el pricto & degenerative spontaneous orchestra – spontaneous live series 008 [spontaneous music tribune; 2021]

bandcamp

trybuna muzyki spontanicznej

dragon social club

„Czego może chcieć od poważki taki kmiot jak ja?” – że strawestuję tekst Jacka Cygana, wspaniale zaśpiewany przez Ryszarda Rynkowskiego.

Mój jedyny kontakt z muzyką poważną to niedawny Konkurs Chopinowski, nadawany w radiowej Dwójce i włączany podczas jazdy samochodem przez moją cudowną żonę (osobiście liczyłem na Kodyma w Trójce). I obejrzane ponownie arcydzieło Miloša Formana, „Amadeusz”.

***

Paweł Doskocz i Diego Caicedo (gitary elektryczne), Ostap Mańko (skrzypce), Witold Oleszak (fortepian), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Vasco Trilla (perkusja), Paweł Sokołowski (saksofon sopraninowy) oraz Jasper Stadhouders (mandolina w „Karol Szymanowski – String quartet No. 2 – II. Vivace scherzando [degenerated into a mandolin concerto]”) – jak widać, za powstaniem „Spontaneous Live Series 008: El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra” stało kilka osób, których talenty ogarniał tytułowy El Pricto – „dyrygent i spontaniczny degenerator” (czy to słowo ma jakieś sensowne polskie tłumaczenie?).

Doskocz wykupił abonament na 10 fucking stars, Mańko i Oleszak też już się tu pojawili, dla reszty to debiut.

***

Co ciekawe, choć skład wygląda bogato, muzyka jest raczej minimalistyczna. Artyści grają tak, jakby trzymali się zasady, że lepiej zagrać trzy nuty za mało niż o jedną za dużo. Zdarzają się jednak rozbuchane momenty.

***

Gdyby każdego oceniać z osobna, wyróżnią się zwłaszcza Mańko – np. we wspomnianym „Karol Szymanowski – String quartet No. 2 – I. Moderato dolce e tranquilo (very degenerated)” i „Fryderyk Chopin – Largo in Eb for piano (grotesquely degenerated)”; jest chyba najjaśniejszą postacią na płycie. 

***

A gdybym miał wskazać ulubiony jej fragment, to bliski memu sercu jest zwłaszcza ten od 3:45 do 4:01 w drugim utworze.

***

Na marginesie, świetne są te – ironiczne, jak mi się wydaje –  dopiski do tytułów w nawiasach: „very degenerated”, „grotesquely degenerated”…

***

Najlepszy utwór to bodaj „Mieczysław Karłowicz – Romans from serenata for strings, Op. 3 (degenerated)”. I w nim chyba najlepiej słychać to, jak świetnie koncert został nagrany. Posłuchałoby się go z winylu, choć i CD to dobry nośnik.

Całość została zarejestrowana przez Bartka Olszewskiego podczas „Degenerative 4th Spontaneous Music Festival” (10.10.2020, poznański Dragon Social Club).

***

Są na „Spontaneous Live Series 008: El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra” takie pierdolnięcia, że na trzeciego gitarzystę El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra mogliby wziąć Steve’a Albiniego z okresu „At Action Park”.

***

Kolejne odsłuchy tego materiału dają poczucie, że recenzowanie go pozbawione jest sensu, bowiem co rusz wzbudza on nieco inne odczucia; co innego się podoba.

Tak więc może nie Mańko, a  Müller. Może nie „Mieczysław Karłowicz”, lecz „Fryderyk Chopin”. Za każdym razem co innego albo też wszystko naraz.

Nieprzewidywalność wrażeń w muzyce improwizowanej – to ma sens.

***

Poprzednie wydawnictwo ze „Spontaneous Live Series”, oznaczone numerem numerem 007 „El Pricto Electric Guitar Quintet (version 2020)”, to materiał być może na inną opowieść.

***

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

a czasem nawet

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

paweł doskocz/wojtek kurek – npm [czaszka records; 2021]

czaszka
doskocz
kurek

Kiedyś było lepiej: gdy jakaś jazzowa albo okołojazzowa alternatywa coś nagrała, nazywało się to „yassem”, i już. Jak określić muzykę duetu Paweł Doskocz – Wojtek Kurek?

„Fryta, preparacja, melodia, trans i piosenki – wszystko, wyjątkowo bez elektroniki” – czytamy na Bandcampie wydawcy, Czaszki Records. Jak tu jest „melodia” i zwłaszcza „piosenki”, to ja właśnie siedzę z Patrycją Markowską na Zanzibarze.

„Energia gitary i perkusji osadzona w krótkich, skondensowanych formach. Brudne tematy, które dają się zanucić, żywiołowa perkusja, która nadaje wszystkiemu rozchwianego pulsu” – o, to już bardziej adekwatne, poza nuceniem.

Mnie ten materiał kojarzy się z… koncertem Doskocza i Kurka (przy okazji polecam tegoroczny materiał, „Buoyancy”). Piękny czas: Katowice, salka w „Drzwiach Zwanych Koniem”, 10 osób w środku (nie licząc muzyków), dobry set na gitarę i zestaw perkusyjny, potem piwo. Następnie nastał „Black Mirror” i tyle było z koncertów.

***

Nad „npm” czasem unosi się trochę zappowski klimat. Myślę, że takie coś mógłby też nagrać Macio Moretti, choć nie mam pojęcia, co robi obecnie, a bębnienie Kurka odpowiada mi bardziej niż jego. Świetny perkusista – i free, i uporządkowany. Lubię też granie Doskocza, który sprawdza się w jazzowej awangardzie, ale gdyby przyszło mu do głowy nagrać psychodeliczno-garażową płytę (oczywiście z Kurkiem), odrobinę piosenkową, to efekt również mógłby być więcej niż zadowalający .

***

Najlepsza na płycie jest chyba „Mogielica”, kojarząca się z niepiosenkowym Sonic Youth z domieszką mroku serwowanego przez obłąkańców z Les Rallizes Dénudés.

Pod koniec można poczuć zmęczenie „npm”, wynikające z dotychczasowej intensywności nagromadzenia dźwięków, nie ze słabości ostatnich numerów – „Kopy Kondrackiej” i „Świnicy”.

I dobrze. Po to jest awangarda: by wkurwiać i męczyć.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

tonus – intermediate obscurities III – live at spontaneous music festival 2019 [spontaneous music tribune; 2020]

To nie recenzja, lecz polecanka.

***

Ilu muzyków potrzeba, by nagrać skrajnie minimalistyczną muzykę (o ile coś może być „skrajnie minimalistyczne)? Na przykład ośmioro.

***

„Proszę państwa, przed państwem:

Szanowni państwo, to będzie prawdziwa uczta! Delektujmy się!”.

Tak 5 października 2019 r. występ TONUS-a zapowiadał – nie zapomnę tej chwili – Marcin Kydryński. Miał on, występ, miejsce podczas Spontaneous Music Festival w poznańskim Klubie Dragon.

***

„Intermediate Obscurities III – Live At Spontaneous Music Festival 2019” trwa 40 minut i przynosi – jak zaznaczyłem wyżej – minimalistyczne granie, do którego trzeba przysiąść na spokojnie i w skupieniu. Nie jest to rzecz, która byłaby dobra pod codzienne czynności typu strofowanie dzieci bądź kłótnia z żoną. Warto się wsłuchać, co przygotowała ww. ósemka; jak sobie pograła z towarzyszeniem ciszy.

colin webster / witold oleszak / paweł doskocz / andrew lisle – karate [raw tonk records; 2020]

raw tonk

colin webster

paweł doskocz

andrew lisle

Andrew Lisle (perkusja) i Paweł Doskocz (gitara elektryczna) pojawili się niedawno na 10fs przy okazji recenzji płyty „Spontaneous Live Series 004”, na której zagrali również Yedo Gibson (saksofon sopranowy) i Vasco Furtado (perkusja).

Tym razem do brytyjsko-polskiego duetu dołączyli Colin Webster (saksofon altowy) oraz Witold Oleszak (organy Hammonda), więc mamy na „Karate” brytyjsko-polski kwartet.

No i właśnie z powodu obecności Oleszaka ucieszyłem się na tę płytę. W końcu free jazz i organy Hammonda to nie jest zbyt częste połączenie. Jak to wyszło?

Zajebiście, że tak to ujmę.

Długo brytyjscy i polscy dżentelmeni nie czekali, żeby wyrwać piszącego te słowa z błogiego letargu: niemal od razu pokazują, że wyżej wymienione instrumenty muzyczne mogą dać wiele uciechy zarówno grającym, jak i słuchającym. Panowie dają radę zarówno, gdy dochodzi do spiętrzenia dźwięków wszystkich instrumentów naraz, w tercecie lub w parze, jak i w spokojniejszych fragmentach, kiedy uprawiają „chicken jazz” albo raczej „hen jazz”. Tak sobie nazywam freejazzowe granie, które kojarzy mi się z ptactwem szukającym ziarna w glebie (mam nieodparte wrażenie, że niekoniecznie ja na to wpadłem, ale nie umiem znaleźć tego, kto mnie uprzedził).

Lisle i Webster, czyli ci, co oganiają najbardziej klasyczne dla (free) jazzu instrumenty, spisują się wybornie, Doskocz świetnie się wpasował ze swą przesterowaną gitarą, a Oleszak dodaje psychodelicznego klimatu „Karate”, broń Boże nie będąc tu jakimś typem od klawisza w tle, lecz pełnoprawnym napierdalaczem.

Pisanie o takiej muzyce to nie jest prosta rzecz. Powiem tyle: jak dobrze, że muzykują tacy goście, jak Doskocz, Lisle, Oleszak i Webster. Zarówno rozwibrowana od emocji „Part I”, jak i „Part II”, brzmiąca jakby ktoś wkurwiony powstrzymywał się, żeby nie wybuchnąć, są na to dowodem. Choć może szkoda, że nie wybuchnął.

***

Nagrania zarejestrowano w poznańskim Dragonie podczas Spontaneous Music Festival. Na CD wydanym przez Raw Tonk Records można ich posłuchać w stanie czystym, bez studyjnej ingerencji w zarejestrowany materiał.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

yedo gibson and paweł doskocz with andrew lisle and vasco furtado – spontaneous live series 004 [spontaneous music tribune; 2020]

spontaneous music tribune

paweł doskocz

yedo gibson

andrew lisle

vasco furtado

Paweł Doskocz pojawił się na pewno dwa razy na 10 fucking stars: przy okazji postów o dwóch świetnych zespołach – Strętwie i Bachorze. Miałem też okazję zobaczyć go na żywo – w salce katowickiego klubu Drzwi Zwane Koniem zagrał w duecie z perkusistą Wojtkiem Kurkiem. W nie tak dawnych czasach, gdy kilkanaście osób mogło przebywać w jednym pomieszczeniu i nie bać się śmierci i/lub mandatu.

Doskocz był tak miły, że podesłał mi trzy swoje płyty z zeszłego roku. Wiadomo, chłop robi w muzyce improwizowanej, a tacy to potrafią się ścigać nawet z Omarem Alfredo Rodríguezem-Lópezem, kto więcej wyda w ciągu roku.

Wrzucę po parę zdań w osobnych postach na temat trzech podesłanych materiałów (choć pewnie zapału starczy mi na ten jeden). Nie będą to wnikliwe recenzje, bo – po pierwsze – nie jestem wnikliwy, po drugie – nikt normalny nie umie dobrze pisać o takiej muzyce, po trzecie – te płyty raczej nie trwają kwadrans.

Zaczynamy od…

Yedo Gibson / Paweł Doskocz / Andrew Lisle / Vasco Furtado – Spontaneous Live Series 004 [Spontaneous Music Tribune; 2020]

Pierwsze trzy utwory zostały zarejestrowane podczas koncertu w poznańskim Dragon Social Club (listopad 2018), Yedo Gibsonowi (Brazylia, saksofon tenorowy) oraz Pawłowi Doskoczowi (Polska, gitara elektryczna) towarzyszył Andrew Lisle (Wielka Brytania, perkusja). Kawałki 3-6 pochodzą z grania w tym samym klubie (kwiecień 2019), tyle że za bębnami siedział Portugalczyk Vasco Furtado.

Po spokojnym początku (miotełki, ambientowa gitara i powściągliwy saksofon) panowie zaczynają szaleć. Mniej więcej w połowie (kapitalny fragment) pierwszego utworu Gibson, Doskocz i Lisle osiągają natężenie dźwięku, które powinno być finałem, jeśli nie całej płyty, to chociażby tego kawałka. A pojawia się to niemal na początku. Jebać konwenanse.

W drugim utworze zaskoczyć może gitara Doskocza, chwilami mocno rockowa czy wręcz bluesowa. Tu znów w pewnym momencie trio zaczyna zdrowo napierdalać i można pomyśleć chociażby o płytach Paala Nilssena-Lovego, który nagrywał m.in. z Kiko Dinuccim, Frodem Gjerstadem i Akiro Sakatą jazzowy jazgot z gitarą w składzie. Zdecydowanie „Spontaneous Live Series 004” nie jest czymś, co mógłby puścić mój Szanowny Imiennik, Kydryński.

Trzeci numer to popis wydającego osobliwe dźwięki Gibsona.

Później mamy już kawałki z Furtado.

Na dzień dobry na pierwszy plan wysuwa się Doskocz z ribotowskim graniem. Przez chwilę wydaje się, że Furtado nie łapie takiego feelingu z Pawłem i Yedo, jaki łapał angielski bębniarz, ale zaraz wszystko zaczyna grać jak należy. I znów – podobne odczucie miałem przy „II” – chętnie bym w pewnym momencie usłyszał wiolonczelę. Mogłaby zagrać na niej Julia Kent.

W „V” Gibson od razu pokazuje, że do złapania za saksofon raczej nie zainspirowała go gra Candy Dulfer w „Lily was Here” (choć kto wie?). Najpierw to jego utwór, za chwilę zaczyna fajnie „gadać” z Doskoczem.

Zamykający płytę kawałek – z odlotem Gibsona, ambientową, idealnie schowaną gitarą Doskocza i Furtado, który przez chwilę gra, jakby miał dwie pary rąk – to chyba najlepszy fragment „Spontaneous Live Series 004”.

Włączcie sobie ten materiał. Zwłaszcza dla Yedo Gibsona. Rodak Sócratesa jest rewelacyjny.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

%d blogerów lubi to: