Posts Tagged ‘punk rock’

cosmic psychos – blokes you can trust [1991] / bob carlos clarke

22/04/2017

linki w komentarzach / links in comments

cosmic psychos

amphetamine reptile

Stare, australijskie szajbusy, mające na koncie wiele płyt pokazujących, że granie rokendrola ma sens. Co pocieszające, jedna z lepszych to całkiem świeża rzecz: pochodząca z 2015 roku „Cum The Raw Prawn”.

Nowy klip i stara płyta dla AmRepu.

***

Bob Carlos Clarke

hanson brothers – brad [2003] / heidi hollinger

26/10/2016

10fuckingstars-wordpress-com

linki w komentarzach / links in comments

nomeanswhatever.com

facebook

discogs

10fuckingstars-wordpress-com

Niedawno zakończył działalność jeden z najlepszych zespołów w historii rocka, Nomeansno. Panowie, którzy tworzyli ten kanadyjski band, grali również w Hanson Brothers – kapeli, w której połączono dwie zajebiste rzeczy: hokej i Ramones.

Najbardziej lubię chyba EP-kę „Brad”. Tytułowy kawałek to trawestacja słynnego „Dad”, które pojawiło się na płycie NMN „Sex Mad”. Ten niewesoły numer świetnie zagrały dwa polskie zespoły: Kolaboranci i Something Like Elvis.

W 1992 roku wyszedł singiel „Brad”. Ja wrzuciłem EP-kę, na której znalazły się trzy dodatkowe numery i wideo „Rink Rat”.

***

Heidi Hollinger

a

a1

b

b1

b2

b3

sex snobs – pop songs and other ways to die [2015]

14/10/2015

a2206911728_10

bandcamp

download

Miesza mi się w głowie od tych zespołów. Myślałem, że Sex Snobs to jakiś chamski noise rock, a to pankrok w sumie. Brzmi to, jak dla mnie, trochę niczym The Men, gdy już nie byli radykalni, ale jeszcze nie byli kompletnymi pizdami. No ale to dalekie skojarzenie.

Dobra płyta (mnie się najbardziej podoba chyba numer „Capital Letters”).

beatnik termites – live in cleveland (summer 2004) / christina hendricks

02/06/2013

beatniktermites

linki w komentarzach / links in comments

insubordination records

discogs

Tak ze trzy lata temu zakochałem się w singlu Beatnik Termites „Strawberry Girl” / „When She’s Nearby”. Słuchałem tego na okrągło, zwłaszcza drugiego numeru. Kojarzy mi się z, nie wiem, punkową wersją „Cudownych lat”. Wrzucam tę kapelę (koncert z miasta, z którego pochodzą), żeby wreszcie coś z melodią było. 29 czerwca grają w Baltimore. 30 czerwca Neurosis w Warszawie. Coś mi się wydaje, że pojawię się tylko na tym drugim koncercie.

A wszystkie moje ulubione piosenki dedykuję Christinie Hendricks.

1C6007216-tdy-christina-hendricks-style-230p.blocks_desktop_medium

131022-christina-hendricks

christina_hendricks_2

christina-hendricks-joan-mad-men

eyeprime.net

url

„kiedyś muzyka była lepszej jakości i tekst był bardziej zrozumiały” (1/2013)

30/03/2013

2
Alameda Trio (fotka z fb, autor: Piotr Lewandowski)

„Gramy na chaos!”, wołał wybitny trener Piotr Świerczewski (był też wybitnym piłkarzem, bo miał 100 proc. celnych podań – wszystkie szły do tyłu), gdy ŁKS na gwałt potrzebował bramki w końcówce jakiegoś meczu. Przypomniała mi się ta rozbudowana i nowatorska taktyka, bo na chaos słucha się też muzyki, gdyż nie ma szans, żeby wszystko ogarnąć. Staram się być na bieżąco z tym, co wychodzi (dzięki czemu mogę niemal na żywo śledzić degrengoladę zespołu The Men), ale wiadomo – nie udaje się: ostatniego singla Scout Nibblet, „No More Nasty Scrubs”, usłyszałem po paru miesiącach, a o „Psychedelic Pill” Neila Younga dowiedziałem się dopiero na początku tego roku.

Tak czy siak, postaram się coś skrobnąć raz na kwartał o płytach, z którymi udało mi się zapoznać na tyle, żeby móc o nich napisać parę zdań. Nie wiem, czy pojawi się cokolwiek na temat wydawnictw ewidentnie złych, rozczarowujących etc. W końcu lepiej po raz nie wiadomo który włączyć Shellaca czy PRL, niż jak kiedyś słuchać rzeczy dennych niczym TVN24 tylko po to, by się potem wyżyć, stukając w klawiaturę.

