“kiedyś muzyka była lepszej jakości i tekst był bardziej zrozumiały” (2/2013)


girl with headphones
Uczestniczka Off Festivalu słucha modnego zespołu Stara Rzeka

Na początek pytanie:

ma ktoś odsprzedać „Słownik komunałów” Flauberta (w rozsądnej cenie)?

***

Spóźnione, krótkie recenzje tegorocznych płyt autorstwa leniwego blogera, dedykowane wszystkim tym, którzy zamiast pisać o muzyce, powinni po prostu stwierdzić: „studiowałem kulturoznawstwo!”.

Linki do płyt zagranicznych w ich tytułach.

część I

***


My Bloody ValentineM B V (MBV Records)

No proszę, lata mijają, a ja wciąż pozostaję odporny na urok My Bloody Valentine. „Loveless” przesłuchałem w całości ze dwa, trzy razy. „M B V” wzbudza we mnie entuzjazm porównywalny z wizytą gości z gazowni, którzy sprawdzają szczelność instalacji w mieszkaniu. Dziwnie słucha się czegoś, o czym wiesz, że jest ponadprzeciętne, ale czujesz też, że wolałbyś posłuchać czegoś innego.

Nie mogąc nijak przekonać się do płyt MBV, jestem dziwnie spokojny, że koncert na Offie będzie niesamowitym doświadczeniem.

[3+/6]

***


Hair PoliceMercurial Rites (Type)

W szerokim gronie redakcji 10fuckingstars dyskutowaliśmy jakiś czas temu o tym, czym jest noise. Albo czym nie jest. Czy noise plus rytm to jeszcze noise, czy już nie? Czy Hair Police na „Mercurial Rites” to noise czy raczej coś, co można by nazwać „eksperymentalnym rockiem” połączonym z noise’em?. Ta płyta brzmi trochę jak mniej przystępne fragmenty „Sinews” White Suns.

Pamiętam, że dawno temu wystraszyłem się w nocy, słuchając jednego z kawałków Can z „Tago Mago”. „Mercurial Rites” w całości tak brzmi. W pierwszym numerze mamy zapis odgłosów szaleńca powoli znęcającego się nad swoją ofiarą. W drugim udaje się po kolejną. Każdy z tych utworów brzmi jak soundtrack do czegoś, czego chciałoby się uniknąć.

[4+/6]

***


Wolf EyesNo Answer: Lower Floors (De Stijl)

Mniej przerażającą, ale też zajmującą narrację stworzyli panowie z Wolf Eyes. No i zwieńczoną świetnym „Warning Sign”. Tytuł jakby stanowił zapowiedź „Mercurial Rites”.

Wolf Eyes brzmi bardziej oldskulowo i industrialnie, ale też bardziej przystępnie. No i chyba „No Answer: Lower Floors” to płyta lepsza niż „Mercurial Rites”. A może to tylko chwilowe wrażenie. Taka muzyka z każdym odsłuchem może czymś zaskoczyć.

[5-/6]

***


Echoes – A Compendium Of Modern Psychedelia (Mojo Magazine)

Zachwycony swego czasu nagraniami Wooden Shjips i White Hills, spodziewałem się nie tyle rewolucji w muzyce (trudno było o niej myśleć, skoro muzyka kapel grających „nową” psychodelię bazowała na dokonaniach zespołów sprzed kilku dekad), co czegoś, co swym autentyzmem i poziomem muzycznym będzie siało ferment przynajmniej przez kilka ładnych lat. Ni chuja, dziś już się tak nie da. I choć za tymi dwiema kapelami szły inne (chociażby Mugstar czy Eternal Tapestry), to w końcu z przykrością stwierdziłem, że już nie czekam na płyty żadnej z nich. Jest tego od groma, wciąż wyróżnia się White Hills, ale emocjonuje mnie to mniej więcej jak curling.

Problem dobrze obrazuje składanka szumnie nazwana „A Compendium Of Modern Psychedelia”. 15 kawałków (od modnego Tame Impala, przez tracącego chyba swe uwielbienie Animal Collective, po jakieś mniej znane drużyny), które w większości można użyć jako soundtracku do mycia okien. Tacy Temples brzmią jak Beatlesi (to akurat nie zarzut, choć lepiej włączyć oryginał), a supportowali takie tuzy jak Kasabian.

Można posłuchać „Echoes” dla paru fajnych numerów (najlepiej – bez nieapodzianki – wypadają Wooden Shjips i Mugstar) i trzeba jako pamiętnik czegoś, co przez chwilkę zdawało się mieć ogromną moc rażenia.

[3/6]

***


WhitmanMiastoMasaMarketing (Pasażer)

Niemal od razu wiedziałem, jakiej płyty będę słuchał w tym roku najczęściej. 10 świetnych pankowych numerów, z zazwyczaj rewelacyjnymi, gorzkimi i zgryźliwymi tekstami. Te przypominają najlepsze kawałki Krzysztofa Grabowskiego z Dezertera. I kiedy np. Whitman śpiewa o „kapłanach syfu, prorokach tandety”, to przypomnieć się może numer „Od Wschodu do Zachodu” z fragmentem o tym, że „Tu w kulcie Zachodu składa się ofiary / Kapłani wieśniactwa odprawiają czary”.

„MiastoMasaMarketing” dorównuje dwóm poprzednim płytom Whitmana, „Ostatecznemu argumentowi” i „Prawdziwym władcom prądu”. Może jest nawet trochę lepsza.

I tylko wokalista powinien zawsze pamiętać o tym, że narzędnik liczby pojedynczej od słowa „idiota” to „idiotą”.

[6/6]

***


Thalia Zedek BandVia (Thrill Jockey)

A to więcej niż urocze nudziarstwo (nie mylić z nudzeniem) w klimatach indiefolkowych. Na czym polega siła tej płyty? Kompozycje są przecież dobre, a nie wybitne. Chyba na specyficznym głosie Thalii Zedek (Live Skull, Come) i wiolonczeli Davida Michaela Curry’ego, a także na tym, że melancholia płynąca z płyty czasem jest atakowana dość drapieżnym pazurem. Może i wezmę sobie „Via” na zasłużony urlop.

[4+/6]

***


Schizma – Dla was (Spook Records)

„Dla was” to cztery doskonałe numery studyjne i trzy nie najlepszej jakości koncertowe. Schizma to kwintesencja hard core’a – zarówno pod względem muzycznym, jak i lirycznym („Bo wy, hardkorowcy, jesteście tacy, kurwa pompatyczni” – trawestując Pana Śmierć z „Sensu życia według Monty Pythona”. Trochę chce mi się śmiać z tych pryncypialnych hc-napinek , gdy przypomnę sobie, jak wokal Schizmy buracko zapraszał do wspólnego występu zaawansowanego wiekowo pracownika jednej z katowickich knajp).

Tak czy siak, studyjne kawałki z „Dla was” mają moc najlepszych fragmentów „Pod naciskiem” i „State of Mind”.

„Mam plan bez zmian
Pod prąd, pod wiatr”

Ten fragment robi największe wrażenie. I szkoda tylko, że dzisiejsze polskie teksty Schizmy często przypominają kalekie tłumaczenia z języka angielskiego. Dawno, dawno temu liryki dla bydgoszczan pisał zawodowy antyfaszysta Marcin Kornak z „Nigdy Więcej”. Później te przestały pasować do nowej Schizmy.

[6/6]

***


The StubsSecond Suicide (Instant Classic)

Pierwszorzędnie napieprzają rokendrolem. Wokal, bębny, gitara, bas, solówki, tzw. chórki – wszystko tu hula. Są z Warszawy, ale nie grają słowiańskiego (proszę słowa „słowiański” nie traktować jako obelgi) rokendrola, jak np. Partia; te zajebiste numery (no, może zajebistość „Monogamy Blues” to rzecz dyskusyjna) nie są ożenione z tutejszą melancholią. Ameryka bez wiochy. I nie zgadzam się z autorem mojego ulubionego bloga, że nie ma tu hitu, bo tytułowy numer mógłby spokojnie robić za taki.

[4+/6]

***


Stara RzekaCień chmury nad ukrytym polem (Instant Classic)

Na łamach naszego niszowego bloga pragnę wyrazić swą opinię, że Kuba Ziołek to obecnie być może najciekawszy przedstawiciel szerokiego rozumianego polskiego undergroundu. Miejmy nadzieję, że nie zostanie celebrytą jak Tymon Tymański.

Gdyby post-rock nie był kojarzony dziś jako niemal obciachowy anachronizm, „Cień chmury nad ukrytym polem” mógłby uchodzić za odświeżenie tej formuły (wybaczam nawet przyjemny banał „Nächtlich Spaziergang durch Klinger” oraz wokal w „My Only Child”). Przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

Ziołek pokazuje to, co już mogliśmy usłyszeć w Alameda Trio – że bezpretensjonalnie przeskakuje od stylu do stylu. Bez różnicy, czy to psychodelia, czy black metal. No ale jednak jest to formuła rockowa. Nawet jeśli autor próbował jej uniknąć. Stąd, gdy słucham jego nagrań, przychodzi mi na myśl termin post-rock. Cóż za logiczny wywód.

Na Fight!Suzan pojawił się dziwny zarzut wobec tej płyty – brak poczucia humoru. Co prawda jest parę genialnych zespołów, w twórczości których poczucie humoru jest bardzo ważne (Starzy Singers, Nomeansno), ale jest też parę genialnych, które mają w sobie tyle poczucia humoru, co Tomasz Lis [Ewa Braun (ok, „Love Story” to zabawny numer), Neurosis). Są też zespoły naładowane poczuciem humoru i nagrywające pretensjonalne bzdety (Paristetris). Jest też multum chujowych zespołów pozbawionych poczucia humoru (zapraszam na Wikipedię do działu „Progressive rock”). Zarzut wobec „Cienia chmury nad ukrytym polem”, że pozbawiony jest poczucia humoru, ma tyle samo sensu, co czepianie się o brak solówki na klawesynie albo tego, że Ziołek nie wrzucił do pudełka (bardzo ładnego zresztą) z płytą resztek drugiego śniadania.

A płyta zdobywa coraz większą popularność. Cztery i pół gwiazdki na „Tiny Mix Tapes” (i późniejsze zaklasyfikowanie do 30 najlepszych płyt półrocza), GWno oklaskuje… Dobrze, że kupiłem tego cedeka, gdy o Starej Rzece słyszało pięć osób na krzyż (z recką zamarudziłem), bo teraz odsłuchiwałbym tego materiału ze sceptycyzmem, który musi wywołać fakt chwalenia wydawnictwa niemal przez wszystkich.

Wszystko pięknie, tylko że „Cień” to płyta, która raczej mi imponuje, niż wzrusza. Ktoś mógłby powiedzieć: „Może jakby Ziołek dorzucił trochę poczucia humoru, byłoby inaczej?”. No i tak właśnie można sobie pierdolić pisać o muzyce.

[5-/6]

4 myśli na temat ““kiedyś muzyka była lepszej jakości i tekst był bardziej zrozumiały” (2/2013)”

  1. Wszystkie bilety kupione. Tylko jeszcze jakies kimanie musze sobie zalatwic. Moze jakis katowicki hasiok sie nada?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.