>krótko o obejrzanych filmach (09.-10.2010)


>

Anatomy of a Murder (Anatomia morderstwa; USA 1959; reż. Otto Preminger). Niepozbawiony humoru dramat sądowy z Jimmym Stewartem i młodym Benem Gazzarą, który zawsze miał wredną gębę. Jeśli ktoś lubi stare filmy, na pewno nie pożałuje seansu. [4+/6]

Meduzot (Meduzy; Francja, Izrael 2007; reż. Shira Geffen, Etgar Keret). Nie wiem czemu, ale nigdy nie przeczytałem żadnej książki Etgara Kereta. Trzeba będzie to nadrobić, bowiem ten film, samego pisarza i jego żony, to mistrzowski, subtelny obraz. Brakuje mi w nim odrobinę czegoś, co zrobiłoby z „Meduz” arcydzieło. Może wynika to z faktu, że jest to debiut i twórcy byli ostrożni. A może muszę ten film obejrzeć drugi raz. [6-/6]

Noa Raban

La veuve Couderc (Wdowa Couderc; Francja, Włochy 1971; reż. Pierre Granier-Deferre). Typowo francuski, ponury film o kolaboracji, tchórzostwie, zawiści, nienawiści i zdradzie, a także paru innych jakże przyjemnych rzeczach, będący adaptacją prozy Georgesa Simenona. Z bardzo dobrą Simone Signoret i Alainem Delonem, który – jak to Delon – lepiej wypada, gdy chodzi z ponurą miną, niż wtedy, gdy gra. [4+/6]

Un flic (Glina; Francja, Włochy 1972; reż. Jean-Pierre Melville). Troszkę się ten film zestarzał, kilka scen trąci myszką, ale ogląda się go świetnie; jeśli, oczywiście, ktoś lubi aktorów nieokazujących uczuć i długie sceny bez dialogów. Alain Delon wypadł w „Glinie” idealnie. [5-/6]

Nie zaznasz spokoju (Polska 1978; reż. Mieczysław Waśkowski). Film obejrzałem, gdyż polecał go Lesław na stronie Komet. Mam wrażenie, że już kiedyś go widziałem, bardzo dawno temu. Realistyczna, brutalna i pesymistyczna historia młodego byłego więźnia, który nie ma ochoty żyć jak „frajerzy”. Bardzo dobra rola Krzysztofa Janczara. [5/6]

28 Days Later… (28 dni później; Francja, Holandia, USA, Wielka Brytania 2002; reż. Danny Boyle). Na to, by film Boyle’a został potraktowany jako metafora czegokolwiek, jest zbyt płytki; żeby był zajebistą rozrywką – za mało w nim, jakby to prymitywnie nie zabrzmiało, flaków. Fajnie się w sumie ogląda, ale rozczarowanie jednak jest. [3/3]

Je crois que je l’aime (Chyba to miłość; Francja 2007; reż. Pierre Jolivet). Nazwisko Sandrine Bonnaire było dla mnie do tej pory gwarancją co najmniej dobrego kina. Niestety, ta komedyjka romantyczna jest po prostu beznadziejna. Historia miłości bogatego biznesmena (dobra rola Vincenta Lindona) do niezależnej artystki (Bonnaire nie potrafi zagrać źle) nie ma zbyt wiele sensu, bo nie wiadomo skąd bierze się jej uczucie (pieniądze nie są tu motywem). Na dodatek sceny komediowe raczej nie śmieszą. Cienizna. [1/6]

Burn After Reading (Tajne przez poufne). Dobry, choć jak na braci Coen przeciętny, film. Co ciekawe, w tej komedii (w sumie niewesołej, bo o głupocie i paranoi) pada niemal tyle „fucków”, co w „The Godfellas”. Aha, Brad Pitt rzeczywiście doskonały w roli idioty. :) [4/6]

Under the Volcano (Pod wulkanem; Meksyk, USA 1984; reż. John Huston). Pamiętam, że książka Malcolma Lowry’ego nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Trzeba będzie przeczytać ją jeszcze raz. Gdy czyta się tę powieść, trudno myśleć o jej adaptacji filmowej, wydaje się to z góry skazane na niepowodzenie. Huston wybrał prosty środek – zajął się niemal tylko chlaniem Konsula. Erudyci, którzy w książce Lowry’ego zapewne rozkoszowali się milionem odniesień kulturowych, będą rozczarowani. Mnie się film podobał, głownie dzięki Albertowi Finneyowi. Kompletnie nie zgadzam się z opinią, że Huston spłycił tu problem alkoholizmu. [4+/6]

Bridget Jones’s Diary (Dziennik Bridget Jones; Francja, USA, Wielka Brytania 2001; reż. Sharon Maguire). Film wszedł do popkulturowego kanonu, głownie dzięki świetnej roli Renée Zellweger, więc w końcu trzeba było go zobaczyć. Jest w sumie dość rozczarowujący, wygląda jak solowy popis Zellweger, trochę za mało Hugh Granta i Colina Firtha, a przecież oni idealnie nadają się do komedii romantycznych. [3+/6]

Bridget Jones. The Edge of Reason (Bridget Jones: W pogoni za rozumem; Francja, Irlandia, Niemcy, USA, Wielka Brytania 2004; reż. Beeban Kidron). Słabszy od pierwszej części film o przygodach blond kretynki z przebłyskami. Być może wynika to z tego, że książka Helen Fielding, na bazie której powstał ten film, była słabsza od wcześniejszej. Nie wiem, nie ma siły, która zmusiłaby mnie do przeczytania którejkolwiek. Tak czy siak, na filmie zaśmiałem się cztery razy, więc nie było tragicznie; było po prostu słabo. [3-/6]

The Killers (Zabójcy; USA 1946; Robert Siodmak). Nie jest to wybitny obraz, ale jeśli ktoś lubi stare filmy – polecam. Stare filmy mają w sobie coś z dzieł sztuki, niezależnie do tego, jaki poziom prezentują. Debiut Burta Lancastera i piękna Ava Gardner powinny wystarczyć jako zachęta. [4/6]

An Education (Była sobie dziewczyna; Wielka Brytania 2009; reż. Lone Scherfig). Świetna rola Carey Mulligan, przekonujący Peter Sarsgaard (choć, gdy się uśmiecha, wygląda, jakby narobił w gacie). Film ma też dość niepokojący, do pewnego momentu klimat – coś wisi w powietrzu, potem okazuje się, że banał rządzi takimi sytuacjami, jak ta z „An Education”. Kiedy oglądałem film Lone Scherfig przypomniała mi się Martina Hingis, która miała wszystko, a i tak, gdy pojechała do jakiegoś arabskiego szejka, była zachwycona nowym, bogatszym światem. [4-/6]

The Ghost Writer (Autor Widmo; Francja, Niemcy, USA, Wielka Brytania 2010; reż. Roman Polański). Nieco staroświecki (telefon komórkowy nie jest tu, jak w przedostatnim Bondzie czy innych Bourne’ach, głównym bohaterem) thriller – z dobrymi rolami i świetną muzyką Alexandre’a Desplat. Nijak ma się ten film do arcydzieł Polańskiego, ale warto go zobaczyć, choć napięcie siada na jakieś 20 minut, a główny bohater chwilami robi wrażenie idioty, a zaraz potem gościa tak kumatego, że rozwiązałby konflikt palestyńsko-izraelski w try miga. Końcowa scena – mistrzowska. [5-/6]

Les granges brulées (Farma na wzgórzu; Francja, Włochy 1973; reż. Jean Chapot). Kolejny ponury film francuski. Ciekawe, że Delon, który miał umiejętności aktorskie na miarę Stevena Seagala, tak doskonale odnajdywał się w dobrych czy nawet wybitnych filmach. Wynikało to zapewne z ponuractwa tych obrazów, nakazujących aktorowi po prostu wyzbywać się jakiejkolwiek ekspresji. Farma nie jest wielkim filmem. Warto jednak zwrócić uwagę na chemię między Simone Signoret a Delonem. Są jak piłkarze, którzy zawsze mogą do siebie grać „na pamięć.” [4+/6]

Machete (Maczeta; USA 2010; reż. Ethan Maniquis, Robert Rodriguez). Nie licząc dwóch czy trzech przestojów, doskonale odmóżdżająca rozrywka; może trochę zbyt mało krwawa. Steven Seagal i Robert De Niro w jednym filmie – dożyłem. [4/6]

Le Divorce (Rozwód po francusku; Francja, USA 2003; reż. James Ivory). James Ivory jako reżyser nieładnie się zestarzał. Naprawdę ciężko uwierzyć, że twórca „Powrotu do Howards End” czy „Okruchów dnia’ nakręcił takie gniota jak „Le Divorce”. Wyjątkowo irytujący film oparty na stereotypach dotyczących Amerykanów i Francuzów. Francuski polityk jebaka (ha, ha), Amerykanie wszystko przeliczają na pieniądze itd. itd. Na dodatek, gdy widzę Romaina Durisa, autentycznie chce mi się rzygać. No i kto zostawiłby Naomi Watts (na zdjęciu z Kate Hudson) dla jakiejś rosyjskiej idiotki. Chyba tylko żabojad. Zaraz po „Rozwodzie” trafiłem na dokument o Janie Krzysztofie Kelusie. To pocieszające, że ludzie nie muszą być głupi, jak bohaterowie filmu Ivory’ego. Plus za urodę Watts. [0+/6]

L’armée des ombres (Armia cieni; Francja, Włochy 1969; reż. Jean-Pierre Melville). Film, któremu daleko do „Le cercle rouge” z 1970 roku (mam wrażenie, że niektóre sceny są pozbawione uzasadnienia), ale i tak w „Armii cieni” Melville po raz kolejny wspaniale przedstawił swą ponurą filmową wizję świata i ludzi. W roli głównej Lino Ventura. [4+/6]

Robin Hood (USA, Wielka Brytania; reż. Ridley Scott). Filmowa wydmuszka Ridleya Scotta. Historia Robin Hooda to niby samograj, ale Scott i scenarzysta Brian Helgeland zrobili wszystko, żeby pokazać, że i opowieść o banicie z Sherwood można spieprzyć. Russell Crowe jako Robin wypada naturalni niczym Bono w roli admiratora talentu The Clash. Nawet Cate Blanchett nic tu nie pomaga. Autor muzyki, Marc Streitenfelda, również zasługuje na to, by ktoś trafił go z łuku. [0/6]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.