No to zobaczmy. W krótkiej formie, bo nic mnie tak nie wkurwia, jak „erudycyjne” recenzje. (Czy „hajdeger” piszemy przez dwa „g”, czy przez dwa „d”?).

***


Alameda Trio – Tzimtzum (Milieu L’Acéphale)

Na razie (jak ja lubię to określenie) płyta roku!

10fuckingstars wykazuje entuzjazm

***


Bad ReligionTrue North (Epitaph)
Niezła płyta punkrockowych dziadków. Ciekawe, jak wygląda u nich proces twórczy, ale mam wrażenie, że takich LP mogliby nagrać 20 rocznie. Dobra odtrutka na te wszystkie ambienty, experimentale itp., które uśpiłyby Jonasa Engströma, a prawie zawsze dostają te swoje cztery gwiazdki. Są tu słabsze momenty, ale np. „Hello Cruel World” szybko dostaje w łeb od panczura „Vanity”, i wszystko gra.
Płyta powinna mieć jednak 10 numerów, a nie 16. A w świetnym „Robin Hood In Reverse” mogłaby się nie pojawić na parę sekund ta gitara, za którą musi odpowiadać jakiś weselny grajek, któremu na chwilę pozwolono zagrać „rocka”.
A tak w ogóle, to ciekawi mnie, kto jest „targetem” kapeli Grega Graffina? Ci od Green Day? Stare punki? (czy oni traktują tę kapelę serio?). W każdym razie ja się pochyliłem nad ich twórczością po raz pierwszy od „Recipe For Hate”. Ze „Stranger Than Fiction” nie pamiętam żadnego numeru.

Prognoza: Raz na jakiś czas włączę 3-4 numery z „True North”.


Ocenzurowane, bo w radiu. Ale biednie brzmią te „chórki”. :)

***


Pere UbuLady From Shanghai (Fire Records)
Pierwsze wrażenie było takie, że dobre, ale zdecydowanie nie tak, jak „Why I Hate Women”. Potem jednak przyszła myśl, że wpływ na odbiór tamtej płyty (2006), zasadniczy wpływ mógł mieć genialny tytuł.
Na „The Lady From Shanghai” mamy mamrotanie Davida Thomasa ożenione z „eksperymentalnym rockiem” i elektroniką. W sumie przystępna rzecz, ale też nieefektowna. Kto tak naprawdę ceni tę kapelę u nas? Rafał Księżyk?
Może TLFS to nie jest płyta na miarę WIHW, ale zapewne jeszcze nie raz zechcę posłuchać, jak Thomas mamrocze „She calls me Johnny Rotten”. I don’t know why” (update: jednak „Rocket” ;]). Warto tę płytę włączyć nie tylko dlatego, że Davidowi Thomasowi należy się szacunek. Chciałbym, żeby te wszystkie młode kapele lansowane tu i tam, że odświeżają to i owo, potrafiły nagrać na przykład taki numer, jak „And Then Nothing Happened”.

Prognoza: Wrócę do całej „Lady From Shanghai” od czasu do czasu.


Wrzucam z powodu Debbie Harry. :)

***


Chelsea Light MovingChelsea Light Moving (Matador)
Pomiędzy schyłkowym nudziarstwem Sonic Youth a solowymi (rockowymi, nie noise’owymi) wydawnictwami Thurstona Moore’a, nim ten zaczął przynudzać.
Ta płyta jest tak oczywista, jak szczynowatość piwa na Off Festivalu (ale smakuje o wiele lepiej) – oczywistość dotyczy i muzyki, i choćby tytułów kawałków: „Burroughs”, „Frank O’Hara Hit”… – ale mnie się podoba, chwilami („Sleeping Where I Fall”, „Alighted”, „Groovy & Linda”) nawet bardzo.
Nie wierzę, żeby Moore nagrał jeszcze kiedykolwiek coś, co wbije mnie w fotel, ale inny szyld niż SY sprawia, że oczekiwania mam mniejsze, więc nie czuję się rozczarowany.

Prognoza: Jak wyżej. Choć ominę chyba „Mohawk”.

***


Pissed JeansHoneys (Sub Pop)
Nie wiem do końca, na czym polega (mój) problem z Pissed Jeans. Teoretycznie mają wszystko, żebym, słuchając ich, wyrżnął łbem w sufit, praktycznie – włączam ich raz na ruski rok. Być może rzecz polega na tym, że większość ich kawałków ginie w konfrontacji z tymi najlepszymi. „Vain in Costume” to jedyny genialny numer na tej płycie. Podobnie było z „False Jesii Part 2” z „Kings of Jeans”. Ale chyba przyczyna jest inna.
Otóż, choć wokalista Obszczanych Dżinsów, Matt Korvette, ma jaja niemal jak Shannon Selberg czy David Yow, to wkurwiać może tym, że cały czas kłapie dziobem, nie daje chwili wytchnienia. Jakby się choć na chwilę zamknął, to może wpuściłby trochę powietrza do kawałków swojej kapeli.
W nadziei, że ten było nie było świetny zespół jednak zgwałci moje uszy – idę słuchać dalej. Najwyżej będę prostował na koniec roku.

Prognoza: Patrz ostatnie zdanie.

***


Johnny MarrThe Messenger (Warner Bros. Records)
To miał być rok Johnny’ego Marra (pierwsza autorska płyta, składanka na jego cześć). No ale nie będzie. „The Messenger” to sympatyczne, rockowe nudziarstwo. Płyta robi wrażenie strasznie asekuranckiej, wykoncypowanej, taka alternatywna muzyka środka – jakby Marr stał na baczność podczas jej nagrywania. Nawet zdjęcie na okładce wydaje się trochę sztuczne. Jest lekkie „alternative”, a ludzie na Wyspach chyba i tak to kupią. Choć w sumie, kiedy słucham takiego „European Me”, mam wrażenie, że ta muzyka brzmi szczerze i naturalnie, ale też, że byłego gitarzystę The Smiths tylko na tyle dziś stać. Szkoda. (Ponoćmagazyn „Mojo” użył w stosunku do tej płyty określenia „Post-punk monster”. Jeżeli tak, to mamy do czynienia z większym idiotyzmem, niż nazwanie przez red. Cieślaka Kumki Olik zespołem post-punkowym).
Zamiast „The Messenger”, chyba lepiej posłuchać składanki „Marr and Friends”. Są tam fajne kawałki nagrane przez Johnny’ego wspólnie z m.in. Johnem Frusciante, Billym Braggiem, Modest Mouse i The The.
(Przyszło mi do głowy, że w tych numerach ze składanki Marr idealnie dopasowuje się do tych wykonawców, on nie gra z nimi, żeby zabłysnąć. Może stąd bierze się przeciętniactwo „The Messenger”? Jakby Marr próbował się wpasować w samego siebie).

Prognoza: na trzeźwo raczej nie włączę „The Messenger”.


Well, the pleasure – the privilege is mine

***


Banque AllemandeWillst Du Chinese Sein Musst Du Die Ekligen Sachen Essen (S-S Records)
Miliard zespołów krążących wokół estetyki (post)punk/garage. Co wyróżnia tych tajemniczych helmutów? Może to, że jak ich słucham, to nie mam wrażenia, że odpowiednie fryzura i gacie są ważniejsze niż muzyka. No i, w przeciwieństwie do Pissed Jeans, pozytywnie odpowiadają na zawołanie Moskwy: „Powietrza!”.
Wrzucam to wszystko do bardzo głębokiego wora, ale gdybym miał wskazać dwie kapele, które poruszając się w owej estetyce, jednocześnie grają zajebistą muzykę i wydają się być zupełnie bezpretensjonalne – to byłyby to Sex Church i właśnie Banque Allemande. Posłuchajcie basu w drugim numerze – jakby chłop nie umiał skończyć. Raczej myśli wyłącznie o sobie, nie o piczforku. Kiedy słuchałem dziś tego numeru, wracając do domu, pomyślałem, że nie miałbym nic przeciwko, gdyby trwał ze dwa lata.
„Willst cos tam” to nie jest „At Action Park” ani „Spiderland”, przez parę chwil nawet mnie znudziła, ale na pewno poświęcę Banque Allemande osobnego posta.

Prognoza: Kolejne satysfakcjonujące odsłuchy. Zastąpią na Off Festivalu nudziarzy z GY!BE.

***

trt

les thugs – „i.a.b.f.” [1991] / jacques olivar

31/08/2012

1

stop/ the war

2

Trochę się monotematycznie zrobiło, więc pora na zmianę klimatu.

Les Thugs to świetny francuski zespół, który grał w latach 1983-1999. Na zaproszenie Sub Popu reaktywował się w roku 2008. W 2012 ukazało się wydawnictwo dokumentujące tamto i chyba parę innych wydarzeń, ale nie chce mi się dokładnie sprawdzać, co tam jest. W każdym razie rzecz nazywa się „Come On, People!” i wyszła na winylu, CD i DVD.

Kapela była chyba dość popularna, bo puszczano ją w MTV. A jeśli ktoś nie zna płyt Les Thugs, to powinien ich kojarzyć z doskonałej składanki „Virus 100″, na której zagrali „Moon Over Marin”.

***
Jacques Olivar


%d blogerów lubi to: