怖 – smell me, smell my grand father [1996] / kumi oguro

23/11/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

japanese overseas

discogs

怖

Nie wiem, po czym łatwiej poznać, że to japoński zespół (kobiecy duet, uściślając): po „krzaczkach” czy po tytule płyty? Przypomina się „Wash your ass than kill me slowly” Ultra Bidé. Ta nacja zdaje się być dobrze pierdolnięta.

Natomiast muzyka to nie jest żadne szorowanie klawesynu martwą papugą. Niepozbawiony szaleństwa, ale przystępny noise rock. Nazwa zespołu oznacza bodaj „strach”.

***

Kumi Oguro

2

3

4

5

Dia nr 02.fff 001

7

the sea, the sea – the sea, the sea [2004] / diane arbus

08/11/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach

The+Sea+The+Sea

Gość się drze, dziewczyna ładnie śpiewa, jeśli akurat nie gra na saksofonie. Tak, to emo, wydane przez coś, co nazywało się Neon Boombox. Brzmi jak radykalna wersja Rainer Maria.

Ktoś może wytknąć The Sea, The Sea egzaltację (w sumie, czego innego się spodziewać?), a mnie się to podoba. Aha, dałbym sobie uciąć, że to lata 90., a to jednak 2004.

Nie mam pojęcia, czy wydali coś jeszcze.

***

Diane Arbus

1

2

3

4

5

6

talulah gosh – peel session [29.12.1987] / caitlin freeman

01/11/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

discogs

guardian

Uwielbiam słuchać składanek z indiepopowymi kapelami (inna sprawa, że ten termin brzmi dla mnie głupawo). Rzadko biorę w całości ich płyty, ale wszelkie składanki z brytyjskimi składami z dawnych lat – zawsze chętnie. Zespół Talulah Gosh to jeden z moich faworytów. Ich najlepsze nagrania to te z sesji u Johna Peela. Brzmią chwilami niemal punkowo.

***

Kapitalna sprawa: desery inspirowane dziełami sztuki współczesnej. Dotarłem do tego dzięki brainpickings.org. Za książką „Modern Art Desserts” stoi Caitlin Freeman.

1

2

3

4

5

6

przyzwoitość – być bezużytecznym [kulturwa records; 2014]

29/10/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp (free download i kaseta za 16 zł)

przyzwoitość

Brzmi to, jakby było nagrywane prodiżem, a wokalista prawie nie umie śpiewać. Pozostając przy nim: moja była żona stwierdziła ongiś, że wokal Dariusza Dudzińskiego przypomina głos Piotra Klatta, ale nie dlatego się rozwiedliśmy. Coś jednak czyni „Być bezużytecznym” jedną z najciekawszych płyt mijającego roku.

Darek założył Przyzwoitość jeszcze w czasach, gdy istniała Ewa Braun, w której grał na bębnach. Jednym z powodów powstania tego jednoosobowego zespołu była nieprzesadna ilość poczucia humoru obecna w twórczości autorów „Sea Sea”; jedynym zabawnym kawałkiem była chyba „Love Story” z dema „W tysiącu miejsc naraz”, śpiewana, jeśli dobrze pamiętam, przez DD. Przyzwoitość to w sumie jedno wielkie poczucie humoru.

Słychać to już w otwierającym płytę tekście „Gramy od kilku lat, a nasza muzyka jest wypadkową zainteresowań członków zespołu”. Inna sprawa, że poczucie humoru Darka czasem może wywołać ciarki na plecach. Tryptyk „Dawno niewidziany kuzyn” sprawia, że wątpię, czy artysta Dudziński jest osobą całkiem normalną. Dodajmy, że są to żarty na wyższym poziomie niż Big Cyc albo późny Tymański.

Jednoosobowy zespół Przyzwoitość do stworzenia tej płyty użył paszczy, elektronicznej perkusji, gitary, a także czegoś, o czym słyszę po raz pierwszy, czyli kalimby.

kalimba

Mamy tu więc lo-fi brzdąkanie, które, jeśli dać mu szansę, może uwieść nawet zakonnicę (aluzja do utworu numer 3).

Aha, ważna informacja: „Legutko” z niewydanego arcydzieła „Eryk, mówiący banan” to ulubiona piosenka mojego psa.

Ok, kończę i idę słuchać nowej płyty Pere Ubu. Po „Dawno niewidzianym kuzynie” warto włączyć kogoś tak normalnego, jak David Thomas.

Marcin Wandzel

kristen – the secret map [endless happiness; 2014]

18/10/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

kristenband.com

facebook

1924393_931181720243906_832752933857775619_n
Na płycie, obok Mateusza Rychlickiego, Łukasza Rychlickiego i Michała Bieli, zagrał również Maciej Bączyk (Robotobibok, Małe Instrumenty)

Zastanawiałem się, jaki mam problem z zespołem Kristen (którego lubią chyba wszyscy; jedyną negatywną opinię czytałem u jakiegoś porcysowego ćwoka), i jeszcze zanim po raz pierwszy włączyłem tę płytę, poznałem odpowiedź. Otóż uważam tę kapelę za jedną z najlepszych w Polsce oraz taką, którą można wysłać gdziekolwiek – do Londynu, Nowego Jorku czy na Antarktydę – i nie będzie w niczym gorsza od lokalnych zespołów, ale nie należy ona do moich ulubionych. Po prostu Kristen bardziej podziwiam, niż lubię.

Poznałem chyba wszystkie płyty zespołu, a pamiętam z nich jedynie kawałek „Clint Westwood” z „Western Lands”. Postanowiłem więc „The Secret Map” wysłuchać uważniej niż poprzednich albumów.

Powyższe zdania brzmią może, jakby pisał je z fotela bujanego redaktor pisma „Teraz Rock”, ale w tym przypadku nie ma wyjścia: trzeba na chłodno analizować, nie robić za ironicznego blogera.

Kristen na „The Secret Map” to zespół eklektyczny; właściwie żaden kawałek nie przypomina kolejnego.

No to jedziemy po kolei.

1. Upward, beyond the onstreaming, it mooned – 9:24, czyli na dzień dobry raczej nie dają utworu, z którym chcieli trafić do radia. Delikatne, powiedzmy post-rockowe, granie, z gitarowo-elektronicznym szumem i zgrzytaniem w tle. Skojarzenie? Trochę Columbus Duo, trochę Sonic Youth. Świetny wstęp.

2. 2 A.M. – gitarowe plumkanie, raczej z lekką dozą dezynwoltury, plus leniwa melodeklamacja. Dalekie skojarzenie ze Ścianką, bliższe z…. Sonic Youth.

3. Music will soothe me – zaskakujący numer. Funk (na marginesie, Komety na „Paso Fino” też zaskoczyły funkiem i jest to jeden z nielicznych dobrych momentów na płycie), ale taki bardziej lo-fi i noise’owy. Nie powiem, że „Music” nie podoba mi się, ale czy nie rozwala trochę klimatu płyty? A może rozwala i dobrze, że to robi?

4. The secret map – ładne, mogłoby znaleźć się na składance „Scared to Get Happy: A Story of Indie-Pop 1980-1989” (no dobra, może to skojarzenie nie jest najsensowniejsze). Gdyby Kristen była z Wysp i grała w tamtych latach.

5. Endless happiness – całość zamyka ponaddziesięciominutowy delikatny – ale, jak się dobrze wsłuchać, również drapieżny – psych. Finał jak Pan Bóg przykazał.

No właśnie, brzmi to trochę, jakby kucharz wrzucił kilka przypadkowych produktów na patelnię, włączył gaz, a za godzinę potrawę podał gościom. Teoretycznie, każdy powinien się porzygać, a wyszło coś smacznego.

Na pewno wrócę jeszcze kilka razy w tym roku do „The Secret Map”, w kolejnych latach pewnie też. A Kristen lubię w tej chwili bardziej niż przed nagraniem omawianej płyty.

***

A jak komuś się wydaje, że za mało chwalę „The Secret Map”, to przypominam, że można też kogoś nieźle zgnoić. :)

DEJNAROWICZ „Divertimento”

Być może tę płytę należałoby zbyć pobłażliwym milczeniem, jakie przystoi wytworom grafomanów. Ale jeszcze jakiś młody słuchacz pomyślałby, że to coś. A tymczasem to jest nic. Dziwne, bo ceniłem Borysa Dejnarowicza za współudział w świetnym debiucie The Car Is On Fire. Jego autorska produkcja jest co najwyżej pomnikiem megalomanii. Kompozycyjnie pozostaje ona całkiem wtórną i zwulgaryzowaną wariacją wokół minimal music, ale nie tej prawdziwej, korzennej, lecz uproszczonej przez Glassa, Oldfielda i „Porty lotnicze” Briana Eno. To było dobre 30 lat temu i niestety na tym bezczelnie żeruje Dejnarowicz, bo jego rówieśnicy już tego nie pamiętają. Bezczelność idzie tym razem w parze ze złym smakiem, o czym świadczy klinicznie czyste brzmienie skrojone pod gusta mieszczańskich grubasów – audiofilów. Trudno traktować poważnie jako muzyka kogoś, kto odznacza się tak znikomą wrażliwością na brzmienie.

Rafał Księżyk

lord high fixers – when the revolution comes [1996] / jiří růžek

11/10/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

au go go

wywiad

discogs

lhf1

Zainteresowałem się tym zespołem, bowiem gra w nim gość z Big Boys. Fajne. „Nigdy nie za wiele rokendrola”, jak śpiewała Lady Pank. Lord High Fixers gra jednak rokendrola wyjątkowego brudnego, nie takiego, jak Panasewicz, Borysewicz i inne pacany. Na pewno jest w tym więcej energii niż w ostatniej EP-ce Pissed Jeans.

***

Jiří Růžek

1

2

3

4

5

6

killdozer – intellectuals are the shoeshine boys of the ruling elite [1984], snakeboy [1985] / agnieszka chabros

27/09/2014 by

intellectuals snakeboy

linki w komentarzach / links in comments

discogs

touch and go

wywiad 1 / wywiad 2

Killdozer_1989

Czasem chodzi mi po głowie, żeby zrobić klasyfikację najlepszych tytułów płyt. „Intellectuals Are the Shoeshine Boys of the Ruling Elite” – kapitalne.

Killdozer to zespół ponoć mocno lewicujący. Przeczytałem parę ich tekstów, nie widzę tam żadnego oszołomstwa. Wokalista bazuje raczej na stałej, wręcz wkurwiającej ironii. Bo chyba trudno brać na poważnie wkładkę do „Uncompromising War on Art Under the Dictatorship of the Proletariat”.

A tak w ogóle, to fajną akcję widziałem. Młodzi i świadomi wylewają ostentacyjnie piwo „Ciechan”, bo właściciel browaru okazał się być homofobem (ja nazwałbym go zwykłym burakiem). Ja pierdolę, akurat dla biznesmena, gdy ktoś kupił jego produkt, wielkie ma znaczenie fakt, czy ktoś go wypije, wyleje, czy zrobi sobie z niego lewatywę. Litości… Można zrobić też bojkot seksisty Ziemkiewicza, kupując jego książki i ostentacyjnie ich nie czytając.

1

No dobra, do adremu. Słucham noise rocka od wielu lat, ale Killdozer nigdy mi się nie podobał. A tu nagle – jeb! „Intellectuals” wyszli w 1984 (Bone Air, Bone Air), „Snakeboy” – rok później w Touch and Go. A dwa w jednym w 1989 (T&G).
Pierwsza płyta jest raczej przeciętna, ale druga to już zajebisty materiał.

***

Agnieszka Chabros

1

2

3

4

5

6

adwent – raz sie żyje [extinction records / chaos w mojej głowie; 2012]

13/09/2014 by

adwent_razSie_Zyje-400x400

bandcamp („niebezpieczne skrzyżowanie” do pobrania za darmo)

extinction records

chaos w mojej głowie

pasażer records

 

Gdyby było więcej takich pankowych kapel jak Adwent, może nigdy nie oddałbym legitymacji.

Zespół istnieje długo, ale nigdy chyba nie osiągnął popularności adekwatnej do poziomu, jaki reprezentuje (no cóż, jest z Kędzierzyna-Koźla). Zresztą nie wiem, od wielu lat mam dość ograniczony kontakt z tzw. sceną.

„Raz sie żyje!” to płyta (warto odnotować fakt, że pojawia się na niej Anna Zajdel z El Bandy, która śpiewa jeden swój, tak sądzę, tekst oraz „Balladę bezbożną” Rafała Wojaczka) lepsza od poprzedniej (bardzo dobrej) – „Niebezpiecznego skrzyżowania”. Jest bardziej spójna, nie ma słabszych numerów (może poza „W wagony”; nie do końca przekonuje mnie też ponowne nagrywanie starych numerów – w tym przypadku „Królewicza”, choć ta wersja jest chyba lepsza od tej ze „Skrzyżowania”). Brakuje też tutaj fragmentów regowych, co niektórzy uznali za zaletę. Panowie grają naprawdę zdrowy punk i nie zgadzam się, że Adwent to głównie teksty. Muzyka zdecydowanie daje radę (choć czasem nie podoba mi się „brzęczące” brzmienie basu) i gdyby liryki były nieco gorsze niż są, pewnie też parę razy włączyłbym „Raz sie żyje!”.

No właśnie, teksty. Niby dotyczą spraw nie raz i nie dwa wałkowanych przez pankowe zespoły, ale widać, że pisał je ktoś, kto nie dość, że potrafi przeczytać książkę, to jeszcze zrozumieć jej treść. Nawet programowa antyreligijność i antyklerykalizm, które zazwyczaj wzbudzają we mnie odruch wymiotny, tu mnie nie drażnią. Z polskich punkowych poetów chyba jedynie Szymon z Whitmana dorównuje Kubie Kowalskiemu z Adwentu. (Autor jest tak elokwentny, że aż przegadał kapitalny skądinąd kawałek „Playboye vs króliczki”). :)

Nawet najprostszy przekaz jest oryginalny:

(…) jutrzenki wrzask i jeszcze raz: stul pysk!

wypełniaczka poleceń
poleceń wykrzykacz
ja znam to niedobrze
i chce mi się rzygać

O płycie Adwentu miałem napisać ponad rok temu (pozdrowienia dla Kuby Kunysza), ale jakoś nie mogłem się za to zabrać. Może dlatego, że miałem w planach ambitny tekst o tym, dlaczego zmęczył mnie punk, głównie pod względem, powiedzmy, ideowym, ale i muzycznym. (W pewnym sensie sam Adwent o tym śpiewa: te wszystkie drobne, obrzydliwe złośliwości/ niech każdy radzi sobie sam/ twój mały hermetyczny świat/ nie przewiduje wtrąceń ni naleciałości// przegryzłem twoją mydlaną bańkę/ mam złą wiadomość: nie jesteś punkiem). Ale słuchając rewelacyjnej płyty Adwentu, stwierdziłem w końcu, że nie tym razem. Ponarzekam kiedy indziej, bo „Raz sie żyje!” (najbardziej rozpierdala chyba „Suomi” z naprawdę genialnym tekstem) przypomniało mi gówniarskie czasy, gdy jarałem się nagraniami Apatii, Guerniki y Luno czy Liberum Veto. Kiedy każda nowa płyta (a raczej kaseta) była wydarzeniem.
I tylko teksty mogłyby być lepiej zapisane (po kiego grzyba tyle wykrzykników?!), bo świetnie się ich słucha, ale gorzej czyta.

turysta (zbędne wykrzykniki usunąłem w tym i we wcześniejszych kawałkach)

czoło mi bije niebezpiecznie równym
rytmem co same podejrzane bzdury
wystukuje w moją głowę
myślę sobie: dobre sobie
ktoś już za mnie poukładał świat

mam mózg do zmielenia fatalnie się wyceniam
kupuj teraz! łap frajera! łap!

mam prawa człowieka
wszak każdy kto się rodzi ma
i cieszę się szalenie
i służę uniżenie
zasady znam

athletic automaton – 5 days in africa [demo; 2003] / women against feminism

07/09/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

skin graft records

fb

1

Fajny, „brzęczący” noise rock. Athletic Automaton tworzyli Stephen Mattos (Arab on Radar, The Doomsday Student, Chinese Stars) i Pat Crumb (grał bądź gra w zespołach, których nie kojarzę). „5 Days in Africa” to demo wydane własnym sumptem w 2003 roku. Parę miesięcy później wyszedł – z nieco inna tracklistą – LP pod tym samym tytułem (Liquid Death / Hello Pussy Records), wznowiony w 2013 przez Skin Graft Records.

***

women against feminism

1

2

3

4

5

8

columbus duo – expositions [deadsailor muzic; 2014]

30/08/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

dead sailor muzic

bandcamp

soundcloud

serpent.pl

columbus_w_windzie

Mało mnie obchodzi, na niewiele czekam, ale akurat nowe płyty Columbus Duo to coś, co mnie jeszcze rusza. To jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) zespołów Polsce. Tworzący go bracia Irek i Tomasz Swoboda grali kiedyś w wybitnym noiserockowym składzie Thing.

„Expositions”, wydana tylko na winylu, to piąta płyta Columbus Duo (były jeszcze: album „Columbus Meets Arszyn” oraz inny self-titled – kwartetu Columbus Ensemble). Do twórczości obu panów pasuje określenie, jakiego John Peel użył wobec The Fall: They are always different; they are always the same (mnie akurat płyty zespołu Marka E. Smitha zlewają się w jedną całość).

Nazwałbym muzykę na „Expositions” post-rockiem, gdyby ten termin nie był tak niekonkretny (post-rock to przecież i Mogwai, i Tortoise). Ta muzyka brzmi trochę tak, jakby po śmierci rocka muzycy próbowali, improwizując, wskrzesić tę formułę i uznali, że nie warto iść dalej, bo jest ciekawsza niż tradycyjny układ: wokal – bas – gitara – bębny plus zwrotka – refren (podobne wrażenie mam, słuchając Storm & Stress). Podczas jednego z odsłuchów płyty miałem wrażenie, że mogłaby służyć jako soundtrack do powieści Cormaca McCarthy’ego, potem już to odczucie nie pojawiło się.

Można by muzykę z tej płyty nazwać „szorstkim ambientem”. Na przykład ostatni – rewelacyjny – numer brzmi jak spotkanie ambientu z noise’em.

Trzeba też zaznaczyć, że to nie są odklejone eksperymenty dla wybranych. Takie „B36” mogłoby trafić (jeśliby takowa istniała) na jakąś okołoambientową listę przebojów.

Columbus Duo nagrało kolejną piękną płytę. I gdybym miał się do czegoś przyczepić, to do braku tego uwodzicielskiego męskiego wokalu, znanego z wcześniejszych albumów, oraz hitów na miarę „Motherfucker” i „Pleasure”. ;) A tak na poważnie, ciekawe, czy panowie nie doszli do momentu, w którym jedynie jakaś wolta może sprawić, że następne wydawnictwo nie będzie nudnawe. Oczywiście mogą mieć to w głębokim poważaniu. Funkcjonują w końcu na własną modłę, nie schlebiając gustom ani mainstreamu, ani undergroundu. Bez artystowskiej wyniosłości i bez dawania dupy.


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: