the vandemark 5 – single piece flow [1997] / magda wosinska

linki w komentarzach / links in comments

ken vandemark

discogs

Katowicki JazzArt Festival pozostawił we mnie niedosyt. Widziałem dobre rzeczy (i duński afrobeat), ale gdyby nie kończący imprezę koncert BNNT i A.L.T.E.R.C.O na dzień dobry (głównie dzięki gitarzyście nawiązującym do Franka Zappy; potem jakiś gość z dreadami zarżnął gig), żałowałbym wydanej kasy. Brakowało mi jakiegoś jazzowego wpierdolu – normalnej sekcji i saksofonisty z Kosmosu. Czegoś, co widziałem w tym roku w Łodzi – tria Vandemark/Tokar/Kugel. Z tym koncertem też był jednak problem.

(Ken Vandermark jest geniuszem i jeśli ktoś tego nie słyszy, niech idzie z Bogiem i Stingiem. To, co wyprawiał ten gość w The Vandemark 5, to mistrzostwo świata).

Koncert w łódzkich „Ciągotach i Tęsknotach” był dziwny, bowiem jest to restauracja. Nie dało się podejść pod scenę, gdyż stoły były rozłożone jak na jakimś weselu czy innej komunii. Stoisz z tyłu, zaczyna grać Vandermark, a po lewej widzisz jakąś wycieczkę pracowniczą. Gości, którzy próbują dobrze wyglądać, choć czas stawia na karku szósty krzyżyk, i panie, które, choć już raczej nie dadzą rady, chętnie poszłyby w jakieś tango. No więc z jednej strony cieszysz się, że widzisz tego Vandermarka, z drugiej – wkurwiasz, bo najebana Irena zagłusza sekcję rytmiczną.

Obyście trafili następnym razem na Petera Brötzmanna.

A płyta mistrzowska.

***

Część zdjęć Magdaleny Wosinskiej to jakieś udawane hipisy (zawsze lepsze niż prawdziwe), ale ogólnie na plus.