>"Zobaczysz wszystko w 2 -3 dni, nie zapamiętasz z tego nic"

>

„Dzięki tym włosom z daleka wyglądam jak J Mascis” – powiedziała Katarzyna Nosowska specjalnemu wysłannikowi 10 Fucking Stars na Off Festival

Szybko i chaotycznie na temat Off Festivalu

Off przeniósł się z Mysłowic do Katowic. Jak dla mnie, szkoda. Było coś niemal perwersyjnie przyjemnego w tym, że 15 minut drogi od miejsca, w którym mieszkałem 25 lat, mogłem usłyszeć i zobaczyć np. Jasona Pierce’a śpiewającego Come Together.

Pora na parę słów nt. tegorocznej imprezy.

***

Organizacja

1. Proponuję za rok ustawić jakieś kierunkowskazy. Nie ma się czego wstydzić – to nie koncerty z cyklu „Męska muzyka”.

2. Piwo. Dlaczego było chujowe, drogie (0,4 za 6 zł) i czemu nie można z nim było wejść na koncert?

3. Jedzenie. Czemu nie mogę wejść z np. swoją bułką na koncert? Może jestem biednym wegetarianinem i nie mam ochoty płacić 12 zł za kiełbasę. Za rok zaprosić np. Krysznitów: niech dają swoje wege-żarcie. Polska to nie tylko kiełbasa i Kościół katolicki.

4. Ochrona. Jedno wielkie nieporozumienie. Dlaczego zabierali np. dezodoranty w kulce? Wszedłem na teren festiwalu z kluczem do domu. Nim mogłem wybić takiemu ochroniarzowi oko, a dezodorantem co mógłbym zrobić? Nawet komara nie da się tym zabić.

5. Bezpieczeństwo. Czemu organizatorzy mają w dupie to, czy ktoś bezpiecznie dojedzie do domu? Być może są ludzie, którzy lubią czekać o 2 na autobus w centrum Katowic i patrzeć, jak jakaś patologia rozbija obok butelki. To pewnie organizatorzy Offa. Zasada: „na imprezie nic się nie stało, a co poza nią – to nie nasza broszka” jest deczko prymitywna.

***

Muzyka

Dzień pierwszy (piątek)

Tin Pan Alley. Było całkiem OK, gdy wokalista nie śpiewał. Usłyszałem nawet jakieś soniczne fragmenty albo może nadinterpretowałem sobie te dźwięki.

The Psychic Paramount. Najlepszy koncert, jaki widziałem na tegorocznym Offie. PP – podobnie jak Polvo, choć to inna muzyka – wykorzystuje stricte rockowe patenty, by stworzyć nową jakość. Genialne bas i bębny, świetny gitarzysta. Sami czuli, jacy są dobrzy. A na pewno dało się to zauważyć po minie basisty, Bena Armstronga. REWELACJA.

Something Like Elvis. Jeden z bardziej oczekiwanych koncertów rozczarował mnie. Instrumentalne numery zabrzmiały jak słabsza wersja Stereolab, kawałkom z wokalem trochę zabrakło do wersji z płyt. Czekam na koncert w klubie.

The Black Heart Procession. Zagrali tylko we dwóch – ale za to jak. Było moje ulubione Blue Tears, zaraz po tym, jak pomyślałem: „Muszą zagrać Blue Tears„. Przy BHP Nick Cave wypada jak Jasio zrozpaczony tym, że słabo napisał wypracowanie o wymarzonych wakacjach.

Art Brut. Najmilsza niespodzianka festiwalu. Ich płyty są średnie, na żywo to zdrowy, bezpretensjonalny i energiczny rokendrol (dokładniej: indie rock z post-punkowym sznytem). Kumaty i komunikatywny wokalista, uśmiechnięta basistka, parę hitów (w tym mój ulubiony DC Comics and Chocolate Milkshake) – bardzo fajnie.

Lenny Valentino. Gdy reaktywowali się na czas bodaj pierwszego Offa, zagrali rewelacyjny koncert. Tym razem bez błysku zagrany materiał z jedynej płyty. Chyba jeszcze nie widziałem gigu z cyklu „Zespół X gra płytę Y”, który by mnie porwał. Posłuchaj

The Fall. Mark E. Smith złapał konkretną bombę mniej więcej w połowie koncertu – jak na imprezie, gdy siedzisz i wydaje ci się, że jest ok, a nagle nie masz siły, by wstać do kibla. A: uważamy, że to żenada na miarę polskich drużyn piłkarskich, występ menela z drugorzędnym zespołem. B: uznajemy występ Smitha za kabaret lepszy od Mitchów. I pomyśleć, że przez ten gig nie zobaczyłem Zu. A gitarzysta pewnej mysłowickiej kapeli, która nazwę wzięła od tytułu płyty Radiohead, nie wie co to The Fall – i żyje.

Dzień drugi (sobota)

Paula i Karol. Sympatyczne granie, w dużej części folkowe. Nie, żebym chciał to jeszcze kiedyś usłyszeć, ale było w miarę ok.

Plum. W związku z tym, że kolega telefonicznie poprosił mnie, bym uzyskał odpowiedź na zasadnicze pytanie: co zrobić, gdy zgubiło się offową opaskę, zobaczyłem tylko 3 numery. Jak najbardziej pozytywne wrażenie, ale trzeba zauważyć, że bez wokalu idzie im lepiej. Postuluję: więcej math- i noise rocka w III RP!

Pustki. Bardzo dobry koncert; mimo przeziębienia moja chyba ulubiona postać kobieca na polskiej scenie, Barbara Wrońska, dała radę. Świetnie zabrzmiały numery z „Kalamburów”, płyty, którą przecież trudno uznać za arcydzieło polskiego rocka. A Radek Łukasiewicz to taka postać, która wzbudza we mnie zaufanie; widać, że gość jest autentyczny. Żadne tam „kulki śmierci”.

Mitch And Mitch With Their Incredible Combo. Za pierwszym razem, jak się ich widzi na żywo, zabijają, za drugim są rewelacyjni, potem człowiek się czuje, jakby mu ktoś po raz enty opowiadał ten sam dowcip – śmieszny, ale ileż można. Są, oczywiście, świetni, a Macio to najbardziej charyzmatyczna postać polskiej sceny muzycznej, tylko że w połowie koncertu miałem ochotę napić się tego cienkiego jak polska liga Grolscha.

Apteka, czyli Kodym i jego nieśmiała sekcja gra „Mendę”, najpopularniejszą – bo przecież nie najlepszą – płytę – jednej z najważniejszych polskich kapel. Średni koncert, ale takich numerów jak tytułowy czy „Diabły” po prostu nie da się zjebać.

These Are Powers. Poszedłem na samą końcówkę. Disco nawet przyjemne, lecz bez rewelacji. Ale wokalistka była tak zajebista i charyzmatyczna, że ożywiłaby nawet zespół Hey.

Dinosaur Jr. Jeden z dwóch najbardziej oczekiwanych przeze mnie koncertów (zgadnijcie, jaki był pierwszy?). Nie dotarł ich sprzęt, ale nie zawiedli. No i zabrzmieli ciężej niż myślałem, że zabrzmią. Gdyby zagrali moje ulubione kawałki, ta notka byłaby pisana z pozycji „na kolanach”, ale i tak było świetnie. Ostatnim tak pełnym energii basistą jak Lou Barlow, którego widziałem na żywo, był Tony Kinsky. Posłuchaj

Z Zs, który zagrał zaraz po Dinosaurze, musiałem wyjść, bo miałem wrażenie, że goście brzmią, jakby ktoś chciał sobie odpiłować nogę. Gdyby zagrali nie zaraz po kapeli Mascisa, pewnie bym został. Udałem się na Lali Punę, która niestety nie zagrała mojego ulubionego kawałka – „Bi-Pet” (albo się spóźniłem). Było jednak całkiem przyjemnie. Ciekawym odkryciem był fakt, że Valerie Trebeljahr nie potrafi śpiewać.

Dzięki Offowi dowiedziałem się również, że wciąż żyje Jacek Podsiadło. Brawa za wiersz „Nie wiem” oraz za industrial z ks. Rysiem. Mina kolesia, który czekał, aż to się skończy, była chyba najmocniejszym momentem Offu. No ale w tym momencie to chyba tylko ze 3 osoby wiedzą, o czym piszę.

Dzień trzeci (niedziela)

Sen, mecz Chelsea – MU i „Varg Veum”. Jak ktoś chce się podzielić wrażeniami z niedzieli, niech pisze. Jeśli ktoś ma też fajne fotki z Offa (np. Anny Barie), niech da znać.

***

Off Festival 2011

Są już pierwsze przecieki dotyczące line-upu. Zagrać mają m.in. Shellac, The Jesus Lizard, Ewa Braun, Blues Explosion, White Hills i Mi Ami. Prowadzone są rozmowy na temat koncertu „Big Black performs Atomizer„.

Tytuł relacji to cytat zaczerpnięty z piosenki zespołu Przyzwoitość pt. „Światowiec”

>mouse on mars – iaora tahiti [1995]

>tracklista

megaupload / mediafire (320 kbps)

buy / mouse on mars w serpent.pl

mouseonmars.com

gejspejs

off festival

Może ciężko w to uwierzyć, ale kiedyś kanały Viva i zwłaszcza Viva II puszczały wieczorami dużo alternatywnego grania. Zarówno gitarowego (pamiętam At The Drive-In i Fugazi), jak i elektronicznego (Pan Sonic, Zbigniew Karkowski czy Merzbow). Przypomniał mi się ten fakt, gdy słuchałem w weekend Mouse on Mars. Pamiętam, że w Vivie leciał ich klip ze skaczącą myszą; nie ma szans, żebym przypomniał sobie, co to był za numer.

Ci żywi klasycy elektronicznych brzmień chyba najlepsze lata mają za sobą. Fajnie jednak, że przyjadą na Offa (zagrają w sobotę, 7 sierpnia, o 19.40, w namiocie „Trójka Offensywa”). Iaora Tahiti ma 15 lat, a brzmi świetnie, co przy tego typu muzyce nie jest osobiste. Jak i przy każdej innej zresztą, ale wykonawcy parający się elektroniką mają większe szanse brzmieć po latach jak kiepski dowcip.

W Vivie na bank leciał też ten klip:

A może to ten sam, o którym napisałem wyżej, wszak mysz pojawia się na końcu.

***
Bonus: Jochen Arndt (z albumu Masako)

>the psychic paramount – live 2002: the franco-italian tour [2006]

>
tracklista

sharebee / mediafire (320 kbps)

buy

www.thepsychicparamount.com

gejspejs

off festival 2010

Kolejny zespół z tegorocznego Off Festivalu, który jest wart zobaczenia (piątek, 6 sierpnia, godz. 17, scena eksperymentalna). Niestety, ich gig nachodzi na koncert 19 Wiosen.

The Psychic Paramount to trio z Brooklynu. Ich muzykę określono jako „ultra chaotic psychedelic rock”. Coś w tym jest. Mnie się Live 2002 kojarzy nieco z niektórymi dźwiękami (tymi bardziej przystępnymi) z serii SYR Sonic Youth.

W tym roku ma wyjść, w No Quarter, nowa płyta PP.

***
Bonus: Terry Richardson

>zu – bromio [1999]

>
tracklista

sharebee / rghost (192 kbps)

off festival

Włoscy jazzcore’owcy, którzy w ubiegłym roku wydali kapitalną płytę Carboniferous, w tym zagrają na Off Festivalu. To MUSI być zajebisty koncert.

Wrzucam ich pierwszą płytę, na której oprócz Massima Pupilla (bas), Jacopa Battaglii (bębny) i Luki Tomassa Maiego (saksofon), którzy do dziś tworzą Zu, zagrał Roy Paci (trąbka), znany m.in. ze współpracy z… Manu Chao.

Kto układał line-up Offa? Koncert Zu pokrywa się z występem The Fall. Chyba nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że wiele osób chciałoby zobaczyć obie kapele?

***
Bonus: Nicola Ranaldi

>dinosaur jr. – where you been [1993]

>tracklista

sharebee / mediafire (320 kbps)

buy / kup

dinosaurjr.com

off festival

OFF Festival coraz bliżej, więc pora by przedstawić zespoły, na które czekam najbardziej. Zacząłem od The Fall, ale usunięto mi posta. Jak ktoś ma ochotę, to linki z sesjami u Johna Peela wrzuciłem do komentarzy.

Dinosaur Jr. pokazał, że nie zawsze powroty kapel muszą wzbudzać zażenowanie. J Mascis i spółka nagrali w 2007 roku, po dziesięciu latach przerwy, świetną płytę Beyond, a w 2009 dołożyli kolejną, chyba jeszcze lepszą – Farm. Może da się ją jeszcze ściągnąć w moim podsumowaniu minionego roku.

Wrzucam płytę Where You Been, bowiem Drawerings był pierwszym numerem Dinosaura Jr., jaki usłyszałem. To wiekopomne wydarzenie nastąpiło w trójkowej „Ręce boksera” Macieja Chmiela. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie wokal i gitara. To może być miażdżący koncert.

***
Bonus: Alison Jackson

%d blogerów lubi to: