struggler – it was a very long conversation but at the end we didn’t shake hands [1982] / martine franck

linki w komantarzach / links in comments

bandcamp

Kilkanaście lat temu można było spędzić cały dzień na przeglądaniu blogów. Na Blogspocie było ich od groma. Najbardziej lubiłem chyba „Commercial Zone”, dotyczący muzyki post-punkowej. Jezu, ile tam było genialnych rzeczy. Później zaczęto bez uprzedzenia blogi usuwać, w tym mój – na szczęście (?) zrobiłem backup i wrzuciłem zawartość na WordPressa.

Odwiedzałem też inny (nie pamiętam nazwy) z mnóstwem płyt w (około)postpunkowym klimacie, ale zespołów raczej mi nieznanych. Zwrócił na nim moją uwagę belgijski Struggler z uwagi na kapitalny tytuł płyty: „It Was a Very Long Conversation but at the End We Didn’t Shake Hands”.

Lubię czasem wracać do tego ponuractwa. Są tu lepsze i gorsze momenty, ale podoba mi się całość, najbardziej „Persecute”.

Winyl do kupienia, ale cena odstrasza, co można sprawdzić na Discogsie.

Struggler gra do dziś. W ubiegłym roku wydał niezłą płytę „Wilma (Determined Protector)”, wykonując na niej też nowe wersje dwóch kawałków z „It Was…”. Ze starego składu został tylko Rene Hulsbosch, a prowadzenie blogu stało się niegroźnym dziwactwem.

***

Martine Franck (na zdjęciu nr 1) – belgijska fotografka, tak wspaniała, że trudno było zrobić selekcję jej zdjęć. Żona Henriego Cartier-Bressona, związana z Magnum Photos.

We własnej osobie
Town and Wear County. Village of Skinningrove. Workers’ Club Carnival.
FRANCE. Clamart. Library for children. Built by the „Atelier de Montrouge”: Jean Renaudie, Pierre Riboulet, Gerard Thurnauer and Jean-Louis Veret. Ile de France. Haut de Seine. 1965.
Town of Newcastle on Tyne.
SWITZERLAND. Rossinière. French painter BALTHUS at home. 1999.
USA. Long Island. Amagansett. Family of fishermen. 1983.
NEPAL. Bodnath. Shechen Monastery. Tulku KHENTRUL LODRO RABSEL (12 years old) with his tutor LHAGYEL. At the age of 5, KHENTRUL decided that he had lived enough with his parents and that it was time for him to enter the monastery. Two or three years after their death, important lamas are reincarnated in the body of a child. The search for this child is based on the information left by the lama himself: dreams, visions and the intuition of other lamas. The Tulkus are discovered at 3 or 4 years of age, declared at about 4 or 5 and then enter the monastery at the age of 6. According to the rules of the monastery, each Tulku is instructed by a tutor and is either prevented or restricted from seeing other young monks from their age group. All the Tulkus are called Rinpoche which means „the precious one”. 1996.

the zulus – the zulus [1985] / lisette model

linki w komentarzach / links in comments

greenworld records

the legendary rich gilbert

Okładka płyty wydanej przez Greenworld Records miała ładniejszy kolor niż ta z Roadrunner Records:

The Zulus poznałem dzięki źle przeczytanej albo napisanej informacji, że był to zespół, z którego narodził się Sugar albo zespół powstały po rozpadzie autorów „Copper Blue”. Tak naprawdę ta kapela to pochodna zakończenia działalności przez inną, Human Sexual Response. A okazało się, że w The Zulus grał jeden gość, który potem współtworzył Sugar – Malcolm Travis.

„The Zulus” to bardzo dobry materiał, na którym tzw. alternatywny rock spotyka new wave. Trzy czwarte muzyki lat 80. do pewnego momentu kojarzyło się z new wave.

Po self-titled z 1985 roku The Zulus nagrali drugi materiał, „Down on the Floor”, wyprodukowany przez Boba Moulda.

Trudno mi nie lubić pierwszej płyty zespołu, trudno też zapałać sympatią do drugiego LP, bo to jakiś nieciekawy (hard)rock. Choć i na „Down on the Floor” można znaleźć dobre momenty. Chwilami brzmienie gitar, kawałki „Skinny Dip” i „Gotta Have Faith” oraz ślady klimatu new wave sprawiają, że jednak zostawię sobie tę płytę na dysku. Choć pewnie już nigdy jej nie włączę.

A ten rok przyniósł trzypłytową składankę „Cockfight in a Bullring”, za którą stoi Rich Gilbert, który poza The Zulus, grał jeszcze m.in. z Franckiem Blackiem. Nikt nie pamięta o twoim zespole, więc sam o nim przypomnij.

Jak ktoś ma ochotę, może nauczyć się dzięki Richowi grać na gitarze. 25 dolarów za pół godziny, 45 za godzinę albo pakiet: 5 razy 30 minut za 100 dolców. O wszystkim można poczytać na bardzo fajnej stronie artysty. Oby nie uczył zagrywek z „Down on the Floor”. Można sobie też sprawdzić eklektyczne plejlisty Richa, na których Alice Cooper spotyka się z Brianem Eno.

Na marginesie, kiedyś wrzuciłem Sugar na blog. Link do pobrania płyty ostał się całe pięć sekund.

(o)(o)

Lisette Model (Elise Amelie Felicie Stern; 1901-1983). Przydałaby się jakaś biografia na jej temat, bo fakt, że uczyła Diane Arbus, wcale nie był najciekawszy w jej życiu.

bad light district – lucky blood moon [2019]

badlightdistrict.com

bandcamp

facebook

Nie wiem, jakim cudem nie słyszałem nigdy Bad Light District, zwłaszcza że wydawało ten zespół Music Is the Weapon, którego wydawnictwa nie raz recenzowałem.

***

Chyba wszystkie przymiotniki, używane w recenzjach płyt, brzmią mi albo banalnie, albo pretensjonalnie. „Lucky Blood Moon” to płyta zjawiskowa – jak banalnie by to nie zabrzmiało.

***

Klimaty nowofalowe czy post-punkowe, ożenione z niskim, przyjemnym dla ucha głosem wokalisty, zazwyczaj dają świetny efekt. Słuchając Michała Smolickiego (który nagrał „Lucky Blood Moon” w pojedynkę – szacunek), pomyślałem o Johnie Sharkeyu III (choć nie mają w sumie podobnych barw głosów). Na marginesie, „Lucky Blood Moon” to płyta o wiele ciekawsza niż tegoroczne wydawnictwo zespołu Sharkeya, Dark Blue – nudnawe „Victory Is Rated”.

Nowa płyta Bad Light District co chwilę z czymś się kojarzy (np. lecący w tej chwili „8-Bit Life”) – i to zarówno, jeżeli chodzi o wokal, jak i o muzykę. Jest to jednak miłe uczucie szukania gdzieś w myślach nazw starych kapel, nie poczucie obcowania z czymś wtórnym i żerującym na pomysłach innych.

***

Na nowym materiale „Lucky Blood Moon” jest mnóstwo smaczków, warto mu się uważnie przysłuchać na dwa sposoby: pierwszy to po prostu cieszenie się świetnymi piosenkami, drugi – zwrócenie uwagę na rozwiązania brzmieniowe: żywcem wyjęte z lat 80. klawisze (pojawiające się już w pierwszej piosence, nomen omen „Brother From The Eighties” – jak gdyby nigdy nic, po mrocznym wstępie), kojarzące się z The Cure z najbardziej dołującego okresu bębny w tytułowym numerze itd. Poza tym tu coś zarzęzi (początek „Part-Time Prophets”), tam inaczej zabrzmi (niemal dub techno w „Something’s Not Right Here”)… No, nic tylko założyć słuchawki i skupić się na dźwiękach wygenerowanych przez Smolickiego.

***

Jeśli miałbym się przyczepić do „Lucky Blood Moon”, to o jej długość (może skróciłbym plytę o dwa numery) i o brak jakiegoś wbijającego w fotel hiciora („Part-Time Prophets” ma chyba najbliżej do tego miana).

***

„Jesteśmy samotni w tym zimnym wszechświecie”, ale między innymi takie płyty czynią go bardziej znośnym.

***

W związku ze śmiercią fizycznego nośnika płyta Lucky Blood Moon dostępna jest w formacie cyfrowym na wszystkich platformach streamingowych” – czytamy w notce prasowej. A szkoda, pasowałby do niej czarny winyl.

the sound – from the lions mouth [1981]

brittle heaven

discogs

facebook

Dziś również zdarzają się dobre zespoły postpunkowe, jednak większość z nich to smutny anachronizm. W pierwszym numerze leci mój chyba ulubiony postpunkowy klawisz. Klawisz może być dobry? xD Może. To był żart dla wtajemniczonych.

Chętnie napisałbym coś więcej o genialnych The Sound, ale właśnie wyruszam na zasłużone wakacje. All inclusive w Egipcie, jako lektura „Pokraj” Andrzeja Saramonowicza. Zabawa słowem, słuszne poglądy. Ponoć super!

„From the Lions Mouth” – wesołe to jak powrót do pracy po urlopie.

martim monitz – martim monitz [antena krzyku; 2015]

martim-monitz.com10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

facebook

8merch

antena krzyku

1

Zazwyczaj nie recenzuję płyt, jeżeli artysta sam nie podeśle swojego dzieła, ale tym razem zrobiłem wyjątek. Przeczytałem teksty, usłyszałem postpunkowo-nowofalowo-noiserockową muzykę i poczułem, że „Martim Monitz” to coś, na co czekałem. Stare chłopy nagrały płytę, której nie spodziewałem się usłyszeć. Chwilami sprawia mi tyle radości (na przykład fenomenalny „Najlepszy dzień”), że chętnie uściskałbym całe trio (Klaudiusz Kwapiszewski: bębny, głos; Zbigniew Michalczuk: bas, głos; Piotr Szczepański: gitara, głos), zwłaszcza gitarzystę. Bez obaw, jestem nieśmiałym człowiekiem.

***

Panowie grali 20 lat temu w zespole Ciastko. Była to chyba pierwsza kapela noiserockowa, jaką usłyszałem (chyba że Big Black albo Cop Shoot Cop). Utwór „Spokojna niedziela” puścił Piotr Klatt w Trójce. Zagadywał słowo „wypierdalać” pojawiające się w refrenie. Fajny klimat, dziś nie do powtórzenia.

***

Martim Monitz nie odniesie zapewne sukcesu, bowiem to, co robi, zupełnie nie pasuje do dzisiejszych czasów. Właśnie takie mam wrażenie: że anachroniczność (to nie zarzut) zespołu, raczej mu nie pomoże. Nie jest cool – jak współczesna knajpa w peerelowskim klimacie bądź chujowa fryzura z minionych lat, modna przez chwilę akurat dziś.

***

Muzyka, jeśli ktoś zna Ciastko bądź inne zespoły, w których grali panowie z Martima Monitza, może zaskakiwać: jest poukładana i normalna. Niepokojąca, zimna (można odnieść wrażenie, że mimo dość dużej przystępności tych dźwięków, ostatnią osobą, o której myślą muzycy, jest słuchacz), ale zaskakująco mało radykalna. Gitary brzmią rewelacyjnie – to chyba największy plus płyty.

***

Teksty, idealnie wkomponowujące się w niewesołe dźwięki, nie dają spokoju. Są trochę jak połączenie odrobinę chorej wyobraźni i eskapizmu Marcina Pryta z bolesną lakonicznością Kazimierza Ratonia.

***

Dlatego też rozczarował mnie nieco ciekawy wywiad z Piotrem Szczepańskim. Cóż to za banalna (i niesprawdzalna) hipoteza: „wszyscy umrzemy”? Przeżywam sztukę z nadzieją, że jednak nie; że – jak śpiewał Budzyński – nie jestem stąd.

***

Jest dopiero luty. Chciałbym, żeby rok 2015 przyniósł wiele lepszych płyt niż „Martim Monitz”, ale szanse na to są znikome.

Marcin Wandzel

the b-52’s – the b-52’s [1979]

Image Hosted by ImageShack.us

52 / girls

theb52s.com

Jeśli ktoś zna tę kapelę tylko z hitów z płyty „Cosmic Thing!” albo z piosenki do „Flinstonów”,  może się zdziwić. Sam się nie mogę nadziwić, jak to wszystko zajebiście brzmi. Fantastyczna płyta, która mogłaby się nie spodobać chyba jedynie fanom meksykańskiego harsh electro.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

%d blogerów lubi to: