the jesus lizard – merd [1998] / jane birkin

13/04/2014 by

MERD98

linki w komentarzach / links in comments

thejesuslizard.net

touch and go records

10fuckingstars.wordpress.com

Czasem trzeba wrzucić jakiegoś dobrego rocka, bo jak człowiek daje wyłącznie zespoły, o których słyszało pięć osób na krzyż, to blog traci na popularności. A przecież popularność to to, o co nam chodzi.

Koncert z Paryża. Genialny zespół w wybitnej formie. Nalepiej wypada chyba “Then Comes Dudley” z “Goat”.

***

W związku z tym, że na koncercie pojawił się Serge Gainsbourg, przedstawiamy zdjęcia Jane Birkin:

1

2

3

4

5

Kadry z Polfilmu

komety – paso fino [thin man records; 2014]

12/04/2014 by

tmr015lp_outersleeve

komety

thin man records

serpent.pl

„Via Ardiente” to jedna z najlepszych i najbardziej niedocenionych płyt w historii polskiego rocka. Muzycznie i tekstowo Lesław osiągnął na niej mistrzostwo. Można powiedzieć, że na tym LP wskoczył na poziom Rafała Kwaśniewskiego z PRL, tyle że ironię (czy raczej dezynwolturę) zastąpił smutkiem i tęsknotą.

Świetne koncerty, rewelacyjne płyty, podlizywanie się publiczności (śpiewanie o mysłowickim, tuszyńskim, katowickim i każdym innym, zamiast warszawskiego, powietrzu) nie dały zespołowi dużej popularności. Lesław i jego Komety funkcjonują nie wiadomo gdzie. Ani underground, ani komercha.

„Via Ardiente” to mistrzostwo świata. Rokendrol ożeniony z klimatami à la Morrissey. Płyta dla każdego, kto woli wspominać nieszczęśliwą miłość, niż miłosne podboje. Niczego nie brakowało również „Kometom”, składance „2004-2006” oraz „Akcji V-1”. Jednak eklektyzm tej płyty mógł zdradzać (albo antycypować) kryzys twórczy Lesława (ci bardziej inteligentni – nie ja – może to zauważyli).

Potem na MySpace pojawiły się bodaj dwa kawałki: rewelacyjne „Za chwilę się uduszę” i ze wszech miar chujowe „Osiemnaste urodziny”. Czemu pierwszy z nich nie wszedł na kolejną płytę, „Luminal”, a pojawił się na niej drugi – pozostaje dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Zresztą „Luminal” był pierwszą słabą płytą warszawiaków.

„Paso Fino” powstało pewnie według zasady „kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej”. Najpierw dęciaki jak w Partii („Bal nadziei”), potem chyba świadome nawiązanie do „partyjnej” „Nieprzytomnej z bólu” („Sparaliżowana od pasa w dół”), „Nie mogę przestać o tobie myśleć” będące fajną, choć nie do końca udaną, próbą powtórzenia najlepszych fragmentów „Via Ardiente”…

„Paso Fino” jest po prostu nudna (a wstęp à la jakiś Sopot Festival do „Hotelu Artemis” to kryminał). Mamy tu z jednej strony próbę powtórzenia tego, co przyniosło Lesławowi największe uznanie, jak i szukanie nowych pomysłów na zespół (niezłe funkowe „Prywatne piekło”; szkoda, że bez damskiego chórku w refrenie). Co z tego, skoro ani jedna piosenka nie zbliżyła się nawet na kilometr do takich utworów, jak „To samo miejsce” albo „Tak czy nie”.

Również teksty rozczarowują. Kiedyś Lesław prostymi słowami budował niesamowity klimat. „Nuda”, „Bezsenne noce” czy „Ostatnie lato XX wieku” to arcydzieła rockowej liryki, miażdżące dokonania hołubionych przez dziennikarski establishment Muńka, Kazika i innych grafomanów. A tutaj? Aż zęby bolą, gdy słucha się banalnych słów „Balu nadziei”. Czemu naprawdę dobry numer „Sparaliżowana od pasa w dół” spuentowany jest tak, jakby autor tekstu dostał dotację unijną od jakiejś komórki odpowiedzialnej za akcję afirmacyjną dotyczącą niepełnosprawnych?

Wątpię, bym wrócił do całej „Paso Fino”. Jeśli tak, to do trzech piosenek: „Sparaliżowanej od pasa w dół”, „Prywatnego piekła” oraz „Nie mogę przestać o tobie myśleć”. Może do „Balu nadziei” mimo banalnego tekstu. No niestety, nowa płyta Komet w sam raz pasuje do katalogu Thin Man Records.

Czytałem kiedyś wywiad Pawła Dunina-Wąsowicza z Lesławem. PDW podzielił się wtedy spostrzeżeniem, że nie wierzy już Robertowi Smithowi, ale wciąż czuje, że Morrissey jest autentyczny. No właśnie, trudno dziś uwierzyć Lesławowi.

Za to dziewczyny w klipie fajne:

PS Nie wiem, skąd się bierze ta przypadłość, ale „Paso Fino” to kolejna polska płyta, na której głos wokalisty niemal zagłusza resztę instrumentów. Może to się sprawdza, gdy śpiewa George Michael. W przypadku zespołów rockowych warto byłoby jednak zwrócić nieco uwagi na bas, bębny i gitarę.

gorge trio – dead chicken fear no knife [1998] / caitlin worthinghton

06/04/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

skin graft records

discogs

GORGE_TRIO_001

Blog istnieje już tak długo, że zdążyłem się zestarzeć, wrzucić tu niemal wszystkie ważne dla mnie zespoły. No cóż, powiedzmy, że dopóki nie dowiem się, czy sąsiadka w rozciągniętym T-shircie obciągnęła szpakowatemu listonoszowi, coś tu jeszcze będę dodawał.

Gorge Trio to zespół składający się z ¾ Colossamite. Tworzą czy też tworzyli go: Chad Popple (grał też z naszym LXMP), Ed Rodriguez i John Dieterich (ten chyba nie pojawił się na „Dead Chicken”). Jak widać, brakującą ¼ stanowi Nick Sakes.

Muzyka zawarta na tym LP przywodzi mi na myśl Storm & Stress, choć trudno w sumie powiedzieć, żeby Gorge Trio grało podobnie. Może chwilami. Mathrockowo-postrockowe, psychodelizujące dźwięki, odjeżdżające w rejony tzw. eksperymentalnego rocka, „gęste” bębny… Dobre. A gdy ma się dzień na słuchanie takiej muzyki – dobre w chuj.

***
Caitlin Worthinghton. Tak powinny wyglądać dziewczyny. I nie używać ajfonów.

1

2

3

4

5

6

scrawl – velvet hammer [1993] / léa seydoux i adèle exarchopoulos

31/03/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

simple machines records

discogs

1

Indie rock też może brzmieć dumnie. „Seamonsters”, „It’ll Be Cool”, „Crazy Rhythms”… Dziś niekoniecznie. Jeśli coś jest tagowane jako „indie rock”, można z góry założyć, że będzie chujowe, a zespół zabrzmi, jakby wygrał casting prowadzony przez Boya George’a.

Scrawl gra jak Pan Bóg przykazał, może dlatego, że nagrywał go Steve Albini. Spokojna muzyka, w której czai się drapieżność. Bomba, choć może chwilami nazbyt kojarząca się z The Breeders.

W 2012 panie tworzące Scawl grały na ATP. Fajnie, jakby przyjechały na Off Festival.

***

Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos

a

aa

b

c

d

e

reptile house – i stumble as the crow flies [1985] / justina u

29/03/2014 by

R-3266533-1323063280

linki w komentarzach / links in comments

dischord records

10fuckingstars.wordpress.com

W zeszłym roku byłem na koncercie Daniela Higgsa z The Skull Defekts. Genialna sprawa. Jeżeli ktoś umie podróżować w czasie – polecam się wybrać. W Mysłowicach mieszka koleś, który widzi więcej, wie więcej, tak to jest mniej więcej, więc prawdopodobnie posiada tę umiejętność. Zapytałem go kiedyś w knajpie, czy potrafi siłą woli wpływać na pogodę. Powiedział, że tak. Innym razem stwierdził, że ludzie, którzy nie słuchają TOK FM, nie istnieją dla niego. Szamanizm i reżimowe radio – to połączenie wkrótce wywróci świat do góry nogami.

Higgs (tu jako Daniel V. Strasser) najbardziej znany jest z Lungfish, Reptile House to jego wcześniejszy zespół. Być może nie tak dobry, jak Lungfish, ale zapewne lepszy niż solowe występy artysty z bandżo.

***

Justina U. Ponoć Proust jest miłością jej życia. Wierzymy!

1

2

3

4

5

6

Scena noise w polsce – artykuł z harshnoise.org

19/03/2014 by

Niedawno opisywałem projekt Dawida Kowalskiego, Purgist. Dawid, założyciel strony harshnoise.org, urodził artykuł traktujący o historii sceny noise w Polsce. Co prawda, został w nim pominięty na poły legendarny projekt Sheep’s Vulva, ale widocznie nie można mieć wszystkiego. Artykuł do przeczytania tutaj.

Myślę, że obecnie można mówić o spopularyzowaniu się pewnych form muzyki eksperymentalnej (działalność wydawnicza BDTA, czy Sangoplasmo), od której niedaleko do radykalnego noise. Jednak, za wyjątkiem takich twórców, jak niedawno zmarły Karkowski, czy Piotrowicz, noise w Polsce pozostaje na ogół, jak zauważa Dawid, na samym dnie muzycznego podziemia. Zdarzają się wyjątki: ostatni numer Glissando został poświęcony noise, na ten temat powstają w Polsce także pierwsze prace naukowe (warto wspomnieć tutaj osobę Radka Sirko), jednak wydaje się, że w publikacjach tego typu magicznego słowa na “n” używa się przede wszystkim, jako pojemnego hasła, w które można wtłoczyć bardzo wiele odległych zjawisk. Dawid z kolei w swoim tekście zajmuje się gatunkiem muzycznym posiadającym określone ramy stylistyczne. Autor jednak unika ortodoksji, stąd przeczytamy w artykule zarówno o Genetic Transmission, Vilgoci, jak i o Emiterze.

A jeśli kogoś upodobał sobie takie dźwięki i jest z okolic Śląska, to w sobotę warto wybrać się do Bytomia – odbędzie się tam impreza taneczna, na której wystąpi m.in wyżej wspomniane Purgist, oraz Vilgoć.

shakuhachi surprise – space streakings sighted over mount shasta [1996] / angela strassheim

15/03/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

skin graft

1

Najpierw pomyślałem, że to jakiś japoński zespół, który wydaje 30 płyt rocznie, a to przecież efekt współpracy dwóch kapel: Space Streakings i Mount Shasta, do czego można dojść po tytule płyty. Zresztą bardzo dobry efekt. Piłka nożna i głośna muzyka wyżarły mi mózg.

Noise rock z – jakby to nazwać – eksperymentalną nadbudową. Słuchając takiej muzyki, często myślę o tym, że Mike Patton chętnie zepsułby ją swoimi wokalami.

***

Angela Strassheim

1

2

3

4

5

6

odmieniec – taniec ducha [wyd. własne; 2014]

09/03/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

facebook

Piotr Lewandowski z popupmusic.pl mówił niedawno o tym, że w recenzjach rodzimych autorów jest za dużo lizania się po fiutach. Coś w tym jest. Koledzy piszą o kolegach, więc czytając o polskich płytach, można odnieść wrażenie, że co druga to nowe „Rock-á-bubu” albo „Historia podwodna”. Z drugiej strony (pisałem już o tym przy okazji podsumowania minionego roku), degrengolada polskiego dziennikarstwa muzycznego jest tak duża, że w sumie co za różnica, czy ktoś coś szczerze gnoi, czy szczerze chwali, czy też nieszczerze jebie bądź wychwala pod niebiosa.

Człowiek wchodzi na popularną stronę, będącą ważną częścią polskiego – przepraszam za wyrażenie – niezalu i widzi, że Nerwowe Wakacje dostają wyższą ocenę niż „COIN COIN Chapter One: Gens de Couleur Libres” Matany Roberts. Albo czyta gościa, który uważa, że jak lubisz TO, to nie może podobać ci się TAMTO, bo nie.

Zagrałem wczoraj solówkę na grzebieniu – bądź kolegą, napisz, że to nowy „Revolver”. Podoba mi się „Blood Sugar Sex Magik”, ale chyba nie może, bo słyszałem przecież „Trapdoor Fucking Exit”. Dramat.

Widząc nazwę „Odmieniec” i tytuł jednego z utworów – „Widziałem człowieka nad wodą stojącego” – spodziewałem się na maksa pretensjonalnego gniota. Tymczasem „Taniec Ducha” zaskakuje dojrzałością i brakiem żenady. Gitarowy ambient, elementy folku, psychodelii – fajnie. Tylko czy to ma być fajne (mnie płyta Jakuba Czyża posłużyła m.in. jako tło do adiustowania tekstu o piłce nożnej)?

„Taniec Ducha” jest próbą opisania samego siebie, swoich lęków, bólu, przeżyć, oswojenia się ze swoimi traumami. To samotna wędrówka, poszukiwanie własnej tożsamości, chęć sprzymierzenia się z naturą, odszukanie tego co między światem obecnym, a nieobecnym. Doświadczenie tego, co było istotne kiedyś, a zostało zapomniane. „Taniec Ducha” to rytuał, to modlitwa o upragnioną wolność, niezależność, szczęśliwe życie, ale w ostateczności, to zwiastun wojny, wielkiej straty i śmierci. Jak widać, raczej nie. Mamy tu do czynienia ze sztuką, traumą. Powinienem, słuchając Odmieńca, zadiustować raczej „Tybetańską Księgę Umarłych”.

To nie jest tak, że płyta w ogóle nie przykuwa uwagi. Wyróżnia się chociażby utwór tytułowy (inna sprawa, że mam wrażenie, że już gdzieś go słyszałem). Problem w tym, że lubię piosenki o tym, „co mnie boli i wkurwia” (choć dziś nie słucham ich tak często, jak kiedyś) albo przywołujące wspomnienia o dawnym życiu, które już nie jest moje (często to te same). No i takie, które sprawiają, że wciąż czuję się młodo. A największy komplement, jaki mogę napisać o płycie Odmieńca, jest taki, że być może kiedyś do niej wrócę.

Polecam „Taniec Ducha”. Choć wolałbym zrobić np. coś takiego, niż go nagrać. :)

edinho

owls – owls [2001] / amílcar moretti

07/03/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

fb

jade tree

polyvinyl records

owls

Kolejny zespół Tima Kinselli. Na płycie grali również: jego brat – Mike oraz Sam Zurick i Victor Villareal. Cała czwórka tworzyła wcześniej Cap’n Jazz, no i Joan of Arc.

Więcej tu nerwowych zagrań i niepokoju niż na “American Football”. Jest tez dużo mathrockowych zagrywek. Płyta nagrana przez Steve’a Albiniego. Jak ci się nie podoba, to wypierdalaj. :)

O kurde, zespół się reaktywował. Grają koncerty, wkrótce nowa płyta.

***

Amílcar Moretti

1

2

3

4

amilcar-moretti-febrero-2014-1_995

6

american football – ep [1998] i lp [1999]

03/03/2014 by

ep

lp

linki w komentarzach / links in comments

bandcamp

polyvinyl records

Nienawidzę podróżować. Do tego stopnia, że czasem nie chce mi się wsiąść w autobus do Katowic (20-25 minut drogi). No ale czasem muszę i zawsze zabieram ze sobą dwie płyty: „Title TK” The Breeders i self-titled American Football. Dlaczego akurat te? Nie wiem. Oczywiście należą do moich ulubionych, ale takich jest przecież mnóstwo. Myślę, że wynika to z tego, że jestem przesądny: jak piłkarz, który na murawę wchodzi zawsze prawą nogą albo nie goli się w dniu meczu. Może jednak ma to sens. W końcu, mając przy sobie LP American Football, zawsze dojeżdżam, a potem wracam w jednym kawałku. Nawet z Łodzi.

Piękna, spokojna płyta. W sam raz dla tych, którzy niczego nie zmieniają i niczego już nie zmienią w swoim życiu.

W American Football grali: Mike Kinsella (m.in. Cap’n Jazz, Owls, Joan of Arc), Steve Holmes (The Geese), Steve Lamos (DMS, The Geese, Braid, The One Up Downstairs).

1

2

3

4

5


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: