>krótko o polskich płytach 2010, cz. III


>

Borys Dejnarowicz komponuje nowe hooki
***

[4+/6]

Zaczyna się tak, jak gdyby miała to być najlepsza płyta tego roku. „Jeden rozumie” i zwłaszcza „Wschód” to fantastyczne numery – muzyka i genialne teksty Marcina Pryta współbrzmią w nich idealnie. Potem jest już gorzej. Pojawia się znużenie, bowiem na „Pożegnaniu” znajduje się aż 20 numerów, w tym kilka co najwyżej średnich. Na dodatek ma się wrażenie, że im dłużej trwa płyta, coraz bardziej niechlujnie śpiewa Pryt. W pamięci pozostaną mi dwie pierwsze piosenki (bardzo dobre są również „Biały dzień” oraz tytułowy numer) oraz teksty – nikt dziś, nawet Janerka, nie pisze tak jak Marcin Pryt.
***

                                                   

[4-/6]
Do tej pory Monika Brodka nie kojarzyła mi się najlepiej, bowiem z tym koszmarnym kawałkiem o niedoszłym ślubie, który pojawia się podczas „imprez okolicznościowych”. Słyszałem to tu, to tam, że „Granda” to pop na niebotycznym poziomie, przeczytałem też np., że to płyta ciekawsza niż „Cieślak i Księżniczki” (to jeszcze żadne osiągnięcie). Dopiero jednak świetna okładka, nie mająca nic wspólnego z cyklem „Popowa wokalistka patrzy lekko zamyślona ze swego najlepszego zdjęcia” przekonała mnie, by sięgnąć po tę płytę.
Główne plusy to: część tekstów, dwa kapitalne numery („Sauté” i „K.O.”, które – tak się składa – wyposażone zostały w najlepsze liryki) oraz świadomość, że słuchanie popu może sprawiać przyjemność. Minusy: dość chamska łupanka w „Krzyżowce dnia”, czasami „peszkowaty” wokal, spadek napięcia pod koniec „Grandy” (jakby Brodka chciała pokazać, że to jednak żadna granda). Nie jest to płyta, której będę słuchał za pięć lat, ale jeśli wtedy usłyszę jakiś numer z niej w radiu, to go nie wyłączę.
***

[5/6]
Najlepsza płyta Dezertera od czasu „Mam kły, mam pazury”. Konkretnie i na temat. Muzycznie najlepsze są „Ratuj swoją duszę” i „Jesteśmy sektą”. W tym drugim kawałku słychać, jak dobrym basistą jest Jacek Chrzanowski (przypomina się „Ciało i drewno” Kolaborantów); zresztą, cała płyta jest świetnie nagrana i zagrana. Tekstowo najbardziej przypadły mi do gustu ironiczna „Blasfemia”, a także „My Polacy” i „Made in China”. „Prawo do bycia idiotą” (najlepszy tegoroczny tytuł płyty obok „My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky” Swans) kupić można również w wersji z DVD i podpatrzeć kulisy nagrywania płyty oraz zobaczyć Dezertera w paru kawałkach na żywo z Jarocina.
***

[4+/6]
Na majspejsie ITNOF obok nazwy zespołu pojawiają się słowa „garage”, „rock” i „psychedelic”. „Garażu” na tej płycie nie słyszę, psychodelii jest trochę; „In the Name of Name” to muzyka zawieszona między stoner rockiem a psychodelią właśnie. Można ją uznać za rock po prostu, choć tak wielu tak wiele zrobiło by tę etykietę skompromitować.
Rzecz zaczyna się od świetnego coveru kawałka zespołu Hawkwind. Dalej jest, numer po numerze, bardzo dobrze. Płyta ma w sobie – może zabrzmi to śmiesznie – przebojowość, której nikt nie zauważy, choćby dlatego, że nawet po wpisaniu w Google „in the name of name myspace” nie znajdziemy szukanej strony. No dobra, dzięki paru blogom ten i ów dowie się o istnieniu ITNON. Tym, którzy wysyłają rozpaczliwe sygnały, by ktoś wrzucił płytę na jakieś forum, proponuję po prostu napisać do kapeli.
Na uwagę zasługują też teksty – długie, ale nie przegadane. Miłośnicy spiskowych teorii będą zadowoleni.
***

[3+/6]
Chłopaki umiejętnie poruszają się po terenach postrockowych. Nie ma na tej płycie ani jednego dźwięku, który mógłby zażenować słuchacza – to wśród polskich kapel indie zjawisko niemal niespotykane. Problem w tym, że ciężko również znaleźć na „Women In Love” fragmenty, które przykułyby uwagę. Poza „Darling, They Are Playing Our Tune”, a i też niecałym, to jedynie dobra płyta, do której w przyszłym roku wracał raczej nie będę. Więcej takiego jazgotu, jaki pojawia się w ostatnim numerze, płycie NYC na pewno by nie zaszkodziło.
***
Wszystkie wydawnictwa, z wyjątkiem ITNOF, można kupić w różnych miejscach, ja polecam serpent.pl (informacja niesponsorowana).

***

W następnej odsłonie: Mikrokolektyw, Bracia Oleś, Kristen i nowi Mitche (jeśli jakimś cudem uda mi się ich wysłuchać więcej niż 2 razy).

Jeden komentarz na temat “>krótko o polskich płytach 2010, cz. III”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: