odmieniec – taniec ducha [wyd. własne; 2014]


10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

facebook

Piotr Lewandowski z popupmusic.pl mówił niedawno o tym, że w recenzjach rodzimych autorów jest za dużo lizania się po fiutach. Coś w tym jest. Koledzy piszą o kolegach, więc czytając o polskich płytach, można odnieść wrażenie, że co druga to nowe „Rock-á-bubu” albo „Historia podwodna”. Z drugiej strony (pisałem już o tym przy okazji podsumowania minionego roku), degrengolada polskiego dziennikarstwa muzycznego jest tak duża, że w sumie co za różnica, czy ktoś coś szczerze gnoi, czy szczerze chwali, czy też nieszczerze jebie bądź wychwala pod niebiosa.

Człowiek wchodzi na popularną stronę, będącą ważną częścią polskiego – przepraszam za wyrażenie – niezalu i widzi, że Nerwowe Wakacje dostają wyższą ocenę niż „COIN COIN Chapter One: Gens de Couleur Libres” Matany Roberts. Albo czyta gościa, który uważa, że jak lubisz TO, to nie może podobać ci się TAMTO, bo nie.

Zagrałem wczoraj solówkę na grzebieniu – bądź kolegą, napisz, że to nowy „Revolver”. Podoba mi się „Blood Sugar Sex Magik”, ale chyba nie może, bo słyszałem przecież „Trapdoor Fucking Exit”. Dramat.

Widząc nazwę „Odmieniec” i tytuł jednego z utworów – „Widziałem człowieka nad wodą stojącego” – spodziewałem się na maksa pretensjonalnego gniota. Tymczasem „Taniec Ducha” zaskakuje dojrzałością i brakiem żenady. Gitarowy ambient, elementy folku, psychodelii – fajnie. Tylko czy to ma być fajne (mnie płyta Jakuba Czyża posłużyła m.in. jako tło do adiustowania tekstu o piłce nożnej)?

„Taniec Ducha” jest próbą opisania samego siebie, swoich lęków, bólu, przeżyć, oswojenia się ze swoimi traumami. To samotna wędrówka, poszukiwanie własnej tożsamości, chęć sprzymierzenia się z naturą, odszukanie tego co między światem obecnym, a nieobecnym. Doświadczenie tego, co było istotne kiedyś, a zostało zapomniane. „Taniec Ducha” to rytuał, to modlitwa o upragnioną wolność, niezależność, szczęśliwe życie, ale w ostateczności, to zwiastun wojny, wielkiej straty i śmierci. Jak widać, raczej nie. Mamy tu do czynienia ze sztuką, traumą. Powinienem, słuchając Odmieńca, zadiustować raczej „Tybetańską Księgę Umarłych”.

To nie jest tak, że płyta w ogóle nie przykuwa uwagi. Wyróżnia się chociażby utwór tytułowy (inna sprawa, że mam wrażenie, że już gdzieś go słyszałem). Problem w tym, że lubię piosenki o tym, „co mnie boli i wkurwia” (choć dziś nie słucham ich tak często, jak kiedyś) albo przywołujące wspomnienia o dawnym życiu, które już nie jest moje (często to te same). No i takie, które sprawiają, że wciąż czuję się młodo. A największy komplement, jaki mogę napisać o płycie Odmieńca, jest taki, że być może kiedyś do niej wrócę.

Polecam „Taniec Ducha”. Choć wolałbym zrobić np. coś takiego, niż go nagrać. :)

edinho

19 myśli na temat “odmieniec – taniec ducha [wyd. własne; 2014]”

  1. Ja pierdolę, ale odwalasz passive-aggressive z tym Dead C vs. RHCP. Zalinkuj od razu moją wypowiedź, nazywajmy rzeczy po imieniu (bene nota). Zapomniałeś o The Hunches i Libertines jeszcze.

    Jeśli faktycznie zasłuchujesz się w nowozelandzkim noise i przeplatasz to z kalifornijskim funkiem dla białasów to mi nic do tego. Ja jestem zadowolony, jeśli w supermarkecie wskoczy Michael Jackson, ale o tym nie piszę, bo pop to nie moja działka. I o to pisanie mi chodziło, kiedy zapytałeś w czym A-Frames są lepsi od Libertines. Ci pierwsi to awangarda, ci drudzy – mainstream. Zajmuję się tym pierwszym i nie porównuję tej sfery do rzeczy z gruntu populistycznych. Krytycy przestają na tę granicę ostatnio zwracać uwagi i nie najlepiej wpływa to na jakość wywodu w prasie muzycznej.

    Jeśli jednak takie moje rozgraniczanie uważasz za oznakę degrengolady polskiego dziennikarstwa muzycznego, to winszuję. Zwłaszcza, że to dla mnie hobby – nikt mi za to nie płaci.

    Polubienie

  2. Awangarda może też być populistyczna. A w przypadku noise’u – zatrważająco często bywa ściemą albo nudą.

    Poza tym to było stwierdzenie natury ogólnej, wynikające z tego, że Twoją tezę odczytałem tak: „nie możesz lubić The Libertines, jeśli znasz The Dead C”, co według mnie jest bez sensu: mogę lubić i to, i to albo jedną z tych rzeczy. Tak więc jeśli miałeś co innego na myśli, to mój przytyk nie dotyczy Ciebie. Ale problem pozostaje: nadętych buców, którzy czują się lepsi, bo słuchają rzeczy, których nie rozumie plebs.

    Argument „za darmo” do mnie nie trafia.

    Polubienie

  3. Zataczasz koła z tym argumentem, zaraz napiszesz (znów zresztą), że znajdą się fani wszystkiego, co unieważnia wszelkie próby krytyki. Nadęci buce mają sens – to jest stary jak świat zarzut elitaryzmu stawiany krytyce awangardowej. Po części prawdziwy, ale awangarda jest z definicji nie dla wszystkich. Zacytuję kawałek Country Teasers:
    Do not conform to type
    And don’t mock the avant garde
    You only mock the avant garde
    Because it’s a bit too hard

    I tak – czasem noise siedzi głęboko we własnej dupie, czasem są to rzeczy po prostu niepotrzebne, ale z drugiej strony nie znam fanów dorobku Joyce’a, którzy jednocześnie pokątnie zaczytują się w „Zmierzchu”. Chyba, że z powodów ironicznych lub badawczych. To działa raczej w drugą stronę – zaczyna się od czytadeł (jak wszyscy), ale po pewnym wysiłku intelektualno-krytycznym można usiąść do Joyce’a i Faulknera. Niektórzy tego wysiłku chcą za wszelką cenę uniknąć i to właśnie oni najgłośniej i najchętniej sięgają po (populistyczne) argumenty o elitaryzmie. A później dochodzi do takich idiotyzmów, jak głosowanie w sprawie zamknięcia galerii sztuki nowoczesnej (co większość ludzi wie o sztuce współczesnej i czy na pewno można kierować się opinią publiczną przy ocenie takowej?) lub sądzenie artystów (znów Joyce na przykład). Polecam z tej okazji lekturę „Od prowokacji do demokracji” Caroline Levine. I żeby nie było, że bronię galerii – większość z nich jest żałosna i cynicznie doi dotacje, ale nie można sobie wyobrazić opinii wspomnianego „plebsu” jako decydującej o ich wartości artystycznej. To, że punk może grać każdy, nie znaczy, że każdy punk jest tak samo wartościowy. Jedni poprzestaną na Farben Lehre i Botch, a innym to nie wystarczy. Ta druga grupa jest dla mnie ciekawsza.

    Na uniwerze miałem taką panią doktor od audiowizualiów, która pisywała książki kulturoznawcze o „Klanie” i „Złotopolskich”. Cały wydział się z niej podśmiewał, ale ona tego chyba nie zauważała. No i kiedyś na zajęciach zapytała z bardzo poważną miną, czy obecne seriale są postmodernistyczne. Jedna osoba jej na to, że to trochę nieaktualne pytanie, bo przecież takie chwyty były już w latach osiemdziesiątych w „Na wariackich papierach” i okazało się, że pani doktor tego serialu nie zna. Czuję się lepszy od tej pani tak jak i czuję się lepszy od fanów Libertines (czyt. od Anny Gacek z Trójki). Może i jestem nadęty, ale przynajmniej myślę krytycznie na temat muzyki i nie staram się wmawiać ludziom, że chłystki z okładki NME to nowa nadzieja rocka. Jeśli tego typu blaza psuje ci nerwy, to trudno.

    To zabawne, że argument o braku pieniądza do ciebie nie trafia i nie wskazujesz ludzi pokroju Varga, Sankowski lub Gulda (http://www.youtube.com/watch?v=jzgEhJPOzY0) karmionych darmowymi promosami i liżących stopy korporacjom jako powody powolnej śmierci krytyki muzycznej. Ponownie winszuję.

    Polubienie

  4. Atakując, należy atakować precyzyjnie. Śmiałem się na blogu i z Vargi, który pisał o debiucie Kulek Śmierci jakby to było nowe „Fresh Fruit for Rotting Vegetables” albo „Feeding of the 5000”, i z Guldy, który obecnie wmawia ludziom, że Tankian nagrywa radykalne rzeczy, a Muse to najlepszy koncertowy zespół świata. Sankowskim się nie zajmowałem, bo to stary (mentalnie) pierdziel, z Teraz Rocka bodajże. No i gość jest wierny sobie: estetyka fotela bujanego.

    Argument o pieniądzach nie trafia do mnie pod tym względem, że jak ktoś pisze bzdury, to nie myślę o tym, czy za darmo, czy nie.

    Nie jestem zwolennikiem egalitaryzmu. Ja nawet nie jestem lewakiem. :) Natomiast moim zdaniem poczucie/okazywanie wyższości sprawia, że można zniechęcić kogoś do poszukiwania dobrej muzyki. Jeśli ktoś słucha, dajmy na to, Korna, to wolę mu puścić, nie wiem, Banque Allemande czy Minor Threat, niż go wyśmiać. Zdarzało mi się, że ludzie słuchali muzyki, o której nie mieli zielonego pojęcia (kiedyś był do niej słaby dostęp, dziś dostęp jest zbyt dobry), i ta im się podobała. Gdybym prychnął, jak na znawcę przystało, może nie wiedzieliby, że jest coś takiego jak np. Nomeansno.

    Mnie jest raczej trudno zepsuć nerwy pisaniem o muzyce. Piszę też trochę o piłce, obserwuję dziennikarstwo sportowe. Jest jeszcze gorsze niż muzyczne. I ono mnie prędzej wkurwia.

    Polubienie

  5. O, a lubisz Okońskiego? Dobrze pisze gość, i o Premiership.

    Dobre uwagi, muszę przyznać. Też pewnie ujawnia się przy okazji moja (i innych autorów) bucowatość. To już kwestia charakteru.

    Polubienie

  6. obserwując waszą konwersację, doszedłem do wniosku, że piłka nożna łagodzi obyczaje. finał CL Real – Liverpool, czemu nie? za jakieś 2-3 lata…

    polecam coś od siebie – emiter – air/field/feedback (monotype), john chantler – automatic music vol. II (tapeworm), stefan jaworzyn – drained of connotation (blackest ever black), andrzej frelek – traversing (sqrt), fragments – underground ocean (hanson), creative adult – psychic mess zdaję sobie sprawę, że nie wasza bajka, ale warto posłuchać.

    Polubienie

  7. O filmach, grach komputerowych i piłce nożnej potrafię rozmawiać na spokojnie. W muzyce jak w wojnie – od razu na noże.

    Mogą dojść do finału, dlaczego nie. L’pool to drużyna turniejowa. W lidze zwykle idzie im gorzej (nie licząc ery Shankleya i późnych lat siedemdziesiątych). To znaczy, o ile ten Jankes-właściciel przekaże większy budżet na transfery, bo zimą nie mogli nawet wyłożyć odpowiedniej sumy za Konopliankę.

    Polubienie

  8. Najgorszy nie jest, fakt. Tylko nudny w taki zupełnie bezbarwny sposób. Żadnych krawędzi.

    Za trzy godziny MU powinno zostać srodze pojechane. Pewnie zapeszam w ten sposób, ale co tam. Słabo im idzie w tym roku.

    Polubienie

  9. No, coś w tym jest. Wyłączyłem przed końcem.

    Każdy wynik jest możliwy. Mecz dwóch drużyn, których nie lubię. Liczę na jakieś 5:4 dla United, zwłaszcza że obie ekipy mają wybitnych atakujących i nie najlepsze defensywy. Szkoda tylko, że komentuje Rosłoń, którego nie trawię.

    Przynajmniej nie będzie mnie wkurwiał, gdy Spurs dostaną wjeby od Arsenalu. :)

    Polubienie

  10. Brytyjscy komentatorzy, all day every day: http://www.myp2p-eu.net/2014/03/manchester-utd-liverpool-watch-live.html
    (Oglądam czasem Match of the Day prowadzony przez Linekera, obok niego siedzą Shearer i Savage i zawsze zastanawiam się, który polski piłkarz potrafiłby z taką dykcją i gracją poprowadzić program o piłce).

    Chciałbym, żeby wygrał Tottenham, bo nie lubię Wengera i szkoda mi Sherwooda. No i mieliby trzy punkty w plecy.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: