bad light district – brak oczekiwań [wyd. własne; 2022]

POMAGAMY UKRAINIE

badlightdistrict.com

bandcamp

maciej przemyk

A od tej epki przy pierwszym słuchaniu mnie odrzuciło. I gdybym nie miał w miłej pamięci „Lucky Blood Moon”, poprzedniego materiału Bad Light District (2019), nie wiem, czy włączyłbym „Brak oczekiwań” ponownie.

Nie mam pojęcia, skąd ta początkowa niechęć. Może zmiana tekstów na polskie spowodowała, że doznałem lekkiego wstrząsu (przegapiłem singiel z tytułową piosenką, więc nie wiedziałem, że Michał Smolicki śpiewa obecnie w ojczystym języku). Może miałem problem z zaakceptowaniem dość specyficznego chwilami wokalu (konkretnie chodzi o dwa utwory: tytułowy i „Błąd maszyny”)? A może nie był to dzień na słuchanie muzyki w klimacie new wave/synth pop? Jak nie ma klimatu na coś, to i Coltrane nie siądzie.

Zostając przy nim, trzeba jednak przyznać, że wokal to mocna strona Bad Light District, co jest o tyle warte podkreślenia, że wokaliści to nie jest największy atut polskiego undergroundu czy generalnie polskiego rocka.

Uroda tej płyty polega na tym, że choć w oczywisty sposób nawiązuje klimatem do lat 80., to jednocześnie brzmi współcześnie i naturalnie (dobra robota miała miejsce w owczarskim Prusiewicz Studio). Jest na serio, ale nie nadęta. Nie ma tu też puszczania oczka do „ejtisów”, nikt się nie przebiera za Kapitana Niemoc.

Podobają mi się bębny – dość ciężkie, jak na taki rodzaj muzyki. Nawet gdy w „Błędzie maszyny” przywołały na myśl „To tylko tango” Maanamu. Na marginesie, zespół Kory nie był (do pewnego momentu) taki zły… W tym numerze, pod koniec, wokal zaczyna mi się też kojarzyć z Grzegorzem Ciechowskim. Zostając na chwilę przy skojarzeniach – „Podstęp cywilizacyjny” może przywołać Beach House, ale raczej nie z ostatniej, przydługiej płyty, tylko z tych nagrań, gdy myślałem o Victorii Legrand jako współczesnej Nico, nie o tym, że pójść spać.

W odbiorze pomagają również dobre teksty. Już po tytułach („Podstęp cywilizacyjny”, „Luzowanie obostrzeń”) widać, że komentują to, co za oknem; czy może raczej, że zostały naszą dziwną rzeczywistością zainspirowane. Smolicki robi to jednak bez dętej publicystyki (za tekst drugiego utworu odpowiada Mary Nogacka). Wersy są lakoniczne i poetyckie. Na tle ogólnego rockowego pustosłowia to zawsze miła niespodzianka.

„Brak oczekiwań” to wciągająca płyta, z której trochę wieje chłodem, ale też dociera z niej odrobina ciepła. Kawałki lecą niespiesznie, są stosunkowo długie, lecz nie nudzą. Można się poczuć, słuchając tego, co stworzyli Smolicki, Pietrzyk i Łukasz Lembas, jak w dość ponurym filmie science fiction. Zresztą, biorąc pod uwagę to, co oferuje rzeczywistość, porównania do SF najwyraźniej się zdewaluowały.

Mój zarzut jest taki, że „Brak oczekiwań” jest zbyt krótki. Chętnie poszerzyłbym go o ze dwa udane numery. No, ale taki zarzut to w sumie komplement.

***

Autorem okładki jest Maciej Przemyk, wyżej podlinkowałem jego konto na Instagramie.

Warto również przejrzeć stronę Bad Light District, nie zapominając o dziale zakupów. Dziś taki porządny sajt to rzadkość.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

bad light district – lucky blood moon [2019]

badlightdistrict.com

bandcamp

facebook

Nie wiem, jakim cudem nie słyszałem nigdy Bad Light District, zwłaszcza że wydawało ten zespół Music Is the Weapon, którego wydawnictwa nie raz recenzowałem.

***

Chyba wszystkie przymiotniki, używane w recenzjach płyt, brzmią mi albo banalnie, albo pretensjonalnie. „Lucky Blood Moon” to płyta zjawiskowa – jak banalnie by to nie zabrzmiało.

***

Klimaty nowofalowe czy post-punkowe, ożenione z niskim, przyjemnym dla ucha głosem wokalisty, zazwyczaj dają świetny efekt. Słuchając Michała Smolickiego (który nagrał „Lucky Blood Moon” w pojedynkę – szacunek), pomyślałem o Johnie Sharkeyu III (choć nie mają w sumie podobnych barw głosów). Na marginesie, „Lucky Blood Moon” to płyta o wiele ciekawsza niż tegoroczne wydawnictwo zespołu Sharkeya, Dark Blue – nudnawe „Victory Is Rated”.

Nowa płyta Bad Light District co chwilę z czymś się kojarzy (np. lecący w tej chwili „8-Bit Life”) – i to zarówno, jeżeli chodzi o wokal, jak i o muzykę. Jest to jednak miłe uczucie szukania gdzieś w myślach nazw starych kapel, nie poczucie obcowania z czymś wtórnym i żerującym na pomysłach innych.

***

Na nowym materiale „Lucky Blood Moon” jest mnóstwo smaczków, warto mu się uważnie przysłuchać na dwa sposoby: pierwszy to po prostu cieszenie się świetnymi piosenkami, drugi – zwrócenie uwagę na rozwiązania brzmieniowe: żywcem wyjęte z lat 80. klawisze (pojawiające się już w pierwszej piosence, nomen omen „Brother From The Eighties” – jak gdyby nigdy nic, po mrocznym wstępie), kojarzące się z The Cure z najbardziej dołującego okresu bębny w tytułowym numerze itd. Poza tym tu coś zarzęzi (początek „Part-Time Prophets”), tam inaczej zabrzmi (niemal dub techno w „Something’s Not Right Here”)… No, nic tylko założyć słuchawki i skupić się na dźwiękach wygenerowanych przez Smolickiego.

***

Jeśli miałbym się przyczepić do „Lucky Blood Moon”, to o jej długość (może skróciłbym plytę o dwa numery) i o brak jakiegoś wbijającego w fotel hiciora („Part-Time Prophets” ma chyba najbliżej do tego miana).

***

„Jesteśmy samotni w tym zimnym wszechświecie”, ale między innymi takie płyty czynią go bardziej znośnym.

***

W związku ze śmiercią fizycznego nośnika płyta Lucky Blood Moon dostępna jest w formacie cyfrowym na wszystkich platformach streamingowych” – czytamy w notce prasowej. A szkoda, pasowałby do niej czarny winyl.

%d blogerów lubi to: