killdozer – intellectuals are the shoeshine boys of the ruling elite [1984], snakeboy [1985] / agnieszka chabros

27/09/2014 by

intellectuals snakeboy

linki w komentarzach / links in comments

discogs

touch and go

wywiad 1 / wywiad 2

Killdozer_1989

Czasem chodzi mi po głowie, żeby zrobić klasyfikację najlepszych tytułów płyt. „Intellectuals Are the Shoeshine Boys of the Ruling Elite” – kapitalne.

Killdozer to zespół ponoć mocno lewicujący. Przeczytałem parę ich tekstów, nie widzę tam żadnego oszołomstwa. Wokalista bazuje raczej na stałej, wręcz wkurwiającej ironii. Bo chyba trudno brać na poważnie wkładkę do „Uncompromising War on Art Under the Dictatorship of the Proletariat”.

A tak w ogóle, to fajną akcję widziałem. Młodzi i świadomi wylewają ostentacyjnie piwo „Ciechan”, bo właściciel browaru okazał się być homofobem (ja nazwałbym go zwykłym burakiem). Ja pierdolę, akurat dla biznesmena, gdy ktoś kupił jego produkt, wielkie ma znaczenie fakt, czy ktoś go wypije, wyleje, czy zrobi sobie z niego lewatywę. Litości… Można zrobić też bojkot seksisty Ziemkiewicza, kupując jego książki i ostentacyjnie ich nie czytając.

1

No dobra, do adremu. Słucham noise rocka od wielu lat, ale Killdozer nigdy mi się nie podobał. A tu nagle – jeb! „Intellectuals” wyszli w 1984 (Bone Air, Bone Air), „Snakeboy” – rok później w Touch and Go. A dwa w jednym w 1989 (T&G).
Pierwsza płyta jest raczej przeciętna, ale druga to już zajebisty materiał.

***

Agnieszka Chabros

1

2

3

4

5

6

adwent – raz sie żyje [extinction records / chaos w mojej głowie; 2012]

13/09/2014 by

adwent_razSie_Zyje-400x400

bandcamp („niebezpieczne skrzyżowanie” do pobrania za darmo)

extinction records

chaos w mojej głowie

pasażer records

 

Gdyby było więcej takich pankowych kapel jak Adwent, może nigdy nie oddałbym legitymacji.

Zespół istnieje długo, ale nigdy chyba nie osiągnął popularności adekwatnej do poziomu, jaki reprezentuje (no cóż, jest z Kędzierzyna-Koźla). Zresztą nie wiem, od wielu lat mam dość ograniczony kontakt z tzw. sceną.

„Raz sie żyje!” to płyta (warto odnotować fakt, że pojawia się na niej Anna Zajdel z El Bandy, która śpiewa jeden swój, tak sądzę, tekst oraz „Balladę bezbożną” Rafała Wojaczka) lepsza od poprzedniej (bardzo dobrej) – „Niebezpiecznego skrzyżowania”. Jest bardziej spójna, nie ma słabszych numerów (może poza „W wagony”; nie do końca przekonuje mnie też ponowne nagrywanie starych numerów – w tym przypadku „Królewicza”, choć ta wersja jest chyba lepsza od tej ze „Skrzyżowania”). Brakuje też tutaj fragmentów regowych, co niektórzy uznali za zaletę. Panowie grają naprawdę zdrowy punk i nie zgadzam się, że Adwent to głównie teksty. Muzyka zdecydowanie daje radę (choć czasem nie podoba mi się „brzęczące” brzmienie basu) i gdyby liryki były nieco gorsze niż są, pewnie też parę razy włączyłbym „Raz sie żyje!”.

No właśnie, teksty. Niby dotyczą spraw nie raz i nie dwa wałkowanych przez pankowe zespoły, ale widać, że pisał je ktoś, kto nie dość, że potrafi przeczytać książkę, to jeszcze zrozumieć jej treść. Nawet programowa antyreligijność i antyklerykalizm, które zazwyczaj wzbudzają we mnie odruch wymiotny, tu mnie nie drażnią. Z polskich punkowych poetów chyba jedynie Szymon z Whitmana dorównuje Kubie Kowalskiemu z Adwentu. (Autor jest tak elokwentny, że aż przegadał kapitalny skądinąd kawałek „Playboye vs króliczki”). :)

Nawet najprostszy przekaz jest oryginalny:

(…) jutrzenki wrzask i jeszcze raz: stul pysk!

wypełniaczka poleceń
poleceń wykrzykacz
ja znam to niedobrze
i chce mi się rzygać

O płycie Adwentu miałem napisać ponad rok temu (pozdrowienia dla Kuby Kunysza), ale jakoś nie mogłem się za to zabrać. Może dlatego, że miałem w planach ambitny tekst o tym, dlaczego zmęczył mnie punk, głównie pod względem, powiedzmy, ideowym, ale i muzycznym. (W pewnym sensie sam Adwent o tym śpiewa: te wszystkie drobne, obrzydliwe złośliwości/ niech każdy radzi sobie sam/ twój mały hermetyczny świat/ nie przewiduje wtrąceń ni naleciałości// przegryzłem twoją mydlaną bańkę/ mam złą wiadomość: nie jesteś punkiem). Ale słuchając rewelacyjnej płyty Adwentu, stwierdziłem w końcu, że nie tym razem. Ponarzekam kiedy indziej, bo „Raz sie żyje!” (najbardziej rozpierdala chyba „Suomi” z naprawdę genialnym tekstem) przypomniało mi gówniarskie czasy, gdy jarałem się nagraniami Apatii, Guerniki y Luno czy Liberum Veto. Kiedy każda nowa płyta (a raczej kaseta) była wydarzeniem.
I tylko teksty mogłyby być lepiej zapisane (po kiego grzyba tyle wykrzykników?!), bo świetnie się ich słucha, ale gorzej czyta.

turysta (zbędne wykrzykniki usunąłem w tym i we wcześniejszych kawałkach)

czoło mi bije niebezpiecznie równym
rytmem co same podejrzane bzdury
wystukuje w moją głowę
myślę sobie: dobre sobie
ktoś już za mnie poukładał świat

mam mózg do zmielenia fatalnie się wyceniam
kupuj teraz! łap frajera! łap!

mam prawa człowieka
wszak każdy kto się rodzi ma
i cieszę się szalenie
i służę uniżenie
zasady znam

athletic automaton – 5 days in africa [demo; 2003] / women against feminism

07/09/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

skin graft records

fb

1

Fajny, „brzęczący” noise rock. Athletic Automaton tworzyli Stephen Mattos (Arab on Radar, The Doomsday Student, Chinese Stars) i Pat Crumb (grał bądź gra w zespołach, których nie kojarzę). „5 Days in Africa” to demo wydane własnym sumptem w 2003 roku. Parę miesięcy później wyszedł – z nieco inna tracklistą – LP pod tym samym tytułem (Liquid Death / Hello Pussy Records), wznowiony w 2013 przez Skin Graft Records.

***

women against feminism

1

2

3

4

5

8

columbus duo – expositions [deadsailor muzic; 2014]

30/08/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

dead sailor muzic

bandcamp

soundcloud

serpent.pl

columbus_w_windzie

Mało mnie obchodzi, na niewiele czekam, ale akurat nowe płyty Columbus Duo to coś, co mnie jeszcze rusza. To jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) zespołów Polsce. Tworzący go bracia Irek i Tomasz Swoboda grali kiedyś w wybitnym noiserockowym składzie Thing.

„Expositions”, wydana tylko na winylu, to piąta płyta Columbus Duo (były jeszcze: album „Columbus Meets Arszyn” oraz inny self-titled – kwartetu Columbus Ensemble). Do twórczości obu panów pasuje określenie, jakiego John Peel użył wobec The Fall: They are always different; they are always the same (mnie akurat płyty zespołu Marka E. Smitha zlewają się w jedną całość).

Nazwałbym muzykę na „Expositions” post-rockiem, gdyby ten termin nie był tak niekonkretny (post-rock to przecież i Mogwai, i Tortoise). Ta muzyka brzmi trochę tak, jakby po śmierci rocka muzycy próbowali, improwizując, wskrzesić tę formułę i uznali, że nie warto iść dalej, bo jest ciekawsza niż tradycyjny układ: wokal – bas – gitara – bębny plus zwrotka – refren (podobne wrażenie mam, słuchając Storm & Stress). Podczas jednego z odsłuchów płyty miałem wrażenie, że mogłaby służyć jako soundtrack do powieści Cormaca McCarthy’ego, potem już to odczucie nie pojawiło się.

Można by muzykę z tej płyty nazwać „szorstkim ambientem”. Na przykład ostatni – rewelacyjny – numer brzmi jak spotkanie ambientu z noise’em.

Trzeba też zaznaczyć, że to nie są odklejone eksperymenty dla wybranych. Takie „B36” mogłoby trafić (jeśliby takowa istniała) na jakąś okołoambientową listę przebojów.

Columbus Duo nagrało kolejną piękną płytę. I gdybym miał się do czegoś przyczepić, to do braku tego uwodzicielskiego męskiego wokalu, znanego z wcześniejszych albumów, oraz hitów na miarę „Motherfucker” i „Pleasure”. ;) A tak na poważnie, ciekawe, czy panowie nie doszli do momentu, w którym jedynie jakaś wolta może sprawić, że następne wydawnictwo nie będzie nudnawe. Oczywiście mogą mieć to w głębokim poważaniu. Funkcjonują w końcu na własną modłę, nie schlebiając gustom ani mainstreamu, ani undergroundu. Bez artystowskiej wyniosłości i bez dawania dupy.

lake of dracula – lake of dracula [1997] / synchrodogs

23/08/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

skin graft records

discogs

lake of dracula

Zespół, w którym udzielał się m.in. Al Johnson z U.S. Maple, co trochę słychać na płycie. Nie jest to „klasyczny” noise rock, ale posłuchajcie chociażby basu w „Memories of Me”. Kapitalna płyta.

***

Synchrodogs

1

2

3

4

5

6

the gordons – the gordons 1st and future shock ep [1981; 2007(?)]

15/08/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

flying nun records

gordons 1980

Nowozelandzki zespół, który przeobraził się później w bardziej znany Bailter Space (jego muzykę określono m.in. jako – uwaga – „atmospheric noise rock”). BS gra zresztą do dziś. Obecnie w Nowej Zelandii self-titled Gordonsów uznany jest za klasyk, za coś, co po trzech dekadach wciąż ma wpływ na gitarowe granie.

Na tę reedycję składają się pierwszy LP zespołu i EP-ka „Future Shock” (obie płyty ujrzały światło dzienne w 1981). Na pierwotnej, chyba wyłącznie kasetowej, reedycji pojawiły się te same numery, ale wymieszane.

Na okładce figurują nie „The Gordons”, a „Gordons”. Zresztą na stronie Flying Nun Records obowiązuje druga wersja nazwy zespołu.

Brak informacji o dacie wydania tego wznowienia (ale chyba był to rok 2007). Podany jest tylko rok pierwotnego wydania obu płyt – 1981. Wspomniana kaseta ukazała się w 1988.

The Gordons pochodzili z miasta o dość niesamowitej nazwie – Christchurch.

Christchurch-cathedral-after-the-earthquake
Katedra ChristChurch po trzęsieniu ziemi w chyba 2011

***

Nie znam ciekawych nowozelandzkich fotografów, więc zostajemy u nas: Joanna Piotrowska.

1

2

3

4

5

6

lizzy mercier descloux / rosa yemen – press color [2003]

12/08/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

lizzymercierdescloux.com

0

człowiek ma tyle szczęścia w życiu, że gdyby wsiadł na statek, byłby to zapewne achille lauro.

lizzy mercier descloux – mojej ulubionej kobiecej postaci ery post-punka – życie nie rozpieściło: rak załatwił ją w minutę osiem.

na tę płytę składa się nie tylko „press color” (1979) lizzy mercier descloux (z bonusowymi kawałkami), ale i ep-ka (1979) rosa yemen – duetu, w którym artystka występowała z d.j. barnesem.

kończą się już artyści, których chciałem wrzucić na bloga. pora się powoli zwijać.

1

2

4

5

6

odmieniec – pełnia [2014]

22/07/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

bandcamp

Jakiś czas temu zamieściłem recenzję płyty Odmieńca: pozytywną, ale trochę zgryźliwą. Jakub Czyż, który odpowiada za „Taniec ducha”, zamiast – jak na artystę przystało – napisać, że mnie zajebie, podesłał nowy kawałek.

Gość porusza się w rejonach muzycznych, w których łatwo o nudę: post-rock, ambient itp., ale zazwyczaj udaje mu się ominąć mielizny, co wzbudza mój szacunek, bo zazwyczaj gdy słyszę kolejne postrockowo-ambientowe smęty, mam ochotę wyskoczyć przez okno.

Trudno w przypadku „Pełni” wyciągać jakieś kategoryczne wnioski, bo to jeden kawałek, ale skręt Odmieńca w stronę neofolku (czy jak tam to nazwać) dobrze wróży.

crust – crust [1994]

19/07/2014 by

10fuckingstars.wordpress.com

linki w komentarzach / links in comments

discogs

10fuckingstars.wordpress.com

kolejny zespół z trance syndicate (najpierw nazywali się mud honey). ich ep-ka, „sacred heart of crust”, była pierwszym wydawnictwem labelu kinga coffeya (butthole surfers). crust brzmi trochę jak skrzyżowanie pain teens z distorted pony plus elementy, powiedzmy, kabaretowe. grali w sumie długo: od 1987 do 1997. ogólnie rzecz biorąc, mieli trochę pecha, np. john hawkins został pchnięty nożem. wrócili w 2004 na jeden koncert.

piękne czasy:

***

to był naprawdę ładny mundial.

1

FBL-WC-2014-KOR-RUS-FANS

3

4

FBL-WC-2014-MATCH05-COL-GRE-FANS

6


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: