwieństwie do Lonker See, którzy grali już chyba nawet w naszym przydomowym ogródku.

Tak jak koncertówka TSM „Mothers of All Valentines” przypominała mi o Ewie Braun (zwłaszcza tej z „Esion”), tak podczas wrocławskiego koncertu grupy nie myślałem o byłym zespole Darka Dudzińskiego (bębny, wokal), Piotra Sulika (gitara, wokal) oraz Rafała Szymańskiego (bas). No, może przez parę minut, na początku występu.

Słuchając i patrząc na to, co robią „Titaniki”, można odnieść wrażenie, że w sumie każdy mógłby tak zagrać. OK, może jednak nie mieszajmy w to Dudzińskiego – od lat podziwiam tego gościa jako perkusistę; szkoda, że marnował swój talent w solowym projekcie Przyzwoitość (choć to więcej niż fajna rzecz) i w Najprzyjemniejszych. Niby każdy, a jednak – mało kto. Titanic Sea Moon ma – nawet mądrzy ludzie używają tego określenia, gdy nie wiedzą, co napisać – „to coś”. Trio z północy Polski faktycznie to coś ma – pojawia się ono i w transach, i w czadach. Panie i panowie, TSM to zespół wybitny.

Byłem parę tygodni temu na koncercie ARRM. To świetny zespół, jeden z lepszych w naszym pięknym kraju. Jednak podczas sobotniego czarowania dźwiękami, za które odpowiadali panowie Dudziński, Sulik i Szymański, pomyślałem, że występ ARRM wyglądał przy sztuce TSM jak wykoncypowany pokaz muzycznych akademików. (Na marginesie, podczas grania ARRM objawił się typ, który miał plan codziennych, darmowych koncertów, upamiętniających „Ryśka Rydla”).

Pod koniec sobotnich harców widać było, że Szymański przeniósł się w inny wymiar. I takie jest granie tria Titanic Sea Moon. Intensywność, którą mogła się pochwalić Ewa Braun.

(o)(o)

„Exit no. 2020”, pierwszy studyjny materiał TSM, wydał Fonoradar Records. Na razie dostępny jest CD, w listopadzie pojawi się winyl.

lonker see rusza w trasę


fot. Marcin Pawłowski

Najlepszy polski zespół psychodeliczny (fakt, że konkurencji wielkiej nie mają, ale Lonker See to klasa sama w sobie) rusza w trasę, na która złoży się osiem koncertów.

Byłem na ich gigu. Rewelacja.

facebook lonker see

facebook mitw

bandcamp

szatan to szmata, kurwa garbata / wściekłe psy i piwo 0,33

Choć raczej nie lubię na nie chodzić, byłem na dwóch koncertach.

Najpierw Zgniłość w Krakowie (Piękny Pies, 30.09). Fajny jazz, klawiszowiec Wandzilak obdarzony poczuciem humoru, Świetlicki wciąż w formie literackiej, na dodatek śmiejący się z ludzi, z których sam się (w domu) śmieję („Fryzjerski jazz, możdżerski jazz, mazolewski jazz”).

Ogólnie wygląda to tak, że Pan Poeta ponawija, potem zespół dalej gra, a on w tym czasie siedzi na scenie, pali fajkę i pije. Tak trzeba żyć.

Aha, Zgniłość gra bardzo dobry jazz, ale najlepiej wypada w reggae.

W Pięknym Psie udało mi się urwać klamkę w kiblu. Może to zainspiruje dowodzących knajpą do remontu sracza. Współczuję dziewczynom, które muszą tam iść za potrzebą.

Unsane we Wrocławiu (D.K. Luksus, 7.10). Nowojorskie trio to jeden z tych zespołów, które jakoś nigdy mnie nie ruszały (niby dobry, ale lepsze dla mnie są okładki płyt niż muzyka na nich zawarta), jednak sobotni gig po prostu urwał mi łeb. Niemal dosłownie. Ale po kolei.

Najpierw zagrał August Landmesser, którego trochę głupio mi oceniać, gdyż wokalista, Kuba, to jeden z dwóch lewusów, z którymi rozmawiam. Miłe zaskoczenie, bo za punkowym przekazem ostatnio idzie zazwyczaj chujowa muzyka. Brzmiało to jednak dobrze: najlepszy był ostatni numer i fragment, w którym August zabrzmiał jak Schizma (ta współczesna, nie stara). A może mi się zdawało, że tak zabrzmiał, bo choć byłem niemal trzeźwy, to jednak zajebiście przeziębiony.

Świetnie wypadł The Dog, w którym wokalnie udziela się Igor, autor chyba ostatniego nadającego się do czytania polskiego blogu poświęconego m.in. muzyce – „Człowiek kontra napalm” (mam nadzieję, że czegoś nie popierdoliłem). Płyty wrocławian nie utkwiły mi w pamięci, ale koncert przekonał mnie, by do nich wrócić.

Unsane – jak wspomniałem – nigdy nie należał do moich ulubionych zespołów, ale to się zmieniło: w sobotnim występie tych starych dziadów było tyle wkurwu, że do dziś dzwoni mi w uszach. Gdy przed bisem wyszedłem na fajkę, czułem się równie na miejscu w otaczającej rzeczywistości, jak Dougie Jones. Wpierdol straszny. Minus to na pewno fakt, że wokal Chrisa Spencera było słabo słychać, a Dave’a Currana – wcale.

Ogólnie rzecz biorąc, ten wyjazd do Wrocławia był ze wszech miar udany. Tak trzeba żyć.

I na tym kończę ten niewątpliwie potrzebny post. Jeśli ktoś będzie miał okazję zobaczyć którąś z powyższych kapel, niech się wybierze (choć ponoć Zgniłość kończy działalność).

PS Zdjęcia z koncertu w D.K. Luksus wrzucił na Facebook Piotr Kudełka. Nie pytałem o pozwolenie na ich udostępnienie, gdyż mam ban na tym wspaniałym serwisie społecznościowym. I w sumie nie uznaję praw autorskich. xD

PS2 Wielkie dzięki dla Kuby Kunysza.

PS3 Jest jeszcze „Polskie muzeum cyfrowe” (kiedyś „Dziękuję moim MC”).

slint i lucinda chua w the forum (londyn, 3 grudnia 2013)

kogut
Fioletowy kogut na Trafalgar Square („Hahn/Cock” Kathariny Fritsch)

Slint – jeden z najważniejszych zespołów w historii rocka, który nagrał jedną z najważniejszych płyt w historii rocka. Po ukazaniu się „Spiderland” (1991) właściwie tylko 10fs doceniło ten album. No i jeszcze Steve Albini. Pojawiła się okazja, by polecieć na Slint do Londynu, nie można było z niej nie skorzystać. The Forum, miejsca siedzące – w sam raz na klasykę.

1

Amerykanów supportowała Lucinda Chua z zespołem. Zagrali bardzo ładną, zazwyczaj łagodną i… dość nudną muzykę. Ze dwie piosenki wyróżniły się na plus, ale całość uratowała właściwie tylko uroda Lucindy.

W latach 90. pojawiły się płyty tak wybitne, że dziś odnoszę wrażenie, że takowe już nie powstaną. Jedną z nich jest „Spiderland” i było to słychać podczas koncertu. Pierwsze ciarki na plecach pojawiły się podczas „Breadcrumb Trail”, trudno też było ich nie mieć, gdy Slint grał „Washer” i „Good Morning Captain”, ale nie tylko wtedy. Pięciu gości wychodzi na scenę i wysyła iluś tam ludzi w inny wymiar. To było tak genialne, że nawet nie bardzo wiem, co napisać.

Urlop w Londynie, koncert Slint, parę innych atrakcji – zdarzało mi się spędzać czas w gorszy sposób.

PS Podziękowania dla Hadego.

dezerter, hard work, minority w megaclubie (katowice, 26.04.2013)

1

MegaClub jest tak chujowym miejscem, że nie poszedłbym tam nawet się wysrać, gdyby mnie przycisnęło. Jego klimat sprawia, że idealnie nadawałby się do torturowania jeńców. Dodatkowe atrakcje koncertowe: piwo za 10 zł i brak możliwości wyjścia na papierosa na zewnątrz. Miałem wrażenie, że z klimy w palarni zacznie się ulatniać gaz. Beznadziejne miejsce.

Sam koncert natomiast bardzo dobry. Wreszcie przed Dezerterem nie zagrały koszmarki pokroju Zabili Mi Żółwia czy The Billa, a dobre, hardcore’owe kapele. Krótkie występy Minority i Hard Work potwierdziły tezę, że hc to muzyka, którą raczej trudno zepsuć na żywo. Kapele z tego nurtu są często strasznie podobne do siebie, ale akurat w przypadku tych dwóch śląskich załóg jest inaczej.

Dezerter zaczął od „Tchórzy”, skończył chyba na „Ku przyszłości”. Niemal wszystko brzmiało rewelacyjnie (ktoś się postarał, bo w regowym fragmencie „Jeśli chcesz zmieniać świat” dał pogłos na bębny i wokal). Mnie zmiotło „Nie ma zagrożenia” i zaskoczyło, że w setliście pojawił się kawałek „Nic nowego”. Nie zabrakło mojej ukochanej „Uległości”, a Robal pokazał, że mistrzowsko napierdala na swojej gitarze. Dla mnie bomba.

dezerter

hard work

minority

na dwóch dobrych koncertach byłem…

…wszyscy członkowie obu zespołów są starsi ode mnie. Jebać Off Festival.

 

%d blogerów lubi to: