sune soundtracks [głowa konia nagrania; 2021]

bandcamp

facebook

To taka nisza, że od północy do rana ustalałem, co tu jest nazwą zespołu, a co tytułem płyty. Oczywiście z przerwą na sen. Aż tak bardzo nie poświęcam się dla undergroundu.

***

Wyszło, że „Sune” to nazwa Artysty, a „Soundtracks” – płyty. A może jednak jest inaczej? „(…) Sune Soundtracks to w ogóle tytuł płyty. Nawet bez nazwy” – informuje Artysta. Proste.

***

Pierwsza sekunda „Sune Soundtracks” i ciekawe, czy – mam nadzieję, że liczni – słuchacze zaczynają, podobnie jak ja, nucić :

Does death come alone or with eager reinforcements?

***

Na Bandcampie Sune Soundtracks  czytamy (autorem tekstu twórca płyty, Paweł Nałyśnik): – „(…) nagrywając pomysły wyłuskałem z nich te zupełnie nieprzystające, niewygodne, monotonne, dziwne, minimalistyczne i hałaśliwe. (…) Postanowiłem nazwać te dźwięki rytuałami bo po pierwsze mają wprowadzać w trans, przyjemny paraliż ciała, a po drugie chciałbym, żeby te rytuały były powtarzane raz na jakiś czas, żeby używać ich cyklicznie”.

Nałyśnik (gitara, bas, organy, efekty) pisze również, że do wyłuskanych dźwięków chciał coś jeszcze dograć, ale w końcu doszedł do wniosku, że dobrze jest jak jest.

***

No i fajnie, że niczego nie dogrywał. Ta płyta – mimo że minimalistyczna, surowa – nie robi wrażenie brudnopisu, czegoś, co wyszło tylko dlatego, że Nałyśnik musi koniecznie pochwalić się wszystkim, co stworzył. Mnie ten minimalizm bardzo odpowiada.

***

Astralny, coilowski trip w „Ritual First” (płyta jest zresztą przesiąknięta coilowskim klimatem); industrial w bodaj najlepszym „Ritual Second”; „Ritual Third” kojarzący się z nagraniami Pawlacza Perskiego…

Każdy z „rytuałów” żyje na „Sune Soundtracks” osobnym życiem, stanowiąc element sensownej całości. Zdecydowanie coś dla siebie znajdą tu chociażby miłośnicy ambientu, tyle że nie takiego, który usypia na bite 16 godzin.

***

„Sune Soundtracks” – no, nie jest to produkt, który mógłby zostać ozdobą następnego „Męskiego Grania”, „OFF Country Clubu” czy „Dni Mysłowic”. Podobnie zresztą jak inna tegoroczna Głowy Konia Records – „ZZZU”.

***

Paweł Nałyśnik życzy „przyjemnego paraliżu”, a ja się do życzeń dołączam.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

„Sune Soundtracks” na razie są dostępne tylko w plikach, ale powinny się ukazać również na jakimś fizycznym nośniku. Sprawdzajcie na fejsie Głowy Konia.

tanker – tanker [2011] / stanko abadžić

free download

mihael bele – yt

Bardzo dobra płyta, chyba jedyna rzecz, jaką Tanker nagrał czy wydał. Zespół pochodził z Zagrzebia, a grał w nim m.in. Mihael Bele, znany z noiserockowego Joe 4 (który chyba padł na amen) oraz z eksperymentalno-postrockowego Peach Pit (jw.).

Sześć świetnych numerów, wydanych na CD przez Remorker Records, który powstał chyba tylko po to, by wypuścić w świat „Tanker”.

To, że Chorwaci umieją grać noise rocka, to żadna niespodzianka – wyżej widzimy nazwę Joe 4, pamiętamy też doskonałą kapelę SexA.

Fajnie byłoby mieć to CD, ale szanse na to pewnie są żadne.

***

Tak bardzo mi podeszły zdjęcia Stanko Abadžicia, że aż wrzuciłem więcej niż mam w zwyczaju.

mazzboxx – mazzboxx [audio cave; 2021]

mazzboxx

audio cave

mazzoll

igor boxx

Gdy wielkie osobowości sceny muzycznej nagrywają wspólnie płytę, pisze się często, że nie trzeba ich przedstawiać. Po czym się je oczywiście przedstawia.

Nazwa projektu, MazzBoxx, bez trudu może naprowadzić nas na to, kto się za nią kryje. To Jerzy Mazolewski, znany wszem i wobec jako Mazzoll, wspaniały klarnecista, jedna z najważniejszych postaci sceny yassowej (czy było coś takiego, jak scena yassowa, to temat na inną okazję) oraz Igor Pudło vel Igor Boxx, kojarzony głównie ze Skalpelem, który swego czasu chwalili dosłownie wszyscy, bowiem debiut z 2004 r. zasługiwał wyłącznie na pochwały. A mnie, na marginesie, wchodzi dużo lepiej dziś niż 17 lat temu. Włączyłem zresztą po raz pierwszy również zeszłoroczny materiał, „Highlight”, i muszę przyznać, że słuchanie go to wybitnie przyjemne doznanie. Żeby o Mazolewskim nie było tak pobieżnie, dodam, że to bardzo istotna postać w mojej – nazwijmy to drętwo – edukacji muzycznej.

Obaj panowie nagrywali już razem, ale chyba pierwszy raz wspólnie podpisali jakieś dzieło.

Rozpisywanie się na temat płyty tak znanych artystów chyba mija się z celem. Wystarczy chyba poinformować, że „Mazzbox” to logiczna wypadkowa ich solowych twórczości i dodać, że płyta jest albo genialna, albo bardzo dobra, albo rozczarowująca – i tyle.

W tym przypadku mamy do czynienia z rzeczą świetną, choć nie trzymającą od początku do końca w napięciu. Ktoś może też zacząć marudzić, że na „MazzBoxxie” jest za mało szaleństwa – i chętnie przyznam mu rację – ale ja słucham tylu dziwnych rzeczy, że przyjemne dźwięki, które wygenerowali Mazzoll i Pudło, pasują mi niemal w sam raz; trzeba też włączać rzeczy, które wprowadzają pewną równowagę.

Nie ma jednak co przesadzać: nie trafiliśmy do krainy łagodności czy muzycznej konfekcji. Są tu fragmenty, dzięki którym rozumiemy, dlaczego są tacy, co tagują tę muzykę jako „avant-garde jazz”.

„MazzBoxx” to bardzo udany przykład tego, że za czymś, co jest wspaniale zagrane i – przepraszam za ten wyjątkowo karczemny wulgaryzm – profesjonalnie wyprodukowane, może stać Sztuka.

To płyta, podczas słuchania której czuję na zmianę dwie rzeczy: uznanie dla dobrej roboty i zachwyt. Często – jak w przypadku chociażby utworu „Open to Openness” – jednocześnie.

Na „MazzBoxxie” jakby więcej słychać Igora Pudło, co jest o tyle ciekawe, że – jak mówił Mazolewski – podstawa materiału to fragmenty jego koncertów z 2008 roku. Z drugiej strony, Boxx dokonał – do czego się przyznaje – radykalnej obróbki nagrań kolegi improwizatora.

***

I tylko przedostatni „Train to Bratislav” psuje nieco efekt. Zaczyna się niemal industrialnie (podobny klimat ma poprzedzający go „In Motion There Is Grace!”), lecz po chwili dostajemy po łbie jakimś banalnym, przaśnym nu-jazzikiem. I na dodatek ów pociąg jedzie aż sześć minut i 15 sekund. Szkoda.

Również niepotrzebnym elementem jest banalna gitara w „What Will Happen to Me, My Love”.

***

Tak czy siak, będę wracał do tych zgodnych z oczekiwaniami, ale niekoniecznie oczywistych, przy każdym odsłuchu wzbudzających nieco inne odczucia nagrań. Teraz, na przykład (piątek, 3.09, 23:44), wydaje mi się, że są to dość ponure dźwięki (na pewno pierwsze trzy kawałki). Może więc za każdym razem, gdy leci „MazzBoxx”, powinno się pisać kolejną recenzję.

Jest tu też trochę autentycznego piękna, które najlepiej ukazuje chyba klarnet w „The One Who Comes”. To muzyka napisana przez kogoś, kogo duchowość prawdopodobnie poszła lub kierowała się, gdy powstawały te dźwięki, w dobrą stronę.

***

Trzeba też nadmienić, że „MazzBoxx” to nie tylko Mazolewski i Pudło. To również Joanna Duda (fortepian), Piotr Rachoń (fortepian), Ju Ghan (kontrabas), Piotr Podgórski (perkusja), Filip Danielak (perkusja), Tomasz Antonowicz (instrumenty perkusyjne) i chyba jeszcze parę innych osób.

(o)(o) (o)(o) (o)(o) (o)(o) (o)(o)

celia mancini – kiasu [1996] / king loser – sonic super free hi-fi [1993]

linki w komentarzach / links in comments

soundcloud

king loser

flying nun

festival

Minusem internetu jest to, że co chwilę dowiadujesz się, że ktoś umarł. Śmierć, jak wiadomo, nie omija muzyków; i to niekoniecznie tych urodzonych w latach 30. czy 40. Te mało odkrywcze myśli pojawiły się w mojej głowie, gdy słuchałem składanki „The Celia Mancini Tapes”, na której znalazły się utwory nagrane przez nowozelandzką artystkę Celię Mancini, solo i z rożnymi kapelami: Celia Mancini & The After Dinner Mints, King Loser, The Stepford 5, Snapper, The Axel Grinders oraz Mothertrucker.

To składanka pośmiertna, wydana w 2018 r. przez Leap Decade Records. Mancini zmarła 1 września 2017 r. Miała 50 lat. Kiepski wiek na umieranie.

Z ww. kapel najbardziej znany jest chyba King Loser. Znany, ale nie u nas. Nasi spece od muzycznej alternatywy potrafili zazwyczaj pisać tylko o tym, co pochodzi z Wielkiej Brytanii czy USA, dlatego nawet gitarowe dźwięki innych anglojęzycznych krajów, jak Nowa Zelandia czy Australia, były u nas zagadką na miarę kamiennych kręgów z Bytowa. W sumie – poza wyjątkami – jest tak do dzisiaj. No chyba, że trafi się kierunek faktycznie egzotyczny, jakaś Białoruś czy coś w ten deseń, wtedy z uznaniem pisze się o artyście, tyle że to uznanie odczuwane na widok psa grającego na pianinie.

Żeby uczcić pamięć Celii Mancini aka Celii Pavlovej (prawdziwe nazwisko to Celia Geeta Mary Patel), silnej osobowości w niełatwym dla kobiet świecie rock’n’rolla, od połowy lat 80. bardzo ważnej postaci nowozelandzkiego undergroundu, wrzucam dwie płyty: drugi materiał wspomnianego King Loser, który nasza bohaterka, obsługująca klawisze, bas, gitarę i wokal, założyła wraz z Chrisem Heazlewoodem – „Sonic Super Free Hi-Fi” (Turbulence Records [LP i CD; 1992] / Flying Nun Records, Festival Records [CD; 1996]) oraz trzyutworową „Kiasu”, nagraną jako Celia Mancini (Flying Nun Records [7”; 1996]).

Brzmienie „Sucked in Rock N’ Roll Cunts” skutecznie kompromituje te wszystkie fajniackie, noworockowe kapele, bezpieczne w swym wykoncypowanym radykalizmie.

„Sonic Super Free Hi-Fi” przypomina mi trochę Beat Happening. Tyle że zespół z Olympii kojarzy mi się z dobrym blantem i latem, a King Loser – z zimą i raczej cięższym stuffem. Kapitalny album.

Płyt, które Celia nagrywała, czasem nie można znaleźć nawet na Soulseeku, nie mówiąc już o kupieniu w ludzkiej cenie czy o nabyciu w ogóle.

Część zdjęć i informacji wziętych z rnz.co.nz

fot. Brigid Grigg-Eyley
fot. Stella Gardiner

taba – sen o czarnej drodze [enjoy life; 2021]

enjoy life

taba

Czasem w pracy potrzebuję czegoś od Kierownika, więc przerywam mu na chwilę opierdalanie się w jego kanciapie. Zawsze ma tam włączony telewizor, w którym zazwyczaj leci jakaś telewizja muzyczna. Do moich ulubionych wideoklipów należą te, w których goście wycinają na gitarach, choć w kawałku, który leci, ni chuja nie usłyszysz gitary. Ostatnio również nie mogłem się oderwać od wideo, na którym Shakira wykonywała quasi-seksowne ruchy, przybierając maksymalnie niewygodne pozy na… desce surfingowej. Poziom skretynienia w tym przypadku mógł zaskoczyć nawet kogoś, kto widział już wszystko.

Piszę o tym, gdyż w poniedziałek, 24 sierpnia, miałem już kłaść się spać, ale w związku z tym, że wcześniej zasnąłem na meczu West Ham – Leicester (był bardzo ciekawy [wyróżnił się zwłaszcza Michail Antonio] – kimnąłem z powodu całodniowego zmęczenia), dałem sobie jeszcze pół godzinki, by obejrzeć klipy nagrane do płyty Taby „Sen o Czarnej Drodze” (to żadna nowość – kaseta trafiła do mnie jako bonus do materiału, o którym słówko niżej).

Jadwiga Taba to ½ Nac/Hut Report, dziwacznego duetu, który kilka razy pojawił się na 10 fucking stars – ostatnio przy okazji świetnej, tegorocznej płyty „DOM 1919”.

Muzyka JT na „Śnie” – dziwaczny indie pop (?), jak gdyby w zwolnionym tempie – przypomina – co nie stanowi zaskoczenia – Nac/Hut Report. Jest to jednak rzecz nieco mniej zgrzytliwa, ale może nawet bardziej niepokojąca, i jednocześnie w pewnym sensie dziecięca. Panuje tu klimat, jakby Muminki zabłądziły i znalazły się w lesie w Twin Peaks.

Muzyka sama w sobie jest intrygująca, ale tak naprawdę zyskuje w połączeniu z klipami (każdy utwór ma swoje wideo). Co więcej, gdy obejrzysz obrazy, które powstały na potrzeby „Snu o czarnej Drodze”, lepiej się słucha później tego materiału już bez włączania YouTube’a.

Niepokojące, psychodelizujące wizje, które można poznać, wchodząc na kanał Polish Hauntology Stories. Dobry przykład na to, że dziś nie trzeba kasy. Wystarczy wyobraźnia. Przynajmniej, jak idzie o sztukę.

Szusować po lesie na desce surfingowej – oto pomysł na nowe wideo.

***

„Sen o Czarnej Drodze” bardzo ładnie wydało na kasecie enjoy life.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

nac/hut report – dom 1919 [crunchy human children records; 2021]

nac/hut report

crunchy human children records

Taking Drugs to Make Music to Take Drugs To

Zabierałem się do płyty „DOM 1919” jak pies do jeża. Bardzo lubię Nac/Hut Report, ten dziwaczny duet z Krakowa, i obawiałem się, że jeśli nie zmienił czegoś w swoim graniu, przyjdzie mi napisać, że równie dobrze zamiast nowych nagrań, można posłuchać wcześniejszych. 

Okazało się, że zmianę osiągnięto w prosty sposób: nieco łagodząc brzmienie.

Na użytek poprzednich recenzji określiłem granie Nac/Hut Report jako „dream noise”. No więc na „DOM 1919” jest trochę więcej „dreamu” i trochę mniej „noise’u”. Tyle że jest to noise specyficzny – jak gdyby połamany czy okaleczony. A dream w sumie (vide chociażby „Odblask północy”) raczej niespokojny.

Oczywiście nie ma mowy o jakiejkolwiek chęci przypodobania się czy koniunkturalizmie twórców. To, co robią tajemniczy J.T. i L.M., ma mniej więcej takie szanse na to, by trafić do mas, jak recenzowane tu w tym roku Szpety albo Sambar. À propos Szpetów – to właśnie z nimi Nac/Hut Report przegrywa w moim prywatnym rankingu walkę o miano najdziwniejszego polskiego zespołu.

„DOM 1919” – jak to brzmi? Jakby ktoś połączył dream pop/shoegaze (we wspaniałym „Już błyska się” słychać My Bloody Valentine) z noise’em i wrzucił w to dźwięki jakiejś spreparowanej pozytywki i Bóg wie czego. Niezwykle oryginalnym pomysłem było wykorzystanie nagrań zarejestrowanych przez fonografy cylindrowe – nagrań z lat 1901-1919, autorstwa zazwyczaj anonimowych muzyków. Dodajmy do tego ten kojący, eteryczny wokal (posłuchajcie choćby niesamowitych „Ech fal”) i mamy coś, co na papierze wygląda jak jakiś przegięty miszmasz, a w rzeczywistości jest uporządkowanym chaosem, który ma ogromne szanse chwycić za serce każdego, kogo mózgownica potrafi wyjść poza schemat zwrotka-refren tudzież paździerz Męskiego Grania.

Nac/Huc Report nagrał bodaj najłatwiejszą w odbiorze płytę i jednocześnie najlepszą. Jak widać, złagodzenie brzmienia nie musi oznaczać spadku formy muzycznej i skapcanienia.

Zgrzyty i słodycz w niemal idealnej symbiozie.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

paul newman – frames per second [1997] / herb ritts

linki w komentarzach / links in comments

discogs

Pozostajemy w klimacie, w który wprowadza ostatnio wrzucony przez mnie zespół, Dianogah, ale przenosimy się z Chicago do Austin. Paul Newman również grał coś, co można by określić jako mieszankę post– i math rocka, choć tym razem tego drugiego jest mniej.

Nazwa kojarzy się od razu ze wspaniałym amerykańskim aktorem. Na marginesie, jakiś czas temu przypomniałem sobie film „The Sting” George’a Roya Hilla – no, nie da się tego chłopa nie lubić. Paul A. Newman to również basista zespołu Paul Newman. Łapiecie, nie? Bodaj najbardziej znaną postacią z tej kapeli jest Edward Robert, basista indierockowego I Love You But I’ve Chosen Darkness (bardzo lubię ich płytę „Fear Is On Our Side” (2006).

„Frames Per Second” – ale to jest dobre. Jedna z lepszych pozycji w katalogu Trance Syndicate, labelu Kinga Coffeya z Butthole Surfers, w którym znajdziemy również takich mistrzów jak Johnboy, Pain Teens, Cherubs czy Bedhead.

Cztery LP na koncie plus single, split, kompilacja… Zresztą można sprawdzić na Discogsie, co wydał Paul Newman. Ostatnia płyta, „This Is How It Is Lost” (2005), nie trzymała poziomu poprzednich. Nie pomógł w jego utrzymaniu chociażby wokal.

Tak czy siak, był to wspaniały zespół. Podobnie jak Dianogah, niedoceniony.

Przerobiłem całą dyskografię Paula – zdecydowanie warto. Nawet na ostatniej płycie jest mnóstwo ciekawych momentów.

***

Herb Ritts (ten w okularach, obcinający sprzęt modela; 1952-2002) – autor m.in. słynnego zdjęcia Madonny. Nie przepadam za tą raszplą, więc je tylko linkuję. Piękna robota (fotografia jako przejaw eskapizmu), za krótkie życie.

dianogah – battle champions [2000] / whitney hubbs

linki w komenatarzach / links in comments

The band from Chicago that opened for one of your favorite bands circa 1998.

dianogah.com

facebook

bandcamp

southern records

W środku prawdopodobnie Stephanie Morris, która śpiewała w trzech kawałkach na czwartym albumie Dianogah, „Qhnnnl”. Stephanie zmarła 1 czerwca 2009. W lipcu tego samego roku miała z Dianogah wystąpić na Pitchfork Music Festival. Mimo śmierci wokalistki zespół postanowił zagrać, składając jej tym samym hołd

To jedna z kapel z drugiego planu w moim słuchaniu muzyki, ale jak już sobie o niej przypomnę, to włączam i nigdy się nie rozczarowuję.

Dianogah ma na koncie dwie płyty nagrane przez Johna McEntire’a i dwie przez Steve’a Albiniego. Nie najgorzej. Do tego kilka singli i kawałki na paru kompilacjach (m.in. jednej z moich ulubionych, „Ground Rule Double”). Wszystko zresztą do sprawdzenia na ich stronie internetowej. Muszę przyznać, że brakuje mi takich stron. Wszystko teraz jest na tym jebanym Facebooku albo Bandcampie.

Dianogah.com co prawda nie jest aktualizowana, ale można znaleźć na niej parę ciekawych rzeczy, m.in. plakaty z koncertów (szkoda, że nie w większym formacie).

Zespół wciąż gra, o czym możemy się dowiedzieć – a jakże – z Facebooka. Mają się pojawić nowe nagrania.

„Battle Champions” to fantastyczna muzyka. Coś między post-rockiem a delikatnym math rockiem – jakby to głupio nie zabrzmiało. Miasto pochodzenia: Chicago. Więcej nie trzeba pisać.

Jeśli ktoś zechce poznać całą dyskografię Dianogah, niech też sprawdzi Bandcamp DuPage County Hardcore, które dokumentuje scenę chicagowską, m.in. poprzez wrzucenie dema bohaterów tego postu.

***

Whitney Hubbs

dola – czasy [widno; 2021]

dola

widno

wywiad (nie mój)

fot. Martyna Kąkalec

Chętnie machnąłbym lepszą recenzję, ale urlopowo jakoś wyobraźnia nie działa.

***

Fajne uczucie podczas pierwszego odsłuchu: chciałem, żeby „Czasy” już się skończyły, ale tylko dlatego, że miałem ochotę zacząć ich słuchać od nowa.

***

Po „W śnialni” Furii i „Acedii” Odrazy – choć to ciekawe (zwłaszcza pierwsza) płyty – miałem nadzieję, że Dola nagrała coś normalnego.

***

Na „Doli” przeważał czad, „Czasy” są bardziej klimatyczne. Przeważał albo i nie przeważał, są albo i nie są. Im jestem starszy, tym chyba częściej zapamiętuję raczej wrażenia, niż to, jaka w rzeczywistości jest muzyka, której słuchałem.

Dola to nie jest zespół, przy którym można powtórzyć stary dowcip: że metalowcy noszą długie włosy, by ukryć blizny po lobotomii. Trio wychodzi od metalu, żeniąc go z rockową awangardą (słyszalne choćby wpływy krautrocka), i częstuje nas propozycją – banalnie pisząc – oryginalną i wyjątkową. Oczywiście znajdą się tacy, którzy porównują autorów „Czasów” to pięćdziesięciu innych kapel, ale ja, słuchając Doli, myślę o Doli.

Choć teraz – już przy pierwszym numerze („Wszystko odrośnie”) – mam wrażenie, że jamują wspólnie Faust i Earth. To komplement, jakby kto pytał.

***

Panowie z Doli grają tak, jakby się im nigdzie nie spieszyło. Słychać to świetnie w „-” – kawałku, w którym zespół kapitalnie używa wyświechtanej formuły post-rocka.

***

To duża sztuka rok po roku nagrać dwie świetne płyty, które różnią się od siebie, ale te różnice nie wiążą się z wyraźną woltą stylistyczną. Ciekawe, w jakie rejony zawędruje Dola, i czy utrzyma tempo nagrywania.

***

Oczywiście, mógłbym przeanalizować kawałek po kawałku, na czym polega zajebistość tego zespołu (nawet mnie kusi, gdy właśnie zaczyna się wspomniany „-”), ale przecież każdy ma uszy. Jak komu nie podejdzie, niech idzie z Bogiem i OFF Country Club.

***

Trzecia płyta, jeszcze lepsza niż „Czasy” – byłoby idealnie. Ale może być nawet jakieś dziwadło, jak wymienione na początku nagrania Furii i Odrazy.

***

Kolejny plus na konto Doli: nową płytę wydał sam zespół, zakładając label Widno.

(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)(o)

czechoslovakia – a’more [koty records; 2021]

koty records

czechoslovakia

ffm.to

SONY DSC

Nim światło dzienne ujrzało „A’More”, Czechoslovakia mogła pochwalić się trzema albumami.

Do debiutu „Made In” nie wracam przy okazji tej recenzji, gdyż minęło od jego ukazania się dziewięć lat, i chyba nie sensu przywoływać go w kontekście nowej płyty.

Na drugiej płycie, „Malimy” (2017), zespół udanie ożenił tzw. alternatywny rock z post-rockiem i psychodelią. Złośliwy krytyk mógłby wrzucić przy tej okazji kamyczek do ogródka, wytykając fakt, że wokal chwilami nieco kojarzył się z Krajową Sceną Młodzieżową.

Trzeci materiał, „HVST” (2019), przyniósł brudniejsze brzmienie, zbliżające zespół odrobinę do shoegaze’u i bardzo do (anty)estetyki lo-fi. Plusem był tu niewątpliwie fakt, że wokal został ciekawiej nagrany. Ktoś może powiedzieć, że nawet „zbyt ciekawie”.

Na „A’More” zespół poszedł na zdrowy kompromis: głos nie jest zanadto wyeksponowany, ale nie brzmi też, jakby właściciel głosu przebywał w innej galaktyce. Inna sprawa, że przez realizację wokalu i ten nasz piękny, lecz szeleszczący język, można chwilami odnieść wrażenie, że wokalista – gdy przykładowo wyśpiewuje słowo „wszystko” – lekko sepleni.

Zarówno „Malimy”, jak i „HVST” pozbawione były hitów (choć pewnie „Inżynier” miał taki potencjał, a może „Meduza” w sumie spełniała ten warunek?), co przy tego typu graniu stanowi niejako mus, żeby zespół wrył się w pamięć. Tak jak The Breeders mieli swoje „Cannonball” czy Belly „Feed the Tree”, tak każdy inny zespół grający muzykę, która powinna lecieć w radiu, ma niejako obowiązek nagrać coś, co zaczynasz bezwiednie nucić. Na trzeciej płycie Czechoslovakia sprostała temu zadaniu, na co dowodem jest singiel „Jazda”. Dodajmy do tego świetne wideo i powinien być alternatywny hit.

Zresztą zespół w fajny sposób zadbał o promocję swojej płyty, kręcąc trzy klipy, materiały zapowiadające wydanie albumu, tworząc kolorowy imidż, generalnie – bawiąc się najważniejszą z nieważnych rzeczy – muzyką (no chyba że to miano należy się piłce nożnej).

Wracając do kwestii tego, co powinno lecieć w radiu, dodajmy też, że większość ludzi nie słyszy w piosenkach basu, a jak już się interesuje alternatywnym graniem, to twierdzi np. że arcydzieło The Wedding Present, „Seamonster”, to co prawda świetna płyta, tyle że dobrze byłoby ją porządnie nagrać. Tak więc biorąc pod uwagę brudne brzmienie Czechoslovakii, jednak bym się z tymi szansami na hit radiowy nie rozpędzał.

Potencjał na bycie przebojem ma też utwór „Leżę”. Miałem wobec niego mieszane uczucia, gdyż znajdował się on niebezpiecznie blisko czegoś, co mogłoby się spodobać Pawłowi Kostrzewie czy Piotrowi Stelmachowi (podobne odczucia budzi przedostatni kawałek, „Wyj”), którzy ładnych parę albo raczej paręnaście lat temu na falach radiowej Trójki propagowali rodzimą twórczość alternatywną przyprawiającą zazwyczaj o chęć zmiany stacji. Po którymś przesłuchaniu „Leżę” panowie propagujący u nas takie koszmarki, jak Negatyw czy eM oraz inne produkty muzycznopodobne, zasługujący raczej na gruz niż karmelki, wyparowali z mego łba.

Teraz uwaga, ostro będzie: „Leżę” brzmi mi też trochę tak, jakby Róże Europy poszły w estetykę lo-fi. I niekoniecznie należy traktować to, co napisałem jako krytykę.

***

Nie mogłem się przekonać do tej płyty. Jednak w piękne piątkowe popołudnie usiadłem wygodnie, otworzyłem piwo, czekając na mecz Hiszpania – Szwajcaria, włączyłem „A’More” i… w końcu zaskoczyło. Nawet jeśli zapamiętam głównie otwierające całość dwa przeboje (?) i instrumentalny zamykacz (bo to świetny numer i w bliskiej mi estetycznie, że tak to ujmę), warto było poświęcić najnowszemu dziełu Czechoslovakii czas. Nie wszystkie piosenki mi podeszły. No ale nawet na „Seamonsters” nie ma wyłącznie doskonałych kawałków.

A może w pamięci zostanie mi więcej? Po paru przesłuchaniach spod produkcji, która mogłaby nie przypaść do gustu audiofilom od „Division Bell” wyłaniają się wyjątkowo przyjemne rzeczy, których by nie było, gdyby nie brudne brzmienie. Ot, paradoks.

Jest coś pociągająco niedzisiejszego w tej płycie. Przy okazji następnej cofnijcie się, panowie, w czasie i zaproście Anię Zalewską z Big Day do zaśpiewania w jednej z piosenek.

Aha, również teksty dają radę („nie mam żadnych tatuaży / więc wzbudzam sensację na plaży”, „wyjdź i wyj / to najgorsze jest uczucie / być samemu, ale z kimś”). Na tle ogólnego rockowego pustosłowia wypadają co najmniej dobrze.

***

„A’More” ukazało się na CD. Odpowiedzialne za ten stan rzeczy są Koty Records.

(o)(o)

(o)(o)

(o)(o)(o)

(o)(o)(o)