tomasz lada: zagrani na śmierć. mroczne ścieżki polskiego undergroundu [czarne; 2022]


Coraz więcej przyjemności z czytania, coraz mniej z pisania. Poczułem jednak niemal obowiązek, by zrecenzować „Zagranych na śmierć” Tomasza Lady.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio z taką niecierpliwością czekałem na jakąś książkę. Powód był prosty: nowa publikacja Czarnego miała dotyczyć nieoczywistych bohaterów naszej sceny muzycznej: Janusza Rołta, Dariusza „Skandala” Hajna i Roberta Sadowskiego. Spotkałem się co prawda z kontrą na Facebooku, że co to za nieoczywiści bohaterowie. No, ale jak żyjesz w swojej bańce, to i kapela sąsiada, która istniała przez jedną próbę, wyda się popularna i oczywista.

Apetyt na „Zagranych” rozbudziły dodatkowo te fragmenty „Dzikiej rzeczy” Rafała Księżyka, w których autor opisywał to, co robił Skandal po opuszczeniu Dezertera. Dodajmy do tego poprzednią, bardzo ciekawą książkę Lady, „Apteka. Psychodeliczni kowboje”. Trzeba mu oddać, że mimo pewnych kontrowersji, o których wspominałem w recenzji, została ona napisana z biglem. No i autor nie poszedł na łatwiznę – nie zrobił Kodyma głównym bohaterem. Chwilami nawet za takowego może uchodzić tragicznie zmarły perkusista Apteki, Maciej Wanat. Ci, którzy jej nie czytali, „bo Kodym to szmaciarz”, niech żałują.

***

Spotkałem się z opinią, że biografia twórców „Mendy” byłaby lepsza, gdyby Lada użył metody, którą można nazwać „narracyjną historią mówioną” (czyli coś jak „Please kill me. Punkowa historia punka” albo „Przenikliwe światło, słońce i cała reszta”). Mówisz i masz – przy „Zagranych” autor poszedł tą drogą, odbywając kilkaset spotkań z ludźmi, którzy kręcili się wokół Jasia, Skandala i Sadka, i z rozmów z nimi stworzył „Zagranych”.

Nie wszyscy znajomi wymienionej trójki chcieli z Ladą gadać – przykładem Dariusz Malejonek, który grał z Sadowskim w Houku. Niektórzy już, niestety, nie żyją – choćby Paweł „Kelner” Rozwadowski, więc autor, siłą rzeczy, przywołuje fragmenty ich książek czy stare wypowiedzi. „Zagrani” zaczynają się zresztą pięknym cytatem z „To zupełnie nieprawdopodobne” Kelnera: obrazem Rołta jadącego na rowerze, we fraku, pilotce i goglach, z kontrabasem na plecach. Czasem możemy przeczytać i aktualne wypowiedzi muzyków, i dawne – przykład to choćby Krzysztof Grabowski z Dezertera i cytaty z jego biograficznej „Poronionej generacji?”, wymieszane z dzisiejszymi wspomnieniami i opiniami.

***

No właśnie, Janusz Rołt – Jasio. Jemu poświęcona została pierwsza część „Zagranych”. I chyba ta jest najlepsza, a przynajmniej tę lubię najbardziej.

Opole 86, koncert Lecha Janerki. Jedyny profesjonalny zapis filmowy, na którym widać Rołta

Namalowano w niej piękny obraz perkusisty Brygady Kryzys. Już wstęp – wspomniany, niemal bajkowy opis Kelnera, wprowadza nas w historię człowieka o zniszczonym ciele, ale pięknej duszy.  Chyba nikt złego słowa nie mówi na Jasia, nawet zasadniczy, wręcz surowy Janerka, u którego perkusista jakiś czas mieszkał (warunkiem było zero ćpania).

To, co się rzuca w oczy podczas lektury, to fakt, że Rołt był… nazbyt lubiany. Tak jakby jego rozbrajająca wszystkich osobowość powstrzymywała ludzi (poza Janerką), żeby go wziąć za twarz i spróbować jakoś wyciągnąć z bagna. Jasio ćpa? OK. Jasio napieprza w bębny, aż słychać na pół miasta? W porządku, to przecież Jasio. Ktoś może pomyśleć, że Rołt był postrzegany trochę jak wioskowy głupek. Nic bardziej mylnego. Raczej robi tu za dobrego ducha, któremu wybacza się wszystko. No bo przecież, jak krzywdził, to tylko siebie. I tylko dysonans wprowadza m.in. taka wypowiedź genialnego basisty, Tomasza „Kciuka” Jaworskiego: „Janek już wtedy nie miał zębów, a przecież to był młody chłopak. Wyglądał jak stara babcia. Jego wygląd mnie przerażał”.

Postać Rołta przypomina mi nieco wspomnianego Wanata. Tak jak o Krzysztofie Kłosowiczu – czyli słynnym Kamanie, w którego kapeli Rołt grał na basie – można pomyśleć jako o łagodniejszej wersji Kodyma. Upraszczając: z tyłu (albo z boku – z Kamanem Rołt grał na basie) mniejszy lub większy wrażliwiec, z przodu mniejszy lub większy kutas.

Popatrzcie na ten film z Opola. Jakby Rołt tańczył z tymi bębnami.

***

Jasio – dusza człowiek. Dariusz Hajn, zwany Skandalem – też wrażliwy gość, ale trochę cwaniak. No i kto nie chciałby mieć takiego kumpla?

Nie siedziałem przez ostatnich dwadzieścia lat pod kamieniem, ale muszę przyznać, że fragmenty „Dzikiej rzeczy”, opisujące byłego wokalistę Dezertera jako didżeja, propagatora rave i techno, zupełnie mnie zaskoczyły. Historia Skandala przypomina mi to trochę tę Johna Frusciante, który w pewnym momencie zostawił rock na rzecz muzyki elektronicznej. Zresztą czytałem kiedyś wywiad z gitarzystą Red Hot Chili Peppers: o swojej fascynacji elektroniką opowiadał, jakby pisał doktorat o jungle lub breakbeacie. To nie była chwilowa fascynacja czy poza rockmana. Zasadnicza różnica jest taka, że Frusciante w przeciwieństwie do Skandala z nałogu wyszedł. U nas jego szanse, by wyzdrowieć byłyby o wiele mniejsze. Aż się przypomina piosenka Big Cyca: „Woody Allen to miał szczęście / że urodził się w tych Stanach / bo nad Wisłą chlałby czystą / i miał tylko jeden krawat”.

Rozdział o ekswokaliście Dezertera przypomina mi też nieco, ale tylko chwilami – przez jego wyjazd do Berlina – „Ćpałem, chlałem i przetrwałem” Maleńczuka. Trzeba jednak zaznaczyć, że Darek Hajn, choć miał swoej wady, nie był takim fiutem, jak lider Homo Twist.

Szkoda, że nie dało się bardziej pociągnąć tematu dzieciństwa Skandala (był w bidulu, potem wychowywał go dziadek). I nie o sensację tu idzie, tylko o zrozumienie ludzkich losów. Przecież – jak mówi jedna z narratorek „Zagranych” – ćpanie to pochodna traumy. Dużą wartością tej książki jest zresztą spojrzenie jej narratorów na nałóg, dzięki któremu można sobie uzmysłowić niby prosty fakt, ale taki, który często umyka: że ćpanie, chlanie i wiele innych czynności niszczących ciało i psychikę nie biorą się znikąd. Bywają, wiadomo, zabawą, ale też czymś, co ma zagłuszyć lęk, ból, który nie pozwala normalnie żyć. Może to oczywistości, ale jest coś budującego w wielu tych opowieściach. Zwłaszcza kobiet, które potrafią z wielką wrażliwością opowiadać o Rołcie, Skandalu i Sadowskim; generalnie – o ludziach.

Wracając do dzieciństwa Skandala – on sam nie chciał o nim opowiadać – ani kumplom, ani dziewczynom. Pewnie już nigdy nie dowiemy się, jak ono dokładnie wyglądało i jak duży wpływ miało na smutne losy Darka.

A żeby nie było przesadnie poważnie – dla mnie hitem drugiej części książki jest fragment, w którym dowiadujemy się, ze zarówno Skandal, jak i Robert Matera (gitarzysta Dezertera, który został też głównym wokalistą po tym, jak Hajn opuścił zespół), chodzili na lekcje śpiewu do Tadeusza Konadora, który pracował chociażby z Korą, a lata później z siostrami Przybysz czy Michałem Szpakiem. „(…) kiedy ich zobaczyłem, widziałem, jak się napinają, to powiedziałem: «Jakie to szczęście, że po półtorej piosenki wysiadło światło». Byłem pewien, że po trzeciej wysiadłyby im gardła. (…) A Skandal był niesamowitym frontmanem. Wystarczyło półtorej piosenki, by miał publiczność w ręku. Nie było nikogo, kto na koncercie stałby z boku i gadał ze znajomymi. To nie wchodziło w grę. On przyciągał pod scenę. Wszyscy go słuchali. Nie było siły, żeby nie zareagowali, bo był autentyczny i promieniał jakąś siłą. Robił z publicznością, co chciał”.

Choćby dla tej historii trzeba po „Zagranych” sięgnąć.

Gdy któryś z byłych chłopaków Pati Yang w niezbyt korzystnym świetle przedstawia jej charakter, zacząłem o historii Sadka i Kobonga myśleć jak o… filmie noir, który zazwyczaj polega na tym, że wszystko kończy się źle, a niebagatelny, jeśli nie decydujący, wpływ na to ma femme fatale. Nic z tego. Jeśli ktoś robi tu za czarny charakter, to prędzej Malejonek.

Czytając to, co inni mówią o Sadowskim i jego wypowiedzi, które też znajdują się w książce, uświadomiłem sobie, że w sumie nawet dobrze nie pamiętam, jak on wyglądał, choć przecież grał w czasach, gdy media powoli zaczęły artystom wchodzić do dupy. Kojarzyłem go jako przystojnego gościa w długich włosach, i tyle. Był – jak by to banalnie nie zabrzmiało – pełen sprzeczności. Czytamy, co o nim mówią znajomi, i wychodzi na to, że pociągał go tzw. rokendrolowy styl życia, ale nie pchał się na afisz; że był potwornie wrażliwy, lecz umiał zachowywać się fatalnie; wybitny gitarzysta, mający problemy z rytmem (grając w Kobongu!)… Pamiętam, jak dawno temu dałem koledze do przegrania kasetę „Chmury nie było”. „Kurwa, daj mi spokój, co za pojebana muzyka! Nie wiadomo, kiedy się kończy jeden kawałek, a drugi zaczyna. Nie wiem, czy strona B zaczyna się od nowego numeru, czy leci ten sam”. No, ale przegrał. Nie mając kasy, katowało się Kobonga z przegrywanej kasety, dziś można sobie włączyć winylowe wznowienie.

Dużą wartością wspomnień o Sadowskim jest to, że jego żona, Magdalena, zgodziła się opowiedzieć o swoim małżeństwie, które bywało koszmarem. Daje po głowie fragment, w którym Sadowska opisuje znajomych męża: „Robert przywiózł stamtąd (z Wiednia – dop. mój) Igora i Evę. Jezu, co to była za dziewczyna. Cała, łącznie z wygoloną czaszką, wytatuowana. Zamiast brwi – węże, a we wnętrzach dłoni – grafika dłoni z drugiej płyty Kobonga. Jej krocze świeciło – ufarbowała włosy łonowe czymś fluorescencyjnym. I Robert przyprowadził ich do naszego mieszkania – pokoju z kuchnią – w którym mieszkała też nasza mała córka. A oni, już niezależnie od tego, jak wyglądali, potwornie śmierdzieli, jakby od dawna się nie myli. Potem, kiedy zaczęła z nich schodzić chemia, ten smród był już nie do zniesienia. To było obrzydliwe. Po dwóch dniach wyrzuciłam ich z domu”. Piękny chłop, wspaniały artysta, przez wielu uwielbiany kumpel, ale mąż kiepski.

(Gdy czytałem „Zagranych”, przyszła mi do głowy myśl, którą uważam za niezbyt mądrą, ale mam też poczucie, że muszę się nią podzielić: im bliżej naszych czasów, tym trudniejsze, gorsze charaktery bohaterów książki. Rołt – dusza człowiek, Skandal – cwaniak, ale jednak świetny gość, Sadowski – choć wiele osób mówi o nim wręcz z zachwytem, widać, ze to najbardziej mroczna postać z całej trójki. Czytając któryś z numerów „Non Stopu”, w którym można było poczytać, jak zachowywali się polscy muzycy za komuny [zwłaszcza gdy pojawiła się okazja na zarobienie paru dolarów], sam zacząłem się śmiać ze swojej tezy: że im bliżej naszego zgrzebnego kapitalizmu, tym ludzie sztuki zachowują się gorzej, ale może jest to jednak temat na dyskusję).

Czytając trzecią część książki, miałem wrażenie, że zmienia się ona w opowieść nie tyle o Sadowskim, ile o Kobongu. Wiadomo, ten wspaniały zespół to dzieło jego życia, w którym najbardziej rozwinął swój ogromny talent, ale jeśli miałbym się do czegoś w robocie Lady przyczepić, to właśnie do położenia zbytniego nacisku na historię Kobonga, chwilami kosztem Sadka. Może lepiej było coś więcej napisać o Tadeuszu Kaczorowskim, basiście Houku, którego również wykończyło ćpanie, a mniej „biografizować” kapelę? Inna sprawa, że kapitalnie czyta się o tym, jak wyglądał proces tworzenia u Sadowskiego, Bogdana Kondrackiego, Wojciecha Szymańskiego i Macieja Miechowicza, więc może mój zarzut jest nietrafiony.

A skoro zacząłem się czepiać, to na chwilę przy czepianiu zostanę. Książka ma naprawdę – jak na standardy Czarnego – kiepską okładkę.

Część dotycząca Sadowskiego wydaje się być najbardziej mroczna i mająca też największy potencjał na osobną książkę.  I tak, jak wspaniałe opowieści Brylewskiego o tym, jak na „czarnej” Brygadzie grał Rołt, sprawiły, że niejako na nowo odkryłem tę płytę, tak „Zagrani na śmierć” pozwolili mi polubić Houk, za którym nigdy nie przepadałem. To, jak na „Soul Ammunition” i „Transmission Into Your Heart” grał Robert, wywołuje uczucie zachwytu połączone z niemal fizycznym bólem, gdy pomyślisz, jak skończył.

***

Historie wielu z bohaterów undergroundu czy po prostu sceny muzycznej doczekały się wywiadów rzek (tu należy się ukłonić Rafałowi Księżykowi, który zresztą w zabawnym kontekście pojawia się w „Zagranych na śmierć”), biografii, autobiografii, monografii. Zdarzały się książki świetne („Dzika rzecz” i zwłaszcza „Kryzys w Babilonie” Księżyka); bardzo ciekawe, choć wzbudzające mieszane uczucia („Ćpałem, chlałem i przetrwałem” – wywiad rzeka z Maleńczukiem przeprowadzony przez jego partnerkę, Barbarę Burdzy; to jakaś dziwna „moda” – artysta gada ze swoją lepszą połową na potrzeby książki); również fatalne („Polski punk 1978-1984” Anny Lyons-Dąbrowskiej, kabotyński „Gościu” z Grabażem z Pidżamy Porno).

„Zagranych na śmierć” stawiam zaraz za „Kryzysem w Babilonie”, choć wzbudzili we mnie pewien niedosyt; tak naprawdę chciałbym o każdym z jej bohaterów przeczytać osobną pozycję. Pytanie, czy starczyłoby materiału (na marginesie, ponoć ma się ukazać książka poświęcona Rołtowi). Może Lada mógł pociągnąć te historie, ale czy wtedy nie byłoby to męczenie buły? Dobrze jest, jak jest.

***

„Zagranych” dostałem wpierw w pliku PDF. Ja naprawdę nie trawię e-booków. Pamiętam, że gdy już nie szło kupić w ludzkiej cenie papierowej „Chłepcąc ciekły hel”, bardzo ciekawej przecież pozycji, czytałem jej wersję elektroniczną chyba z rok. „Zagranych na śmierć”, też elektronicznych, pochłonąłem niczym „czarną” Brygadę, „Underground Out of Poland” bądź „Chmury nie było”. Niech to wystarczy za całą recenzję.

***

W do pewnego momentu bardzo ciekawym serialu „The Affair” (potem zapada na chorobę, która dotyka większości tego typu produkcji: ciągnie się w nieskończoność) widzimy wydarzenia z punktu widzenia różnych bohaterów. Zapadła mi w pamięć taka oto scena: oto główny bohater, Noah (Dominic West), odwiedza swoją kochankę, Alison (Ruth Wilson). Patrzymy na scenę jego oczami: jest miły, ochoczo naprawia cieknący kran; ona jest nieprzyjemna, ma na sobie dżinsy. To samo wydarzenie z punktu widzenia Alison: ona, w sukience, jest do rany przyłóż; on, chamidło, robi łaskę, wcielając się w rolę hydraulika.

A może z tą sukienką i dżinsami było na odwrót? No właśnie, sam nie pamiętam. Ludzie do tego stopnia kiepsko zapamiętują to, co się wydarzyło, że można by postawić tezę, iż wszelkie wspomnienia są o kant dupy potłuc („Historie powstają w ludzkich głowach. To, co bierzemy za historyczne fakty, to tylko przemijające wydarzenia, a historia rodzi się z amnezji” – tak „To zupełnie nieprawdopodobne” zaczął Kelner). Byłaby jednak przesadzona. Nasz obraz, zbudowany ze wspomnień kumpli, dziewczyn, tych wszystkich, którzy nas lubili, i tych, którzy nie umieli na nas patrzeć, nie jest prawdziwy sensu stricto, ale też wiele o nas mówi. Zapewne kumpel, który przypomina stare czasy, nie zawsze był wtedy trzeźwy, na dodatek mówi o sprawach sprzed stu lat. Nie jest to jednak ksiądz na pogrzebie, robiący z sadysty „kochającego męża i ojca”.

Wspomnienia nie mówią prawdy, ale przedstawiają prawdziwy obraz. Nawet jeśli wykrzywiony bądź upiększony.

Tomasz Lada: „Zagrani na śmierć. Mroczne ścieżki polskiego undergroundu” (Czarne; premiera: 25 maja 2022)

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

15 myśli na temat “tomasz lada: zagrani na śmierć. mroczne ścieżki polskiego undergroundu [czarne; 2022]”

  1. Dobra recenzja. Książka niebawem będzie u mnie.

    Swoją drogą, masz może gdzieś na dysku „Chłepcąc ciekły hel” w pdf-ie? Jeśli tak, czy mógłbyś się nim podzielić? Papierowej wersji nigdzie nie mogę znaleźć i pewnie prędko się to nie zmieni.

    Polubienie

      1. Dokładnie tak – przegapiłem tę autobiografię za pierwszym razem (w mojej piwnicy smoki późno mi o niej powiedziały), więc dorzuciłem teraz ją i „Dziką rzecz” – będzie co czytać.

        Polubienie

  2. Kurwa, a ja się martwię że za bardzo się czasem rozpisuję. Szacunek.

    Jeśli chcesz poczytać więcej o roli Skandala w tworzeniu warszawskiej sceny techno, to w „30 lat polskiej sceny techno” pojawia się on chyba w kilku, jak nie kilkunastu wypowiedziach. Lada ten fragment jego życia potraktował mocno pobieżnie, bo chyba ta książka nie była jeszcze wtedy gotowa. Mogę Ci podesłać w .epubie, jak chcesz.

    30 lat polskiej sceny techno (warto)

    Polubione przez 1 osoba

    1. Takie długie wyszło?

      Wiadomo, „od tekno można z nudów zdeknąć” oraz „spalić dyskotekę, powiesić didżeja”, ale poproszę. Chętnie przejrzę, jak powiedział Adaś Miauczyński.

      Polubienie

    1. Dziękuję. Muszę też Kelnera w końcu przeczytać. Chciałem też Malea, ale się deczko zniechęciłem :) Natomiast oddałbym jedno jajo za spisane wspomnienia Fali.

      Polubienie

      1. No nawijki Fali to najlepsza część książki Lady. Tylko w przypadku „dużego” wywiadu-rzeki byłby chyba ten sam problem, co np. z Rafałem Kwaśniewskim – autor wywiadu miałby duży problem z weryfikacją faktów / wpierdol pewny.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: