columbus duo – schein [dead sailor muzic; 2019]

bandcamp

dead sailor

spacefest


Zdjęcie z Klubu Desdemona, autor nieznany

Columbus Duo poleciało w kosmos.

Miałem ułożoną w swym pustym łbie prawie całą recenzję tego materiału i nagle ktoś zapytał, czy może zrecenzować „Schein” dla 10 fucking stars. „Oczywiście!” – odpowiedziałem. Recenzji nie dostałem, a to, co miałem w głowie, wywietrzało. Średnio się pisze drugi raz o czymś, co z grubsza miało się ułożone.

***

Gdy rozmawiałem z Irkiem Swobodą z Columbus Duo przed wydaniem ostatniego, studyjnego LP „À Temps” (2017), powiedział, że będę nim zaskoczony. Kolega, który miał okazję widzieć duet na żywo, stwierdził, że panowie teraz to właściwie krauta grają. Na wspomnianej płycie zmiany były widoczne, ale nie radykalne, jednak „Schein” faktycznie ukazuje inne oblicze duetu: wpływ Kosmische Musik jest słyszalny, już bębny w pierwszym numerze, „BSS”, charakteryzuje krautowa motoryka. W piątym utworze, „BTT”, słychać echa Neu!

Na Bandcampie czytamy, że „Instrumentarium wcześniejszego albumu [„À Temps”] – perkusja, sampler, oscylator – zostaje tu zachowane i poddane próbie grania na żywo”. Próba okazała się więcej niż udana.

***

Ciekawe, dokąd popłynie Columbus Duo na nowej, studyjnej płycie. Jeśli krautowym kursem, na pewno się nie zmartwię. Jeśli go zmieni – też. Jestem pewny, że znów będzie co najmniej intrygująco.

***

„Schein” nie ukazał się niestety na żadnym fizycznym nośniku.

columbus duo – à temps [dead sailor muzic; 2017]

bandcamp

dead sailor muzic

Lata lecą, coraz rzadziej premiera nowej każe mi stawać na baczność. Jednakże nowy materiał mojego może i ulubionego polskiego składu, Columbus Duo, to coś, na co czekam z lekko gówniarską podjarką.

Przy okazji poprzedniego studyjnego materiału braci Irka i Tomka Swobodów pisałem o tym, że choć to świetna rzecz, to być może Columbus Duo powoli dochodzi do ściany; że następną płyta może zacząć nużyć.

Gdy miałem okazję chwilę z Irkiem pogadać, ten stwierdził – mniej więcej – że duet poniekąd wróci do korzeni. A korzenie to przecież minimalistyczne, noiserockowe trio Thing (braterski duet plus Tomasz Piotrowski).

Jeśli są echa noise rocka na „À temps” (ukazała się na CD i kasecie, winylu chyba nie będzie), to ledwo słyszalne – wtedy, gdy elektronika najbardziej rzęzi albo w bębnach na „MGD”. Dość wyraźnie za to słychać nawiązanie do krautrocka czy kosmische Musik (terminy te bywają używane zamiennie, choć myślę, że nie tylko ja wyczuwam różnicę między jednym a drugim).

Duet jednak nie leci w kosmos, a trzyma się ziemi. Muzyka Columbus Duo pozostała minimalistyczna, surowa, ale pociągająca, nie brzydka. Kojarzy się z trudną podróżą statkiem kosmicznym lub wędrówką po pustyni.

To najlepsza polska płyta tego roku. Może tylko, mówiąc półżartem, brakuje jakiegoś „przeboju”, ładnego numeru – jak „Motherfucker” z płyty „Storm” czy „B36” z „Expositions”.

W twórczości Columbus Duo czuć inspirację innymi artystami (ja słyszę chwilami Orena Ambarchiego, co Irka Swobodę pewnie przesadnie nie zmartwi) i szacunek do nich. To jednak autorska propozycja, mająca swe niepowtarzalne oblicze. Choć „À temps” to nie jest łatwa muzyka, to jednak biegunowo odległa od pretensjonalnej pseudoawangardy.

for her pleasure – escapism ep [1998] + krótka historia zespołu

fhp

ściągnij „escapism”:

(o)(o)
(o)(o)
(o)(o)

kup „technoise”

kup „a bird”

dead sailor muzic

For Her Pleasure to jeden z najlepszych i najmniej znanych zespołów w historii polskiego undergroundu. Co ciekawe, gdy szukałem ich nagrań na YouTube’ie, natknąłem się na film o tym, jak zrobić palcówkę, ale na muzykę zespołu – nie.

Poniżej krótka historia kapeli. Podziękowania dla Krzyśka Kobrzaka za przesłanie wykazu zagranych koncertów oraz dema „Escapism”.

***

Nie wiem, czy Steve Albini zna For Her Pleasure. Jeśli tak, zapewne określiłby muzykę tego zespołu mianem „minimal rocka”, tak jak nazywa to, co sam gra.

For Her Pleasure swe początki miał w 1995 roku w formacji Ingrid. Gdy po niespełna dwunastu miesiącach zespół się rozpadł, nie zagrawszy chociażby jednego koncertu, powstał duet For Her Pleasure, który wkrótce miał przerodzić się w trio, będące jednym z najlepszych i najbardziej niedocenianych zespołów w historii polskiego rocka.

Pierwsza duża płyta to „Technoise” (nagrana 13-15 marca 2000, w „Sopockim studiu im. Adama Mickiewicza”; główny odpowiedzialny za produkcję: Maciej Cieślak, współudział: Marcin Dymiter). Za tę wspaniałą płytę odpowiadają również: Krzysztof Kobrzak (gitara, wokal), Mariusz Lewy (bas) oraz Marek Zimmermann (perkusja).

For Her Pleasure porównywano do Shellaca, ale idzie tu raczej o ideę stojącą za tego tego typu graniem, nie o naśladownictwo. I jeżeli „For Her Pleasure był jedną z nielicznych krajowych formacji kultywujących niemal zupełnie ignorowaną u nas tradycję gitarowego minimal noise’u a la Shellac”, jak chce Łukasz Iwasiński („Machina” 02/2007), to należy zauważyć, że jest to chicagowskie trio nie z agresywnego debiutu „At Action Park”, a raczej – jeśli już – z ukazującego spokojniejszą, bardziej miminalistyczną kapeli drugiej płyty – „Terraform”.

Jeżeli mamy szukać zespołu z polskiego podwórka, który kojarzy się brzmieniowo z For Her Pleasure, to na myśl przyjdzie inna wybitna rodzima formacja – zaprzyjaźniony Thing.

2006 rok przyniósł płytę „A Bird” (tu na bębnach zagrał Jacek Jewuła). Bardziej wyciszoną – nie licząc zamykającego całość utworu „7-14” – niemal post-rockową. Album ukazał się za plecami For Her Pleasure. Za to „pirackie” posunięcie odpowiadał Irek Swoboda z Thing.

Ani panowie z For Her Pleasure, ani tym bardziej słuchacze nie mogą mieć do niego żalu. Tu, jak i na „Technoise”, znów słyszymy sześć utworów pokazujących, że w tamtych latach nie powinniśmy mieć kompleksów wobec najlepszych zespołów z Ameryki i Zachodu. Warto dodać, choć to może ryzykowna teza, że za tymi „amerykańskimi” nagraniami stoi również polska melancholia, dzięki której For Her Pleasure nie jest kalką amerykańskiego hałasu, a autonomiczną propozycją.

Całości dyskografii For Her Pleasure dopełnia demo „Escapism”. Poprzedzające „Technoise” cztery utwory zostały określone przez Krzyśka Kobrzaka jako „minimal noise”. Później brzmienie For Her Pleasure było, według niego, „bardziej pełne”, ale „wciąż był to noise”.

For Her Pleasure był kapelą po prostu zbyt dobrą jak na polską scenę niezależną, o czym świadczyć może – paradoksalnie – nikła liczba koncertów zagranych przez autorów „Technoise”. Oto, dzięki Krzysztofowi Kobrzakowi, pełny ich wykaz.

10 grudnia 1997, Gdańsk, „Iks” (plus Thing i Ewa Braun)

6 sierpnia 1998 ,Sopot, „Maroko” (plus Thing i Ludzie)

4 października 1998, Sopot, „Maroko” (plus N-noiz, Thing, Surrogat)

31 października 1998,  Prabuty („z lokalnym zespołem grającym jak O.N.A.”)

13 marca 1999, Sopot, „Siouxie” (plus Thing)

16 kwietnia 2000, Gdynia, „Mojave” (plus Mordy)

10 maja 2000, Gdańsk, AWFalia (plus Blenders, Totem)

14 maja 2000, Gdańsk, Neptunalia („z Shire i kimś tam jeszcze”)

17 maja 2000, Gdańsk, boisko obok „Melmaka”, Neptu2000nalia („z Kanonem, Paragrafem 22 i kimś tam jeszcze”)

jesień 2000, Żuławki („z Szumivnymi Tabletami oraz trzema kapelami metalowymi”)

1 maja 2001, Żuławki („z pięcioma innymi zespołami”)

18 maja 2001, godz.19:00, Gdańsk, „Locha” – piwnica ASP (plus Po Prostu)

29 czerwca-1 lipca 2001, – Żuławki, festiwal „3 Dni Sodomy i Gomory”

5 listopada 2001, gdańska, „Cyganeria” (plus Kristen)

12 maja 2002, – Sopot, „Łajba”, Neptunalia (plus Fungus, Bad Taste, El Vehiculo, Kevin Arnold)

Dyskografia:
„Escapism EP” [1998]
„Technoise” [Dead Sailor Muzic; 2000]
„A Bird” [Dead Sailor Muzic; 2006]

***

Jacek Jewuła i Mariusz Lewy grają w zespole Morze.

columbus duo – expositions [deadsailor muzic; 2014]

10fuckingstars.wordpress.com

dead sailor muzic

bandcamp

soundcloud

serpent.pl

columbus_w_windzie

Mało mnie obchodzi, na niewiele czekam, ale akurat nowe płyty Columbus Duo to coś, co mnie jeszcze rusza. To jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) zespołów Polsce. Tworzący go bracia Irek i Tomasz Swoboda grali kiedyś w wybitnym noiserockowym składzie Thing.

„Expositions”, wydana tylko na winylu, to piąta płyta Columbus Duo (były jeszcze: album „Columbus Meets Arszyn” oraz inny self-titled – kwartetu Columbus Ensemble). Do twórczości obu panów pasuje określenie, jakiego John Peel użył wobec The Fall: They are always different; they are always the same (mnie akurat płyty zespołu Marka E. Smitha zlewają się w jedną całość).

Nazwałbym muzykę na „Expositions” post-rockiem, gdyby ten termin nie był tak niekonkretny (post-rock to przecież i Mogwai, i Tortoise). Ta muzyka brzmi trochę tak, jakby po śmierci rocka muzycy próbowali, improwizując, wskrzesić tę formułę i uznali, że nie warto iść dalej, bo jest ciekawsza niż tradycyjny układ: wokal – bas – gitara – bębny plus zwrotka – refren (podobne wrażenie mam, słuchając Storm & Stress). Podczas jednego z odsłuchów płyty miałem wrażenie, że mogłaby służyć jako soundtrack do powieści Cormaca McCarthy’ego, potem już to odczucie nie pojawiło się.

Można by muzykę z tej płyty nazwać „szorstkim ambientem”. Na przykład ostatni – rewelacyjny – numer brzmi jak spotkanie ambientu z noise’em.

Trzeba też zaznaczyć, że to nie są odklejone eksperymenty dla wybranych. Takie „B36” mogłoby trafić (jeśliby takowa istniała) na jakąś okołoambientową listę przebojów.

Columbus Duo nagrało kolejną piękną płytę. I gdybym miał się do czegoś przyczepić, to do braku tego uwodzicielskiego męskiego wokalu, znanego z wcześniejszych albumów, oraz hitów na miarę „Motherfucker” i „Pleasure”. ;) A tak na poważnie, ciekawe, czy panowie nie doszli do momentu, w którym jedynie jakaś wolta może sprawić, że następne wydawnictwo nie będzie nudnawe. Oczywiście mogą mieć to w głębokim poważaniu. Funkcjonują w końcu na własną modłę, nie schlebiając gustom ani mainstreamu, ani undergroundu. Bez artystowskiej wyniosłości i bez dawania dupy.

%d blogerów lubi to: